Jump to content
  • entries
    112
  • comments
    176
  • views
    6,540

About this blog

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Entries in this blog

 

Biały Dom Wariatów

Nigdy nie lubię, gdy takie sytuacje się zdarzają na blogu… już miałem gotowy wpis – wystarczyło poczekać kilka godzin… a tu takie „coś”. Fakt, że przetoczyło się to przez polskie portale (a dowiedziałem się tego z cdaction.pl), więc głupio byłoby, gdybym ja to przemilczał. Więc wpis powstał „na szybko”. Piszę tu, naturalnie, o najnowszym filmie, który Biały Dom zamieścił na swoim koncie na YT, a który chyba już wszyscy widzieliście. Ale, by dopełnić formalności:   Najpierw przyznam się Wam, że początkowo nie chciało mi się odnosić na tym blogu do doniesień o „szkolnej strzelaninie spowodowanej grami”, ponieważ już o tym kiedyś pisałem. Niestety, powyższy filmik uświadomił mi moją pomyłkę – muszę o tym napisać. Odsunę jednak na bok to, o czym już pisałem. Zajmę się samym „dziełem” Białego Domu – tendencyjnym, mniemającym sensu wideo o „szkodliwości gier”. No serio – żadnego komentarza, odniesienia się czy nawet podania tytułów owych brutalnych gier. Nie wspominając już, że chyba wszystkie gry z tego materiału mają oznaczenia ESRB „M” i wyżej. Czyli nie są przeznaczone dla dzieci! Szczególnie rozwaliła mnie obecność Fallouta 4 – i to w dodatku nagranego specjalnie w momencie, gdy gracz łamie prawo panujące w postapokalitycznym Bostonie/Diamond City – zabił cywila. Za co zapewne został za chwilę ukarany przez strażników. Skoro już się tym tematem zająłem to postanowiłem zrobić szybki research - i okazało się, że strzelec, Nikolas Cruz, należał do "Junior Reserve Officers' Training Corps" oraz szkolnej drużyny strzeleckiej (źródło: The Telegraph). Czyli tak samo, jak w większości omawianych we wspomnianym wpisie przypadków! Co ciekawsze - miał też więcej wspólnego z tamtymi mordercami - został relegowany ze szkoły, miał problemy psychiczne... Szukając dalej znalazłem materiał CNN dotyczący tej sprawy - i okazuje się, ze w ciągu 10 lat policja byłą wzywana do domu Cruzów... 45 razy! Przy czym lokalny szeryf "przyznaje się" do 23. "Olewactwo" amerykańskiej policji pojawia się także w innej kwestii - w lutym 2016 roku sąsiedzi wzywali lokalne władze bezpośrednio do Cruza w obawie, że ten "zbiera broń i szykuje się do strzelaniny" (usatoday.com). FBI też się nie popisało: 5 stycznia - ponad miesiąc przed strzelaniną! - otrzymali telefon o planowanej przez Cruza strzelaninie w szkole. I nic nie zrobili! Do czego się przyznali dopiero dwa dni (!) po masakrze. Brawo, przez was zginęło 17 osób (źródło: New York Times, FBI). I właśnie tym prezydent Trump powinien się zająć - zarówno kwestią dostępu do broni (nie, uzbrajanie nauczycieli to raczej nie jest dobre rozwiązanie), jak i kwestią policji oraz FBI - jak to jest możliwe, że przy takich podejrzeniach i informacjach NIKT przynajmniej nie obserwował Cruza. Zrobiło się dość poważnie, więc trzeba czegoś ciut zabawniejszego - oto fragment odcinka „Klanu”, który ostatnio pojawił się w serwisie JoeMonster.org – nie wiem czy już go widzieliście ;). Normalnie pod koniec myślałem, że emocje rozsadzą mi mózg – zawsze się tak czuję podczas grania w gry komputerowe. Czy nacisnę ten enter w odpowiednim momencie? Czy wygram dzięki temu? A co jeśli pomylę go z shiftem albo backspacem? Tyle stresu! Choć może ona ma już takiego "skilla", że wystarczy, że naciśnie jeden przycisk i wygrywa! Pewnie jest healerem w jakimś MMORPG i używa jednego macro - szacun! A tak bardziej serio – bardzo ciekawy obraz gracza prezentowany jest w tych wszystkich serialach (vide „Szpital”), nie uważacie? Nic dziwnego, ze później rozmaite osoby doszukują się we wszystkim winy „naszej” rozrywki.

MajinYoda

MajinYoda

 

Więc chodź zamoduj mi świaat…

Ponad trzy lata temu (ale ten czas leci!) pytałem po co mi wersje HD gier, ale teraz powinienem rozwinąć nieco tamtą kwestię – po co mi wersje HD, skoro mam modyfikacje, które robią dokładnie to samo? Zastanawiałem się nad tą kwestią od jakiegoś czasu – najpierw nad wspomnianym tam HoMM 3 HD, a skończywszy na Skyrim Special Edition. W tym pierwszym przypadku nie dość, że mod pozwalał na granie we wszystkie dodatki to jeszcze, moim zdaniem, lepiej wyglądał. I był darmowy. Z kolei jeśli chodzi to SSE to gdy tylko go zapowiedziano zacząłem szukać modów graficznych do „zwykłego” Skyrima… i znalazłem ich całkiem sporo. Nie powiem, gra może nie wygląda tak dobrze, jak SSE, ale nie jest od niej dużo gorsza. Od wyglądu wody, przez tekstury ciała aż do ciemniejszych nocy (rozjaśnianych latarniami z innego moda) – wszystko to udało mi się osiągnąć bez instalowania „drugiego” Skyrima (dobrze, że Bethesda dała takim, jak ja, SSE za darmo). Jednocześnie zacząłem bardziej rozmyślać nad kwestią modów i zerknąłem na ich licznik (w Nexus Mod Managerze) – 75 (edit - już 102) aktywnych modów w Fallout 4… niby mało, ale w Skyrim mam… 197 (edit - już 204!) aktywnych modów. Może nie jest to rekord (jakiś rok temu miałem ich ponad 300!), ale i tak sporo, musicie przyznać (pochwalcie się w komentarzu swoim wynikiem :P). Przy okazji je przejrzałem – w F4 większość stanowią mody dodające nową broń (19 22!), zbroje (11 17) i ubrania (6 7), więc nie jest tak źle. W Skyrimie jest podobnie, choć nie chce mi się liczyć (NMM nie pokazuje mi tam modów z podziałem na kategorie ). Pomyślałem jeszcze o czymś innym – i miałem tu głównie na myśli TES V – Bethesda wycięła sporo zawartości z gry. Mieli do tego prawo, oczywiście… ale mimo wszystko dzięki modom udało się te rzeczy przywrócić. Głównie mam tu na myśli bardzo słaby, moim zdaniem, wątek Wojny Domowej – wykastrowany wręcz przez twórców z nieznanych mi powodów. Co gorsza – Beth nagrała nawet głosy! I wycięła. Dobrze, że udało się to przywrócić ;). Przy okazji pisania przyjrzałem się samym modom do Skyrima (jest ich tyle, że uznałem go za najlepszy przykład, ale z innymi grami bywa podobnie). Ich mnogość i różnorodność mnie powaliła. Wprawdzie nigdy nie używałem „dużych” modów (brak udźwiękowienia albo słaba jego jakość nie przemawia do mnie), ale niektóre są imponujące (nie będę podawać nazw ;)). Z drugiej strony, poszukując „kolejnego moda dodającego ciekawy bzdet” natrafiłem na… porno mody do gry. Cóż, Zasada 34 internetu wciąż jest żywa :P. Co ciekawe – „nude mody” też się przydają – w takim Fallout 4 ciała postaci często lepiej wyglądają niż „oryginalne”. Kończąc, przyszło mi do głowy coś jeszcze – poza Oblivionem, Skyrimem, Falloutem 4 i Mount&Bladem w żadnej innej grze nie używałem takiej ilości modów (no, zdarzyło mi się użyć jakiegoś w kilku grach no dobra – taki Community Patch do Gothic 3 jest, technicznie, jednym wielkim modem…). Ta myśl mnie mocno zaskoczyła – bowiem są to gry dość duże same w sobie, a mimo to wymagały pomocy społeczności. A jednak ani w Wiedźminach, Dragon Age Inkwizycji czy nawet GTA z nich nie korzystałem. Cieszyłem się z tej myśli, aż dowiedziałem się, że Bethesda - zapewne po stworzeniu Creation Cluba (płatne mody... ale darmówki biorę ;)) - postanowiła zablokować osiągnięcia STEAM, jeśli używa się modów spoza CC. Jakby jeszcze one coś dawała, poza satysfakcją… Ale dobrze, że i na to znalazł się sposób :P. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Gdy Asasyn spotkał Wiedźmina [Recenzja]

