Droga do Wolności, czyli historia więźnia Rika
Dawno, dawno temu, kiedy Rączka był mały... Dobra, pomińmy wstęp do czasów prehistorycznych. Mała seria małych opowiadanek o tematyce Gothic'owej. Datowanie: 2-3 lata temu. Można zauważyć jak zmienił się u mnie styl pisania. Uwaga! Ortografia i interpunkcja oryginalne!
Droga do wolności-historia więźnia Rika.
Rozdział 1: Nowy dom.
-W imieniu mego władcy, króla Rhoba...
-Może nieco szybciej!?-powiedział Rik i ziewnął.
-Jak śmiesz śmieciu! Pana Vengardu. Skazuję teg...
-Mam dość, uszy mi pękają!-Rik zerwał się trzymającym go paladynom i wskoczył na rampę, która już była opuszczana do Górniczej Doliny. Bariera była coraz bliżej, bliżej, aż w końcu rampa z towarami przeszła przez nią. Rik poczół mrowienie na całym ciele, a po chwili znajdował się już w Dolinie. Gdy rampa zatrzymała się przy pomostku na jeziorku, więzień zeskoczył z niej prosto do wody. Kiedy wyszedł na brzeg usłyszał kroki ze strony malutkiego kanionu. W końcu kilka osób weszło na plażę. Było ich trzech, jeden na przodzie, rosły mężczyzna z ciemnymi włosami i surowym wyrazem twarzy. Drugi łysy i z długimi wąsami i trzeci chudy i z grymasem niezadowolenia na twarzy.Wszyscy mieli skórzane zbroje z kolorowymi elementami czerwieni i szarości, Rik wiedział, że są to zbroje martwych strażników. Pierwszy podszedł do Rika.
-Co my tutaj mamy? Świeże mięsko. Ha, ha.-zaśmiał się do swych towarzyszy.
-Jestem Bullit.-zmierzył Rika wzrokiem.
-Ja jestem... och!-Rikowi przerwała pięść Bullita, która trafiła go prosto w policzek. Biedak upadł na kolana i zaczął sprawdzać swą ranę. Miał rozciętą skórę na policzku. Cała trójka rechotała. Nagle Bullit niespodziewanie wpadł do wody. Pozostała dwójka stała jak wryta i patrzyła z przerażeniem na wielkiego, bardzo umięśnionego i czrnego mężczyznę, który kopnął Bullita prosto w zadek. Ten wojownik miał na sobie solidny pancerz zrobiony ze skór wilków i z niebieskiego metalu. Miał on na plecach ogromny topór.
-Ts-ts-ts. Nieładnie Bullit, znęcać się nad nowymi.-powiedział z przekąsem.
-Chol*ra! To on! Chodu chłopaki!
Cała trójka huliganów uciekła scieżką w dół kanionu. Nieznajomy uklęknął obok Rika. Wyjął bandarze i pomógł mu opatrzyć ranę.
-Czemu mi pomogłeś?-zapytał Rik.
-Bo potrzebowałeś pomocy. Masz szczęście dzieciaku, żadko tutaj bywam. Gdyby nie ja Bullit i jego chłopcy sprali by cię na kwaśne jabłko. Jestem Gorn.-nieznajomy podał Rikowi rękę.
-Ja mam na imię Richard, ale wszyscy mówią na mnie Rik.-Rik uścisnął przyjaźnie rękę Gorna. Poszli razem ścieżką. Później obeszli las dookoła i doszli do wielkiej bramy pilnowanej przez dwóch chłopów ubranych podobnie do Gorna. Podczas tej podróży Rik poznał Ratlforda i Draxa, myśliwych oraz dowiedział się wiele na temat Górniczej Doliny.
-No chłopcze. Tutaj mieszkam to Nowy Obóz o którym ci mówiłem. W środku popytaj o Laresa, on skieruje cię do mojego kumpla Lee. Powodzenia!-Gorn poszedł przez bramę do obozu. Rik westchnął i poszedł za nim.
Rozdział 2: Wyprawa i wypadek.
Był już wieczór. Rik był bardzo zmęczony i postanowił poszukać Laresa następnego dnia. Chciał zobaczyć okolicę obozu. Powiadomił o tym Gorna, który dopiero rozpoczynał wartę.
-Tylko nie odchodź za daleko! Nawet w pobliżu można natknąć się na groźne kreatury.
-Spokojnie, będę ostrożny. To tylko spacerek.
-Hmmm... Jednakże potrzebna jest ci jakaś broń.-rzekł Gorn i zaczął grzebać w swoim plecaku. Po chwili wyjął niewielki sztylet, dobrze naostrzony i z pięknymi zdobieniami na rękojeści.
-Weź go.Kiedyś ukradłem go jakiemuś handlarzowi, ale mnie się już nie przyda.
-Wielkie dzięki. Od razu czuję się bezpieczniejszy.-powiedział Rik i założył swą nową broń za pas. Było bardzo widno pomimo zachodu słońca gdy Rik wychodził z obozu. Poszedł ścieżką i poszedł przez most nieco na prawo. Było tak pięknie, ptaki świergotały dookoła, kilka zajączków biegało przy drodze. Rik zatrzymał się przy opuszczonym ognisku. Spostrzegł, że w krzakach nieopodal znajduje się skrzynka. Była w niej butelka piwa i kawałek pieczystego. Rik zjadł pieczeń ze smakiem i popił piwem. Zrobiło się ciemno. Wziął kawałek palącego się drewna z ogniska i ruszył dalej. Po dłuższej chwili usłyszał dziwny dźwięk, jakby obwąchiwania. Zagasił pochodnię, co okazało się później błędem. Dźwięk dochodził zza niewielkiej skały. Rik podkradł się do niej i zobzczył węszącego zębacza, który poszedł nieco dalej. Rik ruszył za nim utrzymując odpowiedni dystans. Nawet nie zauważył gdy zszedł z ubitego szlaku. W końcu zębacz zaatakował coś w zaroślach. Po krótkiej walce pożywiał się już martwym ścierwojadem. Rik postanowił wrócić do obozu gdy zdał sobie sprawę z okropnej prawdy, ZGUBIŁ SIĘ. Nie wpadł w panikę, tylko usiadł nieco dalej i zaczął myśleć. "Skoro ze szlaku skręciłem na północ i potem na wschód to teraz muszę iść na południowy-zachód, czyli gdzieś tam". Rik szedł myśląc, że wróci na ścieżkę, ale nie wiedział, że później skręcała ona na południe. Nagle jego stopę pochwycił wystający korzeń. Rik upadł prosto do strumienia, kilka kamieni zasypało mu nogę."To już koniec" pomyślał, "Umrę tutaj, a nawet nie spisałem testamen...".Przypomniał sobie o kartce papieru i piórze, które nosił zawsze przy sobie. Wyjął kartkę i napisał na niej:
"Pomocy! Jestem Rik i zboczyłem ze szlaku. Wpadłem do strumienia i nie mogę się wydostać. Szukajcie mnie w promieniu dwóch mil od Nowego Obozu.".Przeczytał go kilka razy i sięgnął po łódkopodobny kawałek kory. Położył na nim list i wysłał go w podróż w dół strumienia. Myślał, że nikt nie znajdzie tego listu, był tego pewien, ale nie wiedział, że strumień przemienia się później w rzekę płynącą kilkanaście metrów od Starego Obozu.
