Jump to content
  • entries
    119
  • comments
    317
  • views
    76,973

Pan Magister, czyli frustrat zone #2


Mariusz Saint

420 views

 Share

We wpisie zamieszczonym ponad miesiąc temu pisałem o swoim zdenerwowaniu wywołanym bzdurnym i niezwykle uciążliwym systemem zalogowania się do systemu antyplagiatowego, sprawdzającego pracę magisterską. Tamten wpis kończy się radosną informacją, że praca została sprawdzona w odpowiednio krótkim czasie, w związku z czym mogę zawieźć ją w poniedziałek promotorce do podpisu i spokojnie czekać sobie na obronę.

Jakże mało wtedy wiedziałem.

Owszem, wydrukowałem sobie egzemplarze pracy, oprawiłem, co solidnie trzepnęło mnie po kieszeni - ale nic to! Zrobiłem sobie zdjęcia do dyplomu, pan fotograf ładnie mnie fotoszopnął, żeby nie trzeba było tych zdjęć palić - czyli wszystko idzie dobrą drogą. Zawożę prace do podpisu, słyszę krzepiące słowa dotyczące łatwości pytań na obronie od promotorki - po prostu super.

Siedząc w autobusie powrotnym otrzymałem telefon z dziekanatu - brakuje jednej oceny. Z ćwiczeń i wykładów zrobiono jeden test i wpisano jedną ocenę, a muszą być dwie. Owszem, było to frustrujące jak jasna cholera - bo w sobotę tego samego tygodnia musiałem PRUĆ PO RAZ KOLEJNY do Krakowa, żeby uzupełnić brakującą ocenę - a wyboru nie było, bo po pierwsze to był jedyny termin, gdy obecność wykładowcy na uczelni pokrywała się z godzinami pracy dziekanatu, a po drugie trzeba było to zrobić, jeśli człowiek chciał się bronić jeszcze w lipcu, a ja chciałem. Samo uzupełnienie wpisu przebiegło bezproblemowo - przyjechałem na miejsce (dwie godziny jazdy), podrzuciłem wykładowcy indeks (został wcześniej wtajemniczony w całe to zamieszanie), ten dokonał wpisu, zaniosłem indeks do dziekanatu mieszczącego się dwie minuty piechotą od sali, gdzie wykładowca przebywał, w sumie cała operacja trwała jakieś piętnaście minut. A potem kolejne dwie godziny w autobusie spędzone na wsłuchiwanie się w uderzający o dach i okna deszcz, bo taki to był dzień właśnie. Ale pocieszałem się myślą, że to już koniec upierdliwych formalności, że pozostaje już tylko czekać na obronę.

Jakże mało wtedy wiedziałem.

Wracam do domu - relaks! Po paru miesiącach wreszcie miałem tyyyle wolnego czasu do własnej dyspozycji. Zacząłem wreszcie robić to, co sobie zaplanowałem na tę chwilę: nadrabiać oglądanie seriali, anime, czytanie książek, pisanie na forum... Tak, te parę dni było naprawdę fajne i spoglądałem na datę obrony - poniedziałek, trzynastego lipca - z dość sporym optymizmem i poczuciem dobrze wykonanego zadania, a to dobry moment do wspomnienia, że na kilkunastu seminarzystów z napisaniem pracy przed wakacjami wyrobiło się w sumie czterech.

Wesoło być przestało równo na dwa tygodnie przed obroną. Po dokonaniu radosnego obchodu forum zaglądam sobie na skrzynkę pocztową, a tam... mail od promotorki, o tytule "bardzo pilne" - prośba o natychmiastowy kontakt telefoniczny. Nie muszę chyba wyjaśniać, że już sam ten widok wystarczy, aby podniosło się człowiekowi ciśnienie i nastrój zmienił na gorsze. Właściwa informacja była jeszcze bardziej niemiła - recenzent odrzucił pracę. Wskaźniki systemu antyplagiatowego okazały się zbyt wysokie w stosunku do zaleceń katedry recenzenta. Tłumaczenia, że jeśli spora część pracy to analiza zapisów w ustawach, to fragmenty tych ustaw muszą się tam znaleźć, oczywiście nie pomogły. A system antyplagiatowy jest tępy jak program telewizyjny - oznaczonych cytatów, fragmentów tekstu opatrzonych przypisami nie rozpoznaje. Analiza antyplagiatowa opiera się na wyszukiwaniu ciągu pięciu wyrazów - więc jeśli napiszesz np. "art. 8 ust. 2 ustawy o samorządzie gminnym", to system ci to niewątpliwie oznaczy jako plagiat. "Proszę poprawić, macie państwo tydzień" - w takiej samej sytuacji oprócz mnie były jeszcze dwie osoby.

