Skocz do zawartości

Nowy Kącik Yody

  • wpisy
    96
  • komentarzy
    128
  • wyświetleń
    3967

O blogu

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Wpisy w tym blogu

 

Krótko o E3

W tym tygodniu odbyły się targi E3 i, muszę Wam się przyznać, początkowo sądziłem, że będzie to kolejne, nudne E3. Ale nie, znalazło się kilka gier, z którymi mogę zechcieć się zapoznać. Na pierwszym miejscu, bez wątpienia, stoi Assassin’s Creed Odyssey. Przyznam, że klimaty Sparty i Grecji bardziej mi odpowiadają niż Egipt z Origins. Do tego wybór płci bohatera na samym początku gry (nareszcie! :)), zapowiadana mechanika statków à la Black Flag i… opcje dialogowe, o których pisałem w mojej recenzji Origins! (dałbym link, ale przez błąd na Forum tamte moje wpisy nie działają :/) Chyba ktoś z Ubi czyta moje teksty (ta, jasne…). Jeśli będzie ciut mniej wiedźmiński a bardziej asasyński – biorę w ciemno za mniej niż 200 zł ze wszystkimi DLC;). Jeśli bardziej – biorę za mniej niż 150 zł ze wszystkimi DLC ;). Drugą grą, na którą hype Bethesda pracowała już kilka dni wcześniej, był Fallout 76. Cóż, niby w Fallout 4 uwielbiam budowanie osad… ale nie bardzo lubię grać online. Więc muszę sobie odpuścić tę produkcję.   Z kolei bardziej zaskoczyła mnie obecność The Elder Scrolls VI, o którym nie wiem absolutnie nic. Jak Beth powie coś więcej – wrócę do tematu.   Jest jeszcze kwestia Cyberpunka 2077 – czyli naszego rodzimego Fallout-o­-Deus Eksa (?). Muszę przyznać, że zwiastun przedstawiony przez Redów nastawił mnie pozytywnie do tej gry. Z całą pewnością będę śledził dalsze losy tej produkcji i, być może, skuszę się jak tylko wyjdzie.   Ponadto, warto jeszcze wspomnieć o nowym Battlefieldzie, w którego nie zagram z powodów przedstawionych przy nowym Falloucie. Niemniej, cieszę się, że akcja będzie się rozgrywać w czasach II Wojny Światowej. I oby gra była równie dobra co Battlefield I (moi znajomi grają w nią namiętnie). Na zakończenie, choć poza E3, zapytam Was – czy sądzicie, że Jak wytresować smoka 3 będzie równie dobry co dwójka, czy DreamWorks pójdzie śladem Shreka i to spaprze?   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Cyny Game

Jako, że wielkimi krokami zbliża się Mundial w Rosji pomyślałem o czymś: jaką widzielibyście jedenastkę złożoną z postaci z gier/filmów/seriali/książek? Oto moja propozycja, swoje podawajcie w komentarzach (ciekawe kto pierwszy wspomni o Tsubasie :P).   Moja drużyna – FC Kącik Yody: Ustawienie: 4-3-3 Bramka: Thorus (1) – zawsze pilnuje jakiejś bramy, to i bramki może; Obrona: Król Julian (13) – „Król Julian gra na obronie, hej!”; Son Goku (Z) – broni Ziemi to i na boisku sobie poradzi; Gandalf (9) – radzi sobie w Drużynach; Franciszek Maurer (220) – odznaczony za celny strzał z 220 metrów; Pomoc: Jack Sparrow (4) (k) – urodzony kapitan; Sole Survivor (111) – ma własny strój z numerem na plecach; Ezio Auditore (II) – umie i strzelić (bramkę) i zaatakować znienacka; Atak: Geralt z Rivii (3) – zwinny, szybki i lubi sobie strzelić jednego czy dwa; Tobias Rieper (47) – najlepszy snajper drużyny; Trevor Philips (69) – trafi do każdego [skreślić] każdej bramki. Rezerwa: Bramka: Pan Pompa (19) – osoba zrobiona z gliny świetnie się sprawdzi jako rezerwowy bramkarz; Machamp (68) – widzieliście ile on ma rąk?!; Obrona: Kyle Katarn (22) – zawsze uwielbiał styl defensywny; Lydia (5) – naturalny obrońca, ale raczej rezerwowy; Luca Brasi (72) – najlepszy rezerwowy obrońca Rodziny [skreślić] drużyny; Pomoc: Cassandra Pentaghast (2) – świetny Poszukiwacz; Winston Wolfe (9’37) – w razie potrzeby – odsiecz jest w drodze; Adrian Puchacki (55) – świetny pomocnik. W razie potrzeby, z okrzykiem na ustach, wejdzie na murawę i spuści łomot przeciwnikom; Al Bundy (33) – zdobył cztery przyłożenia w jednym meczu, więc zasługuje na miejsce w kadrze; Atak: John McClane (63) – najlepszy napastnik w USA; Turanga Leela (7/8) – przydatna, gdyby drużyna zaczęła przegrywać; John Rambo (71) – świetny strzelec. Trener: Illidan Stormrage – piłkarze nie są gotowi!   Co sądzicie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Edukujemy się

Zgodnie z obietnicą sprzed kilku tygodni czas na prawdziwie mądrą książkę. „Edukacja w pikselach” autorstwa Karola Kowalczuka (2016) jest właśnie taką pozycją – a co najlepsze: opisuje także, negatywnie, tekst „naukowy”, o której niedawno pisałem. Oczywiście, nie będę żywcem przepisywał całej książki. Zaczynajmy: Czyli Autor opisuje praktycznie to, co ja od wielu lat na tym blogu – tyle, że oficjalnie i naukowym językiem :).
  Ta ostatnie rzecz zawsze mnie dziwi - skąd się to wzięło? Dlaczego gry są traktowane jako „dla dzieci” (nawet te 18+) na równi z filmami animowanymi… czego też nie rozumiem, bo co złego jest w tym, że np. trzydziestolatek lubi oglądać „Jak wytresować smoka” czy innego „Króla Lwa”? W drugą stronę – kto przy zdrowych zmysłach dałby ośmiolatkowi oglądać „South Park”? Nic dodać – nic ująć. I mam nadzieję, że spychologowie czytali tę (i podobne) książki. Trochę na to wygląda – bo ostatnio coraz częściej trafiam właśnie na mądre a rzadziej na „mądre”. Dobra, mimo mojej sympatii do Autora, jednak mam wrażenie, że trochę zbyt dużo treści powtarza – jakby „zapychał” nimi swój tekst. Szkoda. Pisałem o tym tutaj, więc nie ma sensu się powtarzać :). Niestety, warto dodać, niestety zdobyła. Jak wspominałem – praktycznie każda polska książka naukowa o grach po 2000 roku musiała zawierać odniesienie (najczęściej pozytywne lub spisane…) do tej pozycji. Dobrze, że tak się dzieje. Szkoda tylko, że jeszcze nie wszędzie dotarło takie podejście… Warto przypomnieć, że grupa składała się z 60 chłopców – 30 badanych komputerowców oraz 30 kontrolnych „niekomputerowych” :). Co jest liczbą wyjątkowo małą… Tego akurat nie wiedziałem, gdy tworzyłem tamten wpis – przyznaję się od razu :). Jestem pewny, że powyższe zarzuty można odnieść też do innych pozycji, które pojawiły się lub pojawią na moim blogu :). Przejdźmy dalej – by nie przedłużać – do proponowanego zastosowania gier w edukacji. Jest to lwia część pracy, lecz, szczerze pisząc, nie ma sensu się tu rozpisywać. Jeden fragment wystarczy (ostatecznie nikt mi za reklamę nie płaci :)): Na tym fragmencie wpis zakończę, choć jestem ciekaw – jakie gry Wy polecilibyście nauczycielom, by mogli je wykorzystać w edukacji? Osobiście, pomyślałem o Papers, Please – choć raczej dla później podstawówki – oraz Cities Skylines­. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Smoczy pojedynek

Dragon Ball – jedyne anime, do którego mam sentyment, i które wciąż lubię oglądać – szczególnie genialną Zetkę (oczywiście, po angielsku). Ale to nie ta wersja będzie dziś porównywana – lecz jej „następcy” – GT i Super. Jak fani zapewne wiedzą – ta druga seria jest kanoniczna. Niemniej, postanowiłem odpowiedzieć na pytanie – którą serię ocenię lepiej? Zachęcam Was do pisania swoich przemyśleń i komentarzy :). Przy okazji trochę sobie pomarudzę, ale wiecie, że to lubię (pozdro @DJUDEK :P). Zacznę od fabuły – przyznam szczerze, że ta z GT nigdy mi się nie podobała – nie wiem kto był taki mądry, by wymyślić, że Goku powinien być znowu dzieciakiem… I to nie przez jedną-dwie sagi, a przez cały serial (z małymi wyjątkami, o czym za chwilę). Poza tym, w historii przedstawionej w GT nie podobał mi się motyw szukania Smoczych Kul – i to w sposób o wiele nudniejszy niż w poprzedniczkach. Zresztą – samo wprowadzenie Czerwonego Shenrona było mocno naciągane. No serio, kto by trzymał tak niebezpieczne przedmioty razem i jeszcze beznadziejnie strzeżone? I jeszcze to, że rozlatują się po całej galaktyce (czy tam wszechświecie) i doprowadzają do wybuchu planety, na której wypowiedziano życzenie… Kto to wymyślił? Co dziwniejsze, czego także nie rozumiem, Ziemia zostaje zniszczona przez Czerwonego Shenrona, bo upłyną rok. Okej, ludzie uratowani, a Porunga przywraca Ziemię na swoje miejsce… Tylko czemu, na Zeno, nikt nie pomyślał, by przy okazji poprosić go o… bo ja wiem… przywrócenie Goku normalnego wyglądu? Ostatecznie, Porunga jest w stanie spełnić trzy życzenia. Więc nie powinien to być dla niego problem, nie?  Z kolei z fabułą Super mam inny problem: o ile pierwszej sadze można wybaczyć kilka kwestii związanych z koniecznością przypomnienia/zapoznania widzów ze starymi bohaterami, tak saga Friezy jest zupełnie bez sensu. Samo wskrzeszenie (i to w kawałkach) najciekawszej złej postaci w całym DB było dobrym pomysłem (choć czuć było, że to odgrzewany kotlet…), tak wprowadzenie Ginyu tylko po to, by zginął (w zabawny sposób, fakt) po jakiś dwóch odcinkach? Nie wspominając o przybocznych Friezy, którymi w sumie chyba nikt się nie przejmował – nie byli taką klasą jak Zaarbon, Gui czy całe Ginyu Force – po prostu gdzieś tam robili za tło, coś pogadali, a nawet nie pamiętam teraz ich imion. Skoro zarys fabuły mamy za sobą (będę o niej wspominał później), czas zająć się postaciami i ich mocami… Bezsensownie odmłodzony Goku, jak już wspomniałem, nie jest dzieciakiem przez całą serię. Mimo, że jego formy SSJ 1-3 utrzymują jego formę, tak z niewyjaśnionych powodów SSJ4 (którego nazywałem i nazywam „czerwoną małpą”) odwraca efekt życzenia. Wiem, ze jaki…ś czas temu napisałem, że kochamy DB za dziury fabularne, ale tutaj mamy ogromne dziursko! Ale zostawmy Goku, niech sobie będzie dzieciakiem. Gorzej sprawa ma się z Vegetą. O ile motyw z „córeczką tatusia”(o której też zaraz napisze kilka słów) jest świetny, o tyle zarówno saga Baby’ego i późniejsza pokazują jak bardzo kiepską postacią jest Książę w GT. Zupełnie nie rozumiem jak jakiemuś tuffulskiemu słabiakowi udaje się go przejąć – PRZEJĄĆ! Mam wrażenie, że to miało być takie nawiązanie do Majin Vegety, ale w Zetce Książę przynajmniej pokazuje, że Babidi nie ma nad nim żadnej władzy. Zabrakło mi tego, szczerze przyznam. Dobrze jednak, że w Super pojawił się żart z tego wątku ;): W Sadze Super 17 Vegeta znowu odgrywa rolę chłopca do bicia (pokonał np. Nappę, wow…). Z kolei w ostatniej sadze – Złych Shenronów  - Vegeta przez większość czasu nie odgrywa żadnej roli. Ot, jest. Dopiero pod koniec przybywa w chwale i glorii… Żartuję, przybywa, by pomóc Goku, osiągając poziom SSJ4… Znowu – nie wiem dlaczego twórcy zastosowali najgłupszą zagrywkę odnośnie tej transformacji – zamiast osiągnąć ją po swojemu: treningami, walką, chęcią przebicia Kakarotto – Książę sięga po jakieś promienie. Innymi słowy – idzie na skróty! Vegeta!! Nigdy nie mogłem tego zrozumieć.  Skoro omówiłem obu bohaterów, czas na ich fuzję – Gogetę. Kiedy pierwszy raz, za dzieciaka, oglądałem GT myślałem sobie „WOW! Teraz na bank pokonają tego złego”. Ale nie – twórcy znowu z jakiegoś powodu postanowili zrobić z tej postaci kompletnego głąba (vide konfetti… konfetti!!!). Super również mnie nieco zawiodło pod względem aktywności Vegety. Szczęśliwie, przynajmniej tutaj zachował swoje cechy i nie idzie na skróty, niekiedy nawet przebijając Goku (vide walka z Toppo). I choć na jakiś czas traci moc (w fillerze) to jest to lepiej wytłumaczone fabularnie i przynajmniej stara się coś zrobić (m.in. desperackie ratowanie Trunksa, które niemal go zabija). W Super pojawia się także ich fuzja – Vegito. Szkoda, że Toriyama zastosował podobny zabieg jak w GT… Chociaż nie – muszę przyznać, że walka między Vegito a Fused Zamasu jest przynajmniej emocjonująca i nie ma tego efektu „co tu się odp…?”. I nie ma konfetti :P. Dobra, czas napisać kilka słów o pozostałych postaciach: Pan GT zachowuje się jak idiotka. Wiem, że ma zaledwie 10 lat, ale twórcy nie pomyśleli, że nawet w tym wieku nie można być takim idiotą. Ale przynajmniej wygląda na swój wiek, nie to, co młodsza od niej o rok (!) Bulla. Kiedyś myślałem, że ona ma 14-15 lat, a tu się okazało, że w GT ma 9… Jak scenarzyści mogli to przegapić? Pozostaje jeszcze kwestia Piccolo… Jedyne, co zrobił w GT to to, że się zabił razem z Ziemią. Niby było to wyjaśnione fabularnie – chciał zniszczyć Czerwonego Shenrona – ale przecież musiał być inny sposób. Dobrze, że przynajmniej potem odegrał swoją rolę przy wypuszczaniu Goku z piekła… co jest o tyle dziwne, że przecież Goku już kiedyś z piekła wyszedł. Ale dobra, nie czepiajmy się. Nameczanin w Super odgrywa o wiele większą rolę, szczególnie pod koniec. Wcześniej pojawia się sporadycznie (jako niańka…), a nawet raz ginie, ale przynajmniej jest pokazywany. Skoro o tym wspomniałem – krótko o finałach obu serii. Zarówno GT jak i Super skończyły się całkiem podobnie do Zetki – główny wróg pokonany, wszyscy się cieszą, pokój i jajko na twardo dla wszystkich… Przy czym Omega Shenron został pokonany w sposób aż zbyt mocno przypominający pokonanie Majin Buu – czyli Spirit Bombą – co dla fanów Zetki było zapewne świetne. Jednakże, uważam, że pokonanie Jirena było o wiele ciekawszym finałem. Zwycięstwo, okupione ranami, bólem i koniecznością walki ramię w ramię z Friezą jest dla mnie kwintesencją DB. Do tego, na końcu GT Goku zwyczajnie odlatuje, żegnając się z widzami na zawsze, a w Super robi to, co powinien – czyli trenuje, by stawać się silniejszym. Czyli standard zarówno dla Kakarotto jak i Vegety :). Jeszcze słowo o nowych formach SSJ. Tu muszę przyznać, że obie serie się popisały. Zarówno „czwórka” (wiem, że nazwałem ją „czerwoną małpą”, ale to nie jest inwektywa a opis) jak i SSJ God oraz SSJ Blue spełniły moje oczekiwania. Jestem też ciekaw która z nich jest silniejsza? Ponoć za jakiś czas się tego dowiem :). By już nie przedłużać kilka słów o muzyce… Dobra, przyznam Wam się szczerze – Dan dan kokoro hikareteku z serii GT jest jedną z moich ulubionych piosenek, choć nie w wykonaniu Field of View (to ta z serii), a przez (nieżyjącą już) autorkę słów do tego utworu – Izumi Sakai, wokalistkę zespołu ZARD. Co ciekawe, podoba mi się również ta wersja:   Co wcale nie oznacza, że utwory z Super mi się nie podobały – jak niedawno pisałem do gustu przypadł mi utwór Ultimate Battle w wykonaniu Akiry Kushidy, ale także oba openingi (Chōzetsu! Dynamic! wyk. Kazuya Yoshii oraz Limit Breaker x Survivor wyk. Kiyoshi Hikawa) znajdują się na mojej playliście. A - w każdym z tych przypadków nie spodobała mi się wersja angielska. Nie wiem dlaczego, ale oryginalne głosy lepiej brzmią. Pora na werdykt… jak widzicie, mimo sentymentu do GT, uważam serię Super za o wiele lepszą. Możecie się ze mną, oczywiście, nie zgadzać :). PS. Jak zauważyliście, zamieściłem cały wpis i tak będę robił aż mój blog nie zostanie naprawiony :). Może po wakacyjnej przerwie w końcu powróci...