Rozdział 3: Nowa nadzieja
Ranek był chłodny. Brom wstał z łóżka, załorzył swój ekwipunek i ruszył na patrol wokół obozu. Przeszedł przez Północną Bramę i udał się wyschniętą fosą na obchód. Nie zauważył nic dziwnego. Parę ścierwojadów pasło się w pobliżu, jaszczury odpoczywały w cieniu przyleśnych drzew. Robiło się corac cieplej i jaśniej. Brom sięgnął po manierkę. Potrząsnął nią. Była pusta.
-Cholera!-splunął i podszedł do brzegu rzeki. Napełnił manierkę czystą wodą i od razu trochę popił. Był bardzo spragniony. Nagle przez środek rzeki coś przepłynęło. Był to kawałek kory, a na nim złożona kartka papieru. Brom rzucił się do wody. Pływanie utrudniała mu ciężka zbroja, ale radził sobie świetnie. Chwycił papier i płynął do brzegu myśląc, że to mapa za którą mógłby dostać trochę rudy. Parskając i ociekając wodą wyszedł na brzeg. Otworzył kartkę, która trochę się zmoczyła. Było na niej coś napisane, lecz tekst w wielu miejscach był nieczytelny lub rozmyty. Brom chciał już wyrzucić kawałek papieru gdzy zauważył pierwszy wyraz w liście, "Pomocy!". Spojrzał dokładniej. Zdołał odczytać taki tekst:
"Pomocy! ... Rik i zmoczyłm .. szlaku. Wpadłem do str..mnia i nie mogę się wydst. Szmch...e mnie w promieniu dwóch mil od Nowego Obozu"
-Hmmm...-zastanowił się- Może to żart, ale na wszeli wypadek popytam Thorusa i Grahama.
Wrócił do obozu. Dzień minął tak szybko jak się zaczął i zrobiło się ciemno. Tylko pochodnie rozstawione co kilka metrów dawały nikłe światło. Graham nic nie wiedział o żadnym liście. Ale Thorus bardziej się zainteresował tą sprawą.
-Pokaż to jeszcze raz. -Thorus przeczytał kilka razy cały tekst, przyjżał się dokładnie wszystkim wyrazom.- Zaczekaj u siebie. Muszę pomówić z Gomezem, potem wrócę do ciebie.
-Thorus wszedł na plac zamkowy. Minął trenujących walkę strażników i udał się do siedziby Gomeza.
-Stać! Kto idzie?!-Thorusa zatrzymał jeden ze strażników.
-To ja ty ślepy idioto! Mam ważną sprawę do Gomeza.
Thorus nie oczekując odpowiedzi wszedł do środka. Skręcił w lewo i dostał się niewielkim przejściem do sali tronowej. Stało tam kilku magnatów oraz suto zastawiony stół. Kruk i Blizna przyglądali się 'panience lekkich obyczajów' tańczącej seksowny taniec przed Gomezem.
-Suń dupę dziwko!-krzyknął Thorus gdy podchodził do swego dowódcy. Przerażona dziewczyna natychmiast pobiegła do kuchni korytarzykiem na prawo.
-Czym zawdzięczam twoją wizytę Thorusie?-rzekł Gomez surowym tonem.
-Ten list znalazł jeden z naszych. Przoszę przeczytać.-podał list Gomezowi. Ten przeczytał go i zapytał.
-O co tu chodzi? Wyjaśnij mi, proszę, bo nie zrozumiałem.
-Już wyjaśniam! Więc dzisiaj rano...
Wyjaśnienie Thorusa nieco zdziwiło Gomeza.
-...i nie wiem czy wysyłać drużynę, w końcu może to być ktoś od nas.
-Nawet jeśli tak nie jest to wyślesz drużynę. Jutro rano. Skoro litst przypłynął rzeką to wzdłuż rzeki będą się kierować.
-Tak jest. Mogę list?
-Proszę bardzo. Odmaszerować.
Thorus ukłonił się i udał się do chatki Broma. Brom już szykował się do snu.
-Masz swój list. Jutro wyślemy drużynę. Jeśli to będzie nasz to dobrze jeśli to nie będzie nasz... to jeszcze lepiej. A to mała nagroda za znalezienie listu.- Thorus wrzucił do środka skąpo ubraną, przerażoną i drżącą dziewczynę.
-Masz ją na noc.-po czym odszedł pełnić swoje obowiązki.
Brom nie był okrutnym gwałcicielem jak inni w Starym Obozie. Podszedł do niej i powiedział:
-Nie bój się, nie skrzywdzę cię. Jesteś głodna?
Dziewczyna potrząsnęła głową potakująco.
Rozdział 4: Najpierw wolność potem loch.
Przez noc woda w strumieniu przybrała. Sięgała już Rikowi do klatki piersiowej. Był bardzo wyziębiony i głodny. Prawj nogi, przywalonej kamieniami, już nie czuł. Leżał tak w wodzie i myślał o swym nędznym losie."Powinienem zginąć w boju, jak wojownik i człowiek prawy, a nie jak zwykły nierób, w strumieniu. Tak rozmyślał z zamkniętymi oczami gdy nagle usłyszał głosy. "Pięknie! Teraz ześwirowałem już do reszty. Mam wrażenie, że słyszę kogoś.".Ale teraz głosy robiły się wyraźniejsze i jakby bliższe.
