Skocz do zawartości

Nowy Kącik Yody

  • wpisy
    96
  • komentarzy
    128
  • wyświetleń
    3997

O blogu

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Wpisy w tym blogu

 

Głupoty o mandze i anime

Wiem, ostatnio mało jest msm-ów, ale trafiłem na całkiem niezły materiał o „chińskich bajkach”, więc żal mi było go nie użyć :). Jedyny kłopot polega na tym, że tym razem tekst nie pochodzi ze strony, gdzie zamieściła go Autorka, lecz znalazłem go na pewnym blogu, więc to adres do wpisu z niego znajdziecie na końcu tekstu. Sam wpis pochodzi z lipca 2013 roku, ale, niestety, nie znam tytułu publikacji, ani daty jego oryginalnego opublikowania (już wiecie czemu to robię :)), ale Małgorzata Więczkowska już kilka razy pojawiła się na moim blogu, więc jestem skłonny uwierzyć, że to jej dzieło :). Podejrzewam, że chodzi o tekst „Niewinne buzie i rozmarzone oczy. Manga i anime na polskim rynku” z czasopisma „Wychowawca” z czerwca 2013 roku, ale nie wiem. Sprawdziłbym, ale żal mi tych 3 złotych, by wykupić sobie ten numer na 30 dni :P.
Zaczynajmy: Ten fragment jest całkiem mądry… w porównaniu z resztą tekstu, rzecz jasna. Pogrubienie oryginalne. Spojrzałem z ciekawości na twórczość Osamu Tezuki… i srodze się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś porządnego hentaja a dostałem Astroboya i Princess Knight – smutek :(. Jedyne co okazało się prawdą to jego pomysł z wielkimi oczami bohaterów (nie tylko żeńskich!). No, chyba, że Betty Boop też jest zbyt wyuzdana dla Autorki :P. Źródło: pl.wikipedia.org Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi z tym New Age? To taki religijny odpowiednik lewactwa/prawactwa? Pomijam już, oczywiście, wrzucanie wszystkich anime i mang do jednego wora (ciekawe czy Autorka uważa South Park za anime? :P). Ach te homoseksualne związki Goku i Chi-Chi… wróć! Ten Brock to był niezły homo… wróć! Eee… Muminek… a nie, on też hetero… Eee… Kazuya i Erika? Nie, to też facet i kobieta… Hmmm… ktoś-coś? Może Pszczółka Maja? Źródło: https://co.pinterest.com/jessicawieser/dragon-ball-z/ Dobra, żarty na bok. Goku bił żonę, Vegeta bił dzieci, Ash nie umiał się zdecydować (i nigdy nie dorósł…). Muminki? Wyglądają jakby byli rodziną - to dopiero patologia!… Wymieniać dalej? Mogę tego nie komentować? Proszę! Autorka znów pokazuje, że jej poziom wiedzy w temacie jest tak niski, że nawet jakby się położyć plackiem na dnie Rowu Mariańskiego, to i tak trzeba by się porządnie wychylić, by gdzieś tam, hen daleko, go ujrzeć… Uniosłem się, przepraszam :). Nie film, a serial. Nie traciły przytomności, wpadały w histerię czy płakały a miały objawy epileptyczne (nudności, zaburzenia widzenia, bóle głowy) i nie 800 a 685 – z czego „jedynie” 150 wymagało hospitalizacji. Reszta się zgadza :P. (Źródło) Szkoda też, że Autorka nie zechciała zauważyć, że twórcy szybko wycofali odcinek wypuścili go dopiero po poprawieniu i dostosowaniu do odbiorców. Ale o poziomie wiedzy w temacie już pisałem :). Okeeeej… Fakt, Pokemony mocno przypominają rzeczywiste zwierzęta (na nich, zresztą, bazują). A jeśli chodzi o podbój świata to chyba tylko Mewtwo miał takie zapędy (a i on nie był do końca Pokemonem. I sam porzucił swe plany). Ale znów Autorka pokazuje swoją niewiedzę :). Bo w tym anime to akurat ludzie bywają źli - i wykorzystują Pokemony do złych celów. Ale tak jest łatwiej napisać. Kolejna osoba pisząca o jakimś „mistrzu”. Zapewne Autorka wzięła ten opis od pewnego (świętej pamięci już) kaznodziei… Źródło: Kwejk Nie rozumiem tego fragmentu, tak szczerze pisząc… Bo, jak rozumiem, taki Tom i Jerry (tak, nadużywam tego przykładu, ale nic nie poradzę ;)) są „bezpieczne”. I jak anime ma zaprzeczać bezpieczeństwu? Co to znaczy? Że jak się naoglądam DB to wszędzie będę widział Friezę albo innego Buu? Hmm… Źródło: downloadfeast.com Dooobra, daję sobie spokój. Autorka ma rację. Zabieram Pikachu, wsiadam do Daimosa i odlatuję. A jak spotkam po drodze Gucia to wypróbuję na nim Final Flash.   Ech.. Dobrze, że to już koniec. Obiecany link: http://dzielneniewiasty.blogspot.com/2013/07/manga-i-anime-zagrozenia-cywilizacyjne.html A za tydzień będzie coś świątecznego :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Magia „staroci”