MajinYoda

MajinYoda

 

Protect the Kingdom!

Tuż przed Długim Weekendem postanowiłem wreszcie pograć w jakąś grę mobilną na moim smartfonie (z Androidem). Szybko wybrałem grę Kingom Rush, typowego przedstawiciela gatunku Tower Defence. I muszę przyznać, że jest to całkiem dobra produkcja. Gra jest darmowa, z opcjonalnymi mikropłatnościami, co jest dość typowym modelem w przypadku gier mobilnych. Spodobało mi się jednak, że za prawdziwe pieniądze kupuje się tylko dwie rzeczy: gemy i bohaterów. Przy czym te pierwsze można także zdobyć za darmo – 100 sztuk za obejrzenie reklamy innej giry (ta czynność jest powtarzalna, choć są tu pewne ograniczenia – maksymalnie udało mi się obejrzeć 25 (!) reklam pod rząd zanim gra mi zablokowała tę opcję) oraz poprzez zabijanie wrogów. Za gemy kupujemy wspomagacze – dynamit, fiolki zamrażające, złoto do użycia podczas gry, zwiększoną ilość życia naszej bazy czy bombę atomową, która zabija wszystkich wrogów na planszy (koszt – 999 gemów). Jeśli chodzi o bohaterów to są dość kosztowni – od $6 do $21 - i zwykle o wiele lepsi niż trzej darmowi, których dostajemy podczas kampanii. Nie kupiłem jednak żadnego z nich – całkowicie wystarczyła mi dość wcześnie zdobyta łuczniczka Alleria (ciekawe co Blizzard na wykorzystanie tego imienia :P?). Jeśli chodzi o samą rozgrywkę to nie ma tu nic, czego nie można znaleźć w podobnych produkcjach – kilka ścieżek, po których podążają wrogowie i poustawiane wzdłuż nich pola, na których budujemy nasze wieżyczki. Tych są cztery rodzaje – baraki wystawiające żołnierzy na ścieżkę, łucznicy ostrzeliwujący wrogów, wieże magów spowalniające wrogów oraz artyleria atakująca wolno, ale mocno. Każda z tych wież ma cztery poziomy (ulepszane zdobywanym podczas gry złotem), przy czym przy ostatnim mamy wybór między dwoma różnymi kombinacjami, z różnymi dodatkowymi ulepszeniami.  I tak żołnierze stają się albo tankującymi i wytrzymałymi paladynami lub szybkimi i zadającymi mnóstwo obrażeń barbarzyńcami, łucznicy stają się łowcami mogącymi spowalniać i zatruwać wrogów lub muszkieterami zadającymi duże obrażenia na bliski dystans, mag może albo cofać wrogów uderzeniami i przenikać ich pancerze lub zamieniać ich w owce (znów WoW się kłania :)) lub stawiać golemy, natomiast artyleria staje się „Wielką Bertą” lub generatorem Tesli, jednak w tym przypadku koszt tej pierwszej jest tak wielki, że bardzo rzadko nią grałem. Generator razi przeskakującym między wrogami prądem.  Do tego dochodzą jeszcze dwa zaklęcia: deszcz ognia i przywołanie „milicji”. Zarówno zaklęcia, jak i wieże trzeba ulepszać. Robi się to za pomocą gwiazdek, zdobywanych za wygrywanie plansz. Ale o tym za chwilę. Gra ma trzy poziomy trudności oraz dwa tryby: kampanii i hordy. O ile tego drugiego nie trzeba przedstawiać (choć muszę zaznaczyć, że to świetny sposób na zdobycie darmowych gemów), tak o pierwszy, trzeba napisać kilka słów. Na kampanię składają się liczne plansze - główny wątek ma ich 12, a pobocznych jeszcze nie udało mi się ukończyć, ale  po ukończeniu głównych na mojej mapie pojawiło się ich sześć, przy czym każdy z nich ma jeszcze jedną-dwie kolejne. Mapa jest całkiem intuicyjna i nie wymaga przesadnej ilości klikania. Jednocześnie każda plansza kampanii ma trzy poziomy trudności, przez co rozgrywka jest bardziej urozmaicona. Za wygranie na pierwszym poziomie dostaje się max 3 gwiazdki, a drugiego i trzeciego – po jednej gwiazdce. Dodatkowo, te wyższe mają pewne ograniczenia - brak bohatera lub brak możliwości korzystania z wieży maga.  Graficznie gra wygląda całkiem przyjemnie, szczególnie tła, choć i wygląd postaci może się podobać. Trudno mi jednak ocenić muzykę, bo grałem głównie na wyciszonych głośnikach, ale udało mi się zorientować, że muzyka trzyma się pseudo-średniowiecznych klimatów.  Ogólnie, choć w kwestii TD jestem laikiem, gra mnie wciągnęła. Wprawdzie nie nadaje się na podróż MPK (no, chyba, ze ktoś jedzie z jednego końca miasta na drugi), ale myślę, że nada się na wakacyjne popołudnia czy na przejazd pociągiem.  Grze wystawiam ocenę 4+/6 głównie ze względu na płatnych bohaterów (z darmowych tylko wspomniana Alleria się do czegoś nadaje) oraz zdarzające się problemy techniczne (kilka razy mi się zawiesiła, a raz czy dwa całkowicie wyłączyła).

MajinYoda

MajinYoda

 

Kącik Yody żyje!

Edit: oryginalny Kącik Yody jest martwy a ten zajął jego miejsce. Umarł blog, niech żyje blog!   Jak zapewne zauważyliście - już od ośmiu (!!!) tygodni zmagam się z problemami na moim głównym blogu i wpisy wrzucam na "zapasowy" http://kacikyody.blogspot.com/. Zapraszam Was do jego obserwowania oraz czytania, komentowania i udostępniania moich wpisów. Dla ułatwienia Wam życia od najbliższego wpisu wszelkie linki do "tamtego" bloga będę wrzucał tutaj.   Oto odnośniki do dotychczasowych wpisów (od 7.04): http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/to-bylo-super.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/cos-naprawde-madrego.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/to-ja-jestem-straz.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/gamingowy-rasizm.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/05/klasyk-msmow.html   Obiecuję też, że gdy tylko mój oryginalny Kącik Yody wróci do życia przerzucę na niego wszelkie wpisy. Oby to nastąpiło jak najszybciej...  

MajinYoda

MajinYoda

 

Klasyk MSMów

Przez kilka ostatnich lat opisałem na moim blogu wiele pozycji, bardziej lub mniej naukowych, traktujących o grach komputerowych. Najwyższy czas zająć się najważniejszą (bo najczęściej cytowaną) z nich wszystkich – „Zabawa w zabijanie” Marii Braun-Gałkowskiej i Iwony Ulfik (-Jaworskiej) z 2000 jest swoistym początkiem spychologii. Przez długi czas wstrzymywałem się z opisywaniem tej książki, ale jedna z nowszych pozycji, na którą natrafiłem, porusza także jej temat (negatywnie), więc uznałem, że czas się nią zająć. Warto jednak dodać, że poza grami obrywa się także telewizji, co także opiszę (a co mi tam ;)). Najgorsze jest jednak to, że trudno wybrać jakieś „sensowne treści”, które już by się nie pojawiły wcześniej na moim blogu - szczególnie w książkach dr Ulfik-Jaworskiej, która chyba nie zna słowa „autoplagiat”, widać, że zrobiono jedne badania i na ich podstawie powstawały kolejne ksiązki i artykuły… ekhem… naukowe. Co znacząco utrudniło mi zadanie… Niemniej, zapytam – jesteście gotowi? Okej, nie bardzo jest się tu czego przyczepić… szkoda tylko, że Autorki nie zechciały wymienić konkretnych filmów/programów… Kolejny raz – brak jakichkolwiek tytułów. Ale wiecie co? Postanowiłem znaleźć ramówkę z tamtego okresu (co, w dobie internetu, jest banalnie proste) i poszukać tych tajemniczych programów. Jako, że w tamtym czasie żyłem i sporadycznie oglądałem TV (miałem 5 lat, więc więcej czasu spędzałem z rodziną i na dworze niż przed ekranem) inaczej na patrzyłem. A i nie wszystkie pamiętam ;). Jest to chyba jednak temat na osobny wpis. Źródło: Pewex.pl Ale przejdźmy dalej: Tak przepisuję te cytaty i wiecie czego mi brakuje? Informacji, co tak właściwie Autorki uznały za „sceny destrukcyjne”? Bo jeśli na siłę się ich dopatrywały, to aż dziwne, że nie napisały np. o szkodliwości Baśni Andersena – szczególnie polecam tę o Małej Syrence i o tym jak oddała głos za nogi, jak miała zabić ukochanego księcia (który jej nie chciał) i jak, na końcu, chce popełnić samobójstwo. Na pewno w tej wersji bajka spodoba się każdemu spychologowi :P. Szczególnie patrząc na to, co się wówczas działo na świecie – m.in. trwała pierwsza wojna czeczeńska. Czyli w Wiadomościach nie było zbyt „kolorowo”. Tymczasem, w Wieczorynce królowały: Pszczółka Maja (fakt, anime (choć wtedy raczej mało kto o tym myślał…)), Pinokio (szkoda. że nie wiem która wersja…), bajki z udziałem lalek i aktorów, Muminki (znów anime, do tego gołe latały i dzieci deprawowały :P), Strażak Sam (ogień = destrukcja, nie?) oraz Myszka Miki i Kaczor Donald (kolejne golasy!)   Nie ma się więc co dziwić, że Autorki się świecie oburzyły :D. W tym miejscu pojawia się kilka wybranych przez Autorki cytatów z recenzji różnych gier: Mam wrażenie, że Autorki wybrały ten fragment nie bardzo rozumiejąc, że recenzenci wówczas pisali dość specyficznym językiem (teraz też im się to zdarza ;)). Jestem też ciekaw co by powiedziały o np. takim fragmencie: Szanowny CormaCu – jeśli to czytasz to wiedz, że powinieneś zgłosić się do najbliższego spychologa z objawami desensytyzacji, spowodowanej grami komputerowymi oraz muzyką metalową :P. Przejdźmy dalej: Nie wiem czy w 2000 roku Autorki to zauważyły – ale w latach `70 (i ogólnie czasach PRL) 1. było mniej kanałów oraz 2. mniej osób miało dostęp do telewizji, co oznacza, że powyższe zdanie jest nic nie warte – to tak jakby napisać „współczesne dzieci spędzają więcej czasu przy telefonie, niż 40 lat temu”. Choć, mam też wrażenie, że Autorki, pisząc te słowa, myślały sobie: Źródło: blasty.pl Ostatnie zdanie jest trochę niejasne dla mnie, więc chyba nie powinienem się go czepiać. Aczkolwiek, wykorzystanie słowa-wytrychu „musi” świadczy o tym, ze Autorki tylko tak założyły, bez najmniejszej pewności. Dobra, muszę przeskoczyć sporo stron i zająć się wreszcie grami (a robię to z bólem): Myślicie, że Autorki wymienią jakieś tytuły? Phi, wcześniej, w pominiętych przeze mnie fragmentach, było o MK, Carmageddonie i DOOMie, więc musi Wam wystarczyć :P. Dalej są nasze ulubione badania –Test Zdań Niedokończonych i Opowiadań  Niedokończonych, przeprowadzonych na 30 chłopcach „komputerowych” (K) i 30 „niekomputerowych” (NK), czyli liczebnie jest tych osób bardzo mało – zaledwie 60 – i to z jednej szkoły! Warto jeszcze dodać, że badane były osoby w wieku 13-15 lat - czyli, czego Autorki raczyły nie zauważyć, okresie życia tuż przed lub w trakcie buntu, który u każdego przebiega inaczej (np. ja go wcale nie miałem, ale moi koledzy z klasy tak). Oczywiście, nie będę wypisywać wszystkiego, bo nie ma na to miejsca ;). Zrobię więc to samo, co Autorki – tendencyjnie podobieram odpowiednie cytaty :P. Liczby podane w nawiasach [ ] są moje. Nie rozumiem o co tu Autorkom chodzi.. to znaczy rozumiem – o dokopanie „komputerowcom” – ale mam na myśli coś innego – nie podały co K rozumieją pod pojęciem „lęk przed śmiercią”, a jest to szalenie istotne! Dalej są opowiadania, ale jest to zbyt długie, by zmieścić to wszystko w jednym wpisie. A i sama metoda badania jest mocno kontrowersyjna – ot, Autorki sobie interpretowały wypowiedzi wspomnianych nastolatków (więcej o błędach będzie w zapowiadanym MoG, więc do tematu wrócę :)). Przejdźmy więc dalej: Dlatego, drogie dzieci, jeśli w prawdziwym życiu zobaczycie pod swoim blokiem grupę dresów to nie zakładajcie, że są źli. Podejdźcie i przywitajcie się z nimi. I oddajcie im portfel i telefon, bo może akurat są sportowcami i zbierają na wyjazd na wymarzone zawody?
  Autorki mają rację – przecież żołnierze na wojnę nie biorą żadnego sprzętu i walczą jedynie na słowa (a i one muszą być wyważone – żadnych „hultajów” czy innych „łobuzów”!) – nawet Sun Tzu o tym pisał! Pomijam tu kwestię żyć, bo w 2000 roku mogły tak jeszcze napisać (choć SoF psuje ten obraz). Pomijając fakt, że zwykle (choć nie zawsze, co trzeba podkreślić (choćby takie GTA)) ci „inni” też nas atakują (czyli dochodzi do odparcia ataku), a skoro już musimy walczyć – to musimy mieć czym i za co. Do tego jest (i było) wiele gier, w których bohater musiał uratować świat/miasto/cokolwiek (patrz: seria SWAT). Ale o tym Autorki nie zechciały napisać, bo by do tezy nie pasowało, nie? Hmm… czyli mam rozumieć, że spychologia zakłada, iż ludzie są debilami i nie odróżniają fikcji od rzeczywistości? Dodatkowo, skoro w świecie gry panują takie, a nie inne prawa to jak gracz ma się do nich NIE stosować? Dura lex, sed lex, nie? Ostatnie zdanie to, dla mnie, bełkot kompletny – jaką „podobną reakcję”? Podobną do czego? I jakim cudem udało się Autorkom powiązać „zabijanie zlepków wielokątów” z „brakiem wrażliwości na ludzką krzywdę”? Czy Panie Autorki były kiedyś np. w krematorium na Majdanku? Bo ja, zapalony gracz, nie dałem rady tam wejść. Wiem, że teraz puste nastolatki robią sobie w takich miejscach selfiki, ale są to, mimo wszystko, odosobnione przypadki. I raczej kierowałbym tu swój wzrok na brak wychowania przez rodziców i brak zainteresowania ze strony nauczycieli niż szukał „winy” w np. producentach smartfonów. Ponadto, tak się zastanawiam – wspomniani wcześniej chłopcy mają teraz około 40 lat. Ciekawi mnie czy zostali zabójcami/mordercami itp.? I ciekawe gdzie są te hordy komputerowców?   Nie to, co np. żołnierz, który zabije drugiego człowieka tylko dlatego, ze noszą różne mundury.
  O tak, Autorki powinny pooddawać swoje dyplomy i zając się czymś mniej związanym z kontaktami z ludźmi – np. odkurzaniem pustyni. Kim trzeba być, by z góry zakładać, że hektolitry nieistniejącej krwi (a często i bez niej) oraz zlepek 0 i 1 prowadzi do zobojętnienia na śmierć/cierpienie? Akurat czytam te słowa w 8 rocznicę śmierci mojego Dziadka i wiecie co? Jest mi cholernie smutno, bo według Autorek powinienem się chyba cieszyć – w końcu jestem graczem, nie? Odnośnie agresji – dziwnym trafem ta – uwaga! Uwaga! – istniała przed grami komputerowymi! Szok, prawda Drogie Autorki? Na tym oczywistym dla wielu osób stwierdzeniu zakończę swój dzisiejszy wpis. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Gamingowy rasizm