Jak wiecie (bo o tym już pisałem :P) mam pewną słabość do serii Assassin’s Creed. Nic więc dziwnego, że pod koniec zeszłego roku (korzystając z rozmaitych świątecznych promocji) zaopatrzyłem się w najnowszą odsłonę cyklu – czyli Origins. Jakiś czas temu udało mi się go ukończyć, więc czas na recenzję. I już na wstępie muszę przyznać, że pracownicy Ubisoftu nie próżnowali przez ten dodatkowy rok - przede wszystkim zoptymalizowali silnik gry (wreszcie!), więc ani razu nie miałem zacinki ani nie ujrzałem pulpitu (gdy tego nie chciałem). I bardzo dobrze. Wszystkie wykorzystane w recenzji zrzuty ekranu zrobiłem sam. Bayek, Bóyek i Bravurek Akcja Origins zaczyna się w Starożytnym Egipcie za czasów panowania Ptolemeusza XIII. Bohaterem jest Bayek z Siwy – medżaj (taki rodzaj strażnika) i, jak się później okazuje, jeden z pierwszych asasynów. Pomysł na postać był spoko – poszukujący zemsty za śmierć swego syna Bayek przemierza Egipt zabijając członków Zakonu Pradawnych (protoplastów Templariuszy). Miałem jednak pewien problem z głównym bohaterem – ogolony (dobrze, że włosy i brodę da się mu przywrócić) bardzo mocno przypominał mi Connora, bohatera AC 3, którego niezbyt polubiłem… Szybko zauważyłem, że - choć jest zdecydowanie „prawą” postacią - Bayek nie grzeszy zbytnio inteligencją… Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, bo każdy musi mu wszystko pokazywać palcem. Jednakże, polubiłem medżaja z innego powodu – gdziekolwiek się nie pójdzie łażą na nim koty. Nie wiem czy ma przy sobie mnóstwo kociego żarcia, pachnie rybą czy zwyczajnie egipskie koty lubiły łasić się do medżajów, ale, jako kociarz, nie mogłem nie polubić takiej postaci. Co ciekawe – Bayek może kota pogłaskać. Przy głównej postaci warto wspomnieć o ulepszonym, względem AC: Syndicate, rozwoju postaci, która, wzorem gier RPG, leveluje. Drzewko umiejętności podzielone jest a trzy części – Wojownik (umiejętności związane z walką wręcz), Myśliwy (walka łukami) i Wróż (rozmaite) – łącznie 53 umiejętności, z czego 3 można „ładować” w nieskończoność. Na papierze wygląda to nieźle – trzy ścieżki rozwoju, wybór spory, można dostosować sobie postać… Nie rozpędzajmy się jednak. Moje drzewko umiejętności po zakończeniu głównego wątku gry wyglądało tak: Jak widzicie, praktycznie nie brałem zdolności Wróża i miałem ku temu dobry powód – kompletnie do niczego by mi się nie przydały. Bo po co mam się bawić w usypianie wrogów skoro można takiego zastrzelić i mieć go z głowy? Zabawa z oswajaniem zwierząt to z kolei żywcem Far Cry Primal (o którym myślałem przez większą część gry). Jedyne użyteczne umiejętności Wróża to, moim zdaniem, dłuższe oddychanie pod wodą i korzystanie z bomb ogniowych (użyteczne przeciw wężom, przyznam) oraz bomb dymnych (użyłem raz, na próbę…). Reszta nie ma sensu. Skoro o tym wspomniałem – do walki Bayek może zabrać całkiem spore spektrum broni: miecze (zwykłe, zakrzywione) z tarczą, podwójne miecze, broń drzewcową, ciężką i cztery rodzaje łuków – łowcy (zwykły łuk), drapieżcy („snajperski”), wojownika (trzy strzały na raz, trochę jak shotgun) i lekki (szybkostrzelny). Warto dodać, że gracz może predefiniować dwa „sety” broni do walki wręcz i dwa dystansowe. Dodatkowo, ulepszamy jego wyposażenie (ukryte ostrze, płaszcz dający zdrowie, rękawicę zwiększającą obrażenia wręcz, rękawicę od obrażeń dystansowych, kołczan i torbę na bomby itp.). Zacznę swój wywód od broni do walki wręcz – z „dwuręcznych” ani razu nie korzystałem. Zwyczajnie uważałem je za zbyt wolne w porównaniu z połączeniem miecz+tarcza i dwa miecze. Druga kwestia to łuki – najczęściej korzystałem z drapieżcy (talent dający możliwość sterowania strzałą w locie nie raz pozwolił mi zabić przeciwnika headshotem) oraz wojownika (przydatny na bliski dystans). Aczkolwiek, pozostałe łuki też miały swoje zastosowania (głównie przy dłuższych walkach). Acha, najlepiej mieć zapas punktów UPlay i/lub Helix (o których później) – broń legendarna ma dodatkową statystykę pozwalającą np. leczyć się przy ciosie lub zatruwać wrogów. Broń należy też ulepszać u kowala. Kosztuje to sporo, więc nigdy nie narzekałem na nadmiar gotówki w grze - często też staje się przed dylematem "łuk czy miecz? a może tarczę?". Gorzej, gdy później z przeciwnika trafia nam się lepsza broń i uświadamiamy sobie, że wydaliśmy ciężko zarobioną gotówkę, by zaraz zmienić broń... Życie :). Inna sprawa, że nie jestem do końca przekonany co ulepszamy - zmienia się tylko poziom broni - możliwe, ze chodzi o obrażenia, ale Ubi mógłby ten element dopracować. Wspomniane punkty Helix nabywa się, rzecz jasna, za realne pieniądze (jakżeby inaczej...). Jednakże, sprzęt, który możemy kupić za złotówki można też... dostać z dziennego questa. Tak, jedna z postaci - Reda - daje nam zadanie do wykonania i w zamian otrzymujemy losową nagrodę. Można też kupić u niego skrzynię Heka - za 5000 złota... Kupiłem chyba ze dwie bo się nie opłaca. Ogólnie, z zadań - a robiłem ich sporo - dostałem kilka legendarnych przedmiotów. Oczywiście, należy pamiętać, że przedmioty za Heliksa są odblokowane dla wszystkich naszych przyszłych save'ów, a te z zadań/skrzyń - tylko dla tego, na którym je wykonaliśmy/kupiliśmy. Bayekowi towarzyszy orlica imieniem Senu. Stanowi ona asasyński ekwiwalent sowy ze wspomnianego Far Cry Primal, czyli robi za zwiad powietrzny i warto jej używać gdy tylko to możliwe. Od czasu do czasu, gdy stoimy nieruchomo, Senu ląduje na ręce Bayeka – wówczas możemy ją nakarmić lub pogłaskać klawiszem akcji (domyślnie „E” na klawiaturze) Po wybraniu odpowiednich umiejętności, Senu może nam pomagać w walce – jest to mało przydatne, ale czasami pomaga (chociażby przy polowaniu na jelonki) – oraz pokazywać ścieżki wrogów – ale nie potrzebowałem tego. Niestety, zauważyłem, że niekiedy orlica ma problemy z oznaczaniem wrogów – widzę, że chodzi, ale muszę podlecieć metr bliżej, by go oznaczyła – ale to detal. Drugą ważną postacią, którą rzadko sterujemy, jest żona Bayeka – Aya, która wykonuje dokładnie to samo zadanie, co główny bohater, ale przez całą grę miałem raczej wrażenie, że to my wszystko za nią odwalamy (w sumie od tego jesteśmy, nie? :)). Aya, wyglądem, przypomina mi Evie z Syndicate, więc szybko ją polubiłem. Gorzej, gdy musiałem nią sterować… Ci, co grali w Wiedźmina 3 pamiętają sekwencje, w których sterowało się Ciri. Miała swoje umiejętności, co było okej. Nie inaczej jest z Ayą… tyle, że jej umiejętności to w większości te z drzewka Wróża (chyba – nie da się ich zobaczyć), które kilka akapitów wyżej uznałem za beznadziejne… Miałem zresztą wrażenie, że Asasynka została nieco zrobiona w wielbłąda przez twórców – dali jej liche podwójne miecze, których w żaden sposób nie mogłem zmienić, łuk łowcy i bodajże zatrucie zwłok przeciwnika (!). A najlepsze jest to, że w jednej misji musiałem walczyć z dużym przeciwnikiem – coś, co Bayekowi zajęłoby jakąś minutę, Aya musiała załatwić w jakieś pięć. Dlaczego? Bo nie mogłem się przestawić, że nie ma tych samych skilli, co główny bohater (m.in. Kombinacji przełamującej, która umożliwia dalsze zadawanie obrażeń powalonemu wrogowi). Trzecią bohaterką jest nowa postać wątku współczesnego – Layla Hassan. Miło, że Ubisoft pamiętał o tym, bo zawsze lubiłem te wątki. Mam nadzieję, że ta postać powróci w przyszłej odsłonie. Czaszka nad głową, cza-cza-czaszka nad głową… Na drodze zemsty stają Bayekowi i Ayi rozmaici przeciwnicy – łucznicy, żołnierze z tarczami, wielkoludy z bronią dwuręczną (serio – są więksi od osiłków z Syndicate – niezłe sterydy musieli brać w starożytności) oraz zwierzęta (lwy, pantery, krokodyle, hieny itd.). Te ostatnie są przydatne, gdy trzeba zdobyć materiały do wspomnianego ulepszenia wyposażenia. Kiedy uda nam się, z pomocą Senu, oznaczyć wroga, gra pokazuje jego poziom – tu jest standard: słabsi są „na hita”, silniejsi są niemal niepokonani. Dodatkowo, wzorem Wiedźmina 3 (i WoWa ;)), czaszka zamiast poziomu przeciwnika oznacza „ten jest dla Ciebie zbyt silny - odpuść sobie i przyjdź później” – czyli jest super i czytelnie. Zauważyłem jednak pewien problem z poziomami wrogów – w pewnym momencie fabuły na świecie pojawiają się Łowcy – silni wojownicy wysłani, by zgładzić Bayeka. Jednakże, przy dobrym sprzęcie, wystarczy, że jesteśmy o jeden poziom słabsi od takiego i wygrywamy bez większych problemów (o ile nie zaatakujemy go w środku garnizonu pełnego wrogów, ma się rozumieć). Wracając do „regularnych” wrogów: grałem na easy i zauważyłem, że na tym poziomie strażnicy są strasznie głupi. No serio, taka scenka: podkradłem się pod fort wroga. By nieco sobie ułatwić zabiłem jednego na zewnątrz, ukryłem się w krzakach i wyleciałem Senu na zwiad. Latam, oznaczam wrogów i nagle zauważam, że wokół Bayeka łażą strażnicy szukając mordercy ich kolegi. Dosłownie – chodzili wokół Bayek ukrytego w krzakach i go nie widzieli! Warto jeszcze wspomnieć o głównych bossach. Chciałbym napisać coś pozytywnego o nich, ale niestety – podkradanie się i atak z zaskoczenia to nie byłą domena Pierwszego Asasyna – właściwie tylko jednego „złego” zabijamy w ten sposób – by Bayek mógł stracić palec od ukrytego ostrza… Potem mamy za każdym razem walkę na mini-arenie. Taktyka: odtocz się, zaatakuj, użyj Przełamania, odtocz się działa za każdym razem. No, poza ostatnim bossem – Flawiuszem – przy którym musiałem używać też łuku… Jeszcze słowo o Przełamaniu – nazywałem je szarżą, bo po użyciu tej zdolności bayek biegnie w kierunku wybranego wroga i go atakuje potężnym ciosem. Super. Tyle, że niekiedy Bayek mijał (!!) wybrany przeze mnie cel – choć ten nie ruszył się nawet o krok! Osobną kwestią są Próby Bogów, o których też powinienem wspomnieć. Te są trzy – Sechmet, Anubis oraz Sobek, Pamiętacie Legendarne okręty z Black Flaga? To jesteśmy w domu – z tą różnicą, że Próby pojawiają się co jakiś czas jako Wyzwania społeczności. W zasadzie na easy i po 40 poziomie walka z nimi jest dość prosta – do tego czasu gracz już dawno opanował strzelanie z łuku, Przełamanie i odtaczanie się. Moim zdaniem rozwiązanie jest godne rozwinięcia w kolejnych odsłonach cyklu. Nie widać tego na screenie, ale ten strój płonie! Zresztą, wspomniana „piracka” odsłona serii też znajdzie tutaj swoje miejsce. Chociaż nie - morskie misje Ayi bardziej przypominają te z „trójki” – mały teren, trzy misje i w sumie niewielkie zagrożenie ze strony wrogich okrętów. Aczkolwiek, muszę przyznać, że taki BF/Rogue by mi odpowiadał – łucznicy zamiast dział, katapulta, tarcze do osłony… byłoby super zobaczyć coś takiego w kolejnej odsłonie. Schni… Schna… Schnappi… Rozpisałem się już nieźle, a wciąż nie napisałem o najważniejszym, czyli świecie gry. Muszę przyznać, że bałem się trochę umieszczenia miejsca akcji Asasyna w krainie, w której dominują wioski i pustynia. Niemniej, co muszę przyznać, Ubi poradziło sobie z tym umożliwiając graczowi wspinanie się na półki skalne. Dodatkowo zwiedzimy Aleksandrię i Memfis oraz możemy powspinać się na piramidy oraz sfinksa. Mapa jest naprawdę duża – nie dam głowy, ale chyba największa w historii serii (przynajmniej tak mi się zdawało). Nadto, sama gra obfituje w podziemia w których, niekiedy, znajdziemy zagadkę logiczną z windą i ciężarkami. Tylko raz się zaciąłem przy takim wyzwaniu (okazało się, że źle kombinowałem). Widać też, że twórcy byli mocno dumni ze swojego dzieła. Na tyle, że wprowadzili tryb foto, który pozwala na robienie screenów za pomocą „free-cama”. Jako, że jest co oglądać (szczególnie po wspięciu się na wysoki budynek lub piramidę), bo widoczki bywają naprawdę piękne, możliwość fotografowania jest świetna. Na szczęście Egiptu nie zwiedzamy z „sandała” (no, chyba, że ktoś chce). Bayek może dosiąść konia, wielbłąda, poprowadzić wóz z sianem lub nawet jeździć rydwanem. Jednakże, te dwa ostatnie są mało opłacalne – bo są wolne. Dodatkowo Asasyn z Siwy może kierować łódką (praktycznie taką samą, jak w Wiedźminie 3). Oczywiście, Bayek może zagwizdać na swego wierzchowca (ustawionego w menu ekwipunku). Podobnie jak Płotka, koń/wielbłąd lubi się materializować znikąd – z wyjątkiem fortów, gdzie ta funkcja nie działa… Niestety, radość z poruszania się po tej krainie psuło mi… sterowanie. Najwięcej czasu spędziłem na autorunie – ktoś powie „i co z tego?” – ano to, że Bayek może się nawet wspinać samodzielnie! Skoro już o tym mowa – Bayek nie umie podskakiwać. Nie wiem czemu – skacze normalnie, ale podskoczyć już nie można. Nie można także biegać (ile to razy chciałem pogonić bohatera Shiftem, a zamiast tego go spowalniałem… bo podnosił tarczę!). Ale to mankamenty, do których dość szybko przywykłem. Wracając do świata – miło, że NPCki wreszcie mają swoje życie, zamiast być jedynie „tłem” – wożą towary, uprawiają ziemię, pływają po rzekach… Brakowało mi tego w poprzednich odsłonach i dobrze, że Ubi wreszcie tak zrobiło. Cieszy też wprowadzony tryb dnia i nocy (niby w Syndicate był, ale jakiś taki niedorobiony mi się zawsze wydawał), wraz z możliwością przejścia miedzy dniem i nocą… za pomocą wiedźmińskiej medżajskiej medytacji… Jakby nie można było używać łóżka… Carry on Bayek! Świat gry, wzorem rasowego RPGa, pełny jest zadań pobocznych oraz miejsc do odkrycia. Te ostatnie są zaznaczone na mapie znakami zapytania, więc cały czułem się jakbym biegał po, bo ja wiem, Zerrikanii, a nie Egipcie. Oczywiście, takie miejsca zwykle obfitują we wrogów, a co za tym idzie – możliwości zdobywania expa. Czego tu nie ma – forty pełne żołnierzy, kryjówki bandytów, statki-fortece, zniszczone wioski, świątynie, wspomniane piramidy, jaskinie hien albo lwów to tylko część takich miejsc. Są też, oczywiście, punkty widokowe (hura!) i pomniejsze miasta. Odnośnie zadań pobocznych – cóż, wykonałem ich zaledwie kilka i jakoś nie zapadły mi w pamięć – brakowało mi tej głębi znanej z typowych RPGów (głównie mam tu na myśli Wiedźmina 3, ale nawet zwykłe zadania w Skyrim były pod tym względem lepsze). Jednocześnie zauważyłem, że bardziej opłaca się atakować forty niż wykonywać questy (więcej expa) to cóż – omijałem je bez dalszych rozmyślań. To samo zrobiłem z innymi aktywnościami pobocznymi – arenami gladiatorów oraz wyścigi rydwanów. Te pierwsze były całkiem fajne… przez krótki czas. Z kolei do tych drugich nawet nie podchodziłem – nie przepadam za wyścigami, więc czułem się zwolniony z rozgrywania ich. Za to zawiódł mnie wątek główny – fakt, fabuła jest mroczniejsza niż w poprzedniczkach (dzieciobójstwo, zemsta, śmierć całych wiosek), ale była strasznie krótka – jeszcze się nie rozkręciłem, a ona się skończyła... An Assassin to Remember Podsumowując, najnowsza odsłona serii Assassin’s Creed jest krokiem w dobrą stronę – może Ubisoft we kolejnej części bardziej postawi na elementy RPG? Może rozbudowane dialogi? :). Zanim postawię ocenę muszę przyznać się Wam do jednej rzeczy – niechętnie się do tego przyznaję (ze względu na ogólną tendencję), ale mimo wszystkich powyższych ochów i achów… lepiej bawiłem się przy Syndicate (któremu ostatecznie zwiększyłem nieco ocenę do 4,5/6). Niemniej, najnowsza część zasługuje, moim zdaniem, na szkolną ocenę 5/6. Oby tak dalej!

MajinYoda

MajinYoda

 

Krótko, lecz głupio

Dzisiejszy MSM jest dosyć krótki – ale pełny wszelkiej maści „mądrości”, więc nikt nie powinien czuć się zawiedziony :P. Tym razem wybrałem książkę pt. „Przestępczość nieletnich – teoria i praktyka” pod red. Sylwii Ćmiel z 2012, a konkretniej artykuł autorstwa prof. Andrzeja Bałandynowicza zatytułowany „Agresja i przemoc w cyberprzestrzeni a przestępczość dzieci i młodzieży”. Co ciekawe, kolejny artykuł z tej książki jest pod względem niektórych treści bardzo podobny. Może kiedyś znajdę siłę, by i jego skomentować? Gotowi?  Na początek kilka fragmentów o telewizji: Ja tu od razu pomyślałem o Królu Lwie, nie wiem jak Wy :P. Eee… a kto dziecku pozwala oglądać horrory? Kto uważa je za filmy dla dzieci? I czym są bajki science fiction? Co do roli wychowawczej Autor ma ciut rację, choć, nie wiem czy zauważył, że Król Lew jest miejscami dość brutalny (choćby sam finał).
  „Często z włoskim dubbingiem”? Autor zatrzymał się na etapie Polonii 1! (BTW - kto oglądał Yattamanów, Gigi, Daimosa i W królestwie kalendarza ręka w górę :P) Nie przypominam też sobie takich scen w Pszczółce Mai czy Muminkach (no, w Smerfach bywało z tym różnie :P). Okeeej… nie wiem kto szuka intelektualnej rozrywki w Pile albo Sin City… Ktoś taki istnieje? Dobra, czas na gry: Ręce mi opadły przy tym fragmencie… Oczywiście, w każdej grze można się doszukiwać elementów „agresywnych” (tak, nawet w PONGu – przecież tam piłeczka obrywa :P), ale serio – strategie ekonomiczne? Chociaż, fakt, zawsze po rozgrywce w Cities Skylines mam ochotę komuś przywalić :P. A Wy nie? To konsole są… programami telewizyjnymi? A może chodziło o takie „gry-programy TV” jak Hugo? To ma sens… ale wymyka się powyższemu opisowi. Inna sprawa, że: Ja mam bardzo proste rozwiązanie! Gra komputerowa – szeroko pojmowany program komputerowy mający za zadanie dać użytkownikowi rozrywkę (i czasem, opcjonalnie, czegoś nauczyć), wymaga komputera, konsoli lub podobnego sprzętu; Program telewizyjny – szerokie pojęcie obejmujące wszelkie telewizyjny produkcje audiowizualne, skierowane do różnych odbiorców; Program edukacyjny: 1. telewizyjny program o charakterze edukacyjnym, którego odbiorcami są zwykle dzieci i młodzież w wieku szkolnym; 2. program komputerowy mający na celu uczenie użytkownika różnych przydatnych w życiu czynności (poprawne pisanie, gramatyka, matematyka itd.);. To nie było takie trudne, prawda? Nigdy tego nie zrozumiem – dlaczego spychologia zakłada, że gracz „uczy się” zachowań od bohaterów gier? Jakie są na to dowody naukowe? (poza, oczywiście „tak mi się wydaje”) Rzecz jasna rozumiem, że np. siedmiolatek może wierzyć, że jak założy strój Supermana to będzie latał – ale to nie jest w żadnym stopniu wina gier, filmów czy seriali, a nieodpowiedzialnych rodziców, którzy nie potrafią wytłumaczyć swojej latorośli czym się różni prawda od fikcji – a jedynie zostawiają pociechę przed ekranem, by nie przeszkadzała i siedziała cicho. Ale, standardowo, lepiej „zepchnąć” odpowiedzialność na kogoś innego, prawda? Oczywiście – przecież takie Simsy nagradzają mordowanie ludzików, w Cities: Skylines niszczymy miasta, a co się dzieje w arcybrutalnym RollerCoaster Tycoonie to nawet nie wspomnę :P. Dobrze czytacie – 2012 i życia w grach (który już raz piszę te słowa?). Nie dziwi mnie brak przypisu – bo Autor musiał to od kogoś spisać. Nie wiem, czy Autor to zauważył, ale „wirtualna śmierć” jest… wirtualna. Dokładnie taka sama jak w filmach, książkach, komiksach, teatrze… Taa, bo przecież żołnierze podczas wojny otrzymują medale za unikanie przemocy… a tak, zapomniałem – wojny to wina gier komputerowych :/. Przytoczyłem niemal cały fragment, bo 1. nie mam pojęcia jak się ma do tematu gier komputerowych, 2. nie wiem jak Autorka wyliczyła „liczbę obelg” w internecie i rzeczywistości, 3. czy bronienie swojego zdania (nawet najbardziej durnego) jest czymś złym? To chyba lepsze, niż bycie „chorągiewką”, 4. o emotikonach Autorka nigdy nie słyszała?, 5. w kontakcie twarzą w twarz równie dobrze mogłoby się skończyć na obiciu owych twarzy przez interlokutorów – zależy od ich poziomu, oczywiście (przecież kibole się nie tłuką między sobą tylko ze względu na inne barwy szalików, nie? A nie – to przecież też wina gier :(), 6. ostatnie zdanie jest mądre :). I na tym zakończę dzisiejszy wpis :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Handluj z tym