-Hej!
-Jest tu kto?!
-Te ślady są niewyraźne.
-Pomocy! Tutaj, w strumieniu!-krzyknął Rik mając nadzieję, że to ludzie z Nowego Obozu przybyli go szukać.
Otworzył oczy i zobaczył nad sobą troje, może czworo ludzi. Ubrani oni byli w stroje strażników. To było niesamowite opancerzenie, dużo czerwieni i stali. Nosili oni przy bokach długie miecze.
-Żyje jeszcze!-zawołał jeden z nich do swych kolegów.
-Na Innosa! Jak on tutaj przeżył?! Szybko! Odsuńcie te kamienie.
-Hej. Nic ci nie jest?-powiedział jeden z nich do Rika.
-Jeść.-tylko na to krótkie jęknięcie pozwalały siły Rika. Wszystko robiło się coraz bardziej zamazane.
-Traci przytomność, szybciej durnie! Chłopcze nie odpływaj. Słyszysz?
Nastała ciemność.
Rik obudził się. Leżał w niskim łóżku. Dookoła było pełno ludzi poubieranych jak szlachta nadworna króla. Krzątali i rozmawiali ze sobą. Co chwila ktoś kradł kawałek mięsa z suto zastawionego stołu. Rik obejrzał się za siebie. Kilka skąpo ubranych dziewczyn tańczyło przed umięśnionym starcem na tronie.
-Panie! Zbudził się.-krzyknął ktoś. Starzec podszedł do Rika.
-Zawołajcie Thorusa! Reszta won! Ale już! Jak się czujesz chłopcze?-starzec zapytał troskliwie.
-Głodny jestem.
-Saya! Jadła mu daj, szybko!-jedna z dziewczyn poszła do kuchni. Po chwili wróciła z bogato zastawionym talerzem i kuflem piwa. Podała Rikowi obiad i pośpiesznie uciekła. Rik z apetytem zjadł pyszną pieczeń, ziemniaczki smażone i gotowaną cebulę, a wszystko popił piwem. Po chwili w sali zjawił się wysoki strażnik z kilkoma innymi z mniej zdobionymi zbrojami.
-Skąd pochodzisz?-Rik domyślił się, że to Thorus zadał pytanie.
-Z Kontynentu.
-Za co cię tu wsadzili?
-Za liczne kradzieże i próbę morderstwa.
-Z jakiego jesteś obozu?
-Z żadnego, ale mam zamiar dołączyć do Nowego. Znam tam pewnego człowieka.
-Wiesz gdzie teraz jesteś?
-Nie.
-W Starym Obozie, a ty jesteś szpiegiem Laresa.
-Zamknijcie go!-krzyknął starzec. Dwóch strażników chwyciło Rika pod pachy i wyprowadziło z sali. Trzeci zawiązał mu opaskę na oczach tak aby nic nie widział. Gdy zdjęli mu opaskę pierwsze co zobaczył to była cela. Wrzycili go do niej i zamknęli drzwi na wielki klucz. Cela była niewielka, tylko 2 metry na 2 metry.
Trzy tygodnie minęły Rikowi w lochu. Lepiej nie mówić czym się wtedy żywił. Pająki, dżdżownice, czasem prawdziwym rarytasem był chrząszcz. Do picia miał tylko zamuloną wodę z kałuży w rogu celi. Pewnego dnia trzej strażnicy przyszli do celi. Jeden zawiązał my opaskę na oczach, a dwaj pozostali wzięli go pod pachy i wynieśli. Po dłuższej chwili zdjęli opaskę i rzucili pod tron, który Rik widział kilka tygodni wcześniej. Owy starzec siedział na tronie i patrzył na Rika z obrzydzeniem. Spodnie i koszulę Rik miał poszarpane, brudne i obłocone, włosy rozczachrane i tłuste, usta zaschłe i zapiekłe z pragnienia.
-Potwierdzono, że jesteś szpiegiem z Nowego Obozu. Teraz zostaniesz wywieziony do Starej Kopalni i będziesz tam pracował jako kopacz. Może jednak na coś nam się przydasz.-Rik miał ochotę zabić starca swym sztyletem, ale strażnicy zabrali mu wszystko oprócz ubrania. Strażnicy ponownie przewiązali mu oczy i po pewnym czasie zdjęli mu opaskę. Rik leżał spętany na wozie z dostawami do kopalni. Wóz jechał przez las. Dwóch strażników ciągnęło wóz, a pięciu szło po bokach.
-Ej, Drako! Może zabawimy się z tym chłoptasiem? Nikt nie patrzy.-zapytał jeden strażnik drugiego.
-W sumie...-strażnicy złapali Rika za koszulę, wyciągnęli z wozu i poczęli go kopać, bić, opluwać, przeklinać i śmiać się z niego.
-Dobra zostawmy go bo jeszcze nie dotrze żywy do kopalni.
-Zaczekaj! Tylko go jeszcze...-zakrwawiony i umierający Rik patrzył jak Drako brał gruby kij zza krzaków i z całej siły walnął go w czoło. Krew polała się na błotnistą drogę. Rik upadł do kałuży. "Umarłem. To już koniec.", pomyślał. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej, i wtedy usłyszał świst strzał lecących w powietrzu, krzyki wielu osób i pluski wody do której wpadały martwe ciała. Ciemność nastała ponownie...
Rozdział 5: Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Rik powoli otworzył oczy. Straszliwy ból w całym ciele uniemożliwiał mu jakikolwiek ruch. Leżał na najlepszym łóżku w swoim życiu. Przed łóżkiem stała wysoka szafa. Rik kątem oka zauważył, że jest to jaskinia, a przy prawej ścienie jest stolik ze świecznikiem. Świece dawały nikłe światło oświetlające postać siedzącą przy biurku i piszącą jakiś dokument. Był to wysoki, krępej budowy mężczyzna z ciemnymi włosami i oliwkowatym kolorem skóry. Miał on na sobie gruby pancerz zrobiony ze skór wilczych oraz naramienniki i nagolenniki z niebieskiego metalu. Przez pierś miał przewieszony długi łuk, a na plecach miał kołczan pełen strzał.