Podczas ogrywania RPGowych tytułów gracz w końcu staje przed wyborem rasy. A skoro o płciach i klasach już pisałem uznałem, ze najwyższy czas zająć się i tą kwestią. Podobnie, jak w przypadku klas, nie będę się o nich zbytnio rozpisywał – w końcu czytają to głównie gracze ;). Niemniej zaznaczę, że z grubsza dzielę rasy postaci na siedem grup: ludzie, elfy, zbyt niskie, za wysokie, krasnoludy, orkowie i paskudne. Skąd taki podział? Ano, ze względu na to jakie lubię (lub nie lubię) – bowiem przeważnie gram albo ludźmi albo elfami, rzadko kimkolwiek innym. Weźmy za przykład moje postacie w WoWie: poza mainem worgenem (który jest technicznie człowiekiem, ale to już kwestia lore :P) pozostałe są ludźmi lub elfami (z chlubnymi wyjątkami w postaci warriora (draeneika) i shamana (krasnolud)). Jest to też powód, przez który nie „stoję” po stronie Hordy (kto mnie teraz znienawidził? :P), bo jedyną rasą, którą mogę tam grać, jest krwawy elf. Podobnie sprawa ma się przy Skyrimie – nigdy nie grałem khajiitem, argonianinem oraz orkiem. A w DA: Inkwizycji – quanari. Powód był zawsze ten sam – moje poczucie estetyki. Szczególnie, że (jak pisałem we wpisie o płciach) najczęściej prowadzę rozgrywkę kobietami. W kwestii orków… cóż, można by rzec, że nie lubię ich z jeszcze jednego powodu, choć jest mocno naciągany ;), tzn. są one nie tylko paskudne (zwłaszcza ich kobiety...), ale najczęściej są one „złe” i stoją po przeciwnej stronie barykady do ludzi, elfów itd. Żeby jednak pociągnąć wątek atrakcjonizmu, nie gram też rasami bardzo małymi typu gnom w WoWie czy inne podobne wynalazki (asura w GW2 itp.), ponieważ, mimo wszystko, lubię widzieć swoją postać w centrum ekranu ;). Dodatkowo, gdy próbowałem grać gnomką czułem się bardziej jakbym grał dzieckiem – ale jak ktoś to lubi :P. Z kolei ze zbyt wysokimi rasami (tauren, draenei facet itd.) mam przeciwnie – są dla mnie zbyt wielcy i zbytnio przesłaniają mi ekran. Fakt, worgen też jest spory, ale przy nim przymykam oko :P. A jak jest u Was? Czy przywiązujecie aż taką wagę do tego, kim gracie, czy patrzycie raczej na statystyki albo kierujecie się innymi „zasadami” przy tworzeniu swojego awatara? Do zobaczenia!   PS. Życzę Wam udanego Długiego Weekendu. Z jego racji za tydzień wpisu nie będzie.

MajinYoda

MajinYoda

 

Zostań prawdziwym mężczyzną w Straży!

Chyba właśnie takie słowa (ze „Zbrojnych” Pratchetta, jakby ktoś nie wiedział ;)) znajdują się na plakatach zachęcających do dołączenia w szeregi straży w rozmaitych grach. Skoro już omówiłem większość typów NPCów, czas zająć się właśnie tą grupą. Poznajcie Stanley’a. Stanley od zawsze marzył, by zostać kimś ważnym, ale był na to zbyt głupi i został nikomu nieznanym z imienia strażnikiem w mieście Khorinis. Zwierzchnicy przydzielili mu wyjątkowo proste zadanie – kazali mu stać przed główną bramą i kazać spadać każdemu, kto nie posiadał ważnego glejtu. Coś, co średnio rozgarniętemu dziecku nie sprawiłoby problemu, dla Stanley’a było nielichym wyzwaniem intelektualnym. Stał więc tak sobie dzień w dzień i wpuszczał tylko znanych sobie z imienia rolników z pobliskiej farmy. Aż pewnego słonecznego dnia podszedł do niego nieznajomy, ubrany w strój farmera. Z początku Stanley’owi wydało się to podejrzane, ale przybysz wmówił mu (co nie jest trudne, gdy ma się IQ upośledzonej rozwielitki), że jest rolnikiem i idzie do kowala. Dla prostego umysłu Stanley’a równanie: nieznajoma twarz*(kowal+strój farmera) ^brak glejtu było zbyt trudne i nakazał reszcie ciała pozwolić nieznajomemu wejść. Ten jednak, zamiast dumnie przekroczyć bramę, odwrócił się na pięcie i po chwili wszedł bez stroju, co wypełnionej zapewne powietrzem głowie naszego strażnika nie wydało się dziwne, bo niby czemu? Przecież po chwili liczba wpuszczonych „rolników” się zgodziła (choć tutaj równanie było jeszcze trudniejsze, bo nieznajoma twarz*(kowal+strój farmera+opaska na oku) ^brak glejtu). Jego przełożeni nie byli jednak zachwyceni i przenieśli Stanley’a do koszar, by nie narobił więcej problemów. Jednak i tam znalazł na to sposób – oto facet ubrany w szatę Maga Ognia podbiegł do lorda Andre i szturchnął go pięścią. Tutaj iloraz inteligencji wszystkich strażników (pierwszy znany ludzkości ujemny, warto dodać) podjął boleśnie prostą decyzję – trzeba zabić lorda Andre… Po tych przygodach Stanley’a wyrzucono ze służby, więc wyruszył w świat… Tak trafił do Cesarskiego Miasta, gdzie, po zdaniu stosownego testu (popełnił trzy błędy ortograficzne we własnym imieniu), ponownie został strażnikiem. Jego doświadczenie pozwoliło mu zostać od razu wysłanym na ulice tego wielkiego miasta. Szybko odniósł sukces – aresztował kobietę, która przypadkowo podniosła cudze jabłko w sklepie. Potem jednak wszystko wróciło na stare tory – do tego stopnia, że nawet nie zwrócił uwagi, że ktoś zabił jednego z jego przełożonych, bo co go to obchodziło? Czy kiedykolwiek ktoś z góry zwrócił na niego uwagę? No, tym razem mu się udało – kolejny „wilczy bilet”. Po tych przygodach Stanley odwiesił swój hełm na kołek (nie trafił) i oddał się innym zajęciom, które nie wymagały aż takiego myślenia. Nieszczęśliwie (dla IQ NPCów) Stanley dorobił się dzieci (bogowie wiedzą w jaki sposób…), one swoich pociech, aż wreszcie pojawił się Stanley jr, który poszedł w ślady swojego przodka i również został strażnikiem. W Windhelm. Praca jak praca – patrolowanie… pardon – łażenie po mieście i od czasu do czasu powrót do koszar. Banał. Prosty umysł Stanley’a jra ledwie to ogarniał, ale dawał radę. Nie przejmował się nawet plotkami o Rzeźniku, bo co go to, w sumie, obchodziło? On tu był Strażnikiem. Pewnego dnia jednak zamordowano kolejną kobietę i zarządca poprosił o pomoc osobę, o której mówiono, że umie pokonać smoki. Jednak Stanley’a jr. niewiele to obchodziło, gdy okładał Dragonborna mieczem w czasie, gdy ten gonił jakiegoś obywatela. Fakt, że ten ostatni chwilę wcześniej chciał zabić kolejną kobietę zdołał ominąć umysł Stanley’a jr. o jakieś… trzysta punktów IQ. Niedługo później Stanley jr, odznaczony przez jarla orderem Wybitnej Głupoty na Rzecz Mieszkańców, zginął bezpotomnie (łaska boska) podczas oblężenia miasta przez Cesarski Legion. Nawet nam go nie żal, prawda? Nie był on jednak ostatnim z rodu Stanley’ów, oj nie. Jeden z potomków „oryginalnego” - Ley ibn Stan – żył już w innym świecie: ściślej mówiąc w XII wiecznej Jerozolimie. Po serii ataków na możnych tych krain Ley ibn Stan został wcielony w szeregi żołnierzy pilnujących miasta. Szczęśliwie, wzorem swoich krewnych, jego umysł nie miał ani grama inteligencji, co pozwoliło mu na przeoczenie faktu, że facet w białej szacie, obwieszony bronią zniknął w polu widzenia i z całą pewnością nie siedzi na ławce między dwiema osobami. Co to to nie, Ley ibn Stan był wystarczająco durny, by o tym wiedzieć. Niedługo później Ley ibn Stan dostał łuk do ręki i kazano mu patrolować dachy. Jednakże, w obliczu wroga, skomplikowana i trudna w obsłudze broń szybko została przez niego wyrzucona na rzecz typowej broni każdego osobnika z IQ poniżej dwa – kamieni. Tu jednak należy Ley ibn Stana pochwalić – rzucał nimi jak zawodowiec. Co ciekawe, także Ley ibn Stan doczekał się potomstwa, które jednak bardzo długo czekało na powrót do zawodu. Ostatecznie Stan Ley został policjantem i przysiągł pilnować City of Lost Heaven przed działaniami mafii. Jego kariera zakończyła się dość szybko – podczas pościgu między dwoma rywalizującymi ze sobą Rodzinami, zatrzymał jednego z gangsterów za przejazd na czerwonym świetle i wlepił mu mandat. Zdezorientowany mafiozo mandat zapłacił, a jego kumpel w tym czasie zabił ścigających ich bandziorów. Po latach banicji i wciąż spadającym IQ uniemożliwiającym spłodzenie potomstwa, ostatecznie linia Ley ibn Stana praktycznie wygasła. Ostatnim jego potomkiem był Stan del Ley, policjant pracujący w stanie San Andreas. Zgodnie z tradycją rodzinną – był najgłupszą żyjącą istotą, zmniejszająca IQ populacji NPCów o jakieś trzysta punktów. Szczęśliwie, dla całego społeczeństwa, Stan del Ley zginął na służbie, gdy razem z innymi kolegami próbował zabić tego faceta, co stał na dachu i strzelał do wszystkich. Przez „próbował” należy rozumieć taktykę „kupą mości panowie” polegającą na wchodzeniu po wąskich schodach na dach i ginięciu od kul napastnika. Jeszcze szczęśliwej dla społeczeństwa - Stan del Ley nie posiadał rodziny, więc oszczędzono na pochówku (wrzucono go do rzeki) oraz rencie. Kończąc ten wpis, należy jeszcze zwrócić uwagę na szefa policji w nieznanym z nazwy mieście. Komisarz Stanley Stanley (nie rodzina) zawsze bacznie przygląda się rozmieszczonym przez burmistrza posterunkom i wytycza ich strefy wpływów. Niby nic szczególnego, ale czasami trafi się dom poza zasięgiem „prawa” i komisarz zabrania tam jeździć jednostkom choćby nie wiadomo co się działo. Opowieść oparta na faktach autentycznych. Wszelkie nawiązania do prawdziwych osób są przypadkowe. PS. Mam nadzieję, że wszyscy realni policjanci nie wzięli tego do siebie ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

Wreszcie coś naprawdę mądrego

Było kilka tygodni przerwy, więc czas na… nie, nie MSMa, drodzy czytelnicy, choć takie treści też się tu znajdą. Tym razem trzeba (w końcu) zająć się drugą stroną skali… A w każdym razie pozycją bliższą tej „drugiej stronie” :P, czyli MoG. Książce Ewy Krzyżak-Szymańskiej i Andrzeja Szymańskiego pt. „Profilaktyka nowych uzależnień wśród dzieci i młodzieży, zarys problematyki” (2013) należy przyznać, że stara się przedstawiać gry tak, jak nauka nakazuje. Nie zawsze wychodzi (o czym zaraz się przekonanie), ale jest z całą pewnością dużo lepiej, niż w wielu opisywanych już przeze mnie MSMach. Zajmę się tylko jednym rozdziałem, zatytułowanym „Gry komputerowe jako najbardziej niebezpieczne zabawy współczesnych czasów – profilaktyka uzależnienia od gier”. Pierwszy fragment (a ściślej – przypis) wróży niezbyt dobrze reszcie tekstu. Ale spokojnie: Dziękuję Autorom za te słowa – wreszcie coś mądrego ktoś napisał, a nie w kółko „gry są coraz brutalniejsze!” :). Kolejny bardzo dobry (i bardzo ważny!) fragment – trzeźwe spojrzenie, dane i nie odwoływanie się do stereotypów. Czyli wszystko to, co powinno cechować dobrą naukę. I tym razem muszę Autorów pochwalić – zauważyli rolę rodziców (i nauczycieli) w wychowaniu dzieci. Dalej Autorzy wymieniają gatunki gier, ale to trochę nudne – szczególnie, że zrobili to zaledwie poprawnie, ponieważ… odnieśli się do staroci typu Space Ace. Niemniej – nie mam co się czepiać. Idźmy dalej – krótki fragment podrozdziału „Negatywne aspekty grania w gry komputerowe". Dlaczego krótki? Bo jakbym oceniał tylko ten podrozdział to w tytule widzielibyście „The Best of MSM” :). Nic dodać, nic ująć. Dalej jest o systemach oceniania gier (PEGI, USK i ESRB), ale także jest całkiem sporo ciekawych treści dla nauczycieli i rodziców, choćby linki do materiałów z kampanii społecznej „Graj Bezpiecznie”… Tylko szkoda, że już nie działają :(. Warto jednak przytoczyć kilka fragmentów: I tu mam pytanie do Was – czy w Waszej szkole (lub szkole Waszego dziecka) organizowane są takie kursy/szkolenia? Z ciekawości zajrzałem na stronę mojej dawnej podstawówki i znalazłem jedynie informację o przeciwdziałaniu cyberprzemocy… Ale może rodzice mają więcej opcji ;). Cóż… Tutaj mam pewne uwagi – typu, że dziecko i tak znajdzie sposób na zagranie (choćby u kolegi), ale w sumie co ja się tam znam ;). Dodatkowo, wreszcie, po tylu MSMach, trafili się Autorzy, którzy pokazują KTO odpowiada za dziecko. I, co ważniejsze, nareszcie zauważają ważną kwestię – że dzieci nie są takie same. Chwała im! Dalej Autorzy wymieniają, za H. Konowalukiem, „pewne reguły korzystania z gier komputerowych przez dzieci, które rodzice powinni przyswoić i ich przestrzegać”. Oto one: Tu chyba nawet nie mam co dodawać – tylko tyle, że dobrze, że ktoś to spisał. Już prawie koniec  - na zakończenie rozdziału Autorzy przedstawiają „mity dotyczące korzystania z gier komputerowych przez nieletnich wg H. Jenkinsa z Massachusetts Institute of Technology”: Czyli, praktycznie, to, o czym tu piszę od dłuższego czasu, ale przedstawione w sposób bardziej naukowy (tak, zauważyłem „słowo-wytrych” ;)). Na zakończenie – słowo o aneksie... pojawiają się tam „propozycje materiałów dydaktycznych dotyczących problematyki uzależnienia od gier komputerowych”. Niby okej, ale pojawia się tam… propozycja użycia odcinka serialu „Na dobre i na złe” pt. „Gry komputerowe to zło”. Znalazłem w Sieci omówienie tego odcinka (jakby ktoś znalazł oryginał to proszę o link ;)) i… raczej bym go nie pokazywał uczniom w czasie lekcji, bo naraziłbym się na śmieszność :). Ale, w ogólnym rozrachunku, uważam, że książka jest świetna. Szkoda tylko, że częściej są cytowane jednak te, które piętnują gry… Ale i tak polecam – MajinYoda ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

To było Super!