Muszę przyznać, że zanim zaskoczenie mi minęło, była już środa wieczór. "Poprawienie" pracy, czyli intensywne wprowadzanie synonimów ("obszar" - "zakres" etc.) oraz skrótów ("ustawa o samorządzie gminnym" - "u. o s.g."), bez żadnej ingerencji zmieniającej jej treść, zajęło mi bite dwa dni, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze było to, że walnięto we mnie z zaskoczenia, po czym na dość długi czas moja aktywność była osłabiona - niech dowodem na to będzie ten wpis, robiony prawie trzy tygodnie po obronie, choć miał być najpóźniej na następny dzień po niej. Nerwy związane z oczekiwaniem na wynik antyplagiatowy trwały dość krótko, bo wpuściłem przed północą, a wynik został wypluty popołudniu, ale że były, więc o nich też wspominam.

Troszkę gorzej było z kwestiami "technicznymi" - wyniki były w sobotę, ale o godzinie, o której wszystkie zakłady drukująco-oprawiające były zamknięte. Aby uniknąć możliwych problemów, postanowiłem wydrukować jeden egzemplarz w domu, aby w przypadku awarii/problemów sprzętowych/innych kataklizmów po prostu te strony skserować i dać do oprawy, jednak... skończył się tusz. Ech, życie.

Samo wydrukowanie w Krakowie (bo wyjechać musiałem o szóstej rano - tak, kolejne wesołe dwie godziny w autobusie) było nieco nerwowe, bo choć wokół uczelni stosownych przedsiębiorstw ci dostatek, to w jednym padł komputer, w drugim kolejka aż za drzwi, w trzecim owszem, drukuje wszystko, oprócz egzemplarza archiwalnego, który musiał być druknięty dwustronnie, a szacownemu panu program przy takim ustawieniu "miesza". O ile przygotowanie egzemplarzy "wystawnych" (druk, oprawa) poszło dość bezstresowo, tak z naprawdę istotnym egzemplarzem archiwalnym troszkę się nalatałem - ostatecznie udało się to zrobić w... przyjaźnie nastawionym do studentów biurze turystycznym, mieszczącym się naprzeciw dworca autobusowego. Udało się.

Samo powtórne złożenie pracy promotorce do podpisu ("cieszę się, że państwu się udało"), recenzentowi do rąk własnych (wyjątkowo niski starszy pan zerka na współczynniki z raportu, umieszczone z tyłu pracy, bierze nam egzemplarze z rąk i rzuca komentarzem "no! teraz dobrze! kto to widzioł takie wielkie współczynniki mieć") i do dziekanatu ("i spokojnie czekać na obronę") przebiegało trochę jak we śnie - powinienem czuć ulgę, ale dalej żyłem w napięciu, że przez tydzień dzielący mnie od obrony coś złego jeszcze może się wydarzyć. Kiedy w piątek (trzy dni przed obroną!) zadzwonił telefon i na ekranie wyświetlił się numer z dziekanatu, byłem przygotowany na najgorsze, na przykład na tekst "proszę nawet nie przyjeżdżać", ale to była tylko informacja o zmianie godziny obrony. Choć ulgi nadal nie czułem.

W poniedziałek, po przyjeździe na miejsce, pierwsza pozytywna informacja w dziekanacie - recenzent nie będzie na obronie. Niesamowicie mnie to ucieszyło, bo ewentualnych problemów spodziewałem się właśnie z jego strony, zgadnijcie czemu. Do obrony został czas jakiś, zakupiliśmy niezbędne przybory, czyli bukiety kwiatów - na szczęście interes wokół uczelni kręci się solidnie i pobliskie kwiaciarnie mają już przygotowane odpowiednie zestawy.