Wpis z zeszłego tygodnia był, w zasadzie, wprowadzeniem do tematu dzisiejszych moich rozważań – rozmaitych handlarzy w grach komputerowych (głównie RPG-ach) :). Chyba nie ma co tu dużo tłumaczyć – NPC-ki zajmujące się handlem pełnią w zasadzie tylko jedną funkcję: mają skupować nasze graty (ewentualnie zagrać z Geraltem w gwinta). No, z rzadka coś nam sprzedadzą – głównie jednak Bohater kupuje od nich dwa-trzy rodzaje towarów: 1. składniki, których nie chce mu się szukać a są niezbędne do wytworzenia mikstury/zbroi/miecza/czegokolwiek innego, 2. amunicja oraz 3. unikatowe przedmioty sprzedawane tylko przez danego handlarza. Najgorzej więc mają ci handlarze, którzy nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Serio – kto z Was kiedykolwiek kupił coś np. od Carlotty w Skyrim? No właśnie. Taka sama sytuacja jest ze sprzedawcami w ogrywanym właśnie przeze mnie Assassin’s Creed Origins (recenzja niebawem ;)) – ulepszam u nich sprzęt (bo muszę…), ale żeby kupić od nich jakieś badziewie? Jeszcze czego! Ale, żeby było zabawniej - zwykle te postacie strasznie windują swoje ceny! Pamiętacie kurtkę z pierwszego Wiedźmina? Komuś udało się na nią zebrać? (bez kodów) Bo mi nie… Choć to tylko wierzchołek góry lodowej – ile to razy przez przypadek kupiłem nie tę rzecz, którą chciałem – za grubą forsę, oczywiście. Odsprzedać mu? Jasne, ale za ułamek ceny. Dobrze, że teraz twórcy zaczęli stosować „stoły wymiany”, problem przynajmniej zniknął :). Dodatkowo - choć często płacą Bohaterowi część wartości danego przedmiotu, a zakładam, że później odsprzedają go z zyskiem, to zawsze mają tyle samo pieniędzy później. Ba, nawet zwykle rzeczy, które później sprzedają nie są jakieś lepsze - ergo: nie inwestują w swój sklep, co jest wyjątkowo dziwne... Zawsze mnie także dziwiło, że oni kupią wszystko! Starą kapustę, tonę jabłek, zardzewiałe miecze, prastare zwoje, książki, narkotyki, Mroczne Ostrze Służące do Krwawych Rytuałów (+12) - wszystko! Pytanie tylko – co oni robią z tymi gratami? Rozumiem, gdy sprzedamy kowalowi Prosty Stalowy Miecz (+1) to on go, zapewne, przetopi albo sprzeda dalej. Ale co jeśli takie miecz sprzedamy – bo ja wiem – sprzedawcy warzyw z Khorinis? „Kupujcie świeże jabłka, kapustę! Na stanie mam też dwadzieścia sztyletów, trzy miecze, jeden orkowy topór, trzydzieści trzy mikstury…” – brzmi dziwnie, nie? Napisałem w poprzednim akapicie "wszystko"... jak pokazują Oblivion i Skyrim kupcy mają wbudowany detektor kradzionych rzeczy. Skąd to wiedzą? Ot, zagadka... Swoją drogą – grając w Fallout 4 naszło mnie coś jeszcze – a co jeśli oni tę całą broń, którą im czasem sprzedaję, później „opychają” bandytom? Czy ta maczeta, którą sprzedałem za 5 kapsli, nie posłuży do napadnięcia na jakiegoś bezbronnego Syntha? Albo, co gorsza, do napadnięcia MNIE? W sumie – to byłaby ciekawa mechanika w RPG-ach – gdy Bohater stworzy Mój Pierwszy Sztylet (-3) i po 2 poziomach go sprzeda to za kilka-kilkanaście dni napadnie go bandyta dzierżący ową broń? Co o tym sądzicie?  Oczywiście, handlarze niekiedy sami coś wytwarzają… choć, w sumie, nie wiem do końca co  - weźmy za przykład kowala z Riverwood (Skyrim, jakby ktoś pytał :P): całymi dniami niby coś kuje, a efektu nie ma. Co gorsza – facet ewidentnie jest do niczego – podczas, gdy Dragonborn umie już wykuwać smocze zbroje, ten „kowal z wieloletnim stażem, doświadczeniem i własną kuźnią” umie jedynie wykonać jakieś elfickie czy stalowe barachło. Więc i tu Bohater nie ma co kupić. Wyjątkiem jest tu chyba tylko Wiedźmin 3, ale to i tak tylko dlatego, że Geralt sam nic nie wykuje – więc musi mieć jakiegoś typka od kucia ;). A Wy co sądzicie o handlarzach w grach?  Do zobaczenia za tydzień! PS. Dziękuję @Arturzyn i @Tesu za zagłosowanie na mnie w tegorocznych Smugglerkach :). (edit2019 - tj. tych z zeszłego roku ).

MajinYoda

MajinYoda

 

Gra w klasy

Na tym blogu pisałem już m.in. o płciach przy tworzeniu postaci w RPG, więc dzisiaj poruszę inny temat, który mnie trapi przy tego typu produkcjach – klasy. Myślę, że fani RPG-ów mnie zrozumieją ;). Te, jak wiadomo, dzielą się z grubsza na trzy typy: ciężko opancerzonego wojownika, średniozbrojnego łotrzyka/łucznika oraz odzianego w szmaty [skreślić] szaty maga/kapłana. Pojawiają się, oczywiście, wariancje na ich temat, ale taki podział zawsze się pojawia. Nie będę ich po kolei omawiał, bo chyba nie ma to sensu na Forum czasopisma o grach komputerowych, prawda :)? Zajmę się czymś zupełnie innym – marudzeniem na nie ;P. Wiecie, że to lubię :). Ściślej pisząc, będę marudził na klasy, które wybieram praktycznie zawsze – mianowicie wszelkie „dystansowe”. W każdym (MMO)RPG-u mój wybór (o ile takowy istnieje, rzecz jasna) pada na jakiegoś łucznika lub maga. Dlaczego? Ponieważ wolę trzymać się na dystans od wrogów, a tylko takie klasy dają mi taką możliwość. I tak, w Dragon Age Inkwizycji na trzy klasy, którymi ukończyłem grę dwie były łuczniczkami (elfka i człowiek), a jedna - maginią (człowiek). Oczywiście, próbowałem grać wojownikiem, ale z miernym skutkiem, bo po dłuższej chwili przełączałem się na „dystansowego” członka drużyny. Nigdy też nie testowałem łotrzyka-złodzieja, bo skradać się też nie lubię ;). Z kolei w takim WoWie moim mainem jest BM Hunter (co ciekawe – mężczyzna), a altami Druid Balance, Shadow Priest i Arcane Mage - czyli żadnej klasy melee, choć próbowałem nimi grać… (przyznać tu jednak muszę, że Demon Hunter mnie nieco przekonał :)). O ile jednak w takich grach nie ma problemu z moim wyborem (choć w Inkwizycji uzbrojenia dla łuczników jak na lekarstwo…), tak w innych grach aspekt walki na dystans… powiedzmy,  że jest bardzo marny. Pomijam tu, oczywiście, Wiedźmina 3, gdzie kusza została dorzucona lekko na siłę – choć ma swoje zastosowania :). Chodzi mi o gry typu Skyrim, gdzie łuki jest dosyć słabą drogą – przynajmniej moim zdaniem. Ot, wystrzelę w przeciwnika grad strzał, a on nadal idzie. Zrozumiałbym, gdyby był w zbroi – ale odziany w jakieś skóry? W dodatku z czterema-pięcioma strzałami w głowie? Albo w kolanie. No bez przesady. Rzecz jasna, inne gry są pod tym względem bardziej zbalansowane. W takim Gothic 3 świetnie walczyło mi się na dystans – z silniejszymi łukami żaden podrzędny ork nie był straszny. Podobnie było, oczywiście, w „jedynce” i „dwójce” – choć akurat w G2 wolałem grać Magiem Ognia. Czyli też dystansowcem.   Niemniej jednak za każdym razem czułem się jakoś… hmmm… olewany, gdy grałem łucznikiem lub magiem. Nie mówię tu już nawet o sile ognia czy konieczności krycia się za wojownikami (bo to oczywistość), lecz o sprzęcie. W Inkwizycji za każdym razem marudziłem na fakt, że łuk ma tylko jedno miejsce na ulepszenie, gdy pozostałe miały po dwa. Również nowy sprzęt jakby rzadziej mi się trafiał, więc dochodziło do sytuacji, gdy spośród wszystkich moich towarzyszy – tych w drużynie i tych poza nią – łotrzyki (w tym ja) mieli najsłabszy sprzęt…   Dobra, pomarudziłem, ale tak mi się jakoś dzisiaj zebrało :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Merry Christmas (reupload)

Już za (nieco ponad) tydzień Święta... Jako dziecko zawsze lubiłem koniec roku. Śnieg, Wigilia, spotkanie z rodziną... Nawet Kevina oglądałem. Lubiłem także, jadąc przez miasto, patrzeć na palące się świecące choinki w centrum Lublina, gdy wracałem z Wigilii u mojej (już świętej pamięci) Babci... Szkoda, że wszystko tak zmarniało (a może to ja się zestarzałem?). Parafrazując Hansa Klossa: „W zeszłym roku padał śnieg. Deszcz ze śniegiem”. Pominę jednak kwestię pogody – na nią wpływu nikt nie ma. Ale skoro już wspomniałem o telewizji to nią się zajmę. W końcu po spotkaniu z rodziną chce się trochę innej „rozrywki”. Od lat w Święta „Telewizja ze Słoneczkiem” obowiązkowo wyświetla cztery filmy – dwa Keviny oraz dwa pierwsze Die Hardy. Pozostałe stacje też nie lepsze: „Niespotykanie spokojny człowiek”, „To właśnie miłość” i inne świąteczne filmy, które na pamięć zna już tak ze trzy czwarte populacji. Nie mówię, że są złe, ale może czas na jakąś innowację? Chociaż, przy obecnym stanie naszej kinematografii, chyba wolałbym tego nie oglądać… (vide co roku nowe „Listy do M” z udziałem moich „ulubionych” aktorów (czyt. tych, co pojawiają się w każdym polskim filmie/serialu od jakiś 10 lat)). Zresztą, większość emitowanych w Święta filmów to produkcje zagraniczne. Oznacza to, że są kompletnie (lub chociaż częściowo) wyprane z prawdziwego powodu tych Świąt - narodzin Zbawiciela. Może nigdy nie byłem jakoś bardzo pobożny, ale nie mogę zdzierżyć amerykanizacji i, z braku lepszego określenia, laicyzacji Bożego Narodzenia. Doszło już nawet do tego, że zamiast „Merry Christmas” mamy „Merry X-mas”. Co ciekawe, mój Word podkreśla „Christmas”, a „X-mas” - nie. Ciekawe dlaczego… Niestety, u podstaw tego trendu leży infantylizacja Bożego Narodzenia - Dzieciątko w żłóbku ze zwierzątkami. Myślę, że ludziom znudziła się już ta tradycyjna (Kościelna) wizja Świąt. Stąd zapewne taka fascynacja amerykańskim stylem świętowania. Mnie to jednak nie przekonuje. Cóż, pomarudziłem sobie (nie pierwszy raz na tym blogu ). Na zakończenie dodam tylko - dobrze, że przynajmniej mogę się zrelaksować przy grach, nie oglądając po raz n-ty wspomnianych filmów. A właśnie – znacie jakieś dobre produkcje (najlepiej darmowe ;)) albo mody (najlepiej do Fallout 4 :P) w tych klimatach?  Na zakończenie pozostało mi tylko życzyć Wam (w chrześcijańskim stylu) Wesołych i Rodzinnych (i pełnych gier? ;)) Świąt Bożego Narodzenia, udanego Sylwestra oraz Szczęśliwego 2018 Roku! Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia ;).   PS. W tym roku zrezygnowałem z ankiety… poza tą na początku, oczywiście :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupio i mądrze 2

Kontynuacja wpisu sprzed tygodnia. Gotowi? Czemu wśród dzieci i młodzieży? Jakieś, bo ja wiem, statystyki? No, Autor chyba zapomniał, że artykułów naukowych nie pisze się na bazie „doniesień” i „widzimisię”. A tu mamy z kolei przykład dlaczego warto przeczytać swój tekst PRZED drukiem :). choć ja tam się nie powinienem odzywać, skoro we własnej magisterce (przez wordowską autokorektę – choć powinienem był to sprawdzić, przyznaję) zmieniłem nazwisko 9kier z Pogiernicka na Powiernicka… (na szczęście tylko w jednym miejscu ;)) O nie… a jak ktoś go spędza przy filmach lub książkach to też jest źle?  CO?? O czym Autor teraz pisze – skąd tu nagle się wzięło uzależnienie? W dodatku – czy w takim razie nie da się uzależnić od np. gier logicznych? A co z uzależnieniem od pasjansa – nie ma czegoś takiego? Hmmm… 
  Wziąłem cały fragment, bo po pocięciu straciłby swój sens i urok. Co do jego samego – już kiedyś w którymś komentarzu pisałem, że to dla mnie bardzo dziwne – dlaczego miarą uzależnienia jest to, ze myślę o dalszych etapach albo obmyślam strategię? Czyli co – jak myślę o książce, którą właśnie czytam (np. co się stanie z głównym bohaterem, kto jest mordercą itp.) to jestem uzależniony od książek? A jak zastanawiałem się jak pokonać znajomego w szachy to jestem uzależniony od szachów? No już nie dajmy się zwariować… Bo, w sumie, czytając ten artykuł (a musicie wiedzieć, że nigdy nie piszę msm-a w jeden dzień – zwykle zajmuje mi to nawet kilka dni) też myślałem – co będzie dalej? Czyżbym uzależnił się od artykułów naukowych?  Tu akurat, poza ogólnym wydźwiękiem, nie ma nic przesadnie głupiego – ot, dywagacje na temat gier i wirtualnych postaci i ich moralności… No tak, bo ludzie, którzy nie grają, najchętniej identyfikują się z przegranym, brzydkim i słabym bohaterem dowolnego filmu/książki… Tak przecież są przedstawiani celebryci, nie? Patrz wyżej. Eee… nie bardzo rozkminiam jak się to ma do poprzedniego fragmentu… Ktoś mi pomoże? Bo, jeśli dobrze to rozumiem – jeżeli identyfikuję się z „potężnym i nieśmiertelnym” bohaterem to w przyszłości będę zabijał. Z kolei – jeśli będę się identyfikował ze słabeuszem to sam będę „przegrywem”… To z kim mam się identyfikować, by nie oberwać z którejś strony? Chwila, chwila! Ten tekst coś mi przypomina.. Może następny fragment coś rozjaśni? Ha, już wiem – to przecież kopiuj-wklej-przerób z książki z tego wpisu! I to zerżnięte bez jakiegokolwiek przypisu! Wstydź się Autorze za plagiat! (choć w świecie spychologów takie pojęcie nie istnieje :P) „Wielu” – jak ja lubię ten wyraz (w końcu to jedna z trollowych liczb :P), ale coś innego przykuło moją uwagę – z powyższego fragmentu jasno wynika, że wszyscy gracze potrzebują „niezwykłych doznań”. Teraz pytanie – co Autor miał na myśli? Skoki na bungee bez zabezpieczeń? Nurkowanie w stroju zrobionym ze świeżego mięsa w wodzie pełnej rekinów? Wchodzenie na sektor Legii z szalikiem Polonii? Może macie jeszcze jakieś inne propozycje?  Autor chyba nigdy nie widział Risena i podobnych produkcji :P.
  W sensie Autor oddziela PC-ty od konsol? Czy miał na myśli filmy? Bo trochę to dziwnie brzmi… Za to muszę przyznać, że przynajmniej nie pisze o DOOMie i Quake – zawsze coś :). Nooo, ja bym się spierał. Rozumiem, że w takim GTA V czy innym Wiedźminie 3 postacie wyglądają dość realistycznie (o ile przymknie się z jedno oko…), ale aż tak bym nie przesadzał – do full realizmu jeszcze nam daleko. Przy okazji – w kwestii formalnej – kto widział dźwięk w grze?  Ci graficy naprawdę są świetni :D. Ale… to przecież nie jest jakaś super-nowość… Ja wiem, że AI rozwinęło się dość znacznie na przestrzeni tylu lat, ale przecież już duszki w Pac-Manie miały swoje… nazwijmy to – osobowości. Nie wspominając już nawet, że sterowana przez komputer paletka w Pongu też się sama nie poruszała :). Może Autor ma na myśli skrypty? Sam nie wiem... Ktoś-coś? Ale Autor zdaje sobie sprawę, że ta „miłość” nie jest odczuwana przez NPCka, lecz działa na zasadzie algorytmu? Wiecie – „dialogi prefabrykowane – Lydia Cię nie kocha” ;). Czas na zakończenie, dzięki któremu mogłem dopisać do obu postów o tym artykule tag MoG z czystym sumieniem: Wreszcie! Doczekałem się! Otwieram szampana – nie czekam do Sylwestra :D. No, entuzjazm mi nieco opadł, ale co tam – Autor ostatecznie tylko przytacza zdanie innych naukowców. I kolejne mądre zdanie! Szkoda, ze nastąpiło po całej serii bzdur, ale zawsze… chociaż… Czy ktoś rozumie ten akapit, ostatni w omawianym artykule? O jakiej znajomości pisze Autor? Cóż, zakładam, że chodzi o znajomość tematu gier, ale pewności nie mam…   Niemniej - na tym kończę przygodę z tym artykułem. Do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupio i mądrze cz. 1

