"Pamięć" - część piąta. I kilka słów o jednym z najcudowniejszych miasteczek świata.
Doktor Skiwiński zapukał. Następnie otworzył drzwi i wszedł do gabinetu. Powiedział:
- Dzień dobry, pani dyrektor.
Kobieta średniego wzrostu, dyrektorka placówki, odpowiedziała:
- Dzień dobry. Co sprowadza pana w progi tej szkoły?
- Jestem lekarzem Mikołaja Sikory. Miał wypadek, ale to zapewne już pani wie.
- Tak. ? Dyrektorka, mówiąc to, zachowała kamienny wyraz twarzy. Pamiętała dobrze, że gdy dowiedziała się o wypadku Mikołaja, pomyślała: ?w końcu się chłopak doigrał?. Pamiętała też, że potem miała wyrzuty sumienia przez tą myśl. ?Nikomu nie życzyłabym takiego wypadku?.
- Chciałbym przejrzeć jego szkolne dokumenty.
- Po co to jest potrzebne?
- Przykro mi stwierdzić, ale z powodu wypadku Mikołaj zachorował na schorzenie występujące w mózgu. Wczoraj je wykryliśmy, gdy wybudził się ze śpiączki. To schorzenie ma wpływ na jego psychikę i pamięć. Dlatego potrzebujemy jak najwięcej informacji na temat tego chłopaka. Wie pani, oceny, próbki pisma, uwagi na jego temat. Nie będę pani wszystkiego tłumaczyć, to jest dosyć skomplikowane.
Dyrektorka patrzyła przez chwilę na doktora. Kończyła już dziś pracę, nie chciała zostawać do późna. Nie miała też ochoty na rozmowy o Mikołaju, który przez ostatnie dwa lata narobił jej wielu problemów. Ale nie znała też tego mężczyzny, choć w każdym momencie mogłaby sprawdzić, czy taki ktoś, jak niejaki Skiwiński rzeczywiście pracuje w miejskim szpitalu.
Kilka minut później doktor wyszedł ze szkoły z plikiem dokumentów w teczce pod pachą. Postawił kołnierz płaszcza i włożył ręce do kieszeni. Wiatr dawał się tego dnia we znaki.
*
Biel. Zobaczył biel. Mokro w uchu. Coś go uderzyło. Tylko co to było? Kto? Kto? Kto?
Co oni robią? To lekarze, tak, to lekarze. Jadę na sygnale. Ale głośno. Co się stało?
Czegoś mi brakuję. Czegoś nie czuję. Czego nie czuję?
A w ogóle? kim ja jestem?
Mikołaj w końcu się obudził. Bolało go gardło. Zobaczył rurkę wchodzącą mu do ust. To pewnie dlatego.
Nagle poczuł kolejną falę bólu. Bolało go całe ciało. Nie czuł nogi. Nie wiedział tylko której. I czy to na pewno noga.
Dwie postacie siedziały obok jego łóżka. Jakiś mężczyzna. I kobieta. Kobieta zaczęła mówić coś do niego zapłakana, czego Mikołaj nie zrozumiał. Czuł, jakby miał watę w uszach. Przyszedł lekarz ? młody, szczupły mężczyzna z ciemnymi włosami sięgającymi szyi. Podłączył coś do kroplówki, powiedział kilka słów do siedzącej pary i wyszedł. Kobieta podbiegła do Mikołaja i złapała go za rękę. Trochę zabolało. Zaczęła mówić do chłopaka. Kto to w ogóle jest?! Kim?
Kim ja jestem?!
?Podła praca? pomyślała pielęgniarka, opierając się o parapet i upijając łyk herbaty ze starego kubka. ?Chociaż nie, nauczycielki mają gorzej. Muszą się użerać z tymi wszystkimi gówniarzami?.
Z myśli wyrwał ją nagle pełen emocji kobiecy głos:
- Obudził się! Mój syn się obudził!
Pielęgniarka powiedziała:
- Proszę chwilę poczekać, zaraz wezwę doktora.
Pobiegła do lekarza, który w tym czasie badał pacjenta kilka sal dalej.
- Panie doktorze, ten młody pacjent spod piętnastki wybudził się ze śpiączki.
Lekarz poszedł do sali, w której leżał Mikołaj. Zbadał go i zezwolił na wyjęcie rurki.
- To nie będzie przyjemne, ale możesz oddychać już sam ? powiedział do pacjenta.
Gdy wyjęto rurkę, chłopak zakaszlał. Następnie ledwo słyszalnym głosem szepnął:
- Kim ja jestem?
Kobieta, na oko czterdziestokilkuletnia, która siedziała obok chłopaka, rozpłakała się i ukryła twarz w rękach. Kącik ust doktora Skiwińskiego podniósł się, nadając jego twarzy enigmatyczny uśmiech.
Koniec części piątej.
Osobiście uważam, że ta część jest dosyć nudna. Z powrotem zmieniamy tempo - ostrzegam, będzie wolno.
Powstawanie tego fragmentu zbiegło się z kilkoma niefajnymi wydarzeniami. Po pierwsze: dopadła mnie jakaś osobliwa mutacja przeziębienia, więc jestem osłabiony, siedzę z otwartymi ustami i zatkanym nosem, cały dzień mulę i nie chodzę do szkoły. No i nic nie mogę z siebie wykrzesać. Po drugie: mój komputer postanowił zrobić mi wczoraj psikusa (pewnie z jakimś kolegą-wirusem) i nie chciał się włączyć. Dochodził do momentu włączania Łindołsa, ale zamiast tego kolorowego okienka pokazał mi (po angielsku) plansze z tym tekstem, czy chcę włączyć go w "Safe Mode", czy "Normally" czy może w "ostatnim dobrym ustawieniu". "Safe mode" nie działało, "normalnie" też nie. Odpaliłem więc go z płyty ratunkowej, co ważniejsze pliki przerzuciłem na dysk przenośny (wyszło tego ponad 40 GB:D), a potem z tejże płyty próbowałem go naprawić. Nie wyszło. Więc, zupełnie przypadkiem, nacisnąłem to "ostatnie dobre ustawienie" i... włączył się. Usunąłem jakiegoś wirusa i niby jest git... Lecz po angielsku i nijak nie da się zmienić na polski:D.