Oczekiwanie na obronę - jak inaczej to mogło wyglądać? Im bliżej wyznaczonej godziny, tym napięcie rośnie. W dodatku obrona innej, dużo liczniejszej grupy, która odbywała się w "naszej" sali, przeciągnęła się o jakieś pół godziny, co nastrojów nie poprawiło. Do sali zostaliśmy zaproszeni w pełnym, czteroosobowym składzie - jedna z koleżanek postanowiła jeszcze bardziej podgrzać atmosferę, udając się na krótko przed zaproszeniem nas do sali w odosobnione miejsce, by "przypudrować nosek", a gdy zdenerwowani nieprzeciętnie ją wołaliśmy, zapragnęła przed wejściem do sali jeszcze sprawdzić, czy ktoś jej eska jakiegoś nie napisał, co w zaistniałych okolicznościach wkurzyło mnie nieprzeciętnie.

Na obronie, oprócz promotorki, był dobrotliwie uśmiechnięty pan, kojarzący mi się z mocno rozciągniętym wszerz ojcem Rydzykiem - niestety nie udało mi się ustalić, kto to dokładnie był. Każde z nas dostało kartkę z trzema pytaniami, które były banalne - dotyczyły ogólnej tematyki naszych prac. Była chwila czasu na przygotowanie swojej odpowiedzi, np. wypisanie w punktach poszczególnych jej elementów. Gdy zaczęło się nerwowe rozglądanie na prawo i lewo, czy reszta już skończyła, padło pytanie "kto pierwszy?" Zgłosiłem się ja, bez żadnego konkretnego powodu. A może dlatego, że gdybym musiał słuchać odpowiedzi innych, to zestresowałbym się jeszcze mocniej, analizując, czy odpowiedziałbym tak samo dobrze/źle... W każdym razie odpowiadałem, wiedziałem, co mówić, w końcu siedziałem dość spory kawałek czasu nad tą pracą. Jednak tu muszę się przyznać do tchórzostwa - nie patrzyłem ani promotorce, ani "Rydzykowi" w oczy - bałem się widzieć ich reakcję. Gdybym zauważył jakiś gest świadczący o tym, że plotę ciężkie bzdury, zacząłbym się najpewniej albo mocno plątać, albo zatkałoby mnie; w każdym razie coś takiego nie nastąpiło. Na koniec "Rydzyk" zadał mi niezobowiązujące pytanie w jakiej branży pracuję (nie, nie było to pytanie złośliwe, jeśli ktoś tak sobie w tym momencie pomyślał) i tyle, mój aktywny udział w obronie pracy magisterskiej się zakończył.

Wyszedłem, odetchnąłem, rozmawiam z innymi - akurat przytrafili się niektórzy seminarzyści, którzy będą się bronić we wrześniu, a mieli jakieś sprawy do załatwienia z promotorką. Dlatego czas oczekiwania na zakończenie minął dość szybko - znowu zostaliśmy wezwani wszyscy do sali, gdzie nam pogratulowano i przede wszystkim odczytano wyniki. Piątka na dyplomie raczej nie jest wybitnym osiągnięciem życiowym, ale co z tego, skoro ładnie wygląda. Kwiaty zostały wręczone, zaświadczenie odebrane (dyplom będzie do odbioru gdzieś pod koniec września) i... tyle. Kolejny dwugodzinny powrót do domu.

A po powrocie wszyscy naokoło się cieszą, gratulują mi - ale ze mną jest taki problem, że kompletnie tego nie czuję. Nie czuję jakiejś wyjątkowej radości, ulgi - dość brutalnie muszę przyznać, że przede wszystkim to mi się spać chciało. I taki stan zawieszenia, zmęczenia, obojętności czy jak to tam jeszcze nazwać, utrzymywał się jeszcze dwa tygodnie po obronie pracy. Dopiero niedawno zacząłem sobie uświadamiać, że już nie muszę nic pisać, że nie muszę jeździć z tym sto kilometrów w jedną i sto kilometrów w drugą stronę. Że nie muszę zdawać egzaminów, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. I stać mnie już na jakieś przemyślenia o tym wydarzeniu, a niech ten wpis będzie tego dowodem.

I wyrażam przy tej okazji nadzieję, że do czasu odbioru dyplomu znowu nie wyniknie coś niespodziewanego, ale nie powinno - zaświadczenie jest w garści :)

 Share

7 Comments


Recommended Comments

Straszne rzeczy O.o gratuluję stalowego żołądka.

Naprawdę zaczynam się obawiać o moje studia (chociaż dopiero co je zaczynam), bo na pracę dyplomową (inż) będzie trzeba coś zbudować...

Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...