Dokładnie trzynaście dni temu zakończył się jedyny serial, który (premierowo) oglądałem – Dragon Ball Super. Ponad rok temu (!) pisałem Wam o moich wrażeniach, więc nadszedł czas napisać o moich przemyśleniach dotyczących ostatniej sagi i serii jako całości. Zanim zacznę to muszę Was ostrzec – będzie trochę spoilerów. Dodatkowo, wykorzystane w tekście grafiki pochodzą ze strony http://dragonball.wikia.com oraz jbzdy.pl :). Już na początku muszę przyznać, że „Universal Survival Saga” – najdłuższa w historii DB, bo licząca 54 odcinki – była jednocześnie najlepsza w całym Super. Ale po kolei. Postacie Gdy tylko zapowiedziano ten „arc” spodziewałem się, że zobaczę całe spektrum nowych postaci i nie zawiodłem się. Zacznę jednak od naszych bohaterów. Przede wszystkim zupełnie nie rozumiem jednego zabiegu, który w Super już się pojawił – przesadne wzmocnienie Master Roshi’ego. Wiem, że w pierwszym DB był bardzo silny, ale przy postaciach osiągających moc bogów? Serio, panie Toriyama? Tyle dobrze, że w czasie Turnieju „Genialny Żółw” bardziej polegał na sprycie niż walce wykorzystując m.in. Mafubę, czy pokonując „humorystycznie” (a raczej – ciut zboczenie, co jest normalne dla tej postaci ;)) jedną z przeciwniczek. Ale ogólnie, werbowanie go do turnieju nie miało najmniejszego sensu. Co innego Frieza, który miał swoje momenty w tej sadze, choć znowu -  spodziewałem się, że będzie gorszy. Tymczasem poza kilkoma zagrywkami w jego stylu (pastwienie się nad przeciwnikiem zmuszając go do samoeliminacji czy naigrywanie się z Frosta) raczej stał na uboczu i przez większość czasu nie robił nic. O niektórych pozostałych postaciach i ich mocach napiszę później. Przechodząc do nowych bohaterów – całkowicie rozczarował mnie Jiren, czyli najsilniejszy wojownik na arenie. No serio, rozumiem, że Toriyama chciał pokazać „postać tak silną, że boją się jej bogowie zniszczenia”, ale chyba trochę przesadził. Szczególnie, że właściwie niewiele wiemy o samym Jirenie, poza tym, że ktoś zabił jego kogoś tam i on jest przez to zły i w sumie to chce być tylko silny. No bez jaj. Zupełnie inaczej ma się sprawa z dwiema pierwszymi kobietami rasy Saiyan pokazanymi w serii – czyli Cauliflą i Kale, które szybko stały się moimi ulubionymi postaciami w Super. O ile jednak Kale była właściwie jedynie kanonicznym Brolym (przynajmniej dowiedziałem się, że jarmuż (kale) i brokuły (broccoli) pochodzą z tej samej rodziny roślin, zawsze coś ;)), tak Cauliflę nazywałem „Vegetą w spódnicy” ze względu na jej zachowanie. Dodatkowo, to właśnie ona jako pierwsza stała się Super Saiyanką (kanonicznie), więc tu też dla niej plus. Fajnie też, że obie się scaliły przez Potarę, tworząc Keflę (która jednak nie była aż tak ciekawa, jak może się wydawać). Odnośnie reszty nowych postaci… nie bardzo mam co o nich napisać, bo większością się nie przejmowałem ani trochę. Ot, jacyś tam biegają, coś tam robią, ale w sumie to nie mają żadnego znaczenia. Nawet Ribrianne okazała się tak nudna, że nawet nie zawracałem sobie głowy tym, co robi. Warto tu jednak wspomnieć o bogach zniszczenia, którzy zostali pokazani w całej okazałości. Najlepiej (poza naszym Beerusem, rzecz jasna) wyglądała Helles (którą nazywałem Kleopatrą), Belmod (Joker ;)) oraz Iwne (ten śmieszny mały brodacz). Reszta byłą tylko zapychaczami. Fabuła Ogólnie, założenia tej sagi były dość proste – Zeno się nudzili i, za namową Goku, zorganizowali turniej, w którym nagrodą, poza Boskimi Smoczymi Kulami (czy jak je tam nazwać po polsku) było przetrwanie. Wydaje się super, szczególnie patrząc na dotychczasowe zachowanie obu „wszech-bogów”. Szkoda tylko, że zakończenie serii było strasznie przewidywalne. Ale to dobrze, choć lekko się zawiodłem. Głównie jednak zawiodło mnie coś innego – brak Vegito. Szkoda, liczyłem, że ostateczna walka rozegra się właśnie między fuzją Goku i Vegety a Jirenem. Tak się jednak nie stało. Oczywiście, jak to w Dragon Ballu, nie zabrakło dziur fabularnych. Ale nie wiem czy jest sens się w nie zagłębiać – w końcu za to też kochamy ten serial, prawda? „Ga ga ga ga gachida ze…” Na koniec zostawiłem sobie nowe umiejętności i moce pokazane w serii. Zacznę ponownie od zawodu – czemu Gohan jest taki słaby? Rozumiem, że jego Unlocked Potential jest już trochę słaby, ale żeby obrywał praktycznie od każdego? No bez żartów. Inną kwestią jest dziwaczne skalowanie mocy postaci. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko na potrzeby serialu, ale czy serio mam uwierzyć, że dwóch Nameczan jest dość silnych, by walczyć na równi z Gohanem i Piccolo? Wiem, że byli połączeni z innymi ze swoich ras, ale obaj „nasi” powinni ich byli pokonać bez najmniejszego problemu. A tu nic z tego. Zawiódł mnie także Vegeta, czyli moja ulubiona postać. Poza tym, że nie doszło do fuzji między nim a Kakarotto to jeszcze był jakiś taki… słaby. Jedyna dobra walka, jaką stoczył, była z Toppo, gdzie całkowicie niepotrzebnie zużył całą swoją energię tylko po to, by dwa odcinki później dać się wyeliminować Jirenowi. Głupotą byłoby nie wspomnieć o Ultra Instinct, który Goku „odpalił” w sobie. Fajnie, że nie twórcy nie zrobili z niego przekokszonej postaci (jak ma to miejsce z Supermanem) ograniczając tę zdolność do niezbędnego poziomu. Podobały mi się też zabiegi pokazujące jak Goku UI mija ciosy, pociski i jak atakuje. A „Ultimate Battle” w wykonaniu Akiry Kushidy za każdym razem mówił mi „zaraz się zacznie!”. Pozostaje jeszcze kwestia wspomnianych wcześniej Saiyanek. Ponownie, Toriyama każe nam wierzyć, że obie po zaledwie dwudniowym treningu są w stanie walczyć na równym poziomie z innymi postaciami. Choć Berserker Kale byłą całkiem spoko – szczególnie, gdy wszystko niszczyła. I nie była zbyt potężna, czego można by się było spodziewać, pamiętając co potrafił zrobić Broly. Podsumowanie  Jak wspomniałem na początku, USS przyciągała mnie do ekranu przez wszystkie odcinki tak mocno, że nie odczuwałem znużenia. Gdybym miał wystawić ocenę tylko tej sadze to dałbym jej 5/6. Jeśli chodzi o cały Dragon Ball Super to muszę mu, jako całości, wystawić ocenę niższą, mianowicie 4/6. Mam jednak nadzieję, że zarówno najbliższy film kinowy, jak i kolejna seria (zapowiedziana na bodaj 2019 rok) będą co najmniej równie dobre (a pod względem animacji – oby lepsze). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Przedwielkanocne przemyślenia

Jak wiecie, jutro jest Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień. I choć aura jest wybitnie bożonarodzeniowa to katolicy (w tym ja) powoli szykują się do tych najważniejszych Świąt. Ale nie będę o tym pisał. No, nie do końca. Jedną z potraw, które muszą w Niedzielę Wielkanocną znaleźć się na świątecznym stole jest żurek. A skoro od tysięcy lat filozofowie różnych kultur zastanawiają się nad sensem życia, ja zdecydowałem się na coś dużo mniej… hmm.. oklepanego – czy da się opisać smak żurku? Ale jak ugryźć ten problem (niektórzy lubią z chlebem)? Może zacznę od podstaw, czyli składników. Jako, że kucharz ze mnie gorszy niż matematyk zajrzę do encyklopedii wszelkiej wiedzy i kotów – Internetu. Wygląda jednak na to, że na żurek nie ma jednego przepisu, co może sugerować, że mam do czynienia z potrawą wielosmakową. Nigdy wcześniej tak nie patrzyłem na żurek. Myślałem, że ta zupa to tylko jajek i wody. Jak dalece się myliłem pokazuje pełny wykaz składników potrzebnych do przygotowania żurku. Na szczycie listy znajduje się 1,5 litra wywaru warzywnego – dzięki niemu żurek ma posmak wywaru warzywnego. Następnie 1 litra zakwasu na żurek, który definiuje, że żurek to żurek. Dalej jest  1/2 kilogramów białej kiełbasy (pokrojona na plasterki) – bardzo ważny składnik. Bez niego ta potrawa nie smakowałaby białą kiełbasą. Kolejnym składnikiem jest 100 gramów wędzonego boczku (pokrojony w paski) – dzięki czemu dowiadujemy się, że żurek z wędzonym boczkiem pokrojonym w kostkę żurkiem nie jest. Myślę, że dalsza część składników to tylko wymysł osoby piszącej ten przepis, by zwiększyć ilość tekstu i dostać kasę od sponsorów. Jako, że gotować nie umiem (poza wodą w czajniku) mogę sobie tylko poteoretyzować jaki bukiet smaków, zapach i kolor ma ta zupa. A musi to być cudowne. Smak połączonych smaków jajek i białej kiełbasy. I reszty wymienionych składników. A ten zapach. Mhmmm… doskonałe połączenie zapachu wędzonego boczku z nutką zakwasu na żurek. Jeżeli chodzi o kolor to widzę przed oczami pływające w białej mazi kawałki boczku, kiełbasy i jajek. Kończąc ten niezbyt długi (ale mieszczący się w standardach UE i UFO) wywód pragnę dodać tylko jedno. Żurek jest wyjątkową zupą - smakuje jak żadna inna, a jednocześnie żadna inna nie smakuje tak, jak żurek. I tym akcentem życzę Wam rodzinnych i ciepłych (jak nie pogodowo to przynajmniej uczuciowo) Świąt Wielkiej Nocy. I mokrego dyngusa (jeśli ktoś to lubi).   Do zobaczenia za dwa tygodnie!

MajinYoda

MajinYoda

 

Trochę mądrze, ale bardzo głupio

Po zeszłotygodniowym, szybkim wpisie o "antygrowych" zapędach Białego Domu" nabrałem ochoty na jakiegoś msm-a (wybacz @DJUDEK :)).Wybór padł na artykuł Małgorzaty Więczkowskiej (Autorka już kilka razy gościła na moim blogu) pt. „Gry komputerowe - niewinna zabawa czy zagrożenie?” z lutego 2008 roku. Link do oryginału znajduje się, tradycyjnie, na końcu. Niczego, oczywiście, nie poprawiałem. Gotowi? Pierwszy akapit nie zapowiada tragedii, prawda? Ale gdyby tak było cały czas to tekst trafiłby do MoG… Przytoczyłem ten długi i wciąż całkiem mądry fragment, by móc przejść dalej bez konieczności jego streszczania :). [mcz] Taki ze mnie leń. Cóż, nie wiem kim były te dzieci. Wątpię, by w ogóle istniały. Bo jakby istniały, to wiedziały by czym są gry przygodowe i czemu takie gry zwykle NIE SĄ krwawe (no, nie tak jak FPSy, w każdym razie) – Autorce chodziło, zapewne, o gry akcji. Jeśli dodać do tego, że w 2008 roku dzieci powołują się na MK i Carmageddona (swoją drogą - pierwsze słyszę, by dało się tam kraść auta) oraz brak jakiegokolwiek potwierdzenia mam pewność, że te „dzieci” istnieją tylko w głowie Autorki. Kolejny już raz na tym blogu zapytam: to co powinienem zrobić, skoro w wieku 9 lat grałem w Soldier of Fortune (demo), NfS: Porsche 2000, SWAT 3 (demo), GTA 2 i Shogo? Kurde, właśnie to sobie wyobraziłem – powinienem teraz siedzieć w wielkim mechu, mieć drużynę przygłupich policjantów, jeździć Porsche 911 i odbierać (z budek telefonicznych) zlecenia od różnych gangów oraz odstrzeliwywać wszystkim kończyny. Przydałby się jakiś grafik, by to uwiecznić… Nie przypominam też sobie (poza bardzo drobnymi wyjątkami), by w grach (oczywiście mam na myśli te „duże” produkcje) bywały sceny gwałtu. To już w filmach jest ich więcej! Dodatkowo – dziecko może też oglądać sceny przemocy w domu – czy to oznacza, że trzeba zakazać istnienia rodzin, bo takie patologie są?   Co w tekście o grach robią postacie z japońskich kreskówek? Wiem, że Autorka ma fioła na punkcie ZUA w mandze i anime, ale co to tu robi? Dodatkowo – w filmach, czasopismach, teledyskach i czym tam jeszcze też pojawiają się kobiety z wyeksponowanymi „atrybutami” i to często muśnięte photoshopem lub innym programem graficznym. Albo i obcisłym strojem. Czy należy zatem zakazać wszystkiego? Cóż – niech żyje Kononowicz (przyznać się – kto pamięta?) :D. Ponownie pojawia się tajemnicza gra 666 (ciekawe od kogo Autorka to spisała, nie? :D) i Nieświęta Czwórka. Czym jest jednak ta gra o Apostołach? Po wpisaniu w Google już wiem – „Apostołowe: Ziemie Święte (ang. Disciples: Sacred Lands)” z 1999 roku (!). Kolejna badaczka nie zauważa też, że w większości z tych gier należy POKONAĆ zło, diabła itp. Ale to przecież by nie pasowało do tezy, nie? W obecnych czasach praktycznie każde dziecko umie skorzystać z komputera, tabletu czy smartfona (praktycznie, bo pewnie są wyjątki). W 2008 mogła to być faktycznie nowość – ale bez przesady. Komputery już wtedy istniały w świadomości ludzkiej (a ten tekst to na czym Autorka pisała?). I Wielki Mandorf też już istniał ;). Nie neguję problemu uzależnienia od gier. Za to dziwi mnie „przypuszczanie” Autorki - przecież wcześniej napisała wyraźnie, że wpływa negatywnie. Czyżby chwilowy zanik pamięci? Tutaj mamy do czynienia z podręcznikowym „masłem maślanym”. No popatrzcie – w jednym akapicie dwa razy jest mowa o tym samym. Nawet tymi samymi słowami! Autorka chyba uznała, że pisze do bandy debili i musi coś powtórzyć, bo inaczej nie zrozumieją… Tu nie mogę się przyczepić – Autorka zamiast pisać tamte bzdury powinna była napisać właśnie to :). O, pod tym też mogę się podpisać. Właściwie, gdyby wyciąć te durne fragmenty to tekst zyskałby i trafiłby na bloga jako MoG (swoją drogą – muszę wreszcie przysiąść nad prawdziwie mądrą książką). Ale niestety – Prof. S. Jonalizm wciąż się przebija. Do zobaczenia za tydzień!   A oto obiecany link.