Wiele lat temu napisałem tekst o „grach pogrzebanych” (jego reupload możecie znaleźć tu). Przyznam, że od tamtego czasu trochę się zmieniło i dziś bez problemów można kupić stare gry. Tylko, właściwie, po co? To pytanie zadaję sobie, choć chyba nie jestem do tego właściwą osobą, ponieważ sam, niedawno, zaopatrzyłem się w kilka „staroci”. Pierwszy był SWAT 3, do którego klucz gog otrzymałem za darmo ;). Uznałem, że trzeba zobaczyć tę produkcję „po latach”, bo, musicie wiedzieć, była to jedna z pierwszych gier, w które grałem (ściślej pisząc – najpierw grałem w demo tej produkcji a kilka lat później – w pełną wersję - obie z płyt z CDA (RIP CD/DVD, tak przy okazji ;))). Źródło: AszDziennik I wiecie co? Gra mnie wciągnęła, przeszedłem całą kampanię (poza misją w kanałach – nienawidzę jej!) i bawiłem się równie dobrze, co lata temu! Jedyny kłopot, jaki miałem, to włączenie gry na Win10, ale z pomocą internetu i kilku programów udało mi się ją włączyć. A, jeśli zechcecie, mogę przygotować recenzję tej gry ;). Drugą produkcją był Gothic 3 aka „najtańsza gra, jaką do tej pory kupiłem” (całe 3 złote na gogu). Wprawdzie na mojej półce dumnie stoi czerwone pudełko, które niegdyś zrobiło na mnie spore wrażenie, ale uznałem, że wersja cyfrowa będzie miała od razu wszystkie łatki wgrane i sobie pogram. Tym razem było nieco gorzej – grę przeszedłem wzdłuż i wszerz wiele lat temu i ostatecznie zatrzymałem się w Monterze (czyli, mniej-więcej w 5-10% gry), ale z pewnością jeszcze do niej wrócę. W końcu, to przy tej grze miałem swojego kaca moralnego ;). Trzeci zakup był bardzo nietypowy – kupiłem bowiem całą serię gier. Metal Slug to produkcje, które (pirackie, do czego ze wstydem się przyznaję) ogrywałem nie na pececie, lecz palmtopie (o którym kiedyś zrobię osobny wpis). Na Windows 95 (!) emulator się przycinał (gry zresztą też), ale miały tam swoją magię. Szkoda, że ich obecne wydanie jest pozbawione wielu elementów (m.in. save, którego albo nie ma albo mi nie działa – trudno określić). Nie działa mi też drugi kontroler, niestety, przez co nie mogę grać z bratem (ja na klawiaturze, on na padzie). W każdym razie, póki co pograłem trochę w pierwszą część i niebawem planuję ją ukończyć. Źródło: snk.wikia.com Opisując to starałem się znaleźć odpowiedź na postawione pytanie i chyba ją znam – ponieważ te gry kiedyś dawały mi radość i dziś, mimo upływu wielu lat, wciąż są to świetne produkcje. Nawet, jeśli nie ma już tego efektu „łał”. Jednakże, do wspomnianych wyżej produkcji mam sentyment… a co z innymi „starociami”? O tym będzie za tydzień. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