-Fdfie ja jeftem?-Rik nie zdołał wymówić słów dokładnie przez brak kilku zębów. Mężczyzna siedzący przy biurku wstał i powoli podszedł do łórzka na, którym leżał Rik.
-Nic nie mów. Musisz odzyskać siły. Mało kto przetrwałby takie katusze. Jesteś twardy jak skała chłopcze.-mężczyzna uśmiechnął się.
-Kim jefef?
-Cśśś! Jestem Lee. Jesteśmy w Nowym Obozie, a ty jesteś...?
-Fik.
-Rik? Ładne imię.
Wtem drzwi do jaskini otworzyły się i stanął w nich Gorn.
-Generale, mam ważne... Rik!-Gorn podbiegł do łóżka.-Na Innosa! Jak się czujesz? Widziałem ciebie jak nieśli cię całego połamanego i zakrwawionego. Rik zacisnął pięść i uniósł kciuk do góry, po czym spróbował się uśmiechnąć.
-Co mu się stało generale?-powiedział Gorn do Lee.
-Coż...-Lee wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach.-Ma pękniętą czaszkę, złamaną rękę, połamane cztery żebra, złamany goleń, pękniętą łopatkę i zapadnięte płuco, ale szybko wraca do zdrowia. To naprawdę twardy chłopak.
-I szczęściarz. Moi ludzie byli tam tylko na polowaniu. Gdyby nie oni prawdopodobnie umierałbyś już w kopalni.
-Dobra! Dosyć gadania, chłopak musi się wyspać. Zaśnij Rik. -Rik zaczął zamykać oczy, ale usłyszał jeszcze co powiedział Gorn do Lee.
-Generale, dziś przyszedł jakiś nowy. Nie dołączył jeszcze do żadnego obozu. Podobno zna Mordraga i to on go tu zaprowadził. Znasz go?
-Nie znam. Dziwne. Hmmm... Kto to może być?
To pytanie zaprzątało Rikowi głowę przez pewien czas, ale po chwili pogrążył się w błogim śnie.
-Co takiego?-wrzasnął Brom.-Dlaczego mnie nie powiadomiłeś?!
-I tak nie będzie już nam zawadzał.-odpowiedział spokojnie Thorus.
-THORUS!!!-wrzasnął na całe gardło Gomez. Cała sala tronowa opustoszała. Strażnik, który właśnie zdał raport Gomezowi odchodził szybko w kierunku wyjścia.-Co to do cholery ma znaczyć?!-Gomez podał Thorusowi świstek papieru dokładnie zapisanego raportem o dostawie wysłanej do Starej Kopalni. Thorus po dokładnym przeczytaniu raportu oniemiał.
-Ja, ja nie wiem... ja naprawdę...
-Co się stało?-zapytał Brom podchodząc do Thorusa.
-Ludzie z Nowego odbili go.-odpowiedział Thorus przerażonym głosem.
Rozdział 6:Pierwsze kroki.
Rik nie mógł spać dalej. Gdy tylko zamykał oczy widział strażników bijących go oraz potężnego starca na tronie. Leżał na łóżku z otwartymi oczami. "Lee już pewnie śpi od dawna", pomyślał. Nie chciał leżeć bezczynnie, owinięty bandażami jak jakiś połamany staruch. Spróbował wstać. Nie powiodło się. Prawa, złamana, noga strasznie mu ciążyła. Spróbował ponownie. Udało się, zdołał usiąść na skraju łóżka. Wszędzie panowały ciemności, noc była okropnie ciemna. Wstał i kuśtykając dotarł do biurka. Wymacał w ciemności przedmiot. To było krzesiwo. Lecz nie miał krzemienia ani hubki, ale zaraz, jest. Leżało tuż obok. Brakuje jeszcze krzemienia. "But!", powiedział w myślach Rik, "Od zawsze miałem go w bucie".Wrócił po omacku do krawędzi łóżka, sięgnął do podłogi i zaczął wyszukiwać swego lewego trzewika. Znalazł. Po chwili wyjął krzemień i ponownie podszedł do biurka. Zaczął teraz obmacywać biurko w poszukiwaniu pochodni. Po jakimś czasie dzierżył już w ręku jażącą się na końcu pochodnię. Teraz było o wiele lepiej. Pod biurkiem dostrzegł skrzynkę pełną drewna. Wziął jeden długi i bardzo gruby drąg. Wrócił do łóżka i wyjął z buta mały kozik. Wciąż był ostry jak brzytwa mimo długiego czasu od jego zrobienia. Wbił pochodnię w podłogę, która nie miała desek i zaczął strugać w kawałku drewna.Godzina mijała za godziną. W końcu powstał owoc jego ciężkiej pracy, solidna, długa i twarda kula. Mógł teraz chodzić bez oporu podpierając się nią. Sprzątnął wiury pod łóżko, załorzył buty i po zgaszeniu pochodni i odłożeniu jej na biurko wyszedł przez mocne, drewniane drzwi. Pierwsze promienie słońca spoglądały zza horyzontu. Było około godziny szóstej. Dopiero teraz Rik zobaczył obóz w całej okazałości. Wiele drewnianych i kamiennych chat mieściło się w ogromnej jaskini. Wszystko było podzielone na poziomy. Na najwyższym poziomie stały wysokie, drewniane chaty Magów Wody, z tego kierunku co chwila dało się słyszeć dzwięki czarów. Na drugim poziomie, na tym, na którym teraz znajdował się Rik, stało kilka kamiennych chatek. Paru najemników przechadzało się do kotła z zupą aby nabrać jej trochę na talerz. Na trzecim poziomie mieściło się dużo kamiennych chat. Było tam bardzo wiele najemników, jedni rozmawiali inni pili i jedli, a jeszcze inni ostrzyli broń. Na czwartym poziomie znajdowały się drewniane chatki szkodników. Było ich tam całe mrowie, większość jadła i rozmawiała. Na piątym poziomie mieściły się wyłącznie drewniane chaty, które należały do uboższych najemników i szkodników. Chodziło tam także dwóch lub trzech ludzi z Bractwa. Na ostatnim, szóstym, poziomie była wielka krata strzeżona przez Maga Wody. Gdy Rik tak roglądał się po wnętrzu obozu nie zauważył, gdy podszedł do niego Lee.