MajinYoda

MajinYoda

 

Biały Dom Wariatów

Nigdy nie lubię, gdy takie sytuacje się zdarzają na blogu… już miałem gotowy wpis – wystarczyło poczekać kilka godzin… a tu takie „coś”. Fakt, że przetoczyło się to przez polskie portale (a dowiedziałem się tego z cdaction.pl), więc głupio byłoby, gdybym ja to przemilczał. Więc wpis powstał „na szybko”. Piszę tu, naturalnie, o najnowszym filmie, który Biały Dom zamieścił na swoim koncie na YT, a który chyba już wszyscy widzieliście. Ale, by dopełnić formalności:   Najpierw przyznam się Wam, że początkowo nie chciało mi się odnosić na tym blogu do doniesień o „szkolnej strzelaninie spowodowanej grami”, ponieważ już o tym kiedyś pisałem. Niestety, powyższy filmik uświadomił mi moją pomyłkę – muszę o tym napisać. Odsunę jednak na bok to, o czym już pisałem. Zajmę się samym „dziełem” Białego Domu – tendencyjnym, mniemającym sensu wideo o „szkodliwości gier”. No serio – żadnego komentarza, odniesienia się czy nawet podania tytułów owych brutalnych gier. Nie wspominając już, że chyba wszystkie gry z tego materiału mają oznaczenia ESRB „M” i wyżej. Czyli nie są przeznaczone dla dzieci! Szczególnie rozwaliła mnie obecność Fallouta 4 – i to w dodatku nagranego specjalnie w momencie, gdy gracz łamie prawo panujące w postapokalitycznym Bostonie/Diamond City – zabił cywila. Za co zapewne został za chwilę ukarany przez strażników. Skoro już się tym tematem zająłem to postanowiłem zrobić szybki research - i okazało się, że strzelec, Nikolas Cruz, należał do "Junior Reserve Officers' Training Corps" oraz szkolnej drużyny strzeleckiej (źródło: The Telegraph). Czyli tak samo, jak w większości omawianych we wspomnianym wpisie przypadków! Co ciekawsze - miał też więcej wspólnego z tamtymi mordercami - został relegowany ze szkoły, miał problemy psychiczne... Szukając dalej znalazłem materiał CNN dotyczący tej sprawy - i okazuje się, ze w ciągu 10 lat policja byłą wzywana do domu Cruzów... 45 razy! Przy czym lokalny szeryf "przyznaje się" do 23. "Olewactwo" amerykańskiej policji pojawia się także w innej kwestii - w lutym 2016 roku sąsiedzi wzywali lokalne władze bezpośrednio do Cruza w obawie, że ten "zbiera broń i szykuje się do strzelaniny" (usatoday.com). FBI też się nie popisało: 5 stycznia - ponad miesiąc przed strzelaniną! - otrzymali telefon o planowanej przez Cruza strzelaninie w szkole. I nic nie zrobili! Do czego się przyznali dopiero dwa dni (!) po masakrze. Brawo, przez was zginęło 17 osób (źródło: New York Times, FBI). I właśnie tym prezydent Trump powinien się zająć - zarówno kwestią dostępu do broni (nie, uzbrajanie nauczycieli to raczej nie jest dobre rozwiązanie), jak i kwestią policji oraz FBI - jak to jest możliwe, że przy takich podejrzeniach i informacjach NIKT przynajmniej nie obserwował Cruza. Zrobiło się dość poważnie, więc trzeba czegoś ciut zabawniejszego - oto fragment odcinka „Klanu”, który ostatnio pojawił się w serwisie JoeMonster.org – nie wiem czy już go widzieliście ;). Normalnie pod koniec myślałem, że emocje rozsadzą mi mózg – zawsze się tak czuję podczas grania w gry komputerowe. Czy nacisnę ten enter w odpowiednim momencie? Czy wygram dzięki temu? A co jeśli pomylę go z shiftem albo backspacem? Tyle stresu! Choć może ona ma już takiego "skilla", że wystarczy, że naciśnie jeden przycisk i wygrywa! Pewnie jest healerem w jakimś MMORPG i używa jednego macro - szacun! A tak bardziej serio – bardzo ciekawy obraz gracza prezentowany jest w tych wszystkich serialach (vide „Szpital”), nie uważacie? Nic dziwnego, ze później rozmaite osoby doszukują się we wszystkim winy „naszej” rozrywki.

MajinYoda

MajinYoda

 

Więc chodź zamoduj mi świaat…

Ponad trzy lata temu (ale ten czas leci!) pytałem po co mi wersje HD gier, ale teraz powinienem rozwinąć nieco tamtą kwestię – po co mi wersje HD, skoro mam modyfikacje, które robią dokładnie to samo? Zastanawiałem się nad tą kwestią od jakiegoś czasu – najpierw nad wspomnianym tam HoMM 3 HD, a skończywszy na Skyrim Special Edition. W tym pierwszym przypadku nie dość, że mod pozwalał na granie we wszystkie dodatki to jeszcze, moim zdaniem, lepiej wyglądał. I był darmowy. Z kolei jeśli chodzi to SSE to gdy tylko go zapowiedziano zacząłem szukać modów graficznych do „zwykłego” Skyrima… i znalazłem ich całkiem sporo. Nie powiem, gra może nie wygląda tak dobrze, jak SSE, ale nie jest od niej dużo gorsza. Od wyglądu wody, przez tekstury ciała aż do ciemniejszych nocy (rozjaśnianych latarniami z innego moda) – wszystko to udało mi się osiągnąć bez instalowania „drugiego” Skyrima (dobrze, że Bethesda dała takim, jak ja, SSE za darmo). Jednocześnie zacząłem bardziej rozmyślać nad kwestią modów i zerknąłem na ich licznik (w Nexus Mod Managerze) – 75 (edit - już 102) aktywnych modów w Fallout 4… niby mało, ale w Skyrim mam… 197 (edit - już 204!) aktywnych modów. Może nie jest to rekord (jakiś rok temu miałem ich ponad 300!), ale i tak sporo, musicie przyznać (pochwalcie się w komentarzu swoim wynikiem :P). Przy okazji je przejrzałem – w F4 większość stanowią mody dodające nową broń (19 22!), zbroje (11 17) i ubrania (6 7), więc nie jest tak źle. W Skyrimie jest podobnie, choć nie chce mi się liczyć (NMM nie pokazuje mi tam modów z podziałem na kategorie ). Pomyślałem jeszcze o czymś innym – i miałem tu głównie na myśli TES V – Bethesda wycięła sporo zawartości z gry. Mieli do tego prawo, oczywiście… ale mimo wszystko dzięki modom udało się te rzeczy przywrócić. Głównie mam tu na myśli bardzo słaby, moim zdaniem, wątek Wojny Domowej – wykastrowany wręcz przez twórców z nieznanych mi powodów. Co gorsza – Beth nagrała nawet głosy! I wycięła. Dobrze, że udało się to przywrócić ;). Przy okazji pisania przyjrzałem się samym modom do Skyrima (jest ich tyle, że uznałem go za najlepszy przykład, ale z innymi grami bywa podobnie). Ich mnogość i różnorodność mnie powaliła. Wprawdzie nigdy nie używałem „dużych” modów (brak udźwiękowienia albo słaba jego jakość nie przemawia do mnie), ale niektóre są imponujące (nie będę podawać nazw ;)). Z drugiej strony, poszukując „kolejnego moda dodającego ciekawy bzdet” natrafiłem na… porno mody do gry. Cóż, Zasada 34 internetu wciąż jest żywa :P. Co ciekawe – „nude mody” też się przydają – w takim Fallout 4 ciała postaci często lepiej wyglądają niż „oryginalne”. Kończąc, przyszło mi do głowy coś jeszcze – poza Oblivionem, Skyrimem, Falloutem 4 i Mount&Bladem w żadnej innej grze nie używałem takiej ilości modów (no, zdarzyło mi się użyć jakiegoś w kilku grach no dobra – taki Community Patch do Gothic 3 jest, technicznie, jednym wielkim modem…). Ta myśl mnie mocno zaskoczyła – bowiem są to gry dość duże same w sobie, a mimo to wymagały pomocy społeczności. A jednak ani w Wiedźminach, Dragon Age Inkwizycji czy nawet GTA z nich nie korzystałem. Cieszyłem się z tej myśli, aż dowiedziałem się, że Bethesda - zapewne po stworzeniu Creation Cluba (płatne mody... ale darmówki biorę ;)) - postanowiła zablokować osiągnięcia STEAM, jeśli używa się modów spoza CC. Jakby jeszcze one coś dawała, poza satysfakcją… Ale dobrze, że i na to znalazł się sposób :P. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Gdy Asasyn spotkał Wiedźmina [Recenzja]

Jak wiecie (bo o tym już pisałem :P) mam pewną słabość do serii Assassin’s Creed. Nic więc dziwnego, że pod koniec zeszłego roku (korzystając z rozmaitych świątecznych promocji) zaopatrzyłem się w najnowszą odsłonę cyklu – czyli Origins. Jakiś czas temu udało mi się go ukończyć, więc czas na recenzję. I już na wstępie muszę przyznać, że pracownicy Ubisoftu nie próżnowali przez ten dodatkowy rok - przede wszystkim zoptymalizowali silnik gry (wreszcie!), więc ani razu nie miałem zacinki ani nie ujrzałem pulpitu (gdy tego nie chciałem). I bardzo dobrze. Wszystkie wykorzystane w recenzji zrzuty ekranu zrobiłem sam. Bayek, Bóyek i Bravurek Akcja Origins zaczyna się w Starożytnym Egipcie za czasów panowania Ptolemeusza XIII. Bohaterem jest Bayek z Siwy – medżaj (taki rodzaj strażnika) i, jak się później okazuje, jeden z pierwszych asasynów. Pomysł na postać był spoko – poszukujący zemsty za śmierć swego syna Bayek przemierza Egipt zabijając członków Zakonu Pradawnych (protoplastów Templariuszy). Miałem jednak pewien problem z głównym bohaterem – ogolony (dobrze, że włosy i brodę da się mu przywrócić) bardzo mocno przypominał mi Connora, bohatera AC 3, którego niezbyt polubiłem… Szybko zauważyłem, że - choć jest zdecydowanie „prawą” postacią - Bayek nie grzeszy zbytnio inteligencją… Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, bo każdy musi mu wszystko pokazywać palcem. Jednakże, polubiłem medżaja z innego powodu – gdziekolwiek się nie pójdzie łażą na nim koty. Nie wiem czy ma przy sobie mnóstwo kociego żarcia, pachnie rybą czy zwyczajnie egipskie koty lubiły łasić się do medżajów, ale, jako kociarz, nie mogłem nie polubić takiej postaci. Co ciekawe – Bayek może kota pogłaskać. Przy głównej postaci warto wspomnieć o ulepszonym, względem AC: Syndicate, rozwoju postaci, która, wzorem gier RPG, leveluje. Drzewko umiejętności podzielone jest a trzy części – Wojownik (umiejętności związane z walką wręcz), Myśliwy (walka łukami) i Wróż (rozmaite) – łącznie 53 umiejętności, z czego 3 można „ładować” w nieskończoność. Na papierze wygląda to nieźle – trzy ścieżki rozwoju, wybór spory, można dostosować sobie postać… Nie rozpędzajmy się jednak. Moje drzewko umiejętności po zakończeniu głównego wątku gry wyglądało tak: Jak widzicie, praktycznie nie brałem zdolności Wróża i miałem ku temu dobry powód – kompletnie do niczego by mi się nie przydały. Bo po co mam się bawić w usypianie wrogów skoro można takiego zastrzelić i mieć go z głowy? Zabawa z oswajaniem zwierząt to z kolei żywcem Far Cry Primal (o którym myślałem przez większą część gry). Jedyne użyteczne umiejętności Wróża to, moim zdaniem, dłuższe oddychanie pod wodą i korzystanie z bomb ogniowych (użyteczne przeciw wężom, przyznam) oraz bomb dymnych (użyłem raz, na próbę…). Reszta nie ma sensu. Skoro o tym wspomniałem – do walki Bayek może zabrać całkiem spore spektrum broni: miecze (zwykłe, zakrzywione) z tarczą, podwójne miecze, broń drzewcową, ciężką i cztery rodzaje łuków – łowcy (zwykły łuk), drapieżcy („snajperski”), wojownika (trzy strzały na raz, trochę jak shotgun) i lekki (szybkostrzelny). Warto dodać, że gracz może predefiniować dwa „sety” broni do walki wręcz i dwa dystansowe. Dodatkowo, ulepszamy jego wyposażenie (ukryte ostrze, płaszcz dający zdrowie, rękawicę zwiększającą obrażenia wręcz, rękawicę od obrażeń dystansowych, kołczan i torbę na bomby itp.). Zacznę swój wywód od broni do walki wręcz – z „dwuręcznych” ani razu nie korzystałem. Zwyczajnie uważałem je za zbyt wolne w porównaniu z połączeniem miecz+tarcza i dwa miecze. Druga kwestia to łuki – najczęściej korzystałem z drapieżcy (talent dający możliwość sterowania strzałą w locie nie raz pozwolił mi zabić przeciwnika headshotem) oraz wojownika (przydatny na bliski dystans). Aczkolwiek, pozostałe łuki też miały swoje zastosowania (głównie przy dłuższych walkach). Acha, najlepiej mieć zapas punktów UPlay i/lub Helix (o których później) – broń legendarna ma dodatkową statystykę pozwalającą np. leczyć się przy ciosie lub zatruwać wrogów. Broń należy też ulepszać u kowala. Kosztuje to sporo, więc nigdy nie narzekałem na nadmiar gotówki w grze - często też staje się przed dylematem "łuk czy miecz? a może tarczę?". Gorzej, gdy później z przeciwnika trafia nam się lepsza broń i uświadamiamy sobie, że wydaliśmy ciężko zarobioną gotówkę, by zaraz zmienić broń... Życie :). Inna sprawa, że nie jestem do końca przekonany co ulepszamy - zmienia się tylko poziom broni - możliwe, ze chodzi o obrażenia, ale Ubi mógłby ten element dopracować. Wspomniane punkty Helix nabywa się, rzecz jasna, za realne pieniądze (jakżeby inaczej...). Jednakże, sprzęt, który możemy kupić za złotówki można też... dostać z dziennego questa. Tak, jedna z postaci - Reda - daje nam zadanie do wykonania i w zamian otrzymujemy losową nagrodę. Można też kupić u niego skrzynię Heka - za 5000 złota... Kupiłem chyba ze dwie bo się nie opłaca. Ogólnie, z zadań - a robiłem ich sporo - dostałem kilka legendarnych przedmiotów. Oczywiście, należy pamiętać, że przedmioty za Heliksa są odblokowane dla wszystkich naszych przyszłych save'ów, a te z zadań/skrzyń - tylko dla tego, na którym je wykonaliśmy/kupiliśmy. Bayekowi towarzyszy orlica imieniem Senu. Stanowi ona asasyński ekwiwalent sowy ze wspomnianego Far Cry Primal, czyli robi za zwiad powietrzny i warto jej używać gdy tylko to możliwe. Od czasu do czasu, gdy stoimy nieruchomo, Senu ląduje na ręce Bayeka – wówczas możemy ją nakarmić lub pogłaskać klawiszem akcji (domyślnie „E” na klawiaturze) Po wybraniu odpowiednich umiejętności, Senu może nam pomagać w walce – jest to mało przydatne, ale czasami pomaga (chociażby przy polowaniu na jelonki) – oraz pokazywać ścieżki wrogów – ale nie potrzebowałem tego. Niestety, zauważyłem, że niekiedy orlica ma problemy z oznaczaniem wrogów – widzę, że chodzi, ale muszę podlecieć metr bliżej, by go oznaczyła – ale to detal. Drugą ważną postacią, którą rzadko sterujemy, jest żona Bayeka – Aya, która wykonuje dokładnie to samo zadanie, co główny bohater, ale przez całą grę miałem raczej wrażenie, że to my wszystko za nią odwalamy (w sumie od tego jesteśmy, nie? :)). Aya, wyglądem, przypomina mi Evie z Syndicate, więc szybko ją polubiłem. Gorzej, gdy musiałem nią sterować… Ci, co grali w Wiedźmina 3 pamiętają sekwencje, w których sterowało się Ciri. Miała swoje umiejętności, co było okej. Nie inaczej jest z Ayą… tyle, że jej umiejętności to w większości te z drzewka Wróża (chyba – nie da się ich zobaczyć), które kilka akapitów wyżej uznałem za beznadziejne… Miałem zresztą wrażenie, że Asasynka została nieco zrobiona w wielbłąda przez twórców – dali jej liche podwójne miecze, których w żaden sposób nie mogłem zmienić, łuk łowcy i bodajże zatrucie zwłok przeciwnika (!). A najlepsze jest to, że w jednej misji musiałem walczyć z dużym przeciwnikiem – coś, co Bayekowi zajęłoby jakąś minutę, Aya musiała załatwić w jakieś pięć. Dlaczego? Bo nie mogłem się przestawić, że nie ma tych samych skilli, co główny bohater (m.in. Kombinacji przełamującej, która umożliwia dalsze zadawanie obrażeń powalonemu wrogowi). Trzecią bohaterką jest nowa postać wątku współczesnego – Layla Hassan. Miło, że Ubisoft pamiętał o tym, bo zawsze lubiłem te wątki. Mam nadzieję, że ta postać powróci w przyszłej odsłonie. Czaszka nad głową, cza-cza-czaszka nad głową… Na drodze zemsty stają Bayekowi i Ayi rozmaici przeciwnicy – łucznicy, żołnierze z tarczami, wielkoludy z bronią dwuręczną (serio – są więksi od osiłków z Syndicate – niezłe sterydy musieli brać w starożytności) oraz zwierzęta (lwy, pantery, krokodyle, hieny itd.). Te ostatnie są przydatne, gdy trzeba zdobyć materiały do wspomnianego ulepszenia wyposażenia. Kiedy uda nam się, z pomocą Senu, oznaczyć wroga, gra pokazuje jego poziom – tu jest standard: słabsi są „na hita”, silniejsi są niemal niepokonani. Dodatkowo, wzorem Wiedźmina 3 (i WoWa ;)), czaszka zamiast poziomu przeciwnika oznacza „ten jest dla Ciebie zbyt silny - odpuść sobie i przyjdź później” – czyli jest super i czytelnie. Zauważyłem jednak pewien problem z poziomami wrogów – w pewnym momencie fabuły na świecie pojawiają się Łowcy – silni wojownicy wysłani, by zgładzić Bayeka. Jednakże, przy dobrym sprzęcie, wystarczy, że jesteśmy o jeden poziom słabsi od takiego i wygrywamy bez większych problemów (o ile nie zaatakujemy go w środku garnizonu pełnego wrogów, ma się rozumieć). Wracając do „regularnych” wrogów: grałem na easy i zauważyłem, że na tym poziomie strażnicy są strasznie głupi. No serio, taka scenka: podkradłem się pod fort wroga. By nieco sobie ułatwić zabiłem jednego na zewnątrz, ukryłem się w krzakach i wyleciałem Senu na zwiad. Latam, oznaczam wrogów i nagle zauważam, że wokół Bayeka łażą strażnicy szukając mordercy ich kolegi. Dosłownie – chodzili wokół Bayek ukrytego w krzakach i go nie widzieli! Warto jeszcze wspomnieć o głównych bossach. Chciałbym napisać coś pozytywnego o nich, ale niestety – podkradanie się i atak z zaskoczenia to nie byłą domena Pierwszego Asasyna – właściwie tylko jednego „złego” zabijamy w ten sposób – by Bayek mógł stracić palec od ukrytego ostrza… Potem mamy za każdym razem walkę na mini-arenie. Taktyka: odtocz się, zaatakuj, użyj Przełamania, odtocz się działa za każdym razem. No, poza ostatnim bossem – Flawiuszem – przy którym musiałem używać też łuku… Jeszcze słowo o Przełamaniu – nazywałem je szarżą, bo po użyciu tej zdolności bayek biegnie w kierunku wybranego wroga i go atakuje potężnym ciosem. Super. Tyle, że niekiedy Bayek mijał (!!) wybrany przeze mnie cel – choć ten nie ruszył się nawet o krok! Osobną kwestią są Próby Bogów, o których też powinienem wspomnieć. Te są trzy – Sechmet, Anubis oraz Sobek, Pamiętacie Legendarne okręty z Black Flaga? To jesteśmy w domu – z tą różnicą, że Próby pojawiają się co jakiś czas jako Wyzwania społeczności. W zasadzie na easy i po 40 poziomie walka z nimi jest dość prosta – do tego czasu gracz już dawno opanował strzelanie z łuku, Przełamanie i odtaczanie się. Moim zdaniem rozwiązanie jest godne rozwinięcia w kolejnych odsłonach cyklu. Nie widać tego na screenie, ale ten strój płonie! Zresztą, wspomniana „piracka” odsłona serii też znajdzie tutaj swoje miejsce. Chociaż nie - morskie misje Ayi bardziej przypominają te z „trójki” – mały teren, trzy misje i w sumie niewielkie zagrożenie ze strony wrogich okrętów. Aczkolwiek, muszę przyznać, że taki BF/Rogue by mi odpowiadał – łucznicy zamiast dział, katapulta, tarcze do osłony… byłoby super zobaczyć coś takiego w kolejnej odsłonie. Schni… Schna… Schnappi… Rozpisałem się już nieźle, a wciąż nie napisałem o najważniejszym, czyli świecie gry. Muszę przyznać, że bałem się trochę umieszczenia miejsca akcji Asasyna w krainie, w której dominują wioski i pustynia. Niemniej, co muszę przyznać, Ubi poradziło sobie z tym umożliwiając graczowi wspinanie się na półki skalne. Dodatkowo zwiedzimy Aleksandrię i Memfis oraz możemy powspinać się na piramidy oraz sfinksa. Mapa jest naprawdę duża – nie dam głowy, ale chyba największa w historii serii (przynajmniej tak mi się zdawało). Nadto, sama gra obfituje w podziemia w których, niekiedy, znajdziemy zagadkę logiczną z windą i ciężarkami. Tylko raz się zaciąłem przy takim wyzwaniu (okazało się, że źle kombinowałem). Widać też, że twórcy byli mocno dumni ze swojego dzieła. Na tyle, że wprowadzili tryb foto, który pozwala na robienie screenów za pomocą „free-cama”. Jako, że jest co oglądać (szczególnie po wspięciu się na wysoki budynek lub piramidę), bo widoczki bywają naprawdę piękne, możliwość fotografowania jest świetna. Na szczęście Egiptu nie zwiedzamy z „sandała” (no, chyba, że ktoś chce). Bayek może dosiąść konia, wielbłąda, poprowadzić wóz z sianem lub nawet jeździć rydwanem. Jednakże, te dwa ostatnie są mało opłacalne – bo są wolne. Dodatkowo Asasyn z Siwy może kierować łódką (praktycznie taką samą, jak w Wiedźminie 3). Oczywiście, Bayek może zagwizdać na swego wierzchowca (ustawionego w menu ekwipunku). Podobnie jak Płotka, koń/wielbłąd lubi się materializować znikąd – z wyjątkiem fortów, gdzie ta funkcja nie działa… Niestety, radość z poruszania się po tej krainie psuło mi… sterowanie. Najwięcej czasu spędziłem na autorunie – ktoś powie „i co z tego?” – ano to, że Bayek może się nawet wspinać samodzielnie! Skoro już o tym mowa – Bayek nie umie podskakiwać. Nie wiem czemu – skacze normalnie, ale podskoczyć już nie można. Nie można także biegać (ile to razy chciałem pogonić bohatera Shiftem, a zamiast tego go spowalniałem… bo podnosił tarczę!). Ale to mankamenty, do których dość szybko przywykłem. Wracając do świata – miło, że NPCki wreszcie mają swoje życie, zamiast być jedynie „tłem” – wożą towary, uprawiają ziemię, pływają po rzekach… Brakowało mi tego w poprzednich odsłonach i dobrze, że Ubi wreszcie tak zrobiło. Cieszy też wprowadzony tryb dnia i nocy (niby w Syndicate był, ale jakiś taki niedorobiony mi się zawsze wydawał), wraz z możliwością przejścia miedzy dniem i nocą… za pomocą wiedźmińskiej medżajskiej medytacji… Jakby nie można było używać łóżka… Carry on Bayek! Świat gry, wzorem rasowego RPGa, pełny jest zadań pobocznych oraz miejsc do odkrycia. Te ostatnie są zaznaczone na mapie znakami zapytania, więc cały czułem się jakbym biegał po, bo ja wiem, Zerrikanii, a nie Egipcie. Oczywiście, takie miejsca zwykle obfitują we wrogów, a co za tym idzie – możliwości zdobywania expa. Czego tu nie ma – forty pełne żołnierzy, kryjówki bandytów, statki-fortece, zniszczone wioski, świątynie, wspomniane piramidy, jaskinie hien albo lwów to tylko część takich miejsc. Są też, oczywiście, punkty widokowe (hura!) i pomniejsze miasta. Odnośnie zadań pobocznych – cóż, wykonałem ich zaledwie kilka i jakoś nie zapadły mi w pamięć – brakowało mi tej głębi znanej z typowych RPGów (głównie mam tu na myśli Wiedźmina 3, ale nawet zwykłe zadania w Skyrim były pod tym względem lepsze). Jednocześnie zauważyłem, że bardziej opłaca się atakować forty niż wykonywać questy (więcej expa) to cóż – omijałem je bez dalszych rozmyślań. To samo zrobiłem z innymi aktywnościami pobocznymi – arenami gladiatorów oraz wyścigi rydwanów. Te pierwsze były całkiem fajne… przez krótki czas. Z kolei do tych drugich nawet nie podchodziłem – nie przepadam za wyścigami, więc czułem się zwolniony z rozgrywania ich. Za to zawiódł mnie wątek główny – fakt, fabuła jest mroczniejsza niż w poprzedniczkach (dzieciobójstwo, zemsta, śmierć całych wiosek), ale była strasznie krótka – jeszcze się nie rozkręciłem, a ona się skończyła... An Assassin to Remember Podsumowując, najnowsza odsłona serii Assassin’s Creed jest krokiem w dobrą stronę – może Ubisoft we kolejnej części bardziej postawi na elementy RPG? Może rozbudowane dialogi? :). Zanim postawię ocenę muszę przyznać się Wam do jednej rzeczy – niechętnie się do tego przyznaję (ze względu na ogólną tendencję), ale mimo wszystkich powyższych ochów i achów… lepiej bawiłem się przy Syndicate (któremu ostatecznie zwiększyłem nieco ocenę do 4,5/6). Niemniej, najnowsza część zasługuje, moim zdaniem, na szkolną ocenę 5/6. Oby tak dalej!