Było trochę przerwy od artykułów naukowych, czas więc jakiś wrzucić. Tym razem jest on dwuczęściowy i dotyczy artykułu pochodzącego z omawianej już tu dwa razy książki (pierwszy raz tu). Przed Wami „Fenomen zabijania w grach komputerowych” autorstwa Damiana Kołomyjskiego (2013). Jest to tekst, przyznam, dość nierówny, dlatego obok tagu MSM widnieje MoG – zwyczajnie trochę ponad pół tekstu to bzdury a drugie "mniejsze pół" (:P) – całkiem sensowne treści. Jednakże, ze względu na ilość wartych odnotowania treści musiałem omawiany artykuł podzielić na dwa posty. Drugi będzie, tradycyjnie, za tydzień :). UWAGA - produkt może zawierać czepialstwo :P. Jesteście gotowi? Pierwszy akapit i już jest ciekawie – o ile z pierwszą częścią trudno polemizować (choć Autor nie podaje o jakich „ekspertów” chodzi), tak druga... Cóż - jestem ciekaw jakie "skutki destruktywne" Autor miał na myśli. Pogarszający się wzrok? "Alienacja"? Toż te zjawiska są znane już od baardzo dawna. Aczkolwiek to tylko moje dywagacje ;). Wróćmy jednak to tekstu: Nie bardzo rozumiem ten fragment – co lub kto uczy podstawowych funkcji (jak rozumiem – komputera)? Chyba Autorowi wcięło kawałek tekstu… Odrobinę nie rozumiem co jest złego w "stopniowaniu" gier dla dzieci? Przecież o ile taki 6-7 letni dzieciak może układać jakieś wzorki, uczyć się literek i cyferek, tak już taki 9-10 raczej będzie potrzebował czegoś ciekawszego (i nie mam tu na myśli SoFa, w którego grałem mając jakieś 10 lat..). I co złego (bo taki jest, w sumie, wydźwięk tego fragmentu) jest w zmuszaniu młodego człowieka do planowania (nie tylko) w grach? Yyyy… nie? No, chyba że Autor ma jakieś badania potwierdzające ten fakt. Ponadto, przemoc w grach samych w sobie (tj. przez npc-ki, które, technicznie na to patrząc, stanowią wirtualne społeczeństwo) jest często piętnowana (Autor chyba nigdy nie walczył ze strażą w Oblivionie/Skyrimie/Gothic 2 albo policją w GTA czy Mafii – a przecież jest to „wewnątrz-growy” rodzaj piętnowania przez społeczeństwo, nie?). Powinienem się przy tym odwołać do filmów, w których też pojawia się przemoc - ale to by już było powtórzone n-ty raz :P. A jakby uciekali w świat książek to byłoby wszystko okej, tak? Bo powyższy fragment, po drobnych modyfikacjach, można przerobić, by piętnował literaturę (mam niejasne wrażenie, że już kiedyś o tym pisałem…). To do cyberświata przenosi się Rzesza? Chyba Autor nieumiejętnie postawił przecinki… To straszne! To niedopuszczalne! TO HEREZJA! Ciekawe czy Google Earth/Maps oraz wszelkiej maści programy i książki podróżnicze też tak działają? Wzmocnienia? W sensie enchanty?  I co jest złego w wirtualnej możliwości zrobienia czegoś, czego nigdy nie dokona się w rzeczywistości? O ile, oczywiście, jakiemuś czubkowi nie pomyli się fikcja z prawdą – choć chętnie bym zobaczył jak ktoś wykuwa miecz jak w Skyrim lub WoWie :P. No, nie wiem… Raczej wolę żyć w prawdziwym świecie, niż w Commonwealth AD 2287… - no, chyba, że ktoś mieszka w Detroit to faktycznie - postapokaliptyczny świat Fallouta może wydawać mu się lepszą perspektywą :P. Ludzie czytający namiętnie książki lub oglądający filmy… czytający komiksy… chodzący do teatru... melomani… (wstaw cokolwiek) też raczej nie odczuwają znudzenia (choć, w sumie, może nie do końca dobrze zrozumiałem "co Autor miał na myśli"...). Ale przynajmniej dano graczom jakąś zaletę, więc nie mam co narzekać :). Za pierwsze zdanie w tym fragmencie chętnie bym Autorowi podał rękę. Serio. Z drugim jest już nieco gorzej - choćby użycie "słowa-wytrychu" czy "kojarzenie" - powiedzcie mi - czy naprawdę rozmaitym spychologom trudno zrozumieć, że ludzie nie są tacy sami? Że są jednostki, które mogą grać tygodniami w np. Postala i nigdy nie skrzywdzą nawet karpia na Wigilię, a są też tacy, którzy naoglądają się My Little Pony i pójdą mordować? Przy czym w tym drugim przypadku spycholog, oczywiście, "zapomni", że morderca miał depresję, gnębili go w domu/szkole/pracy oraz pracował w sklepie z bronią/chodził na strzelnicę/polowania... Tym razem naprawdę bym uścisnął rękę Autorowi. Wreszcie ktoś, kto dostrzega istnienie istot zwanych "rodzicami". Z kolei za te słowa dałbym mu kopa w d### - od kogo to Autor spisał (dodatkowe życia – serio?!)? A co do reszty tego fragmentu - owszem, gracze nie ratują świata "prawdziwego" - ratują nieistniejący świat, wirtualny. Tak jak James Bond, Superman, Goku i im podobni - też nie ratują prawdziwego świata... choć może niektórzy młodzi widzowie tak myślą? No to mamy dużo rzeczy do zakazania :). Eee… odczłowieczenie? Przecież ci „konkurenci” nie są ludźmi! To tylko zlepki wielokątów! Halo! Ej – dlaczego przemoc skierowana w złych ludzi (bandytów, morderców itp.) jest zła, a zabijanie mutantów, potworów i zombie – uzasadnione? Chyba czas założyć Ruch Zapewniający Emancypację Stworzeń Zupełnie Antropomorfizowanych* i przenieść go do cyberświata :D! To zdanie… nie wiem nawet jak je skomentować. Czym jest wspomniany „humorystyczny sposób” zabijania? Czy chodzi o coś w stylu „Toma i Jerry’ego”? Ale oni się tam nie zabijają… Może Mario skaczący po głowach Koopach? Hmm… nawet sensowne. Ale to oznacza, że jakieś 80% dorosłych graczy ma zahamowaną empatię! I to w 360 stopniach! Motyla noga - mamy pojechane ! Można też wcielić się w kierowcę rajdowego, rolnika, strażaka lub piłkarza. Ale o tym przecież nie warto pisać w artykule naukowym... A, przypisu odwołującego się do takich badań – brak, rzecz jasna . W sumie to te procentowe ilości brutalnych gier na rynku są jakieś dziwne, nie sądzicie? W każdym artykule pojawia się inna ich liczba i praktycznie nigdy nie ma informacji skąd te dane pochodzą... Mam na ten temat pewną myśl - może ci wszyscy spychologowie biorą tarczę do rzutek, zapisują procenty od 80 wzwyż i "wybierają"? Myślicie, że tak jest?  Tu akurat Autor napisał coś, w sumie, mądrego – ot. opisał co się dzieje w popularnym (ciekawe tylko - jak bardzo?) gatunku gier. I tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Zapraszam za tydzień na drugą część ;).   *Swoje pomysły na nazwę zamieśćcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Patriotycznie

Jak wiecie, dziś jest Święto Niepodległości, więc uznałem, że przydałby się jakiś motyw związany z naszym pięknym krajem. Po dłuższej chwili zastanowienia (czasem muszę rozgrzać mózg :P) postawiłem na rzecz prostą – Polska, Polacy (i osoby polskiego pochodzenia) i inne „występy” do naszego kraju w nie-polskich grach (bo w polskich to żadna sztuka ;)). Zadaję sobie sprawę, że nie dałem rady wypisać wszystkich, więc jeśli coś pominąłem (a na pewno to zrobiłem…) to dajcie znać w komentarzu :). Seria Assassin’s Creed: - Pamiętna mapka z „Brotherhood” :P; - jedno z DLC do tejże części skupia się na Mikołaju Koperniku; Seria Civilization: - Polska jest grywalną frakcją w DLC do „piątki” i „szóstki”; - Król Kazimierz Wielki jest przywódcą Polski w „piątce”; - Królowa Jadwiga jest przywódcą Polski w „szóstce”; Codename: Panzers – Faza pierwsza: - Polska pojawia się na początku kampanii niemieckiej, gdy przedstawione są początki II Wojny Światowej (na marginesie - kto pamięta aferę z tym związaną? :)); Seria Deus Ex: - Leo Jankowski z Deus Eksa: Invisible War (by @DJUDEK); Fallout 4: - Curie – jedna z postaci, jej imię jest, prawdopodobnie, nawiązaniem do Marii Skłodowskiej-Curie; Seria GTA: - Ray Machowski – postać pojawiająca się w GTA III; - Ron Jakowski – postać z GTA V/GTAO, „znajomy” Trevora; - Ralph Ostrowski – postać z GTA V, jeden z przestępców, których Trevor ma aresztować/zabić; - Eddie Pulaski – postać z GTA: San Andreas, policyjny partner Franka Tenpenny’ego; - Krystyna z Polski – jedna ze słuchaczek Radia Vladivostok FM z GTA IV; - Niektóre kobiety w Hove Beach mówią po polsku (na jedną z nich wpadłem biegnąc – za co skarciła mnie słowami: „Co ty, głupi jesteś?” :)); - Spadochron w barwach Polski [screen] pojawia się w GTA V; - Istnieje możliwość umieszczenia polskiej flagi na jachcie w GTAO; Mafia: - Mike Bruski – postać z Mafii 2, pracuje na złomowisku, jedna z pierwszych postaci, którą przedstawia nam Joe; Seria Wolfenstein: - B.J. Blazkowicz – główny bohater serii; - część akcji Wolfensteina TNO toczy się na terenach dzisiejszej Polski (by @DJUDEK); Seria Total War: - Polska jest grywalną frakcją w częściach Medieval II i Empire; - Wizerunek Świętego Jana Pawła II pojawia się przy informacjach dotyczących Watykanu w Medieval II.   Uff... mam nadzieję, że przynajmniej liznąłem ilość nawiązań do naszej Ojczyzny - dajcie znać w komentarzach ;). I do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

The best of MSM II

Kolejny artykuł, który w zasadzie jest wyłącznie zbiorem tekstów innych autorów. I to takim najgorszym możliwym, bo pisanym pod tezę (czyli nic nowego ;)). Jednakże, ten znalazłem nie w książce, a w Sieci – na stronie Muzeum Historii Polski (O.O) – tradycyjnie, link znajduje się na końcu. Przejdźmy do rzeczy: Zygmunt Płoszyński „Agresja gier komputerowych” (2012). Oczywiście, Autor nie wziął pod uwagę RPG-ów, gdzie (zwykle) jak najpierw kogoś zastrzelimy to nie poznamy np. lokalizacji skarbu albo później okaże się, że nie otrzymamy questa. Ale przecież wszystkie gry to shootery (gatunki też będą, nie martwcie się). Czy to oznacza, że Al Pacino w czasie roli Tony’ego Montany rzeczywiście wciągał tyle koksu? Nieźle… No, ostatnio jak się wkurzyłem na tłok w autobusie to wyrzuciłem z niego wszystkich przy pomocy Fus-Ro-Dah (szczęśliwie dla nich – na przystanku)! I od razu zrobiło się luźniej :). Polecam ;). Nie znam się na tym, więc zapytam Was – czym jest „plastyczny trójwymiarowy obraz”? I dlaczego Autor wziął ten tekst z książki z 2000 roku – nowszych nie było? I czy gry mają w takim razie lepszą czy gorszą jakość grafiki od filmów cyfrowych albo kinowych? Czemu Autor nadal siedzi w erze wideo? Odpowiedzi brak :(. Nie wiem kogo Autor ma na myśli, skoro kolejne zdania brzmią tak: Skoro stworzył znaną i (w swoim czasie) całkiem dużą firmę to chyba jednak doczekał się jakiegoś miejsca? Dodatkowo – przecież w np. 2009 roku Bushnell otrzymał nagrodę za „bycie ojcem gier” od British Academy of Film and Theatre! Dodatkowo - mogę się założyć (jak każdy gentelman – o grosza ;)), że Autor nie wie, że przed PONGiem też istniały gry… Eeeee... coś jest mocno „nie halo” z tym podziałem. Czemu kolejny (pseudo)naukowiec tworzy jakieś własne bzdury zamiast, bo ja wiem, zajrzeć do prasy branżowej/internetu? Szczęśliwie (?) Autor rozwija swoją myśl: Okej, nie mam się czego przyczepić… no dobra – mam: chyba w każdej grze jest jakaś sytuacja wyjściowa. Tak samo jak w filmach, serialach, książkach itd. W końcu to wszystko musi się od czegoś zacząć, nie?  Jaki przypadek? Może chodzi o dopełniacz? I dlaczego gracz może wpływać na końcowy wynik tylko w pewnym stopniu? Przecież te gry polegały (i polegają) właśnie na… zdobywaniu jak najlepszego rezultatu! Ale o tym Autorowi nikt chyba nie napisał, bo ten tekst pochodzi z publikacji z 2001 roku. Co oznacza, że Autor wciąż siedzi w czasach automatów (czy raczej – ich schyłku), nie mając o tym pojęcia. Ten fragment jest długi, ale nie potrafiłem go podzielić – straciłby swój urok. O ile przy bijatykach jeszcze mógłby przyjąć to, co napisał Autor, tak opis gier „bij-zabij” (które chyba są FPS-ami, ale Czort Święty Izydor z Sewilli wie) mnie mocno rozbawił. Serio – „małpią zręczność?” Autor miał chyba wyjątkowo kreatywny dzień (choć to też nie są jego słowa – pochodzą z… 1999 roku!). W dodatku ze zdania wynika, ze bohater gry to „tylko” ręka i broń. Ciekawe, ciekawe…
  Zajmijmy się ostatnim zdaniem – czy ktoś ma jakiś pomysł co Autor rozumiał pod pojęciem „poszukiwacz przygód”? O ile pasuje to do RPGów, tak trudno tak nazwać np. Nico Bellica. No trudno, żeby osiągnąć pełną symulację. Autor myśli, że przejście np. Euro Track Simulator na kierownicy mogłoby dawać uprawnienia do jeżdżenia TIRem? Nie, nie tak to działa (a szkoda ;)).
  Okej, tu Autor chwali. To dobrze. Szkoda tylko, że całkowicie odleciał z gatunkami – kiedy czytałem pierwszy raz myślałem, że ma na myśli gry typu „Cities” albo inne „Anno”. A tu chodzi jednak o „Symulator farmy”… albo „Symulator kozy”  Kolejne mądre zdanie! Hura!  I cały czar „mądrości” prysł… Tak, te dwa fragmenty następują bezpośrednio po sobie! I jeszcze, na domiar złego, Autor myli „przygodówki” z grami akcji… Ech… Dlatego lepiej „walczyć” z „ultrabrutalnymi grami komputerowymi”, zamiast edukować rodziców, nauczycieli i dzieci, nie? A agresja (szczególnie w szkołach) ZAWSZE była problemem, nawet w czasach sprzed gier (co może być dla Autora szokiem). Na tym zakończę obcowanie z tym artykułem. Szkoda, że jest to kolejny Autor, który nie zrobił NIC ponad kompilację mocno przestarzałych tekstów – jaki w tym sens? Na koniec, tradycyjnie - obiecany link.   PS. W czwartek blog osiągnął 80k wyświetleń. Dziękuję :)! Szkoda, że te wyświetlenia przepadły :(.

