Jump to content

GoT [1/5] - gra oczekiwań


Przemyslav

242 views

Nareszcie!

Kiedy w kwietniu przeczytałem Grę o tron wiedziałem, że na pewno będę o niej pisał. Choć korciło mnie niemiłosiernie, by już wtedy skrobnąć kilka słów o tym i owym, wstrzymałem się. Postanowiłem, że dopiero, gdy poznam całą Pieśń Lodu i Ognia, będę czuł się na tyle pewnie, by w ogóle ugryźć temat.

W końcu przeczytałem wszystkie dotychczas ukazane pięć tomów Pieśni (pominąłem za to Rycerza Siedmiu Królestw oraz Ogień i krew), a potem obejrzałem wszystkie osiem sezonów serialu. Materiał źródłowy jest tak obszerny, że nie mam najmniejszych szans zawrzeć wszystkich przemyśleń w tylko jednym wpisie. Stąd pomysł na miniserię.

Nie przedłużając…

Pieśń Lodu i Ognia to moloch. Olbrzymia opowieść pełna nietuzinkowych postaci, bogata w politykę, bitwy, intrygi i zbrodnie, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Skala opowieści jest przeogromna… A czas ograniczony.

W takim razie od czego lepiej zacząć: od książek czy serialu? Czy jeśli zacznę od powieści, czy serial mnie rozczaruje? A może na odwrót? Jak bardzo różni się oryginał od adaptacji? To skomplikowane.

Pierwsze dwa sezony są bardzo wierne książkom. Czuć ten sam klimat, a różnice wynikają głównie z ograniczonego (wtedy) budżetu. Potem fabuła serialu coraz bardziej rozjeżdża się z historią z książek.

No bo jak tu trzymać się kurczowo powieści, skoro w czwartym tomie Pieśni niemal w ogóle nie występują ani Tyrion, ani Jon, ani Daenerys? Niezbyt sobie wyobrażam cały sezon bez nich.

George R.R. Martin tak sobie to rozplanował, że w Uczcie dla wron (czwarty tom) przedstawia akcję głównie z perspektywy Cersei, Jaime’a oraz Brienne (choć jest też Sansa, Arya i Sam), a w Tańcu ze smokami pisze, co w międzyczasie działo się z Wielkimi Nieobecnymi i ciągnie akcję dalej, ale już z większością bohaterów.

Spoiler

Jeśli spodziewaliście się przeczytać, jak Jon radzi sobie w roli lorda dowódcy Nocnej Straży, albo dokąd uciekł Tyrion po zabójstwie ojca, to sorry. Jeśli czytaliście na premierę, poczekaliście sobie na to tak z dziewięć lat.

 

2.thumb.jpg.548695eb4d311f4e6f56a72a6f3ea794.jpg

Za co się więc zabrać: książki czy serial? Odpowiedź brzmi: why not both?

Książki mocno stawiają na politykę. Duuuużo polityki. W pierwszych tomach jeszcze w miarę ciekawie się ją śledzi, ale po Nawałnicy mieczy (trzeci tom) autor pisze o tym, co się dzieje na Wyspach Żelaznych, gdzie najciekawszą postacią jest Asha Greyjoy, oraz w Dorne, gdzie… Nie dzieje się niemal nic, co dotyczy znanych nam bohaterów.

Spoiler

 

Wątek w Dorne obraca się wokół niemal udanego zamachu na księżniczkę Myrcellę w ramach odwetu za śmierć Oberyna Martella.

Ta część opowieści może i nie była zła, ale była tak oderwana od reszty akcji i pełna zupełnie nowych postaci, że ciężko mi się ją śledziło. W przeciwieństwie do serialu, nie zawarto w książkach misji ratunkowej z udziałem Jaimego i Bronna - jest to tylko i wyłącznie wymysł scenarzystów.

 

 

Serial również stawia na politykę, ale później dokłada całkiem dużo scen akcji, głównie z udziałem Jona. Przez ekran przewija się też mniej postaci, więc siłą rzeczy częściej widzimy znane twarze.

No i w porównaniu do książek, akcja serialu biegnie na złamanie karku. Nawet gdy dzieje się to samo, dzieje się to trzy razy szybciej niż w książce, a w ostatnich sezonach tempo jest tak wysokie, że można zawału dostać, byleby już, teraz, natychmiast doprowadzić kilka wątków do końca, czasem dość bezceremonialnie. Patrzę na was, sezonie siódmy i ósmy.

 

1.thumb.jpg.f5f6c5be0c5bbb8852895f7e8864fbd1.jpg

Jednak moim zdaniem rozczarowania da się uniknąć tylko wtedy, gdy zdecydujemy się poznać serial i nic poza nim.

Jeśli najpierw zgłębimy książki, dostrzeżemy, że serial kilka ciekawych wątków po prostu olewa. Dla miłośników śledzenia sytuacji politycznej w Westeros będzie to obraza inteligencji, ale tacy ludzie znają pewnie imiona wszystkich dzieci Spóźnionego Waldera Freya. Ja nie znam, ale trochę szkoda mi, że parę ciekawych postaci w serialu po prostu się nie pojawia.

Z kolei jeśli najpierw obejrzymy serial, książki wydadzą nam się po prostu nudne.

Dla mnie osobiście serial, ze wszystkimi jego zadami i waletami, jest lepszy od książek, ale to tylko moje zdanie. Jak każdy, ja również parę rzeczy bym zmienił – oczekiwałem nieco innego rozwoju wypadków, ale to samo mógłbym powiedzieć o książkach.

Martin bawi się z czytelnikiem, często nie dając mu tego, czego chce, albo nieprzyzwoicie długo odwlekając to w czasie. Pod tym względem podobny jest do Quentina Tarantino. Nigdy nie dowiemy się, co jest w walizce z Pulp Fiction, ani jak dokładnie nie udał się napad na jubilera we Wściekłych psach.

Moim zdaniem warto, mimo możliwych rozczarowań, najpierw przeczytać dotychczas ukazane pięć (z planowanych) siedmiu tomów Pieśni, a dopiero potem zabrać się za serial. Można wtedy w ramach ciekawostki poobserwować, które wątki serial odwzorował wiernie, a które porzucił na rzecz radosnej sieczki.

 

To, że Pieśń Lodu i Ognia jest dziełem wybitnym, jest tak pewne jak to, że Lannisterowie zawsze spłacają swe długi.

0 Comments


Recommended Comments

There are no comments to display.

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...