MajinYoda

MajinYoda

 

Krótko, lecz głupio

Dzisiejszy MSM jest dosyć krótki – ale pełny wszelkiej maści „mądrości”, więc nikt nie powinien czuć się zawiedziony :P. Tym razem wybrałem książkę pt. „Przestępczość nieletnich – teoria i praktyka” pod red. Sylwii Ćmiel z 2012, a konkretniej artykuł autorstwa prof. Andrzeja Bałandynowicza zatytułowany „Agresja i przemoc w cyberprzestrzeni a przestępczość dzieci i młodzieży”. Co ciekawe, kolejny artykuł z tej książki jest pod względem niektórych treści bardzo podobny. Może kiedyś znajdę siłę, by i jego skomentować? Gotowi?  Na początek kilka fragmentów o telewizji: Ja tu od razu pomyślałem o Królu Lwie, nie wiem jak Wy :P. Eee… a kto dziecku pozwala oglądać horrory? Kto uważa je za filmy dla dzieci? I czym są bajki science fiction? Co do roli wychowawczej Autor ma ciut rację, choć, nie wiem czy zauważył, że Król Lew jest miejscami dość brutalny (choćby sam finał).
  „Często z włoskim dubbingiem”? Autor zatrzymał się na etapie Polonii 1! (BTW - kto oglądał Yattamanów, Gigi, Daimosa i W królestwie kalendarza ręka w górę :P) Nie przypominam też sobie takich scen w Pszczółce Mai czy Muminkach (no, w Smerfach bywało z tym różnie :P). Okeeej… nie wiem kto szuka intelektualnej rozrywki w Pile albo Sin City… Ktoś taki istnieje? Dobra, czas na gry: Ręce mi opadły przy tym fragmencie… Oczywiście, w każdej grze można się doszukiwać elementów „agresywnych” (tak, nawet w PONGu – przecież tam piłeczka obrywa :P), ale serio – strategie ekonomiczne? Chociaż, fakt, zawsze po rozgrywce w Cities Skylines mam ochotę komuś przywalić :P. A Wy nie? To konsole są… programami telewizyjnymi? A może chodziło o takie „gry-programy TV” jak Hugo? To ma sens… ale wymyka się powyższemu opisowi. Inna sprawa, że: Ja mam bardzo proste rozwiązanie! Gra komputerowa – szeroko pojmowany program komputerowy mający za zadanie dać użytkownikowi rozrywkę (i czasem, opcjonalnie, czegoś nauczyć), wymaga komputera, konsoli lub podobnego sprzętu; Program telewizyjny – szerokie pojęcie obejmujące wszelkie telewizyjny produkcje audiowizualne, skierowane do różnych odbiorców; Program edukacyjny: 1. telewizyjny program o charakterze edukacyjnym, którego odbiorcami są zwykle dzieci i młodzież w wieku szkolnym; 2. program komputerowy mający na celu uczenie użytkownika różnych przydatnych w życiu czynności (poprawne pisanie, gramatyka, matematyka itd.);. To nie było takie trudne, prawda? Nigdy tego nie zrozumiem – dlaczego spychologia zakłada, że gracz „uczy się” zachowań od bohaterów gier? Jakie są na to dowody naukowe? (poza, oczywiście „tak mi się wydaje”) Rzecz jasna rozumiem, że np. siedmiolatek może wierzyć, że jak założy strój Supermana to będzie latał – ale to nie jest w żadnym stopniu wina gier, filmów czy seriali, a nieodpowiedzialnych rodziców, którzy nie potrafią wytłumaczyć swojej latorośli czym się różni prawda od fikcji – a jedynie zostawiają pociechę przed ekranem, by nie przeszkadzała i siedziała cicho. Ale, standardowo, lepiej „zepchnąć” odpowiedzialność na kogoś innego, prawda? Oczywiście – przecież takie Simsy nagradzają mordowanie ludzików, w Cities: Skylines niszczymy miasta, a co się dzieje w arcybrutalnym RollerCoaster Tycoonie to nawet nie wspomnę :P. Dobrze czytacie – 2012 i życia w grach (który już raz piszę te słowa?). Nie dziwi mnie brak przypisu – bo Autor musiał to od kogoś spisać. Nie wiem, czy Autor to zauważył, ale „wirtualna śmierć” jest… wirtualna. Dokładnie taka sama jak w filmach, książkach, komiksach, teatrze… Taa, bo przecież żołnierze podczas wojny otrzymują medale za unikanie przemocy… a tak, zapomniałem – wojny to wina gier komputerowych :/. Przytoczyłem niemal cały fragment, bo 1. nie mam pojęcia jak się ma do tematu gier komputerowych, 2. nie wiem jak Autorka wyliczyła „liczbę obelg” w internecie i rzeczywistości, 3. czy bronienie swojego zdania (nawet najbardziej durnego) jest czymś złym? To chyba lepsze, niż bycie „chorągiewką”, 4. o emotikonach Autorka nigdy nie słyszała?, 5. w kontakcie twarzą w twarz równie dobrze mogłoby się skończyć na obiciu owych twarzy przez interlokutorów – zależy od ich poziomu, oczywiście (przecież kibole się nie tłuką między sobą tylko ze względu na inne barwy szalików, nie? A nie – to przecież też wina gier :(), 6. ostatnie zdanie jest mądre :). I na tym zakończę dzisiejszy wpis :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Handluj z tym

Wpis z zeszłego tygodnia był, w zasadzie, wprowadzeniem do tematu dzisiejszych moich rozważań – rozmaitych handlarzy w grach komputerowych (głównie RPG-ach) :). Chyba nie ma co tu dużo tłumaczyć – NPC-ki zajmujące się handlem pełnią w zasadzie tylko jedną funkcję: mają skupować nasze graty (ewentualnie zagrać z Geraltem w gwinta). No, z rzadka coś nam sprzedadzą – głównie jednak Bohater kupuje od nich dwa-trzy rodzaje towarów: 1. składniki, których nie chce mu się szukać a są niezbędne do wytworzenia mikstury/zbroi/miecza/czegokolwiek innego, 2. amunicja oraz 3. unikatowe przedmioty sprzedawane tylko przez danego handlarza. Najgorzej więc mają ci handlarze, którzy nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Serio – kto z Was kiedykolwiek kupił coś np. od Carlotty w Skyrim? No właśnie. Taka sama sytuacja jest ze sprzedawcami w ogrywanym właśnie przeze mnie Assassin’s Creed Origins (recenzja niebawem ;)) – ulepszam u nich sprzęt (bo muszę…), ale żeby kupić od nich jakieś badziewie? Jeszcze czego! Ale, żeby było zabawniej - zwykle te postacie strasznie windują swoje ceny! Pamiętacie kurtkę z pierwszego Wiedźmina? Komuś udało się na nią zebrać? (bez kodów) Bo mi nie… Choć to tylko wierzchołek góry lodowej – ile to razy przez przypadek kupiłem nie tę rzecz, którą chciałem – za grubą forsę, oczywiście. Odsprzedać mu? Jasne, ale za ułamek ceny. Dobrze, że teraz twórcy zaczęli stosować „stoły wymiany”, problem przynajmniej zniknął :). Dodatkowo - choć często płacą Bohaterowi część wartości danego przedmiotu, a zakładam, że później odsprzedają go z zyskiem, to zawsze mają tyle samo pieniędzy później. Ba, nawet zwykle rzeczy, które później sprzedają nie są jakieś lepsze - ergo: nie inwestują w swój sklep, co jest wyjątkowo dziwne... Zawsze mnie także dziwiło, że oni kupią wszystko! Starą kapustę, tonę jabłek, zardzewiałe miecze, prastare zwoje, książki, narkotyki, Mroczne Ostrze Służące do Krwawych Rytuałów (+12) - wszystko! Pytanie tylko – co oni robią z tymi gratami? Rozumiem, gdy sprzedamy kowalowi Prosty Stalowy Miecz (+1) to on go, zapewne, przetopi albo sprzeda dalej. Ale co jeśli takie miecz sprzedamy – bo ja wiem – sprzedawcy warzyw z Khorinis? „Kupujcie świeże jabłka, kapustę! Na stanie mam też dwadzieścia sztyletów, trzy miecze, jeden orkowy topór, trzydzieści trzy mikstury…” – brzmi dziwnie, nie? Napisałem w poprzednim akapicie "wszystko"... jak pokazują Oblivion i Skyrim kupcy mają wbudowany detektor kradzionych rzeczy. Skąd to wiedzą? Ot, zagadka... Swoją drogą – grając w Fallout 4 naszło mnie coś jeszcze – a co jeśli oni tę całą broń, którą im czasem sprzedaję, później „opychają” bandytom? Czy ta maczeta, którą sprzedałem za 5 kapsli, nie posłuży do napadnięcia na jakiegoś bezbronnego Syntha? Albo, co gorsza, do napadnięcia MNIE? W sumie – to byłaby ciekawa mechanika w RPG-ach – gdy Bohater stworzy Mój Pierwszy Sztylet (-3) i po 2 poziomach go sprzeda to za kilka-kilkanaście dni napadnie go bandyta dzierżący ową broń? Co o tym sądzicie?  Oczywiście, handlarze niekiedy sami coś wytwarzają… choć, w sumie, nie wiem do końca co  - weźmy za przykład kowala z Riverwood (Skyrim, jakby ktoś pytał :P): całymi dniami niby coś kuje, a efektu nie ma. Co gorsza – facet ewidentnie jest do niczego – podczas, gdy Dragonborn umie już wykuwać smocze zbroje, ten „kowal z wieloletnim stażem, doświadczeniem i własną kuźnią” umie jedynie wykonać jakieś elfickie czy stalowe barachło. Więc i tu Bohater nie ma co kupić. Wyjątkiem jest tu chyba tylko Wiedźmin 3, ale to i tak tylko dlatego, że Geralt sam nic nie wykuje – więc musi mieć jakiegoś typka od kucia ;). A Wy co sądzicie o handlarzach w grach?  Do zobaczenia za tydzień! PS. Dziękuję @Arturzyn i @Tesu za zagłosowanie na mnie w tegorocznych Smugglerkach :). (edit2019 - tj. tych z zeszłego roku ).