MajinYoda

MajinYoda

 

Oferta pracy

W imieniu miłościwie nam panującego Króla Janusza XXXIV, Zrodzonego z Wody Ognistej, ogłasza się co następuje: W związku z rosnącą aktywnością Ciemnych Sił, pojawieniem się Smoków oraz zniknięciem Caryny - następczyni tronu Jego Wysokość ogłasza, że poszukiwana jest osoba na stanowisko BOHATER Nasze wymagania: - bycie Wybrańcem, poświadczone odpowiednimi umiejętnościami i pisemnym zapewnieniem od Zakonu Tajemniczych Mnichów z Odległej Góry, na którą kandydat musi sam wejść, - przeżycie starcia ze Złem i ucieczka przed nim, - zaświadczenie od okolicznych właścicieli ziemskich o umiejętności zbierania rzepy, - zdolności walki bez znaczenia, - mile widziana amnezja i bezimienność, - niepunktualność i zdolność przedkładania pobocznych aktywności nad Ważne Zadania, - własne wyposażenie, - poziom bez znaczenia, - dodatkowym atutem będzie częste popadanie w konflikty ze strażą, - przyjmiemy też osobę z orzeczeniem o nekromancyjności*.   W zamian oferujemy: - szkolenie opłacane z pieniędzy pracownika, - 75 exp, - uścisk dłoni od sprzątaczki w zamkowym holu, - uśmiech Króla, - 100 sztuk złota brutto od zadania, - umowę o dzieło, - Złoty Miecz Królewskiego Rodu (+1, 0,0001% ochrony przed magią) na lvl 1, - tytuł szlachecki, niewiele daje i właściwie nikogo nie obchodzi - super droga willa z widokiem na jezioro (znajduje się poza granicami miasta, w Jakieś Głuszy), za jej zakup i budowę Bohater musi sam zapłacić - badziewny achievement.   Swoje podania proszę składać u nadwornego skryby w godzinach 0-24 w dni powszednie i w weekendy. Decydujcie się szybko, bo mamy już gnomy na to stanowisko! Z poważaniem MajinYoda Nadworny Skryba na dworze Króla Janusza XXXIV, Zrodzonego z Wody Ognistej   *Osoba z orzeczeniem o nekromancyjności otrzymuje wynagrodzenie w wysokości 85% proponowanej stawki, zgodnie z art. 34, pkt 67 Królewskiego Kodeksu Pracy

MajinYoda

MajinYoda

 

Urodzinowy MSM

Mojemu blogowi stuknęły właśnie cztery lata (jak ten czas leci :)), więc postanowiłem wrzucić MSMa. Jest to inny artykuł z książki sprzed dwóch tygodni (link), więc tylko napiszę, że tym razem będzie mało o grach, ale więcej o filmach animowanych. I nie jest tak głupi, jak ten poprzedni, co muszę przyznać. Przed Wami Marta Czerwiec - „Wirtualne dzieciństwo – realne zagrożenie dla najmłodszych” (przypominam – 2013). Gotowi? Nie wiem czy Autorka zauważyła, ale za wychowanie i sprawdzanie co robi dziecko odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice (i, nieco później i w innych aspektach, szkoła), a nie twórcy filmów czy gier. Ale skoro w 2013 roku wciąż pisze się o „życiach” w grach to tak się to kończy… Aż dziwne, że o punktach nie wspomniała ;). No to zakazujemy: „Zwariowane melodie”, „Tom i Jerry”, „Dora”, "Świnka Peppa"… Acha, jak zawsze złe anime winne wszystkiemu… Fajnie, że Autorka dodała "między innymi" :). Kurde, jakbym czytał charakterystykę (nie tylko japońskiej) kinematografii. Więc czemu Autorka twierdzi, że dotyczy to tylko anime? Jestem ciekaw odpowiedzi… Nie rozumiem też ostatniego punktu - co w tym niezwykłego? Czyżby m.in."Makbet" też był anime?  Coś w tym jest – takie Muminki czy Pszczółka Maja cały czas biegały na golasa! Sodomia i Gomora, deprawacja dziatwy, tfu! wybaczcie – nie znam współczesnych anime. Ktoś poratuje? Jednakże, tutaj Autorka odwołuje się do strony www.abcb.com/parents, której kompletnie nie rozumiem… Wiem, że Dragon Ball Z w Japonii, USA i innych krajach jest różny, ale po co umieszczać go w dwóch kategoriach, skoro we wszystkich wersjach wpisuje się niemal to samo do opisu? Zdawaliby sobie sprawę, gdyby spychologia nauczyła ich sprawdzać co oglądają ich dzieci. Dobrze pamiętam jak moja Mama oglądała ze mną Pokemony i nie było problemu. Pominę też traktowanie przez Autorkę jedynie DB, Pokemonów i Sailor Moon (i im podobnych) jako jedynych anime i zapominaniu o wspomnianych w moich wcześniejszych wpisach m.in. Smurfach. Bo to tylko świadczy o jej znajomości tematu. Na zakończenie - mądre zdanie: Dziękuję Autorce, że nie zapomniała o rodzicach i ich obowiązkach związanymi z dziećmi. I na tym zakończę dzisiejszy wpis :).

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM I

Wbrew tytułowi nie jest to w żadnym wypadku „wybór najlepszych tekstów Prof. S. Jonalistów” (broń Boże! Nie muszę nic takiego robić, bo mam jeszcze ogrom materiałów na msm-y i emsm-y :)), lecz wpis o zupełnie nowej książce - „Człowiek w świecie rzeczywistym i wirtualnym” (2013!) pod redakcją Anny Andrzejewskiej, Józefa Bednarka i Sylwii Ćmiel. Oczywiście, nie opiszę od razu całej, takie rzeczy trzeba dawkować ;). Na początek: Katarzyna Bakalarczyk-Burakowska „Specyfika zabijania pod wpływem mediów”. Gotowi?  Będzie długo, ale warto się pomęczyć ;). Wiecie z którego roku pochodzą te dane? Z 2001. Czyli Autorka założyła, że przez 12 lat nic się nie zmieniło? Hmm… to się nazywa nauka :). Widzę, że Autorka poruszyła kolejny temat, o którym zupełnie nie ma pojęcia – przecież walki gladiatorów nie zawsze kończyły się śmiercią (czy Autorka zdaje sobie sprawę ile kosztowało utrzymanie, wyszkolenie i wykarmienie takiego gladiatora? Bo dla mnie to tak, jakby kupić najnowsze Ferrari, by brać nim udział w Destruction Derby…). A może wiedzę historyczną Autorka czerpała z bezkrwawego Quo Vadis? Czy muszę pytać o to ile osób zabitych powinienem już mieć na koncie? Ups, właśnie to zrobiłem :). Bo kiedyś to młodzież była taka grzeczna, nie było przemocy i zabójstw. ^ taka była moje reakcja No to od dzisiaj nazywam się Trevor... Szukam jeszcze dwóch gości do składu :P. No to jestem ciekaw co by powiedziała Autorka, gdybym powiedział (i nie tylko ja), że gram głównie kobiecymi postaciami… Zaraz mi ktoś jakiś „dżąnder” zarzuci :/. Przecież to zdanie nie ma sensu! No dobra, ma – oglądanie morderstw w filmach powoduje zwiększenie ilości morderstw w grach… Czyli wszytko przez te durne i pełne brutalności filmy! Chociaż... może to wina pełnych brutalności książek, po których ogląda się brutalne filmy?  Ej - coś w tym jest!  Cóż, skoro filmy zwiększają ilość zabójstw w grach to gry zwiększają ilość morderstw… no właśnie – gdzie? Macie jakieś pomysły?  Czy ktokolwiek rozumie sens tego zdania? (edit2018) Skoro w grach morderstwo ma status "zbrodni niegodnej człowieka" to chyba dobrze? Choć brzmi to irracjonalnie i chyba Autorka coś pokręciła... Ktoś zna taką grę? Może chodziło o Mount and Blade’a? Nie wiem też dlaczego "coraz to nowsze fabuły" mają być czymś złym? No, chyba, że Autorka wyznaje zasadę "człowiek lubi tylko te utwory, które zna"? Nie, żeby było to coś złego (kwestia gustu), ale od razu robić z tego zarzut?  Autorka właśnie zacytowała opis… pierwszego Dungeon Keepera! Czemu mnie nie dziwi dobieranie najnowszych gier przez spychologa? Całej jednej… Na dwóch jest Postal 2, a na jednym jest… cóż, sam nie wiem – może Wy rozpoznacie tę grę? A, wszystkie trzy screeny są równie marnej jakości. Tu naszło mnie coś jeszcze – dlaczego Autorka podała link do obrazków (niestety strona, z których pochodzą, już nie istnieje…) a nie podała tak trywialnej i ważnej rzeczy jak tytuły tych gier. To znaczy, w sumie, to wiem czemu – bo wzięła obrazki i nawet nie miała pojęcia z jakich gier pochodzą – wystarczyło, że pasowały do tezy…
  Zgadza się - rok 2013 i nadal mowa o życiach w grach. Autorka na bank to od kogoś spisała, bo to, że o temacie nie ma najbledszego pojęcia jest już chyba 100% pewne, nie?
  O swoim „kacu moralnym” już kiedyś pisałem, więc zmilczę ten fragment. Tu akurat, jak raz, muszę się z Autorką zgodzić. Tylko czemu zarzut jest głównie oparty o gry komputerowe? Czy to ich wina? Śmierć ważnych osób zawsze budziła sensację (wystarczy przypomnieć sobie „tabloidowe” zdjęcia Otto von Bismarcka na łożu śmierci) – nie jest więc to nic nowego. Ktoś jeszcze używa tego określenia? I czemu w 2013 roku wciąż najpopularniejszymi grami są Blood i Quake (bo z DOOMem to może chodzić o tego nowego... ta, jasne...)? A, no tak, przecież pisanie pod tezę i spisywanie od innych jest w spychologii wiecznie żywe… Tu, muszę przyznać, Autorka się postarała – jest nawet przypis! Hura! Szkoda tylko, że z… artykułu Iwony Ulfik-Jaworskiej… Co oznacza, że Autorka bezmyślnie przepisała od innego spychologa, nie sięgając do oryginalnego źródła… To samo – niby są przypisy harvardzkie, ale są zerżnięte z cudzego artykułu. Bo przecież fragmenty recenzji w 1997 i 1998 w 2013 roku wszyscy pamiętali (pomijam fakt, że Gambler już dawno nie istniał...). Tutaj, z kolei, przypisu brak. Ale w końcu amerykańscy naukowcy to jeden wielki mózg, jednomyślna grupa ostatecznych Wszechwiedzących Istot a nie jakieś kmioty z podrzędnego "uniwerka", którzy, zapewne, za pieniądze od Szatana pokazują, że gry nie są złe. A, na początku tekstu Autorka nie wstawiła cudzysłowu, więc nie jest to mój błąd :). Uuuu… brzmi groźnie, Ale podsumujmy tę opowiastkę: chłopak miał swoją strzelnicę (o której jego ojciec zapewne wiedział), chodził na polowania (zapewne z ojcem, choć z opisu równie dobrze wynika, że chodził sam) a winne były gry, w które grał w tajemnicy przed ojcem? W-T-F? W dodatku zabrakło najważniejszej informacji – jaki miał motyw? Zabił, bo…? Nie mogę wykluczyć winy gier na 100%, ale skoro jedenastolatkowi (!) pozwala się brać udział w polowaniu i uczy się korzystać z broni palnej to chyba nie pozostawia wątpliwości, ze coś tu z jego ojcem było nie tak. Ale okej, poczytałem też sobie o tym zabójstwie na stronie Guardiana. Wyraźnie wskazywana jest tam „zazdrość” młodego chłopaka o „nowe dziecko” w rodzinie. Czy to było przyczyną? Nie wiem, ale skoro chłopak miał (pewnie dostał od ojca) taką broń (i to z niej zastrzelił kobietę) to ja nie mam więcej pytań.
  To też jest ciekawe – ten zamachowiec, z tego, co znalazłem na angielskiej Wikipedii i ogólnie w Sieci, był rozpuszczony przez matkę i źle przyjmował wszelkie porażki – przy każdej wpadał w histerię i miał napady złości. Ale czy brak wychowania (a w każdym razie - beznadziejne wychowanie) był powodem tego, co zrobił? A może to, że miał depresję, nawet ją leczył, ale po pięciu sesjach zrezygnował i nikogo to nie obeszło? Nieee, bo by do tezy to nie pasowało. Bo winne są przecież gry, w które grał – to chyba jasne, nie? Z powyższego można też doczytać się skąd zabójca wziął broń. Nie, nie z CS-a, lecz z... nocnej szafki ojca. Tak jest - "tatuś" trzymał broń i amunicję w zasięgu dłoni rozpieszczonego, histeryzującego nastolatka z niedoleczoną depresją i problemami w szkole i życiu osobistym. Ba, dzieciak miał nawet dostęp do domowej strzelnicy. Ale to nadal wina gier... Ciekawą kwestią jest informacja o wycofaniu gry ze sklepów Kaufland... poszukałem w Sieci i nie znalazłem potwierdzenia tych rewelacji! W końcu było to w 2009, więc powinienem znaleźć przynajmniej jedno potwierdzenie, nie? A tu nic... Dodatkowo - choć w moim mieście Kaufland nie ma sklepu - z tego, co widzę ta firma sprzedaje artykuły spożywcze itp. Swoją drogą - zauważyliście, że ci wszyscy mordercy wymieniani przez "naukowców" w publikacjach w znakomitej większości mieli problemy psychiczne? Z tego wynika, że winnymi tych wszystkich masakr są pełne przemocy i Szatana (oraz nekrofilii!) spotkania terapeutyczne i inne placówki prowadzone przez psychologów i psychiatrów :P. Trzeba zlikwidować te domy Diabła - na świecie od razu zrobi się bezpieczniej :D. Cóż za samokrytyka :P. A może ktoś to Autorce dopisał jak nie patrzyła?  Chyba Autorka gdzieś w tym czasie wyszła, bo to kolejny sensowny fragment :). Tak samo, jak kolejny: Szkoda tylko, że większość tych naukowców robi wszystko, by ośmieszyć swoje badania i zamiast zrobić coś sensownego na rzecz poprawy (nie, zabranianie i prohibicja to nie jest właściwe działanie). Na tym Autorka kończy swój artykuł (dragi przestały działać?), tak więc i ja powoli kończę swój wpis. Tylko jedna rzecz na zakończenie – Autorka bardzo dużo przepisała od innych, czasem dając przypisy, czasem nie. I tak się zastanowiłem – czy to samo robiła w szkole i na uczelni? Czy jej praca dyplomowa (niestety, nie wiem jakie studia Autorka skończyła) też była zbiorem przepisanych od innych osób frazesów z niewielką ilością własnych przemyśleń/badań? Aż jestem ciekaw… A Wy?    PS. Jak raz nie napisałem nic o swoich obserwacjach itp. Ale i tak "pozdro dla kumatych" ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

Idąc na pocztę

Witajcie po wakacjach :). Mam nadzieję, że przez ten czas nieco odpoczęliście (tak jak ja :)). Przyznam, ze nieco nadrobiłem zaległości w filmach i książkach. I może nieco w grach, ale nie o tym dzisiaj :). „Piekło pocztowe” to jedna z książek autorstwa śp. sir Terry’ego Pratchetta, należąca do cyklu „Świat dysku”. I, co muszę przyznać już na wstępie, jedna z moich ulubionych pozycji w ogóle. Dlatego postanowiłem obejrzeć dwuczęściowy film na podstawie tej książki. A po obejrzeniu przydałaby się recenzja, wiec oto jest ;). Zanim zacznę muszę napisać, że wszystkie kadry z filmu pochodzą z Sieci. Z kolei śródtytuły zostały wzięte z polskiego tłumaczenia książki. Doręczenie Film w reżyserii Jona Jonesa całkiem dokładnie trzyma się fabuły pierwowzoru. Nawet mnie to ucieszyło po obejrzeniu, ponieważ dzięki temu scenariusz trzyma równy poziom i nie bardzo mam się czego przyczepić, jako „fan” książki. No, może poza jedną kwestią – w filmie nie było czuć tego… szaleństwa, w jakie, w książce, powoli popadał Moist von Lipwig – główny bohater - przebywając wśród niedoręczonych listów (i od którego pochodzi tytuł angielski i francuski). Fakt, listy pełniły ważną funkcje, ale jakoś ich brakowało w fabule filmu - takie odniosłem takie wrażenie. Brakowało nawet ich „bólu”, który powinien odczuć główny bohater mniej-więcej w połowie filmu Z drobnostek dodam jeszcze, że, jak na mój gust, strój poczmistrza jest w filmie zbyt mało złoty. A Adora Belle Dearheart za mało pali :). No i nie ma pana Pieszczocha… Anioł Skoro już wspomniałem o postaciach to należałoby ocenić też aktorów. Sęk w tym, że nie ma tu słabych „występowaczy”. W większości są to mniej znani aktorzy (no, w każdym razie dużo mniej). Chociaż pojawiło się też kilka znanych nazwisk: David Suchet (znanego z roli serialowego Herculesa Poirota), który genialnie zagrał Reachera Gilta – czyli głównego złego, Andrew Sachs (Manuel z „Hotelu Zacisze”), który okazał się świetnym Tolliverem Groatem i Charles Dance (Lord Tywin Lannister) – czyli najlepszy aktor do zagrania najciekawszej, chyba, postaci ze Świata Dysku – lorda Vetinariego. Nie ma jednak co narzekać na pozostałych aktorów. Wprawdzie inaczej sobie wyobrażałem von Lipwiga, ale Richard Coyle zagrał go po prostu bezbłędnie. Z kolei Adora w wykonaniu Claire Foy była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałem w książce (no, może poza sceną z koniem Borysem i panną Dearheart trzymającą… bacik?). Z ważnych postaci nie mogę nie wspomnieć o Panu Pompie, którego wygląd początkowo mnie irytował, ale po dłuższej chwili przekonałem się do niego. Bo choć wygląda dość sztucznie to ta „sztuczność” bardzo dobrze pasuje do niego. Jakoś nie mogę za to powiedzieć nic dobrego o wyglądzie Pana Gryle’a. Zwyczajnie nie pasuje do tej postaci, przynajmniej moim zdaniem. A może to dlatego, że jednak ciut inaczej go sobie wyobrażałem? A może dlatego, że ktoś tandetnie go ucharakteryzował… sam nie wiem. Nie zawodzą również postacie mocno poboczne, jak zagrana przez Ingrid Bolso Berdal sierżant Angua (swoją drogą – jedyna członki książkowej  straży miejskiej Ankh-Morpork, która pojawia się w filmie) czy Panna Cripslock, w którą wcieliła się Tamsin Grieg. Również Ian Bonar świetnie wypadł w roli młodego Stanleya Howlera. Na koniec omawiania postaci i aktorów muszę jeszcze za jedno pochwalić twórców – nie zapomnieli o ikonografiku „Pulsu Aknh-Morpork” – Otto von Chrieku – który pojawia się w tle i w zasadzie tylko osoby znające książkę go wyszukają w tłumie. Zagubione w poczcie Na tym w zasadzie powinienem zakończyć swój wpis, gdyż mimo trzygodzinnego seansu… nie bardzo jest co więcej dodać. Muzyka jest w porządku, nie irytuje, co jest chyba najlepszą rekomendacją. Dlatego z czystym sumieniem mogę napisać: fani książki powinni obejrzeć a ci, którzy nie mieli styczności z dziełem śp. sir Pratchetta też w sumie mogą, bo film jest po prostu dobry. Osobiście daję mu 4+/6.