-Hej!? Nie śpisz? Musisz wypoczywać. Ooo... co ja widzę, nie mów, że to ty zrobiłeś tą kulę.
-W istocie, to ja.
-Jesteś niezwykle uzdolniony.Ale nie stójmy tak jak czubki. Pójdziemy do Wilka, on da ci jakieś porządne ubranie. Ale najpierw dam ci trochę polewki. Dzięki tobie kucharz miał co dać do kotła.
-Dzięki mnie?-zapytał ze zdziwieniem Rik.
-Właściwie to tak. Zebraliśmy towary z Placu Wymian, tam gdzie zrzucają więźniów no i wzięliśmy też rzeczy transportowane z tobą do Starej Kopalni. Ale dość już gadania, zapewne widziałeś Karczmę?
-Tak.
-Więc udamy się tam teraz i zjesz suty posiłek, ja stawiam.-Lee mrugnął do Rika po czym zeszli powoli ze wszystkich poziomów i udali się do Karczmy Na Jeziorze na śniadanie.
Rozdział 7: Przygotowania.
-Achhh! To było wyśmienite.-powiedział Rik i wypił ostatni łyk piwa.
-Cieszę się, że ci smakowało.-odpowiedział Silas.
-Dobra, było miło, ale musimy już spadać Rik.
-Masz rację Lee.-Rik wstał i razem z Lee szli do wyjścia. Na progu Rik jeszcze raz podziękował za przepyszne śniadanie. Poszli na szósty poziom. Minęli kilku ludzi Bractwa. Baal Kagan zaoferował Rikowi darmowe ziele. Razem z Lee porozmawiali trochę z Kaganem o Bractwie, ale gdy ziele się wypaliło poszli dalej. Obeszli sporą grupkę szkodników jedzących zupę i weszli do niewielkiej, kamiennej chatki na uboczu.
-Nie przeszkadzamy?-zapytał Lee w przejściu.
-Ależ nie! Proszę, wejdźcie i usiądzcie.
Rik zobaczył średniej postury mężczyznę, dobrze umięśnionego i z szarymi włosami, Rik wiedział, że świadczyły one nie o starości, lecz o wielu przygodach. Mężczyzna ten był ubrany w brązowe, płócienne bryczesy, solidne buty, szarą koszulę i korzuch z wilczej skóry, wszystko było lekko zabarwione na niebiesko.
-Rik poznaj, to jest Wilk, nasz najznamienitszy myśliwy. Sprzedaje ubrania, zbroje i kupuje myśliwskie trofea.
-Bardzo mi miło.
-Mnie również.-obaj podali sobie ręce.-Więc co cię do mnie sprowadza Lee?
-Potrzeba kupienia paru ubrań.-odpowiedział Lee siadając na ściętym pniu drzewa służącym za taboret.
-Wnioskując z twego wyglądu, chyba nie dla ciebie?
-Nie, nie! Dla tego oto młodzieńca. Jestem pewien, że widziałeś jak nieśli go całego we krwi do mnie.
-To ty? Chłopcze jestem pod wrażeniem, że żyjesz. Niewielu przeżyło po torturach strażników Gomeza.
-Dość gadania. Co masz najtańszego, ale w miarę przyzwoitego?
Wilk pomyślał chwilę i zaczął grzebać w swojej wielkiej skrzyni. Po chwili wyjął płócienne, bladożółte bryczesy, białą koszulę i parę wysokich, brązowych trzewików.
-To będzie razem... Sześćdziesiąt bryłek rudy.
-Proszę, reszty nie trzeba.-Lee podał wilkowi woreczek z rudą.
Rik przebrał się ostrożnie, aby nie uszkodzić bandaży, w swoje nowe ubranie. Był niezmiernie zadowolony ze swojego wyglądu. Razem z Lee pożegnali się z Wilkiem i poszli na drugi poziom. Z tej wysokości Rik zauważył, że jakiś nieznany mu człowiek rozmawia z Baal Kaganem. Był on wysoki, dobrej postawy, ubrany był w szarą koszulę bez rękawów, nabijane krawsze na przedramionach, długie, ciemnoszare spodnie i grube, czarne buty. Miał blond włosy z niewielkim kucykiem.
-Kto to jest?-zapytał Rik wskazując palcem na nieznajomego faceta.
-Nie wiem?-odparł Lee mrużąc oczy i próbując przyjżeć się dokładniej obcemu.-Nigdy go tu nie widziałem. Nie przejmujmy się tym teraz, trzeba zacząć przygotowania.
-Przygotowania do czego?
-Do przyjęcia ciebie do naszego obozu.-odparł Lee i poklepał Rika po plecach.-Trzeba jeszcze tyle zrobić.
-Taak...-powiedział Rik i rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku obcego mężczyzny. Już go nie było przy Baal Kaganie."Kim on tak wogóle jest?", ta myśl nie dawała spokoju Rikowi do końca dnia, do czasu gdy zasnął. Jeszcze nikt w Górniczej Dolinie nie podejrzewał, że ten obcy człowiek, który zjawił się w Nowym Obozie dokona niesamowitych czynów.
Rozdział 8: Najemnik
O poranku Rika zbudził ubrany już Lee.
-Wstawaj chłopie! Dziś twój wielki dzień. Które bandarze możesz zdjąć?
-Wszędzie oprócz klatki piersiowej.
Lee ostrożnie poógł Rikowi zdjąć opatrunki z wskaznych miejsc. Rany goiły się świetnie po interwencji magów. Lee podał mu zamiast zwykłego ubrania, lekką zbroję najemnika. Rik ubrał się pospiesznie po czym ruszył ,ramię w ramię z Lee, do siedziby magów. Lee podał strażnikom hasło i przeszli dalej. Na środku placyku stała już niemała liczba najemników i magów, w tym Wilk i Saturas, oraz Lares. Lee stanął na płaskim kamieniu i skinął głową Rikowi, aby uklęknął.