MajinYoda

MajinYoda

 

Gra w klasy

Na tym blogu pisałem już m.in. o płciach przy tworzeniu postaci w RPG, więc dzisiaj poruszę inny temat, który mnie trapi przy tego typu produkcjach – klasy. Myślę, że fani RPG-ów mnie zrozumieją ;). Te, jak wiadomo, dzielą się z grubsza na trzy typy: ciężko opancerzonego wojownika, średniozbrojnego łotrzyka/łucznika oraz odzianego w szmaty [skreślić] szaty maga/kapłana. Pojawiają się, oczywiście, wariancje na ich temat, ale taki podział zawsze się pojawia. Nie będę ich po kolei omawiał, bo chyba nie ma to sensu na Forum czasopisma o grach komputerowych, prawda :)? Zajmę się czymś zupełnie innym – marudzeniem na nie ;P. Wiecie, że to lubię :). Ściślej pisząc, będę marudził na klasy, które wybieram praktycznie zawsze – mianowicie wszelkie „dystansowe”. W każdym (MMO)RPG-u mój wybór (o ile takowy istnieje, rzecz jasna) pada na jakiegoś łucznika lub maga. Dlaczego? Ponieważ wolę trzymać się na dystans od wrogów, a tylko takie klasy dają mi taką możliwość. I tak, w Dragon Age Inkwizycji na trzy klasy, którymi ukończyłem grę dwie były łuczniczkami (elfka i człowiek), a jedna - maginią (człowiek). Oczywiście, próbowałem grać wojownikiem, ale z miernym skutkiem, bo po dłuższej chwili przełączałem się na „dystansowego” członka drużyny. Nigdy też nie testowałem łotrzyka-złodzieja, bo skradać się też nie lubię ;). Z kolei w takim WoWie moim mainem jest BM Hunter (co ciekawe – mężczyzna), a altami Druid Balance, Shadow Priest i Arcane Mage - czyli żadnej klasy melee, choć próbowałem nimi grać… (przyznać tu jednak muszę, że Demon Hunter mnie nieco przekonał :)). O ile jednak w takich grach nie ma problemu z moim wyborem (choć w Inkwizycji uzbrojenia dla łuczników jak na lekarstwo…), tak w innych grach aspekt walki na dystans… powiedzmy,  że jest bardzo marny. Pomijam tu, oczywiście, Wiedźmina 3, gdzie kusza została dorzucona lekko na siłę – choć ma swoje zastosowania :). Chodzi mi o gry typu Skyrim, gdzie łuki jest dosyć słabą drogą – przynajmniej moim zdaniem. Ot, wystrzelę w przeciwnika grad strzał, a on nadal idzie. Zrozumiałbym, gdyby był w zbroi – ale odziany w jakieś skóry? W dodatku z czterema-pięcioma strzałami w głowie? Albo w kolanie. No bez przesady. Rzecz jasna, inne gry są pod tym względem bardziej zbalansowane. W takim Gothic 3 świetnie walczyło mi się na dystans – z silniejszymi łukami żaden podrzędny ork nie był straszny. Podobnie było, oczywiście, w „jedynce” i „dwójce” – choć akurat w G2 wolałem grać Magiem Ognia. Czyli też dystansowcem.   Niemniej jednak za każdym razem czułem się jakoś… hmmm… olewany, gdy grałem łucznikiem lub magiem. Nie mówię tu już nawet o sile ognia czy konieczności krycia się za wojownikami (bo to oczywistość), lecz o sprzęcie. W Inkwizycji za każdym razem marudziłem na fakt, że łuk ma tylko jedno miejsce na ulepszenie, gdy pozostałe miały po dwa. Również nowy sprzęt jakby rzadziej mi się trafiał, więc dochodziło do sytuacji, gdy spośród wszystkich moich towarzyszy – tych w drużynie i tych poza nią – łotrzyki (w tym ja) mieli najsłabszy sprzęt…   Dobra, pomarudziłem, ale tak mi się jakoś dzisiaj zebrało :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Merry Christmas (reupload)

Już za (nieco ponad) tydzień Święta... Jako dziecko zawsze lubiłem koniec roku. Śnieg, Wigilia, spotkanie z rodziną... Nawet Kevina oglądałem. Lubiłem także, jadąc przez miasto, patrzeć na palące się świecące choinki w centrum Lublina, gdy wracałem z Wigilii u mojej (już świętej pamięci) Babci... Szkoda, że wszystko tak zmarniało (a może to ja się zestarzałem?). Parafrazując Hansa Klossa: „W zeszłym roku padał śnieg. Deszcz ze śniegiem”. Pominę jednak kwestię pogody – na nią wpływu nikt nie ma. Ale skoro już wspomniałem o telewizji to nią się zajmę. W końcu po spotkaniu z rodziną chce się trochę innej „rozrywki”. Od lat w Święta „Telewizja ze Słoneczkiem” obowiązkowo wyświetla cztery filmy – dwa Keviny oraz dwa pierwsze Die Hardy. Pozostałe stacje też nie lepsze: „Niespotykanie spokojny człowiek”, „To właśnie miłość” i inne świąteczne filmy, które na pamięć zna już tak ze trzy czwarte populacji. Nie mówię, że są złe, ale może czas na jakąś innowację? Chociaż, przy obecnym stanie naszej kinematografii, chyba wolałbym tego nie oglądać… (vide co roku nowe „Listy do M” z udziałem moich „ulubionych” aktorów (czyt. tych, co pojawiają się w każdym polskim filmie/serialu od jakiś 10 lat)). Zresztą, większość emitowanych w Święta filmów to produkcje zagraniczne. Oznacza to, że są kompletnie (lub chociaż częściowo) wyprane z prawdziwego powodu tych Świąt - narodzin Zbawiciela. Może nigdy nie byłem jakoś bardzo pobożny, ale nie mogę zdzierżyć amerykanizacji i, z braku lepszego określenia, laicyzacji Bożego Narodzenia. Doszło już nawet do tego, że zamiast „Merry Christmas” mamy „Merry X-mas”. Co ciekawe, mój Word podkreśla „Christmas”, a „X-mas” - nie. Ciekawe dlaczego… Niestety, u podstaw tego trendu leży infantylizacja Bożego Narodzenia - Dzieciątko w żłóbku ze zwierzątkami. Myślę, że ludziom znudziła się już ta tradycyjna (Kościelna) wizja Świąt. Stąd zapewne taka fascynacja amerykańskim stylem świętowania. Mnie to jednak nie przekonuje. Cóż, pomarudziłem sobie (nie pierwszy raz na tym blogu ). Na zakończenie dodam tylko - dobrze, że przynajmniej mogę się zrelaksować przy grach, nie oglądając po raz n-ty wspomnianych filmów. A właśnie – znacie jakieś dobre produkcje (najlepiej darmowe ;)) albo mody (najlepiej do Fallout 4 :P) w tych klimatach?  Na zakończenie pozostało mi tylko życzyć Wam (w chrześcijańskim stylu) Wesołych i Rodzinnych (i pełnych gier? ;)) Świąt Bożego Narodzenia, udanego Sylwestra oraz Szczęśliwego 2018 Roku! Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia ;).   PS. W tym roku zrezygnowałem z ankiety… poza tą na początku, oczywiście :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupio i mądrze 2

Kontynuacja wpisu sprzed tygodnia. Gotowi? Czemu wśród dzieci i młodzieży? Jakieś, bo ja wiem, statystyki? No, Autor chyba zapomniał, że artykułów naukowych nie pisze się na bazie „doniesień” i „widzimisię”. A tu mamy z kolei przykład dlaczego warto przeczytać swój tekst PRZED drukiem :). choć ja tam się nie powinienem odzywać, skoro we własnej magisterce (przez wordowską autokorektę – choć powinienem był to sprawdzić, przyznaję) zmieniłem nazwisko 9kier z Pogiernicka na Powiernicka… (na szczęście tylko w jednym miejscu ;)) O nie… a jak ktoś go spędza przy filmach lub książkach to też jest źle?  CO?? O czym Autor teraz pisze – skąd tu nagle się wzięło uzależnienie? W dodatku – czy w takim razie nie da się uzależnić od np. gier logicznych? A co z uzależnieniem od pasjansa – nie ma czegoś takiego? Hmmm… 
  Wziąłem cały fragment, bo po pocięciu straciłby swój sens i urok. Co do jego samego – już kiedyś w którymś komentarzu pisałem, że to dla mnie bardzo dziwne – dlaczego miarą uzależnienia jest to, ze myślę o dalszych etapach albo obmyślam strategię? Czyli co – jak myślę o książce, którą właśnie czytam (np. co się stanie z głównym bohaterem, kto jest mordercą itp.) to jestem uzależniony od książek? A jak zastanawiałem się jak pokonać znajomego w szachy to jestem uzależniony od szachów? No już nie dajmy się zwariować… Bo, w sumie, czytając ten artykuł (a musicie wiedzieć, że nigdy nie piszę msm-a w jeden dzień – zwykle zajmuje mi to nawet kilka dni) też myślałem – co będzie dalej? Czyżbym uzależnił się od artykułów naukowych?  Tu akurat, poza ogólnym wydźwiękiem, nie ma nic przesadnie głupiego – ot, dywagacje na temat gier i wirtualnych postaci i ich moralności… No tak, bo ludzie, którzy nie grają, najchętniej identyfikują się z przegranym, brzydkim i słabym bohaterem dowolnego filmu/książki… Tak przecież są przedstawiani celebryci, nie? Patrz wyżej. Eee… nie bardzo rozkminiam jak się to ma do poprzedniego fragmentu… Ktoś mi pomoże? Bo, jeśli dobrze to rozumiem – jeżeli identyfikuję się z „potężnym i nieśmiertelnym” bohaterem to w przyszłości będę zabijał. Z kolei – jeśli będę się identyfikował ze słabeuszem to sam będę „przegrywem”… To z kim mam się identyfikować, by nie oberwać z którejś strony? Chwila, chwila! Ten tekst coś mi przypomina.. Może następny fragment coś rozjaśni? Ha, już wiem – to przecież kopiuj-wklej-przerób z książki z tego wpisu! I to zerżnięte bez jakiegokolwiek przypisu! Wstydź się Autorze za plagiat! (choć w świecie spychologów takie pojęcie nie istnieje :P) „Wielu” – jak ja lubię ten wyraz (w końcu to jedna z trollowych liczb :P), ale coś innego przykuło moją uwagę – z powyższego fragmentu jasno wynika, że wszyscy gracze potrzebują „niezwykłych doznań”. Teraz pytanie – co Autor miał na myśli? Skoki na bungee bez zabezpieczeń? Nurkowanie w stroju zrobionym ze świeżego mięsa w wodzie pełnej rekinów? Wchodzenie na sektor Legii z szalikiem Polonii? Może macie jeszcze jakieś inne propozycje?  Autor chyba nigdy nie widział Risena i podobnych produkcji :P.
  W sensie Autor oddziela PC-ty od konsol? Czy miał na myśli filmy? Bo trochę to dziwnie brzmi… Za to muszę przyznać, że przynajmniej nie pisze o DOOMie i Quake – zawsze coś :). Nooo, ja bym się spierał. Rozumiem, że w takim GTA V czy innym Wiedźminie 3 postacie wyglądają dość realistycznie (o ile przymknie się z jedno oko…), ale aż tak bym nie przesadzał – do full realizmu jeszcze nam daleko. Przy okazji – w kwestii formalnej – kto widział dźwięk w grze?  Ci graficy naprawdę są świetni :D. Ale… to przecież nie jest jakaś super-nowość… Ja wiem, że AI rozwinęło się dość znacznie na przestrzeni tylu lat, ale przecież już duszki w Pac-Manie miały swoje… nazwijmy to – osobowości. Nie wspominając już nawet, że sterowana przez komputer paletka w Pongu też się sama nie poruszała :). Może Autor ma na myśli skrypty? Sam nie wiem... Ktoś-coś? Ale Autor zdaje sobie sprawę, że ta „miłość” nie jest odczuwana przez NPCka, lecz działa na zasadzie algorytmu? Wiecie – „dialogi prefabrykowane – Lydia Cię nie kocha” ;). Czas na zakończenie, dzięki któremu mogłem dopisać do obu postów o tym artykule tag MoG z czystym sumieniem: Wreszcie! Doczekałem się! Otwieram szampana – nie czekam do Sylwestra :D. No, entuzjazm mi nieco opadł, ale co tam – Autor ostatecznie tylko przytacza zdanie innych naukowców. I kolejne mądre zdanie! Szkoda, ze nastąpiło po całej serii bzdur, ale zawsze… chociaż… Czy ktoś rozumie ten akapit, ostatni w omawianym artykule? O jakiej znajomości pisze Autor? Cóż, zakładam, że chodzi o znajomość tematu gier, ale pewności nie mam…   Niemniej - na tym kończę przygodę z tym artykułem. Do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupio i mądrze cz. 1