MajinYoda

MajinYoda

 

Bajki i gry to ZŁO! Cz. II 18+

Jest to ostatni wpis przed wakacjami, więc idźmy dalej z książką z wpisu sprzed dwóch tygodni: Pytanie do znawców – czy „manga” nie oznacza po prostu „komiks”? Nie ma chyba potrzeby dodawać „powieść obrazkowa”, bo jest to masło maślane. Równie dobrze można było napisać „powieść obrazkowa Komiks”. Nie czytałem mangi od dawna (kiedyś, dawno temu, czytałem jeden z zeszytów DBZ), więc nie wypowiem się o pedofilii w niej zawartej – może ktoś zabierze głos? Mam jednak wrażenie, że Autor czytał jakieś hentai… Co do drugiego zdania – co to za filmy o wyczynach sportowych bohaterów telewizji? Ktoś-coś?  Komiks muzyczny? W sensie, że gra jak go otworzymy? A to ciekawe… mam dziwne wrażenie, że w żadnym produkcie (komiksie, filmie, grze itp.) nie da się osiągnąć czystego gatunku. Taki, nadużywany przeze mnie, Dragon Ball to, chyba, przygodowy i komediowy by był. Jak sądzicie? Tu nie mogę się spierać – takie wydarzenie miało miejsce. Choć przydałoby się, żeby Autor dodał, ze 685 młodych Japończyków trafiło do szpitala z objawami epilepsji (źródło), a także, że felerny odcinek nie został wyemitowany w innych krajach. Oraz, że twórcy zmodyfikowali ten i inne odcinki, by nie dochodziło do podobnych sytuacji. Czyli, innymi słowy, zachowali się w porządku. Ale te słowa chyba Autorowi nie przeszłyby przez pismo ;). Jak nic obraz Smerfów, Muminków i Pszczółki Mai. Choć w sumie dobrze, że Autor ich nie zauważył, bo oni tam cały czas są NADZY! Albo bardzo skąpo ubrani. Choć Autor chyba oglądał/czytał jakieś „hentaje”. Jak sądzicie?  Nie wiem czemu, ale cały ten fragment wygląda jak znany dowcip: Kowalski poszedł na komisję poborowa. Po badaniach, wziął go na rozmowę seksuolog.
Narysował mu kółko:
- Kowalski, co to jest ?
- Goła baba...
Narysował mu kwadrat:
- A to?
- He, he, goła baba...
Na koniec, narysował mu trójkąt:
- No a to, przyjrzyjcie się dobrze.
- Też goła baba...
- Kowalski, wy jesteście zboczeni!!!
- Jaaa??? A kto mi te gołe baby rysował?!  Idźmy dalej:
  Nie będę się z tym spierał – pewnie tak było. Ale jedno mnie zastanawia - czym są TV1 i TV2? Chyba Autorowi chodziło o TVP1 i TVP2 – takie nazwy już istniały w 1997 roku. Ale - co właściwie było badane? Specjalnie przepisałem całość, by móc to rozstrzygnąć, ale nie mam pewności. Jeśli była to cała ramówka wymienionych telewizji to te 2,4 minuty to jakoś mało… Coś mi tu też nie pasuje – czy badania były prowadzane przez cały październik? Przecież TVN ruszył dopiero 3.10.1997. A może był to wybrany dzień? Takie informacje się podaje – inaczej można badanie wrzucić do kosza. Wiecie co? Specjalnie trochę pogrzebałem i znalazłem ramówkę tych stacji – link – i zapoznałem się z niektórymi programami. I wiecie co? Nie wiem czy doliczyłbym się „średnio 2,4 minuty” przemocy. Ale podkreślam – zależy co uznać za przemoc i jaki był czas trwania badań. I co brano pod uwagę. Czas przejść dalej - do gier ;): I już wiecie skąd pochodziły dane z niedawnego wpisu. Tu źródła wprawdzie brakuje, ale co – nie uwierzycie naukowcowi na słowo? Łeee… żadnych robotów? Ani magii? Coś marne gry Autor „badał” :P. Oto przykład jak jednym prostym zdaniem opisać grafikę w grach :). Nie jestem jednak pewien czy określenie „prosta grafika” można odnieść do takiego „Króla Lwa” z 1994 roku. Choć, oczywiście, należałoby jeszcze przyjąć definicję „filmu rysunkowego”, czego Autor nie zrobił. Mam dziwne wrażenie, że już to gdzieś czytałem… ktoś musiał to przepisać od Autora :). Szkoda, że Autor nie dał żadnego przykładu gry z taką opcją – pamiętam, że nawet w ultrabrutalnym SoF była przeciwna opcja… Jak nic obraz Need for Speeda i FIFA 1999 . Dobra, był rok 2000, niektóre gry jeszcze miały życia. Taki Half Life na przykład. „Wolf”? Nie mam 100% pewności, ale wydaje mi się, że jednak Autor powinien był podać pełny tytuł. Niemniej, tym razem doboru tytułów się nie przyczepię – bo te gry były wtedy jeszcze popularne. Mogę się za to przyczepić wymienienia tylko tych złych gier. FIFA i NfS też były wówczas popularne :D. Nie wspominając już o karach w postaci „gwiazdek” z GTA2 (tak, wiem, tam były głowy policjantów :)). No, ja to się zaprzyjaźniłem swego czasu z Claudem (Speedem?) z GTA 2. I tak jak on umiem wysadzać samochody i przeskakiwać nad nimi. Widok z góry trochę utrudnia mi życie, ale daję radę. I tu nasuwają się dwa pytania – pierwsze: co jest ze mną nie tak? Oraz z setkami, tysiącami nawet, graczy, którzy nie mordują innych? I drugie – co z dziewczętami? Rozumiem, ze wspomniane badania pochodziły z 1997 roku, ale takie stereotypowe podejście nigdy nie było dobre w nauce (choć to akurat zarzut do Autorki oryginalnych badań, a nie do Autora). Już prawie koniec – czas na porównanie obu omawianych przez Autora mediów: Nie rozumiem tego zdania. To znaczy, że przemoc oglądana „na żywo” w TV jest lepsza od tej nagranej? Ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć o co Autorowi chodziło? Nie jestem na 100% pewny, ale Autor miał chyba na myśli „agresję symulowaną”. Za to musze przyznać Autorowi rację w drugiej części fragmentu – ostatnio zaklinałem myszka dwóch dresów (nie zabiłem ich, bo jestem dobrym graczem). Chyba oglądałem niewłaściwe programy w telewizji :/. A może niezbyt dokładnie oglądałem moją ulubioną (w tamtym czasie) „Ciuchcię”? Hmm…   Na tej refleksji zakończę. Życzę Wam udanych, bezpiecznych i leniwych oraz growych wakacji!  Do zobaczenia we wrześniu!

MajinYoda

MajinYoda

 

Bajki i gry to ZŁO! Cz. I 18+

Witajcie w kolejnym msmie, tym razem dwuczęściowym ;). Do omówienia wybrałem książkę autorstwa Stanisława Juszczyka pt. „Człowiek w świecie elektronicznych mediów – szanse i zagrożenia” z 2000 roku. Fakt, jest już niemal pełnoletnia (;)), ale zdecydowałem się na nią, ponieważ już o niej wspominałem – to „źródło” danych z jednego z poprzednich wpisów. Co ciekawe, książka porusza nie tylko temat gier komputerowych, ale także filmów i seriali animowanych (w tym anime) z „moich” (a zapewne też części z Was – podzielcie się w komentarzach wrażeniami z tego, co tu zaraz przeczytacie ;)) czasów. Trzymajcie się mocno :). Kurde – albo Autor oglądał jakieś dziwne bajki, albo to ja oglądałem niewłaściwe. O ile „przemoc, zbrodnię” mogę (prawie) bez problemu potwierdzić, tak „perwersyjne zachowania seksualne” jakoś nie przychodzą mi do głowy (chyba, że Autor ma na myśli Kame-sennina czy innego Brocka, ale też bez przesady).
  Okeeeej… nie wiem jakie „filmy animowane” były badane (i przez kogo – pojęcie „amerykańscy naukowcy” jest dość szerokie, a przypisu brak – co też o czymś świadczy ;)), ale jakoś nie przypominam sobie, by w bajkach z mojego dzieciństwa się „zabijano” – w większości byli jednak nieśmiertelni (vide Tom i Jerry, Królik Bugs, Myszka Miki). Pewnie znowu chodzi o anime – fakt, w takim Dragon Ballu się często zabijali, ale wystarczy przypomnieć chociażby sobie śmierć Krillina z oryginalnego DB i z DBZ, albo Goku z początku „Zetki”, by obalić drugą część tego fragmentu. Oczywiście, Autor nie zadał sobie pewnie trudu, tylko spisał co trzeba. Tu mogę się zgodzić – choć wciąż mam nieodparte wrażenie, że Autor lekko wyolbrzymia. Choć, z drugiej strony, we wspomnianym Tomie i Jerrym różne akcje odchodziły, więc może coś w tym jest? Nie czuję się kompetentny, by to skomentować, tak szczerze mówiąc. Ale, co tam, najwyżej znowu ktoś się przyczepi  – nie pamiętam, by ktokolwiek z moich znajomych z podwórka tak kiedykolwiek powiedział. Może „zabiję cię” pojawiło się w innym kontekście, ale nikt nie miał na myśli (raczej) faktycznego zabijania. Brakuje mi też tutaj… bo ja wiem… jakiegoś źródła tych rewelacji? Nie kapuję tego fragmentu… Mój Mleczyk stoi teraz dumnie na półce obok Ezio (śmiesznie to wygląda, bo sięga asasynowi do pasa :P) i nic mu nie jest (choć oczy stracił dawno temu – moja Mama mu je „usunęła”, żebym ich nie połknął). Ale może Autor ma jakieś inne doświadczenia? Konkretów znów brak… Ten fragment wyłączył mi mózg na parę sekund. Serio – czytałem go później raz za razem i nie mogłem w to uwierzyć. Koniecznie muszę poszerzyć Mały Słownik Spychologiczny o kolejne hasła – toć te kreskówki są straszne! Dziecko naogląda się Bolka i Lolka, pomiesza z Reksiem, doprawi Gumisiami i - BAM! – kradnie auta. I diluje kasetami video z Flinstonami. Czas na mądre zdanie, tak dla odmiany: Uff… przynajmniej rodzice się do czegoś przydadzą. Jakoś nietypowo, jak na książkę naukową :).   Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Za dwa tygodnie będzie jeszcze o bajkach (w tym anime) oraz, wreszcie, o grach. A za tydzień - wpis o E3!   Do zobaczenia :)!

MajinYoda

MajinYoda

 

Całkiem ładna ta apokalipsa

Nigdy nie pałałem miłością do produkcji w klimatach postapo – odbiłem się od wszystkich produkcji, chyba tylko poza pierwszym S.T.A.L.K.E.R.-em, a i on nie zdobył mojego serca. Jakiś czas temu kupiłem sobie za punkty lojalnościowe w jednym ze sklepów internetowych Fallout: New Vegas – i się rozczarowałem. Dlatego, choć mocno sceptycznie, postanowiłem przetestować Fallout 4 podczas ostatniego darmowego weekendu na STEAMie. Pierwsze wrażenie było całkiem niezłe dzięki rozbudowanemu systemowi tworzenia postaci. Koniec końców stworzyłem swoją bohaterkę - rudowłosą niewiastę imieniem Gwendoline (czyli mój RPG-owy standard ;)) i zacząłem eksplorację jej domu. Poczułem się ciut nieswojo, ale byłem zadowolony, że moja postać ma rodzinę – męża (któremu zostawiłem niezmieniony wygląd, bo był całkiem niezły) oraz syna. I robota-kamerdynera. Rzecz jasna, (choć pewnie ktoś mnie za to zje ;)) wpisałem sobie tgm i odjazd. Widać, ze gra powstała na silniku, który napędzał Skyrima. Te same drewniane animacje chodu i biegu (szczególnie kobiecych postaci… - spójrzcie na poniższy filmik (jest mój, więc wybaczcie jakość :P)), ale, chyba, nieco ulepszony lip-sync (a może to tylko moje wrażenie?).   Nie będę się dłużej nad tym rozwodził – gra mnie „kupiła” swoim klimatem. Tak, pierwszy raz zobaczyłem strzelanko-RPG-a nie-fantasy, który mnie wciągnął. Odstawiłem inne gry i przez 20 godzin (według licznika na STEAMie) zwiedziłem całkiem sporo świata gry. Choć i tak większość tego czasu spędziłem robiąc to, czego mi zawsze brakowało w Skyrim – rozbudowywałem bazę(y). Nic nie poradzę – uwielbiam to :). Spodobała mi się też fabuła – niby „klisza”, ale wreszcie moja postać w grze Bethesdy ma jakąś przeszłość, rodzinę. Za to dialogi nieco nie wyszły – choć i tak było lepiej niż się spodziewałem po tekstach w necie. Nie mogę też czepiać się minigierek… Choć w zasadzie mogę się przyczepić durnego hakowania – idiota, który to wymyślił powinien zostać publicznie wybatożony. Choć, jak patrzyłem, w NV było to samo… Zadziwiła mnie za to brutalność gry – nie grałem w poprzednie części (pewnie było tak samo), ale widok odstrzelonej nogi czy ręki albo głowy najpierw mnie zadziwił, potem zaciekawił a na końcu znudził (bo ileż można?). Niemniej, pod tym względem jest lepiej niż w „miłym” Skyrim. Ogólnie bawiłem się nieźle i gra mnie pozytywnie zaskoczyła – spodziewałem się gniota nie z tej Ziemi, a zobaczyłem całkiem niezłą „strzelankę” post-apo podlaną sosem RPG. Kończąc ten krótki wpis napiszę jeszcze jedno – czekam na edycję GOTY (czy jak to tam nazwą). Oby wyszła jak najszybciej :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Gry w Szpitalu

Ach, te media… Niedawno pewien dość znany polski YouTuber – Niekryty Krytyk - zamieścił na swoim kanale swój komentarz do pewnego odcinka TVN-owskiego docu-drama „Szpital” (link). Odcinka, który tak mnie zainteresował, że postanowiłem go obejrzeć, choć od tego typu „seriali” trzymam się na spooorą odległość. Skąd więc nagle moje zainteresowanie? To chyba oczywiste – bo pojawił się motyw brutalnych gier komputerowych :). UWAGA – będą spoilery ;). Link do odcinka (z player.pl) na końcu. Oś fabuły jest zresztą opisana na powyższej stronie (nie trzeba już oglądać odcinka, wszystko jest jasne ;)): Nie będzie to wielki spoiler jeśli napiszę, że na końcu ginie też ten chłopak, prawda? Pominięto też w tym opisie zachowanie ojca wspomnianej uczennicy –straszny z niego egoista, myśli tylko o sobie i swojej córce (która umiera pod koniec odcinka). Do tego strasznie jest krewki, ten nekrofil i sadysta :P. Dobra, żarty na bok. Przy okazji pomyślałem także o czymś innym - pojawiły się kilka razy na moim blogu komentarze w stylu „a po co to robić te msmy?”. Właśnie tego typu seriale są odpowiedzią. Pokazywanie widzom „patrzcie jacy ci gracze są źli, mordują ludzi jak się nagrają i są niebezpieczni”. I, jak sądzicie, skąd się wziął pomysł na scenariusz? I właśnie dlatego nie zamierzam przestać wyszukiwać i „wytykać” kolejnych głupot (a mam już kolejne). Nawet jeśli trafi to do zupełnie innych osób – ale należy to robić. Choćby dla samej zasady – wciąż po cichu liczę, że chociaż jeden naukowiec wejdzie tu, przeczyta i zrozumie swoje błędy. Kończąc, daję obiecany link https://player.pl/seriale-online/szpital-odcinki,1171/odcinek-591,S00E591,67775.html

MajinYoda

MajinYoda

 

Gracz równa się przestępca?