Te dwie rzeczy pozwoliły mi na lenistwo w łóżku. Piżamka, kołderka, ciepłe mleko z miodem, trochę komiksów, muzyczka i jest świetnie. Bez szkoły, bez ludzi, bez problemów. Wiedząc, że mam kilka dni takiego leżenia przed sobą, urządziłem sobie koło łóżka małe stanowisko. Poustawiałem pudła, na tych pudłach Plejstejszyna, obok gierki. Konsolka elegancko podłączona do telewizora. I wiecie co? Konsola to jest to. Kiedy grałem pół godzinki na kilka dni (brak czasu i zajęty telewizor od rana do wieczora), jakoś tego nie zauważałem. Ale teraz widzę. Wkładam płytę, czekam najwyżej 20 sekund, aż gra mi się załaduje i już mogę grać. Dodać do tego tą kołderkę oraz ciepłe mleko - bosko.
Jakoś niedawno udało mi się kupić "Silent Hill 2" na PS2. Na Allegro. Za 25 złotych! I to edycję dwupłytową (na drugiej płytce były zwiastuny, "Making Off" itd.) w rewelacyjnym stanie! Cholercia, szczęśliwy to ja byłem, nie powiem. Ale jakoś nie miałem czasu zagrać.
Ogólnie byłem dziwnym fanem SH. Od dziecka ta seria jakoś mnie fascynowała - wydawała się super straszna, wzruszająca i w ogóle poezja w grach video. Kupiłem za sześć dyszek w sklepie wysyłkowym soundtrack z "dwójki" i swego czasu zasłuchiwałem się w tych całych jazgotach dzień w dzień. Akira Yamaoka ma talent, trza przyznać. W czasopismach wyszukiwałem i czytałem tysiące razy informacje na temat kolejnych i powstałych już części tej serii (było to w czasach mniej więcej "trójki", "czwórki"). Pojawiały się kolejne soundtracki, komiksy, w końcu zwiastuny i gejmpleje na Youtube. To dla "Originsa" chciałem PSP. Film uważam za jeden z najlepszych filmów, jakie miałem okazję zobaczyć (i rzeczywiście - choć w ogóle nie straszny, jest to jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat i najlepsza egranizacja, jaka do tej pory powstała).
I, co najdziwniejsze, będąc tym "wielkim" fanem SH, nie zagrałem w żadną z części. Nie było okazji, pieniędzy, sprzętu.
Aż do teraz - mam SH2 na PS2. Wyobraźcie sobie - odpakowuję paczuszkę z Allegro, podniecony i pełen niepokoju jednocześnie. Jest - gustowne kartonowe pudełko z napisem "SILENT HILL 2". Ponoć najlepsza część serii. Soundtrack przesłuchany na prawo i lewo. Film znany na wyrywki.
Zanim zabrałem się do gry, przeczytałem całą instrukcję (po ingliszu, ale to nie sprawiło problemu), myśląc: "muszę być przygotowany do tej gry! Muszę dać z siebie wszystko!". Nie mogłem się doczekać chwili, w której w końcu zagram, choć jednocześnie bałem się jej jak ognia.
Urządziłem stanowisko. Słuchawki na uszy, okna zasłonięte, rodziny nie ma w domu. Wyjmuję, obchodząc się z nią jak z jajkiem, płytę z Mary Sunderland na nadruku. Wkładam ją do, starannie wcześniej ręcznie wyczyszczonego, czytnika mojej Slimki. Oddycham głęboko. Mój palec powoli, trzęsąc się, wędruje w kierunku przycisku "on/off/reset". Naciskam.
Cieszę się, że byłem akurat takim fanem tej serii. Przez tyle lat wyrobiłem sobie o tej grze jedno zdanie - to musi być gra idealna. W końcu nie mogę cenić taką miłością innej, nie? Zawsze unikałem spojlerów niej dotyczących, specjalnie po to, by nie psuć sobie zabawy, gdy zacznę grę. Tak więc w końcu nadszedł ten moment, gdy to w końcu zrobiłem. Zagrałem. I?
Kocham tą grę! Nigdy tak się nie bałem przy jakiejkolwiek grze (no, może przy "Penumbrze"), żadna gra jeszcze tak mnie nie zaskakiwała, żadna nie miała takiego klimatu, jak produkcja Konami. Włączając tą grę, momentalnie "wchodzę" w tą historię, jestem z Jamesem, przeżywam to co on, boję się, jak on. Nie przeszkadza mi backtracking - jest świetny, dzięki niemu atmosfera jest jeszcze gęściejsza, gdyż nigdy nie wiadomo, czy zaraz nie pojawi się coś nowego. Rzadko kiedy tak wsiąkam w grę, i, choć prawie robię w majtki z napięcia w trakcie, kończąc sesję, mam banana na twarzy przez resztę dnia, rozmyślając o niej.
I nie chciałbym w to grać na PeCecie. Wybaczcie mi, zagorzali fanboye komputerów - one po prostu nie oferują mi wibracji. Tyle. Wibracje to rewelacyjny wynalazek.
Na liczniku mam niewiele, bo 2 godziny i 11 minut. Tak więc wracam do gry. Przede mną Piramidogłowy... Do przeczytania! pT

4 komentarze
Rekomendowane komentarze