-Witajcie moi oddani przyjaciele!-zaczął Lee- W dniu, w którym przybyłem do Kolonii nawet nie marzyłem o takiej społeczności jaką jesteśmy. Razem z Magami Wody zbudowaliśmy ten obóz chatka po chatce, kamień po kamieniu, aż doszliśmy do dnia dzisiejszego, kiedy to w naszym obozie jest tyle szczęśliwych osób. Każde z nas jest inne, ale razem jesteśmy nierozrywalni, jak pęk strzał! Mam wielką nadzieję, że tak pozostanie póki będzie istniała Bariera. Ten oto młody Richard, zwany Rikiem, przeżył kilka tygodni nieziemskich wrunków i został pobity przez Strażników ze Starego Obozu, przetrzymał noc w strumyku. Zwykły człowiek tego by nie wytrzymał, lecz on jest o wiele silniejszy niż się wydaje. Dziś nastał najpiękniejszy dzień dla ciebie Riku, i mam nadzieję, że dla nas wszystkich. Bowiem dziś Rik przystaje do naszych szeregów i będzie naszym przyjacielem. Riku, czy obiecujesz zostać w naszym obozie i nie robić nic przeciw niemu i jego członkom?
-Tak.
-Czy obiecujesz każdego dnia poprawiać stan naszego obozu?
-Tak.
-Czy lubisz szpinak i grochówkę z wkładką?
-Ymmm... Tak.
-Dobrze bo to będzie jeden z głównych posiłków.-Lee uśmiechnął się.- Więc od dnia dzisiejszego drogi Riku nalerzysz do naszej społeczności, a oto medalon, który jest podarowywany każdemu nowoprzybyłemu. Niech chroni cię, twych przyjaciół i spuści na ciebie łaskę Adanosa.-Lee wyjął z sakiewki mały, złoty medalion na łańcuszku przedstawiający wilka z górami w tle. Lee zawiesił na szyi Rika owy medalion. Rozległy się oklaski magów, jaki najemników, Laresa, Wilka, Bustera. Wszyscy cieszyli się z nowego członka ich obozu.
Po tej ceremonii wszyscy rozeszli się do swych chat. Lee i Rik także.
-Rik, jestem bardzo szczęśliwy, że wstąpiłeś do nas. Jutro powiem ci o misji.
-Jakiej misji?
-Jutro. Idź już spać.
Rik tak też zrobił.
Rozdział 9: Ścieżka Nieboszczyka cz. 1
Rik obudził się. Chata, którą zaofiarował mu Lee była nawet wygodna. Po przeciwnej stronie miękkiego łóżka stała półka z kilkoma szufladami u podstawy. W rogu stał kamienny kominek, a obok niego leżał mały stos drwa. Rik przebrał się szybko w zbroję najemnika i ruszył z wolna do kwatery Lee. Po drodze zaczepił go jeden z kretów.
-Hej! Ty!
-Czego chcesz?
-Przepraszam, że zapytam, ale czy ty jesteś tym najemnikiem o imieniu Rik?
-Tak, to ja we własnej osobie.-odpowiedział Rik unosząc z dumą głowę.
-Jestem Gorand. Słyszałem, że dobrze znasz się z Lee. Bo widzisz, mam do niego sprawę.
-O co chodzi?
-Kiedy wczoraj szedłem do Aidana, naszego myśliwego, po zapasy napadła mnie grupa bandytów. Oczywiście nie byłem sam, ale tamci dali nogę. Bandyci zagrozili mi mieczami i powiedzieli, że jeśli nie oddam im swojej rudy to mnie zabiją. Musiałem im dać cały owoc miesięcznej pracy.
-Cóż za podłe zbiry!
-To nie wszystko. Te gnojki ukradły również mój amulet. Dostałem go dawno temu od jakiegoś handlarza. Wybuliłem niezłą sumkę, ale podobno miał on włąściwości magiczne. Teraz nie mam ani za co kupić jedzenia, ani amuletu. Jesteś blisko Lee i proszę cię abyś mu opowiedział o mej tragedii. Może da radę coś z tym zrobić.
-Tak. Na pewno mu to przekażę. To dla ciebie, na jedzenie.-Rik wyciągnął z kieszeni małą sakiewkę i wręczył kretowi.
-Wielkie dzięki!-Gorand pobiegł do jednego z kucharzy, tymczasem Rik dotarł już do mieszkania Lee.
-Oh! Witaj przyjacielu! Jak się spało w nowym domu?
-Świetnie! Lee, mam do ciebie sprawę.
-O co chodzi?
Rik powiedział mu całą historię Goranda i poprosił o pomoc dla niego.
-Wiesz co? Sam się tym zajmiesz, ale dopiero po wykonaniu nowego, ważniejszego zadania. Masz piwo.-Lee wziął spod stołu butelkę piwa, a drugą wręczył Rikowi. Oboje odkręcili i zaczęli powoli pić.
-Magowie poszukują... jakby to powiedzieć, kamienia.
-Kamienia?
-Nie takiego zwykłego kamienia. Jest to jakaśtam magiczna runa, czy coś takiego. W każdym razie wiedzą gdzie ona jest, lecz nie chcą ryzykować utraty jednego z nich więc poprosili mnie abym wysłał tam oddział zwiadowczy i dowiedział się co w trawie piszczy. Składa się tak, że będziesz dowodził tym oddziałem. Proszę, to plecak z potrzebnymi rzeczami, prowiantem i mapą z zaznaczoną drogą do tego miejsca.-Lee podał Rikowi niewielki, ale dosyć ciężki, plecak.-Przy wyjściu z obozu spotkasz trzech ludzi. Pódziesz z nimi według mapy. Powodzenia!