Po dwóch Przemyśleniach przyszedł czas na MSM-a, nie sądzicie?  Na dziś wybrałem artykuł Małgorzaty Teoplitz-Winiewskiej „Gry komputerowe a agresywność młodzieży” (Autorka zaznacza, że badania z artykułu zostały przeprowadzone, w ramach prac magisterskich, przez Annę Matejak i Aleksandrę Jemioł), który został opublikowany w książce „Przestępczość nieletnich” (red. Bożena Gulla i Małgorzata Wysocka-Pleczyk, 2009). I, szczerze się przyznam, pewnie nie zwróciłbym uwagi na tę książkę (w żadnej z bibliotek nie znalazłem jej w tagach „gry komputerowe” i pokrewnych), gdyby nie inna publikacja, którą też za jakiś czas będę omawiał. Sam artykuł mógłby z powodzeniem trafić i do MSM-a i do Mądrze o grach, bo nie jest właściwie do końca głupi. Przynajmniej na tle tekstów spychologów, którzy się tu pojawiali i nieraz pojawią. Ale i tak trzeba trochę błędów wytknąć pani doktor, choć tag MoG dodałem. Gotowi? Kto zgadnie do prac której znanej nam Pani Doktor odwołuje się Autorka? Podpowiem, że jej imię zaczyna się na I... Nie będę więc dalej rozwodził się nad tym fragmentem, dobrze? Podane jest źródło książkowe (z 2000 roku…) dla tej liczby, więc chyba nie ma sensu się spierać, nie?  Jak zdobędę to „źródło” to bardzo chętnie zobaczę. Ale aż 95%? Jestem ciekaw na jakiej podstawie zostało to wyliczone. I czy nie było nowszego źródła – dziewięć lat to sporo :). Hmmm… skoro pod koniec lat ’90 przemoc była zawarta w ~80% gier a kilka lat później już 95% to w 2009… policzmy… hmm… mniej więcej 123,35325% gier mi wyszło. W 2017 to już będzie… 342%. Dobrze mi wyszło? Ktoś tu zdawał matmę na maturze? Teraz czas na coś, co wszyscy uwielbiamy – rodzaje gier: Tu byłoby okej, gdyby nie ostatni nawias… Bo czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach nazwałby Carmageddon (bo o niego, chyba, chodzi) symulatorem i postawił go np. obok Euro Truck Simulator? Kurcze, ten opis też mógłby być okej. Ale czy zawsze rezultatem jest zwycięstwo?  I co z np. szachami, które są pewnym rodzajem gry strategicznej? Tak się czepiam :). Aaahaa… no, w sumie zależy co rozumieć pod „zręcznościowe” – jeśli tylko FPSy to niby okej, ale gdzie tu miejsce choćby dla platformówek? No, ale one do tezy by nie pasowały. A, nawias nie jest mój – tak jest w tekście. Tutaj na chwilę musiałem się zatrzymać. Że też nie zauważyłem jak bohaterowie To the Moon, niczym Herkules Poirot czy porucznik Columbo, zwyczajnie zabijają i niszczą wszystko… A tak bardziej serio – można właściwie brać pod uwagę rozmaite survival horrory przy tym gatunku, ale przygodówki raczej kojarzą się z używaniem głowy a nie broni. Mylenie "przygodówek" z grami akcji (typu Assassin's Creed) przemilczę...  No, pierwszy raz nie mam się czego czepić. Choć czytając powyższe przychodzi mi do głowy fragment pewnego filmu… A wiem – „Brunet wieczorową porą” i scena w muzeum „tą grą twórcy deprawowali dzieci i młodzież w 2009 roku”. Uff… przynajmniej tu obeszło się bez przemocy :). Aż dziwne, ale najwyraźniej było to potrzebne do kolejnego zdania: Świetnie – wypiszmy sześć gatunków, pomińmy całkiem sporo (gdzie są sportowe? I czy platformówki to w takim razie gry zręcznościowe?) i stwierdźmy, że „większość gier to ZŁO!”. W sumie to dobrze, że Autorka przynajmniej tyle oddaje grom, bo mogła napisać, że wszystkie są pełne przemocy. Idźmy dalej, czas na jakiś pozytyw o grach: Cóż, przynajmniej tyle Autorka oddaje grom… choć ta pierwsza zaleta brzmi jakby gracze znajdowali znajomych tylko poprzez jakość posiadanego sprzętu… Dalej opisane zostały dwa badania. Pominę, dość długi, wstęp do nich - zaznaczę jedynie, że w pierwszym przebadano grupę 74 chłopców i 56 dziewcząt z liceum pod kątem ich upodobań „growych” – czyli jak często i w jakie gry grają. W drugim badaniu przebadano osoby w wieku średnim 17,5 roku - 22 dziewczęta grające w domu do 5 godzin tygodniowo, 25 chłopców grających 5h/tydzień, 35 chłopców grających w „tzw. gralniach” od 5 do 30 h/tydz. Oraz 18 chłopców grających w domu od 5 do 30h/tydz. Oto wyniki: Cóż, właściwie nie powinienem się czepiać tego wyniku. Kłopot w tym, że nijak ma się do przeprowadzonych badań – zostały przeprowadzone na zbyt małej ilości osób, by wyciągać aż tak daleko idące wnioski (chyba, że Autorka coś pominęła) – w nauce nazywa się to „prawem małych liczb”, jeśli dobrze pamiętam (jeżeli coś mi się pomyliło to proszę mnie poprawić :)). Tu jest okej, nie mam się czego przyczepić. W wyniku nie ma nic dziwnego. Tym razem zwrócę na coś uwagę – „negacja” to, według Wikipedii, „tendencja do zachowania niezgodnego z oczekiwaniami otoczenia (…) dziecko „sprawdza swoje siły” i często używa słowa „nie”, ale szczególnie wyraźnie w okresie dojrzewania, kiedy jest wyrazem niezadowolenia z kontroli ze strony rodziców i nauczycieli”. Innymi słowy – wpływ na wynik, jak zwykle, mogło mieć otoczenie. Podawanie więc tylko informacji o ich wieku (który przypadł akurat, co za niespodzianka, na okres dojrzewania wspomniany w cytacie z Wiki) i płci to trochę mało. Możliwe, że Autorki tych badań dysponowały większa wiedzą (czyli miejsce zamieszkania itp.), ale to tylko moje przypuszczenie. Co do agresji – wiem, że znowu się komuś nie spodoba, że odnoszę się do swoich przeżyć i doświadczeń (pozdro dla kumatych :P), ale równie dobrze można było wpisać tam „chłopców z klas sportowych”. Trudno się z tym nie zgodzić – kto z nas nigdy nie zaniżył swojego czasu grania w teście niech pierwszy rzuci kamie… ała!!! A tak trochę bardziej serio – prowadząc tego typu badania trzeba się liczyć z różnymi czynnikami – także „mijaniem się prawdą” wśród badanych. Jednak nie powinno się pisać wprost „na pewno mnie okłamali, bo tak mi wychodzi”. Co do czasu grania i agresji to przypomniał mi się taki stary tekst z pewnego filmiku (chodzi o ten z 1:47, ale cały filmik jest zabawny :)): Tu akurat się nie wypowiem – nigdy nie byłem w „gralni” (ej, nie zmieniać pierwszej litery w komentarzach, dobra? ;)), ale przez te 18 lat często grywałem w domu u kolegi lub koledzy do mnie przychodzili… O Boże! – jak wpadnę w furię (kiedyś) to będę wyglądał tak:   Na tym czas zakończyć ten wpis – czytałem już większe głupoty, więc nie będę już się pastwił na tą publikacją. Do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Śmieszki (+aktualizacja2019)

Prima Aprilis, April Fools’ Day, Un poisson d’avril… Pierwszy kwietnia ma wiele nazw, ale sprowadzają się w zasadzie do jednego – robienia innym żartów, dowcipów i tak dalej, Jednakże ja, zamiast bawić się w jakieś fake informacje, że zostałem księdzem albo porzuciłem granie na rzecz hodowli jedwabników, postanowiłem napisać o żartach i nawiązaniach z gier, które zapadły mi w pamięć. Oczywistym jest, ze nie dałem rady wyłapać wszystkiego – podzielcie się więc w komentarzach nawiązaniami w grach, które Was rozbawiły/zapadły w pamięć ;). Na pierwszy ogień idzie chyba najbardziej naszpikowana żartami seria – GTA. Pierwsze, co przychodzi do głowy to „Two-Faced Turner” – misja z „trójki”, która naśmiewa się z głównego bohatera serii Driver – czyli ówczesnych „konkurentów” gry Rockstara. Osobiście spodobał się się też żart R* z… samego siebie. W jednej z misji w GTA V można otrzymać nagrodę za… bycie lepszym od CJ’a. Chyba każdy wie, o co chodzi ;). W tej samej grze zresztą pojawia się więcej „żarcików”. Najlepszy jest, oczywiście, JB700, czyli samochód nawiązujący do Aston Martina DB5 – chyba najbardziej rozpoznawalnego samochodu Jamesa Bonda. No, jest też to: Z kolei z Wiedźmina najlepiej zapamiętałem nawiązania do filmów Quentina Tarantino - Kill Billa oraz Pulp Fiction. Z tego pierwszego CDP Red wziął Hattoriego, wytwórcę mieczy, który musiał robić pierogi. Z tego drugiego najbardziej rozpoznawalny tekst – ostatnie słowa z filmu (gdyby ułożyć sceny chronologicznie, rzecz jasna). Dodatkowo, oczywiście, zapamiętałem nawiązania do polskich filmów i seriali. "Chłopaki nie płaczą" - „dałbym sobie uciąć za nią rękę. A teraz chodzę bez ręki”, Jak rozpętałem drugą wojnę światową - „dadadadada dadadada” czy nucenie przez strażników „Deszcze niespokojne”. Ponadto, oczywiście, nawiązanie do polskiej polityki i… „kamieni kupy”.  Oraz ta karta, jako nawiązanie do pewnej innej gry: Skoro już o Skyrim mowa – chyba najczęściej słyszałem (i przez to najlepiej zapamiętałem) tekst Hadvara i Ralofa o „trafieniu więcej ode mnie” rodem z Władcy Pierścieni. Oczywiście, nawiązania do trylogii Tolkiena do innej kopalni „jaj wielkanocnych”, czyli World of Warcrafta i żartu humana o „pomyśle na filmową trylogię - Rządca Bransoletek” [tłum. własne :P]. W kwestii żartów świetny jest też goblin i jego „I'm a little friend. Say hello” (kto wie z jakiego to filmu - ręka do góry ;)). WoW to także NPC nawiązujące imionami do mniej lub bardziej znanych celebrytów jak Haris Pilton, Harrison Jones oraz Mina Kunis. Oczywiście, muszę też wspomnieć o Profesorze Farnsworthie Putricide i jego To już prawie koniec ;). Został jeszcze Far Cry 4 i broń-nagroda o nazwie A.J.M. 9, czyli nawiązaniem do "RoboCopa. Jest też moja ulubiona Mafia i akcja w Corleone Hotel. Przedostatnim żartem jest gra indie To The Moon i sekwencja, w której walka wygląda jak w grach z serii Pokemon. Natomiast ostatni żart pojawia się w grach (i nie tylko) tak często, że trudno mi wskazać gdzie mi zapadała w pamięć. Koniec końców wybrałem to jako osiągnięcie z pierwszej Magicki. Mam oczywiście na myśli „IT’S OVER 9000!” z mojego ulubionego anime ;). Edit2019 - do powyższej listy muszę jeszcze dodać Fallout 4. Podczas zwiedzania postapokaliptycznego Bostonu można na jednym z posterunków policji znaleźć komputer z informacjami o dowodach, ze niejaka Nicole Connelly (w skrócie NiCo) dokonywała kradzieży aut (ang. Grand Theft Auto). Chyba nie muszę tłumaczyć, kim był Nico Bellic . W tej samej produkcji Bethesdy nasz "robo-kamerdyner" Codsworth będzie nas nazywał imieniem (zamiast Sir/Ma'am), jeśli nazwiemy się na przykład Neo, Furiosa, Bond, Freeman albo Solo. Pełna lista Oczywiście, muszę jeszcze wspomnieć o Assassin's Creed Odyssey, w którym za pierwsze odwiedzenie Sparty otrzymamy osiągnięcie "THIS IS SPARTA!" .   I tym akcentem zakończę :). Napiszcie czy Wam się podobało i podajcie swoje typy w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Kac moralny gracza - autopsja

Jak większość z Was zapewne zauważyła, obśmiewani przeze mnie w MSM-ach Prof. S. Jonaliści twierdzą, że gry powodują odwrażliwienie (desensytyzację) graczy. Istnieje także pogląd, który twierdzi coś wręcz przeciwnego – czyli teoria katharsis , która wywodzi się z przekonania, że człowiek odreagowuje w grach swoje wewnętrzne napięcia (Feibel, 2006) – który osobiście popieram. Jednakże, do dziś pamiętam pewną grę, jedyną, przy której miałem kaca moralnego. Wspominałem już o tym kilka razy w komentarzach na tym blogu, ale czas opisać to nieco dokładniej. Oczywiste jest, że postacie w grach są dla mnie jedynie zlepkiem pikseli i wielokątów, zbiorem zer i jedynek. Naziści? Dajcie mi snajperkę. Policja? Koktajle mołotowa i karabin. Templariusze lub asasyni? Gdzie moje ostrze… Elfy, orkowie, krasnoludy, nilfgardczycy czy redanie? Łuk, miecz, topór lub kula ognia. Buntownicy… No właśnie, ta frakcja w Gothic 3 stała się w swoim czasie powodem mojej niechęci do tej gry. Kiedy wyszła byłem nią zafascynowany (zresztą do dziś jestem) – nie ze względów fabularnych (bo, nie oszukujmy się, scenariusz był bardzo słaby), ale ze względu na konflikt trawiący Myrtanę, Varant i Nordmar. Konflikt, przez którego pryzmat patrzyłem początkowo na wojnę domową w Skyrim. Wojna trzech bogów odzwierciedlona zmaganiami śmiertelników – to przykuło mnie to monitora w tej grze… Oczywiście, na samym początku obrałem drogę rojalistów, uznając ją za jedyną słuszną. Wyzwalanie miast spod okupacji orków i ich kolaborantów i przekazywanie ich w ręce tych, którzy pozostali wierni królowi powtarzałem wielokrotnie. Za każdym razem przez pierwszy rok nawet na krok nie zboczyłem ze ścieżki Pogromcy Orków… Aż nadszedł moment, który zna każdy fan RPG, czyli opowiedzenie się po stronie „tych drugich”. Więc zacząłem grę z myślą o zgnieceniu pod swoim butem wszelkiej rebelii i zaprowadzeniu jedynych słusznych rządów nowych panów – orków! Wszystko szło dobrze aż do zadania zniszczenia kryjówki buntowników – Reddock. Jako, ze grałem na god mode to wpadłem tam i wyrżnąłem w pień tych… tych, z którymi jeszcze niedawno współpracowałem, pomagałem im odzyskać ich ziemię. U mych bezimiennych stóp leżeli ludzie, którzy wierzyli w Innosa.   Wyłączyłem grę, pamiętam, że nawet nie zapisywałem. Przez tydzień nie mogłem patrzeć na Gothica 3 – odpalałem go i stwierdzałem „nieee…”. Po tych siedmiu dniach wreszcie go włączyłem. By wczytać zapis i skierować swoje ostrze przeciw najeźdźcom! Do dziś jednak pamiętam, że to jedyna gra, przez którą miałem kaca moralnego. A Wy – mieliście/macie taką grę, gdzie nie umiecie zagrać „inaczej”/macie wyrzuty sumienia, że zagraliście tak a nie inaczej? PS. Po kilku latach i tak przeszedłem G3 ścieżką orków :).