Było trochę przerwy od artykułów naukowych, czas więc jakiś wrzucić. Tym razem jest on dwuczęściowy i dotyczy artykułu pochodzącego z omawianej już tu dwa razy książki (pierwszy raz tu). Przed Wami „Fenomen zabijania w grach komputerowych” autorstwa Damiana Kołomyjskiego (2013). Jest to tekst, przyznam, dość nierówny, dlatego obok tagu MSM widnieje MoG – zwyczajnie trochę ponad pół tekstu to bzdury a drugie "mniejsze pół" (:P) – całkiem sensowne treści. Jednakże, ze względu na ilość wartych odnotowania treści musiałem omawiany artykuł podzielić na dwa posty. Drugi będzie, tradycyjnie, za tydzień :). UWAGA - produkt może zawierać czepialstwo :P. Jesteście gotowi? Pierwszy akapit i już jest ciekawie – o ile z pierwszą częścią trudno polemizować (choć Autor nie podaje o jakich „ekspertów” chodzi), tak druga... Cóż - jestem ciekaw jakie "skutki destruktywne" Autor miał na myśli. Pogarszający się wzrok? "Alienacja"? Toż te zjawiska są znane już od baardzo dawna. Aczkolwiek to tylko moje dywagacje ;). Wróćmy jednak to tekstu: Nie bardzo rozumiem ten fragment – co lub kto uczy podstawowych funkcji (jak rozumiem – komputera)? Chyba Autorowi wcięło kawałek tekstu… Odrobinę nie rozumiem co jest złego w "stopniowaniu" gier dla dzieci? Przecież o ile taki 6-7 letni dzieciak może układać jakieś wzorki, uczyć się literek i cyferek, tak już taki 9-10 raczej będzie potrzebował czegoś ciekawszego (i nie mam tu na myśli SoFa, w którego grałem mając jakieś 10 lat..). I co złego (bo taki jest, w sumie, wydźwięk tego fragmentu) jest w zmuszaniu młodego człowieka do planowania (nie tylko) w grach? Yyyy… nie? No, chyba że Autor ma jakieś badania potwierdzające ten fakt. Ponadto, przemoc w grach samych w sobie (tj. przez npc-ki, które, technicznie na to patrząc, stanowią wirtualne społeczeństwo) jest często piętnowana (Autor chyba nigdy nie walczył ze strażą w Oblivionie/Skyrimie/Gothic 2 albo policją w GTA czy Mafii – a przecież jest to „wewnątrz-growy” rodzaj piętnowania przez społeczeństwo, nie?). Powinienem się przy tym odwołać do filmów, w których też pojawia się przemoc - ale to by już było powtórzone n-ty raz :P. A jakby uciekali w świat książek to byłoby wszystko okej, tak? Bo powyższy fragment, po drobnych modyfikacjach, można przerobić, by piętnował literaturę (mam niejasne wrażenie, że już kiedyś o tym pisałem…). To do cyberświata przenosi się Rzesza? Chyba Autor nieumiejętnie postawił przecinki… To straszne! To niedopuszczalne! TO HEREZJA! Ciekawe czy Google Earth/Maps oraz wszelkiej maści programy i książki podróżnicze też tak działają? Wzmocnienia? W sensie enchanty?  I co jest złego w wirtualnej możliwości zrobienia czegoś, czego nigdy nie dokona się w rzeczywistości? O ile, oczywiście, jakiemuś czubkowi nie pomyli się fikcja z prawdą – choć chętnie bym zobaczył jak ktoś wykuwa miecz jak w Skyrim lub WoWie :P. No, nie wiem… Raczej wolę żyć w prawdziwym świecie, niż w Commonwealth AD 2287… - no, chyba, że ktoś mieszka w Detroit to faktycznie - postapokaliptyczny świat Fallouta może wydawać mu się lepszą perspektywą :P. Ludzie czytający namiętnie książki lub oglądający filmy… czytający komiksy… chodzący do teatru... melomani… (wstaw cokolwiek) też raczej nie odczuwają znudzenia (choć, w sumie, może nie do końca dobrze zrozumiałem "co Autor miał na myśli"...). Ale przynajmniej dano graczom jakąś zaletę, więc nie mam co narzekać :). Za pierwsze zdanie w tym fragmencie chętnie bym Autorowi podał rękę. Serio. Z drugim jest już nieco gorzej - choćby użycie "słowa-wytrychu" czy "kojarzenie" - powiedzcie mi - czy naprawdę rozmaitym spychologom trudno zrozumieć, że ludzie nie są tacy sami? Że są jednostki, które mogą grać tygodniami w np. Postala i nigdy nie skrzywdzą nawet karpia na Wigilię, a są też tacy, którzy naoglądają się My Little Pony i pójdą mordować? Przy czym w tym drugim przypadku spycholog, oczywiście, "zapomni", że morderca miał depresję, gnębili go w domu/szkole/pracy oraz pracował w sklepie z bronią/chodził na strzelnicę/polowania... Tym razem naprawdę bym uścisnął rękę Autorowi. Wreszcie ktoś, kto dostrzega istnienie istot zwanych "rodzicami". Z kolei za te słowa dałbym mu kopa w d### - od kogo to Autor spisał (dodatkowe życia – serio?!)? A co do reszty tego fragmentu - owszem, gracze nie ratują świata "prawdziwego" - ratują nieistniejący świat, wirtualny. Tak jak James Bond, Superman, Goku i im podobni - też nie ratują prawdziwego świata... choć może niektórzy młodzi widzowie tak myślą? No to mamy dużo rzeczy do zakazania :). Eee… odczłowieczenie? Przecież ci „konkurenci” nie są ludźmi! To tylko zlepki wielokątów! Halo! Ej – dlaczego przemoc skierowana w złych ludzi (bandytów, morderców itp.) jest zła, a zabijanie mutantów, potworów i zombie – uzasadnione? Chyba czas założyć Ruch Zapewniający Emancypację Stworzeń Zupełnie Antropomorfizowanych* i przenieść go do cyberświata :D! To zdanie… nie wiem nawet jak je skomentować. Czym jest wspomniany „humorystyczny sposób” zabijania? Czy chodzi o coś w stylu „Toma i Jerry’ego”? Ale oni się tam nie zabijają… Może Mario skaczący po głowach Koopach? Hmm… nawet sensowne. Ale to oznacza, że jakieś 80% dorosłych graczy ma zahamowaną empatię! I to w 360 stopniach! Motyla noga - mamy pojechane ! Można też wcielić się w kierowcę rajdowego, rolnika, strażaka lub piłkarza. Ale o tym przecież nie warto pisać w artykule naukowym... A, przypisu odwołującego się do takich badań – brak, rzecz jasna . W sumie to te procentowe ilości brutalnych gier na rynku są jakieś dziwne, nie sądzicie? W każdym artykule pojawia się inna ich liczba i praktycznie nigdy nie ma informacji skąd te dane pochodzą... Mam na ten temat pewną myśl - może ci wszyscy spychologowie biorą tarczę do rzutek, zapisują procenty od 80 wzwyż i "wybierają"? Myślicie, że tak jest?  Tu akurat Autor napisał coś, w sumie, mądrego – ot. opisał co się dzieje w popularnym (ciekawe tylko - jak bardzo?) gatunku gier. I tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Zapraszam za tydzień na drugą część ;).   *Swoje pomysły na nazwę zamieśćcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Patriotycznie

Jak wiecie, dziś jest Święto Niepodległości, więc uznałem, że przydałby się jakiś motyw związany z naszym pięknym krajem. Po dłuższej chwili zastanowienia (czasem muszę rozgrzać mózg :P) postawiłem na rzecz prostą – Polska, Polacy (i osoby polskiego pochodzenia) i inne „występy” do naszego kraju w nie-polskich grach (bo w polskich to żadna sztuka ;)). Zadaję sobie sprawę, że nie dałem rady wypisać wszystkich, więc jeśli coś pominąłem (a na pewno to zrobiłem…) to dajcie znać w komentarzu :). Seria Assassin’s Creed: - Pamiętna mapka z „Brotherhood” :P; - jedno z DLC do tejże części skupia się na Mikołaju Koperniku; Seria Civilization: - Polska jest grywalną frakcją w DLC do „piątki” i „szóstki”; - Król Kazimierz Wielki jest przywódcą Polski w „piątce”; - Królowa Jadwiga jest przywódcą Polski w „szóstce”; Codename: Panzers – Faza pierwsza: - Polska pojawia się na początku kampanii niemieckiej, gdy przedstawione są początki II Wojny Światowej (na marginesie - kto pamięta aferę z tym związaną? :)); Seria Deus Ex: - Leo Jankowski z Deus Eksa: Invisible War (by @DJUDEK); Fallout 4: - Curie – jedna z postaci, jej imię jest, prawdopodobnie, nawiązaniem do Marii Skłodowskiej-Curie; Seria GTA: - Ray Machowski – postać pojawiająca się w GTA III; - Ron Jakowski – postać z GTA V/GTAO, „znajomy” Trevora; - Ralph Ostrowski – postać z GTA V, jeden z przestępców, których Trevor ma aresztować/zabić; - Eddie Pulaski – postać z GTA: San Andreas, policyjny partner Franka Tenpenny’ego; - Krystyna z Polski – jedna ze słuchaczek Radia Vladivostok FM z GTA IV; - Niektóre kobiety w Hove Beach mówią po polsku (na jedną z nich wpadłem biegnąc – za co skarciła mnie słowami: „Co ty, głupi jesteś?” :)); - Spadochron w barwach Polski [screen] pojawia się w GTA V; - Istnieje możliwość umieszczenia polskiej flagi na jachcie w GTAO; Mafia: - Mike Bruski – postać z Mafii 2, pracuje na złomowisku, jedna z pierwszych postaci, którą przedstawia nam Joe; Seria Wolfenstein: - B.J. Blazkowicz – główny bohater serii; - część akcji Wolfensteina TNO toczy się na terenach dzisiejszej Polski (by @DJUDEK); Seria Total War: - Polska jest grywalną frakcją w częściach Medieval II i Empire; - Wizerunek Świętego Jana Pawła II pojawia się przy informacjach dotyczących Watykanu w Medieval II.   Uff... mam nadzieję, że przynajmniej liznąłem ilość nawiązań do naszej Ojczyzny - dajcie znać w komentarzach ;). I do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

The best of MSM II

Kolejny artykuł, który w zasadzie jest wyłącznie zbiorem tekstów innych autorów. I to takim najgorszym możliwym, bo pisanym pod tezę (czyli nic nowego ;)). Jednakże, ten znalazłem nie w książce, a w Sieci – na stronie Muzeum Historii Polski (O.O) – tradycyjnie, link znajduje się na końcu. Przejdźmy do rzeczy: Zygmunt Płoszyński „Agresja gier komputerowych” (2012). Oczywiście, Autor nie wziął pod uwagę RPG-ów, gdzie (zwykle) jak najpierw kogoś zastrzelimy to nie poznamy np. lokalizacji skarbu albo później okaże się, że nie otrzymamy questa. Ale przecież wszystkie gry to shootery (gatunki też będą, nie martwcie się). Czy to oznacza, że Al Pacino w czasie roli Tony’ego Montany rzeczywiście wciągał tyle koksu? Nieźle… No, ostatnio jak się wkurzyłem na tłok w autobusie to wyrzuciłem z niego wszystkich przy pomocy Fus-Ro-Dah (szczęśliwie dla nich – na przystanku)! I od razu zrobiło się luźniej :). Polecam ;). Nie znam się na tym, więc zapytam Was – czym jest „plastyczny trójwymiarowy obraz”? I dlaczego Autor wziął ten tekst z książki z 2000 roku – nowszych nie było? I czy gry mają w takim razie lepszą czy gorszą jakość grafiki od filmów cyfrowych albo kinowych? Czemu Autor nadal siedzi w erze wideo? Odpowiedzi brak :(. Nie wiem kogo Autor ma na myśli, skoro kolejne zdania brzmią tak: Skoro stworzył znaną i (w swoim czasie) całkiem dużą firmę to chyba jednak doczekał się jakiegoś miejsca? Dodatkowo – przecież w np. 2009 roku Bushnell otrzymał nagrodę za „bycie ojcem gier” od British Academy of Film and Theatre! Dodatkowo - mogę się założyć (jak każdy gentelman – o grosza ;)), że Autor nie wie, że przed PONGiem też istniały gry… Eeeee... coś jest mocno „nie halo” z tym podziałem. Czemu kolejny (pseudo)naukowiec tworzy jakieś własne bzdury zamiast, bo ja wiem, zajrzeć do prasy branżowej/internetu? Szczęśliwie (?) Autor rozwija swoją myśl: Okej, nie mam się czego przyczepić… no dobra – mam: chyba w każdej grze jest jakaś sytuacja wyjściowa. Tak samo jak w filmach, serialach, książkach itd. W końcu to wszystko musi się od czegoś zacząć, nie?  Jaki przypadek? Może chodzi o dopełniacz? I dlaczego gracz może wpływać na końcowy wynik tylko w pewnym stopniu? Przecież te gry polegały (i polegają) właśnie na… zdobywaniu jak najlepszego rezultatu! Ale o tym Autorowi nikt chyba nie napisał, bo ten tekst pochodzi z publikacji z 2001 roku. Co oznacza, że Autor wciąż siedzi w czasach automatów (czy raczej – ich schyłku), nie mając o tym pojęcia. Ten fragment jest długi, ale nie potrafiłem go podzielić – straciłby swój urok. O ile przy bijatykach jeszcze mógłby przyjąć to, co napisał Autor, tak opis gier „bij-zabij” (które chyba są FPS-ami, ale Czort Święty Izydor z Sewilli wie) mnie mocno rozbawił. Serio – „małpią zręczność?” Autor miał chyba wyjątkowo kreatywny dzień (choć to też nie są jego słowa – pochodzą z… 1999 roku!). W dodatku ze zdania wynika, ze bohater gry to „tylko” ręka i broń. Ciekawe, ciekawe…
  Zajmijmy się ostatnim zdaniem – czy ktoś ma jakiś pomysł co Autor rozumiał pod pojęciem „poszukiwacz przygód”? O ile pasuje to do RPGów, tak trudno tak nazwać np. Nico Bellica. No trudno, żeby osiągnąć pełną symulację. Autor myśli, że przejście np. Euro Track Simulator na kierownicy mogłoby dawać uprawnienia do jeżdżenia TIRem? Nie, nie tak to działa (a szkoda ;)).
  Okej, tu Autor chwali. To dobrze. Szkoda tylko, że całkowicie odleciał z gatunkami – kiedy czytałem pierwszy raz myślałem, że ma na myśli gry typu „Cities” albo inne „Anno”. A tu chodzi jednak o „Symulator farmy”… albo „Symulator kozy”  Kolejne mądre zdanie! Hura!  I cały czar „mądrości” prysł… Tak, te dwa fragmenty następują bezpośrednio po sobie! I jeszcze, na domiar złego, Autor myli „przygodówki” z grami akcji… Ech… Dlatego lepiej „walczyć” z „ultrabrutalnymi grami komputerowymi”, zamiast edukować rodziców, nauczycieli i dzieci, nie? A agresja (szczególnie w szkołach) ZAWSZE była problemem, nawet w czasach sprzed gier (co może być dla Autora szokiem). Na tym zakończę obcowanie z tym artykułem. Szkoda, że jest to kolejny Autor, który nie zrobił NIC ponad kompilację mocno przestarzałych tekstów – jaki w tym sens? Na koniec, tradycyjnie - obiecany link.   PS. W czwartek blog osiągnął 80k wyświetleń. Dziękuję :)! Szkoda, że te wyświetlenia przepadły :(.

MajinYoda

MajinYoda

 

Oferta pracy

W imieniu miłościwie nam panującego Króla Janusza XXXIV, Zrodzonego z Wody Ognistej, ogłasza się co następuje: W związku z rosnącą aktywnością Ciemnych Sił, pojawieniem się Smoków oraz zniknięciem Caryny - następczyni tronu Jego Wysokość ogłasza, że poszukiwana jest osoba na stanowisko BOHATER Nasze wymagania: - bycie Wybrańcem, poświadczone odpowiednimi umiejętnościami i pisemnym zapewnieniem od Zakonu Tajemniczych Mnichów z Odległej Góry, na którą kandydat musi sam wejść, - przeżycie starcia ze Złem i ucieczka przed nim, - zaświadczenie od okolicznych właścicieli ziemskich o umiejętności zbierania rzepy, - zdolności walki bez znaczenia, - mile widziana amnezja i bezimienność, - niepunktualność i zdolność przedkładania pobocznych aktywności nad Ważne Zadania, - własne wyposażenie, - poziom bez znaczenia, - dodatkowym atutem będzie częste popadanie w konflikty ze strażą, - przyjmiemy też osobę z orzeczeniem o nekromancyjności*.   W zamian oferujemy: - szkolenie opłacane z pieniędzy pracownika, - 75 exp, - uścisk dłoni od sprzątaczki w zamkowym holu, - uśmiech Króla, - 100 sztuk złota brutto od zadania, - umowę o dzieło, - Złoty Miecz Królewskiego Rodu (+1, 0,0001% ochrony przed magią) na lvl 1, - tytuł szlachecki, niewiele daje i właściwie nikogo nie obchodzi - super droga willa z widokiem na jezioro (znajduje się poza granicami miasta, w Jakieś Głuszy), za jej zakup i budowę Bohater musi sam zapłacić - badziewny achievement.   Swoje podania proszę składać u nadwornego skryby w godzinach 0-24 w dni powszednie i w weekendy. Decydujcie się szybko, bo mamy już gnomy na to stanowisko! Z poważaniem MajinYoda Nadworny Skryba na dworze Króla Janusza XXXIV, Zrodzonego z Wody Ognistej   *Osoba z orzeczeniem o nekromancyjności otrzymuje wynagrodzenie w wysokości 85% proponowanej stawki, zgodnie z art. 34, pkt 67 Królewskiego Kodeksu Pracy

MajinYoda

MajinYoda

×