Rik i Lee wypili do końca piwo i pożegnali się. Rik szybko wyszedł z obozu i spotkał ową grupę. Zapoznał się ze wszystkimi i ruszyli. Mapa wskazywała miejsce między Starym, a Nowym Obozem niedaleko góry. Marsz szedł im szybko. Omijali wszystkie zwierzęta aby nie opóźniać zadania. W końcu dotarli. Była to niewielka kopalnia. Kilka rozdrabniaczy stało na zewnątrz. W środku było mokro i duszno. W powietrzu roznosił się zapach zgnilizny. Zapalili pochodnie, gdyż zbliżał się zmrok i weszli do środka. Nagle Rik usłyszał za sobą ciche chrząkanie. Inni też to dostrzegli. Gdy się obrócili zobaczyli pięciu zombie. Natychmiast wyciągnęli miecze i ruszyli aby zarąbać żywe trupy. Niestety zombie powoli wybierały sobie przewagę. Zabijały po kolei i powoli, aż został w końcu sam Rik. Wiedząc, że w tym pojedynku nie ma szans krzyknął z przerażenia. Coś się zatrzęsło. Pękanie podpór, dźwięk kruszonych kamieni i straszliwy huk. Wszystko zlało się w jedno. Strop skruszył się i spadł prosto na grupę zombie grzebiąc ich pod tonami żwiru i skał oraz blokując przejście Rikowi.
-Jasna cholera!
Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 2
Kiedy pył opadł Rik obejżał dokładnie gruzy aby sprawdzić czy zombie na pewno już nie wstaną. Pomodlił się za dusze swych współtowarzyszy i poszedł w głąb tunelu. Było strasznie ciemno więc zapalił pochodnię. Powietrze było ciężkie i wilgotne, ściany porastała mozaika mchów, porostów i grzybów wszelkiego rodzaju. Rik zebrał kilka z nich i poszedł dalej. Powoli otoczenie się zmieniało, kamienne, nierówne ściany i strop zastępywały brązowe, równo ułożone cegły, a piaszczysta podłoga zamieniła się w chodnik z szerokich płyt. Nagle coś się zatrzęsło, Rik stracił równowagę i upadł. Chodnik zapadł się. Rik znajdował się w jakimś naturalnym tunelu pod chodnikiem. Próbował wyjść, ale był za niski. Podniósł pochodnię i poszedł dalej. Po chwili dotarł do groty, przez którą płynął mały strumyczek. Rik aż krzyknął ze strachu kiedy zobaczył przybity do ściany szkielet, z którego zwisało jeszcze trochę mięsa. Rik napił się ze strumienia i poszedł wzdłuż ściany skalnej. Zauważył jakieś wgłębienie, włożył doń ostrożnie rękę i chwyciwszy jakąś dźwignię przekręcił ją. Coś zaskrzypiało i obok otworzyło się tajne przejście. Rik poszedł nim i dotarł do jakiegoś pomieszczenia. Naprzeciwko stały podniszczone, drewniane drzwi, po prawej stronie stało niepościelone łóżko, obok niego była szafa, całą lewą stronę zajmował stół alchemiczny z różnymi kolbami, probówkami, stalowymi i szklanymi rurkami i słoikami z dziwnymi, kolorowymi płynami. Rik zauważył w rogu stojak na książki i leżącą na nim, otwartą książkę. Podszedł i zaczął czytać.
"Dzień 24, Arugas
Badania prowadzone od dłuższego już czasu nie przyniosły żednych, widocznych skutków. Wszędzie tylko pełno tych magów. Udało mi się stworzyć z roślin rosnących w wielkiej sali nową miksturę, która pozwala oddychać pod wodą, ale nie jest dopracowana i nie wiem jakie efekty uboczne może wywołać.
Dzień 30, Arugas
Magowie znaleźli nowy tunel i chcą wysadzić przejście aby zobaczyć co jest w środku. teraz słychać tylko wybuchy i wstrząsy. Nawet nie mogę spać bo pył ciągle sypał mi się na głowę.
Dzień 32, Karodor
Wybuchy ustały. Magowie znaleźli runę, której tak bardzo szukali, ale nadal nie wiadomo gdzie spoczywa starożytna broń. Runa jes pokryta pismem runicznym, ale czarodzieje nie wiedzą JESZCZE co to pismo oznacza.
Dzień 37, Karodor
Nastąpił potężny wstrząs, kilkunastu magów zostało przygniecionych kilkoma tonami skał i gruzu, wielka sala zasypana! Nie wiem co się teraz stanie, prawdopodobnie będziemy szukać dalej. Znalazłem też prawdopodobnie jedyny egzemplaż rośliny Raccudus medicus na świecie! Sporządzam teraz miksturę zdolną wyleczyć nawet przebite serce.
Dzień 49, Rakkur
Magowie się wynoszą, badania zostały przerwane, a runa zagubiona. Ostateczny werdykt mówi, że miecz nie istnieje. Powoli się pakuję, ale zostawię cały sprzęt, może ktoś potem zeń skorzysta."
Następne strony były puste, ale ten ktoś napisał, że się wynieśli, a sądząc z tego łóżka i stołu alchemicznego ktoś niedawno ich używał. Tu musiał być ktoś jeszcze. Nagle z książki wypadł stary, zardzewiały i zaśniedziały klucz. Rik podniósł go i zabrał kilka małych mikstur ze stołu. Następnie zabrał się do otwierania drzwi...
Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 3
Klucz ledwie dał się przekręcić, w końcu zawiasy zaskrzypiały i stare dzwi otworzyły się. Rik znalazł się w dużej, naturalnej, jaskini. Stało w niej mnóstwo nieznanych mu sprzętów, ale także łopaty, kilofy i inne podobne do tych używanych w kopalniach. Przeszedł parę kroków dalej, nagle usłyszał dziwny dźwięk, jakby sapanie i kroki, schował się szybko za jakąś skałę. W ostatniej chwili, bo do jaskini gdzieś z dala wchodziło kilka humanoidów, Rik rozpoznał trzech orków w starych, zardzewiałych kolczugach oraz jednego człowieka, wyglądającego na maga, w czarnym stroju.
-W takim razie zbadajcie następny korytarz durnie!-Rik usłyszał rozmowę.
-Panie, jeden z tuneli... jakby to... nooo.
-Mów do cholery!
-Zawalił się... jakby.
-Cooo?!-mag krzyknął na całą salę, aż echem się odbiło. Następnie wskazał palcem na orka, który stanął na baczność jak wryty, mag zacisnął rękę, ork począł się dusić, a gdy mag zacisnął pięść, ork padł martwy na ziemię.
-Do roboty, macie znaleźć tą runę!
-T-tak jest...