MajinYoda

MajinYoda

 

 Super Super Jest?

Zgodnie z zapowiedzią sprzed dwóch tygodni postanowiłem spróbować napisać coś o anime. Jednakże, gdy szykowałem się do pisania stwierdziłem – po co się ograniczać? Niniejszym więc inauguruję nowa kategorię – Kreskówki. Taka nazwa będzie lepsza, moim zdaniem. UWAGA: Jednakże, zanim zacznę muszę Wam się do czegoś przyznać – praktycznie nie oglądam seriali. W telewizji i „necie” pojawiają się coraz to nowe odcinki „Gry o tron”, „Walking Deada”, „Belle Epoque” czy innego „M jak miłość” (komu nie spodobało się to zestawienie niech zamieści w komentarzu kamień :P) a ja tymczasem oglądam zupełnie inny serial. A jest nim, jak się zapewne domyśliliście z tytułu i wstępu (oraz połowy mojej ksywy i awatara), „Dragon Ball Super”. Tylko właściwie – dlaczego go oglądam? Początkowo, muszę przyznać, z sentymentu do „Zetki” (ach, te lata ’90 i oglądanie tego anime na RTL7 we francuskiej wersji z polskim lektorem :)) i chęci zobaczenia „czy Toriyama zrobi to lepiej niż zrobiono GT?” (może kiedyś napiszę o tym dłuższy tekst)… A potem mnie to autentycznie wciągnęło. [Tu miał być obrazek, ale nie mogłem go znaleźć w Sieci :(] Zaznaczyć muszę, że nie oglądałem żadnego z ostatnich dwóch filmów kinowych przez obejrzeniem DBS, więc pierwszy i drugi arc „Super” były dla mnie czymś nowym. Przede wszystkim spodobał mi się wygląd i charakter Beerusa… ups, Lorda Berusa ;). Fakt, wkurzały mnie „fillery”, ale zdaję sobie sprawę, że bez tego serial skończyłby się zbyt szybko – a tego bym nie chciał :). Zresztą – nijak się mają do dłużyzn w „Zetce”. To anime oglądało mi się zresztą tak dobrze, że… nawet nie zwróciłem początkowo uwagi na słynne błędy w animacji. Serio – dopiero komentarze i wiele postów/newsów na ten temat mi to uświadomiły i zacząłem dokładniej oglądać. Gdyby nie to - żyłbym i oglądał w nieświadomości :). Wracając jednak do fabuły – ta trzyma poziom… przez większość czasu. Pierwsze dwa „sezony” (czy jak to nazwać) były właściwie przypomnieniem co się działo kiedyś (zapoznanie widza z postaciami i zmianami, jakie w nich zaszły, retrospekcje, starzy wrogowie itd.). No, oczywiście wprowadzono nowe postacie i dwie formy SSJ, ale właściwie niewiele ponad to się działo. Nie wspominając o dziurach fabularnych… O wiele lepsza była trzecia saga – ta z „szóstym wszechświatem”. Toriyama pokazał nam w końcu coś więcej niż dotychczas – dał nam wyobrażenie o całym multiwersum. No i, oczywiście, Zen-Oh. Najgorszą, póki co, sagą była ta o Zamasu. Niby spoko – powrót Future Trunksa, podróż w przyszłość (wreszcie!), potężny wróg… Ale sama postać głównego złego rozczarowywała. Aczkolwiek jego walka z Vegito to jeden z klasyków tego anime (szkoda, że Toriyama zrobił z tą fuzją, co zrobił). Choć, tak naprawdę, jedynym jasnym punktem tej sagi było jej… zakończenie. I, oczywiście, drugi Zen-Oh. Zanim zakończę koniecznie muszę pochwalić Toei Animations za jedną rzecz – za zamieszczanie kolejnych odcinków z „oficjalnymi” angielskimi napisami. Japoński u mnie nie istnieje, a (bez urazy) polskie napisy jakoś mnie nie przekonywały :).] Wcześniej trzeba było polegać na fanowskich tłumaczeniach, a teraz jest nawet oficjalna wersja dubbingowana pierwszych odcinków! Kończąc, trzeba odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule. Cóż, najlepszą odpowiedzą będzie chyba, że już jutro kolejny odcinek i jestem ciekaw co się wydarzy :). Przy okazji - kto jeszcze ogląda niech poza (opcjonalnym) kamieniem dorzuci swój komentarz :). A jak nie ogląda – to komentarz również jest mile widziany… Komentarze zawsze są mile widziane :D. Sayonara!

MajinYoda

MajinYoda

 

Spychologu - zbadaj się sam!

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją tego z zeszłego tygodnia. Czyli, innymi słowy, jest msm-em ;). W dalszej części artykułu Autorka przedstawia swoje badania, które zostały przeprowadzone w lubelskich szkołach podstawowych  okresie od listopada 1997 roku do marca 1998 roku, wśród uczniów (tak, tylko uczniów – co za seksizm!) VII i VIII klasy. Szkoda, że się nie załapałem :(. Oczywiście, zostali podzieleni na dwie grupy – komputerową (K) i niekomputerową (NK). Wyniki są chyba oczywiste, ale i tak je opiszę, bo są świetne :). Skrótów będzie jak najmniej. Numer jeden – ustosunkowanie do samego siebie: Widać, że wyniki są bardzo dokładne – te dane liczbowe :P. Nie rozumiem też czemu uzależnienie od zbierania znaczków – czyli wydawania pieniędzy na kawałki papieru  – jest akceptowane przez spychologię. No co? W sumie to nie do końca rozumiem o co chodzi z samodoskonaleniem. Czy chęć nauczenia się drugiego języka jest samodoskonaleniem? Jeśli tak, to znaczy, że ja naprawdę jestem jakiś dziwny… Mon Dieu! Stosunek do innych ludzi: 
   Ciekawi mnie jedna rzecz przy tego typu badaniach – pisane są z całym przekonaniem osoby, która jedyne, co zrobiła to przygotowanie i rozdanie ankiet a potem podsumowanie ich. Niby super, pięknie. Ale takie badania nie dają 100% szans na poznanie ludzi. Nie uważam, że są złe – łatwiej tak przebadać dużo osób - ale nie można wówczas mówić, że z całą stanowczością tak jest. A najlepszym przykładem na bezinteresowną pomoc jest pewien mieszkaniec dziewiętnastowiecznego Londynu – Kuba Rozpruwacz. Stosunek wobec cierpienia:  Eeee… czyli na Ziemi istnieją ludzie, którzy lubią doświadczać chorób i cierpieć? Nie oceniam – każdy lubi co innego – ale uwielbienie dla własnego cierpienia nazywa się masochizmem. Stosunek do przemijania i śmierci:   Cóż… Nie bardzo mam się tu czego przyczepić. Bo i czego miałbym? Ostatni punkt – stosunek do przyrody i wszechświata:  Tego to już zupełnie nie rozumiem. O ile działanie na rzecz przyrody (ciekawe niby jakie – „sprzątanie świata” za odpowiednie służby? Liga Ochrony Przyrody (która działała w mojej szkole i cośtam się kiedyś angażowałem)? Wyrzucają papierki po cukierkach?) jakoś przełknę, to już „lęk wobec wszechświata” jest dla mnie totalnie niezrozumiały. O co Autorce chodziło? Że obawiam się, że to wszystko kiedyś zniknie? Że mnie porwie UFO albo że w kapsule przybędzie na Ziemię niemowlę z ogonem i nie uderzy się w głowę? Czas na podsumowanie – będzie dłużej ;):  Ach, więc to dlatego gracze uwielbiają wszystko chomikować! Jak widać - nie tylko w grach! Ja ostatnio do kieszeni włożyłem sporo śniegu (przyda się na jakiegoś bossa), sześćdziesiąt książek, czajnik, zapasowe ubranie (na wypadek gdybym chciał się nagle całkowicie przebrać), oraz kołpak od Malucha. Do drugiej kieszeni wsadziłem jeszcze grzejnik, lodówko-zamrażarkę, piętnaście kilo cukru i sześć baniaków wody (po 8 litrów każdy). A Wy, przyznajcie się, co zawsze nosicie przy sobie? Co oznacza, że wszyscy mili panowie, którzy chcą pokazać „kotki w piwnicy” dziecku, powinni wybierać tylko te „niekomputerowe” :P. Nadal tego nie pojmuję – chyba nikt nie chce cierpieć. Nie można wymagać od każdego, że będzie się zachowywał np. jak święty Maksymilian Kolbe. Bo chyba Autorka nie sugeruje, że osoby niegrające marzą, by ciężko zachorować? Chwila, chwila! Czy Autorka właśnie… sama sobie zaprzeczyła? Paragraf wcześniej pisze o „odwrażliwieniu i zobojętnieniu na ludzką krzywdę wskutek mechanizmu desensytyzacji” a tutaj nagle gracze łączą śmierć z negatywnymi przeżyciami? Pewnie Autorka miała coś innego na myśli. Ale i tak spodziewałem się np. „nie boją się śmierci, bo mają trzy życia” albo „kody na nieśmiertelność” tudzież „respawn”. Jestem całkowicie zaskoczony taką zmianą retoryki. Nie wiem też czy zauważyliście, ale „wiedza” pojawia się w tym fragmencie zaraz obok dóbr materialnych! Pytanie tylko czy „komputerowcy” to wpisali i Autorka nie zauważyła jaką wartością jest dla nich wiedza, czy Autorka dopisała to graczom, żeby aż tak źle nie wypadli. Jak sądzicie? Okeeej… Równie dobrze można o to obwinić np. wiek (wiecie, nastoletni bunt, „gimbaza” (no, wtedy jeszcze parę lat do nich ;))) albo wychowanie. Choć gry wydają się chyba ciekawsze. Akurat w tej materii nie mogę się wypowiedzieć, bo nie znam dokładnych wyników przedstawionych badań. I właściwie na tym bym zakończył, ale pisząc te dwa posty naszły mnie pewne Przemyślenia. Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że nie kłócę się z sensem takich badań – super, że są przeprowadzane. Szkoda tylko, że późniejsze „opisywanie” jest tak bardzo stronnicze, nie zawiera żadnych konkretnych danych (choćby i liczbowych) i trudno je w jakikolwiek sposób zweryfikować. Bo jakoś nie wierzę, że osoby niegrające są wszystkie takie dobre, grzeczne, spokojne i absolutnie święte. A o nich nie ma NIGDY ani słowa w jakichkolwiek badaniach (co zapewne już zauważyliście z moich wpisów ;)) – poza wzmianką, że są pod każdym względem LEPSZE od graczy. A co gorsza – takiemu naukowcowi trzeba wierzyć na słowo. Co niektórzy, niestety, czynią…   PS. Za tydzień  - zgodnie z obietnicą - podsumowanie ankiety :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Być nie mieć to odwieczny dylemat…

Ze względu na obecne odpowiedzi w ankiecie (do końca stycznia będę jeszcze przyjmował głosy, a w kolejnym wpisie (czyli 11.02) podam wyniki  ) postanowiłem w tym tygodniu napisać MSM-a (5 z 8 głosów jako ulubiona kategoria i 4 głosy, by MSM-y były częściej). W takim razie – bardzo proszę :). Dwuczęściowy MSM (kto się cieszy?) :D. Tym razem wybór padł na książkę „Kręgi wychowania” pod red. Aleksandry Gały z 2003 roku artykuł „ Wpływ gier komputerowych na psychikę” autorstwa dr Iwony Ulfik-Jaworskiej, która już kiedyś gościła na moim blogu, którą znam osobiście i uważam, że powinna zająć się psychologią z dala od gier. Jeśli Pani Doktor to czyta to proszę nie brać tego do siebie. Zanim zacznę, muszę przyznać, że sądziłem, że będzie to krótki wpis. Artykuł liczy dwanaście stron, więc nie sądziłem, że powstaną z niego dwa wpisy. Ale jednak… No dobra - jesteście gotowi? Ortografia, oczywiście, bez zmian.  Już to nieraz czytaliśmy, prawda? Wszystko ładnie, pięknie, ale gdzie tu jakiekolwiek liczby? Ile to jest „większość”? Jakaś nowa trollowa liczba? …dużo-dużo-dużo-trzy, mnóstwo, większość? Szczególnie, że sam tekst Autorka wzięła z książki z 1995 roku, który pochodzi z książki z 1984 roku… A tyle lat w nauce to może niewiele, ale w grach – sporo. Przyznam, że trochę nie rozumiem tego zdania. Niby wszystko jasne, ale jakoś tak… dziwnie. Bo w tym momencie to jednego wora trafiły wszystkie produkcje – ale czy słusznie? Wątpię. W takim „SWAT 3” – poza głupim AI naszych – zasady logiki są przestrzegane. A chyba ta gra też byłaby „agresywna”, nie?  Ci z Was, którzy czytali poprzedni wpis z książki Pani Doktor mogą odczuć uczucie deja vu… Tak jak i ja odczułem . Innymi słowy – jest to opowieść o tym, jak napisać dwa teksty o tym samym w dwóch różnych miejscach ;). Chyba nie muszę pisać która postawa zostanie przypisana graczom w toku badań, prawda?  Resztę opisu obu tych postaw zostawię, bo nie ma na nie miejsca. Wiedzcie jednak, że robię to z bólem… Kolejny znajomy fragment, nie? Szczególnie biorąc pod uwagę, że za „strzelanki” powinno się uznać także TPS-y, ale wówczas opis się rypnie. Bo według Autorki takie GTA 3 nie jest „strzelaniną” ;). Zresztą – fabularnie też tej produkcji Rockstara nie można nic zarzucić (poza głupim motywem z paczkami… :D). Musicie przyznać – Autorka sporo czasu musiała spędzić na opanowaniu takich ciosów w grze :D. Bo o ciosie czymkolwiek w grdykę to nigdy nie słyszałem w grach (może nowy Mortal Kombat powinien coś takiego zaimplementować? :P). Dalej Autorka pisze o „Postalu” (który, jak widać, strzelaniną nie jest :P) oraz „Myth”. Całość podsumowuje:  Odpowiem obrazkiem: Przejdźmy dalej – oddziaływanie na postawy: poznawczą, emocjonalną i behawioralną: Ponownie zapytam o to samo – czy w każdej grze? Wspomniany SWAT i mrowie „drużynowych” RPG-ów polega na współdziałaniu z innymi. Podoba mi się jednak rozróżnienie przeciwników J. Dodatkowo – w jaki sposób psychologia rozróżnia „przeżycie” od „utrzymania się przy życiu”?  Powiedzieli niektórzy mieszkańcy Rzymu o walkach gladiatorów :P. A tak nieco bardziej serio – zauważcie jak bardzo spokojne i bezpieczne czasy mamy, skoro przemoc pojawia się tylko po grach komputerowych! Patrz MSS :). Nie zapominajmy także, że pojedynki, walki i wojny nie istniały przed grami ;). W końcu nawet taki Aleksander Puszkin zmarł w skutek ran odniesionych podczas pojedynku szachowego gry w bierki, nie :P? Chyba Autorka nigdy nie przeżyła śmierci Mufasy :(. Nie wspominając już, że nie ma chyba osoby, która nie płakałaby po śmierci kogoś bliskiego. Po śmierci babci nie mogłem się pozbierać przez kilka miesięcy i do dziś odczuwam ogromny smutek. Ale przecież Spychologia wie lepiej co siedzi w głowie każdego człowieka na Ziemi. Ciekawe – nigdy nie słyszałem, by Jack Nicholson kogoś zamordował. A przecież wczuł się w rolę Jacka Torrance’a i rozwalił drzwi. A to chyba jest bardziej „wcielenie się” niż np. w Soldier of Fortune. Choć może to jakiś spisek? Muszę podkreślać słowo-wytrych? Nie? To dobrze. Ciekawe czy sceny przemocy w filmach, komiksach, książkach, teatrze… też wpływają? Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Za tydzień poznamy badania przeprowadzone przez Autorkę. Możecie czuć się ostrzeżeni :).

MajinYoda

MajinYoda

×