Dwóch pozostałych orków odeszło gdzieś na prawo tymczasem mag wykonał okrąg ręką w powietrzy, okrąg zmienił się w jaskrawe koło zawieszone w powietrzu. Mag wszedł doń po czym całe zjawisko znikło. Rik nie wiedział co myśleć, miał znaleźć runę, więc musiał dostać się do tuneli orków, ale jak...
-Zaraz, zaraz-powiedział Rik- mam tu ubranie orka, może bym je wziął i...
Rik zaczął się pośpiesznie przebierać w szaty orka, były o wiele zaduże, śmierdzące i niewygodne, ale Rik wyglądał prawie jak ork. A prawie robi wielką różnicę...
Rozdział 10: Ścieżka Nieboszczyka cz. 4
Rik w nowym "wdzianku" poszedł tam gdzie przed chwilą udało się dwoje orków. Po kilkunastu krokach zauważył ogromny tunel, po bokach stały beczki, naprędce zrobione posłania, worki z zapasami i tym podobne. Poza tym wzędzie pałętali się orkowie z kilofami, pochodniami i beczkami.
-Ostrożnie z tym śmierdzący gnoju!-zawołał wysoki ork ze stalowym naramiennikiem i opaską na oku do innego orka, który upuścił beczkę.
-To jest proch do cholery! Pozbieraj to!
Ork szybko zebrał garściami proch do beczki i ruszył w głąb tunelu.
-Masz.-jakiś ork nagle podszedł do przebranego Rika i podał mu kilof.-Nowy co?
-Ekhm... Taa.
-Lepiej bierz się do roboty bo jak Rugash zobaczy, że tu stoisz to ci spuści lanie.-ork zaciągnął Rika w głąb tunelu, aż do samego końca.
-Co tu się dzieje?
-Pytasz co się dzieje? Kopaczu, skąd ty jesteś? Kopiemy tunel dla naszego Mistrza, chce znaleźć jakąś...
-Runaaaaa!!!-przerwał mu krzyk jakiegoś orka, który kopał w ścianie.
-Runa! Patrzcie, na końcu tego korytarza!
-Odsuńcie się niezguły!-do gromady orków podszedł ork-dowódca, Rugash.
-Niech mnie pełzacze zeżrą, to żeczywiście runa! Szybko, nanieście tu prochu. Żywo, żywo!
Po chwili wszyscy orkowie (nie wyłączając Rika) zanieśli pod dziurkę w ścianie tunelu całą górę beczek z prochem. Rugash rzucił na nią pochodnię nie przejmując się losem orków-kopaczy.
-Co on wyrabia?!! Uciekać!!!
Rik zdążył przebiec kilka króków, wtedy eksplozja wyrzuciła go do przodu prosto na stertę skrzynek. Usłyszał za sobą wielki huk, chmura pyłu zasłoniła mu wszystko, po chwili spadły nadpalone odłamki skalne. Gdy już wszystko ucichło Rik wstał i obejżał całe ciało. Jeszcze mam nogi i ręce, pomyślał, to dobrze bo również głowy mi nie urwało. Jednak wielu orków nie miało tyle szczęścia, podniosły się jęki rannych, niektórzy szukali zagubionych kończyn, inni nie żyli. Rugash przeszedł po gruzach i wszedł do wielkiej komory, Rik utrzymując dystans wszedł za nim. Była to zwykła, tyle, że duża, komora, ściany pokryte były dziwnymi runami, w rogach rosły kilkumetrowe kryształy, a na środku, na prostym, kamiennym stole leżał mały, zaokrąglony kamień, najdziwniejsze było to, że był niebieski. Rugash podszedł i wziął go w dłonie, wtem coś grzmotnęło. Wprost spod jego nóg zaczęła tryskać woda, ork stracił równowagę i upadł. Cały kompleks się zatrząsł i wtedy wszędzie pojawiła się woda, całe podziemia tonęły. Rik rzucił się do wody i szukał po omacku runy, która wypadła dowódcy orków. Gdy nurt wody porwał jego hełm Rugash wykrzyknął przekleństwo w orkowym języku i rzucił się z gołymi pięściami na Rika. Biedak dostał po twarzy i upadł w wodę, która szybko wypełniała tunel i komorę. Rugash kopnął go w brzuch i Rik upadł na samo dno, tuż przed sobą zobaczył runę. Chwycił ją mocno i przypomniał sobie o miksturze znalezionej w laboratorium polowym. Wyciągnął buteleczkę, na szczęście nie była rozbita, odkorkował i szybko wypił całość. Nic nie poczuł, czuł się zfrustrowany. Przeżyłem spotkanie z nieumarłymi, eksplozję i cios orka aby teraz poprostu utonąć, pomyślał. Gdy zabrakło mu powietrza otworzył usta, poczuł jak jego płuca wypełniają się wodą i... ulga. Zdziwił się. Zrobił kolejny wdech, ale i tym razem się nie udusił. Wyciągnął miecz i podpłynął pod powierzchnię wody, gdzie orkowy dowódca szamotał się uporczywie szukając powietrza.
-To za tych wszystkich, niewinnych orków!
Dźgnął go mieczem, ostrze wdarło się pod metalową łuskę i przebiło wnętrzności orka. Po chwili szamotanie ustało, a w wodzie pojawiła się krew. Rik usatysfakcjonowany zaczął wypływać z kompleksu, przepłynąd przez tunel, wielką salę i pokój z laboratorium, następnie dotarł do skał, które pogrzebały jego ludzi i zombie. I co teraz, zasmucił się, przecież nie odgarnę tych kamieni. Poczuł, że moc mikstury zaczyna się wyczerpywać, każdy kolejny chaust wody powodował coraz większy ból i kaszel. Rik popatrzył na runę, następnie skierował ją zarysowaną stroną w kierunku kamieni. Poczuł, że się dusi, wydał ostatni krzyk rozpaczy i... fala uderzeniowa wybiła z runy i zmiotła kamienie na zewnątrz. Rik wraz z wodą wypłynął na trawę. Przez chwilę leżał, cały mokry, zmęczony i na wpół żywy, ale żywy. Po chwili wstał, wypluł resztki wody oraz przeczyścił uszy i poszedł chwiejnym krokiem w kierunku Nowego Obozu nucąc jakąś wesołą, pijacką melodię.

1 komentarz
Rekomendowane komentarze