MajinYoda

MajinYoda

 

Epic vs Valve?

Najważniejszą, chyba, granżową wiadomością tego tygodnia jest przerwanie (na rok) sprzedaży na platformie STEAM gry Metro: Exodus i wyłączna jej dystrybucja w sklepie Epic Games. Nie bardzo śledziłem całą sprawę, muszę przyznać, ale nie jest to jakieś super dziwne dla mnie. Przecież inni producenci też mają swoje platformy (EA ma Origina, Ubisoft Uplay, Blizzard Battle.net itd.), więc czemu nie Epic Games? Dodatkowo, niektóre gry można kupić tylko na tych platformach (chociażby FIFA 19 czy Starcraft). I nikt rabanu nie robi. Tak samo, jak nikt nie robił rabanu, ze Bethesda stworzyła własną platformę - ale, z tego co się orientuję (jeśli się mylę to proszę mnie poprawić :)) jest tam tylko Fallout 76, czyli nic ciekawego :P. W sumie to jedyną wadą jest, moim zdaniem, przesadne namnożenie „ikonek" na pulpicie. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza – co najwyżej muszę pamiętać którą grę mam na której platformie. Choć, przyznaję, że kupując grę zwracam uwagę na jaką jest platformę. I tak gry od Ubisoft staram się kupować w ich sklepie – ze względu na punkty Uplay i wewnątrzgrowe nagrody z nimi związane. Podobnie z grami od EA – mój brat kupił dwie ostatnie gry z serii FIFA na Origin a całkiem niedawno wykupił sobie tamtejszy abonament. Jeśli chodzi o STEAM… cóż, jeśli coś muszę tam dodać to i tak nic na to nie poradzę. Do tego, rzecz jasna, dochodzą wyprzedaże i karty kolekcjonerskie (które sprzedają jak tylko jakąś dostanę). Źródło Wracając do tematu - poczytałem komentarze w internecie (nie zawsze jest to mądre…) i zauważam zarzut, że platforma Epic Games Store nie ma funkcji STEAMa. Ale gracze chyba zapomnieli, że Uplay i Origin kiedyś też ich nie miały. Podejrzewam, że EGS rozwinie się w najbliższym czasie – sądzę, że dojdą funkcje podobne do tych od Valve. Jednocześnie pojawiły się informacje o celowym zaniżaniu przez graczy oceny nowego Metra – dziecinada, tyle w temacie. Z drugiej strony Epic Games zawalił sprawę ogłaszając ową nowinę na ostatnią chwilę przed premierą – zdezorientowani gracze nie wiedzieli nawet do której z platform otrzymają klucze wraz z pudełkową edycją Metro Exodus. Swoją drogą - podtytuł tej gry jest mocno ironiczny, nie sądzicie? W końcu dokonał się exodus ze STEAMa na EGS . Aż dziwne, że nikt (chyba...) nie zwrócił na to uwagi . Źródło Reasumując – moim zdaniem gracze zdrowo przesadzają, ale wydawca powinien był dawno temu zaznaczyć, że „najpierw nasza platforma, potem STEAM” i obyłoby się bez marudzenia. A przynajmniej – bez takiego marudzenia . A Wy co sądzicie o tej sprawie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Nie było mnie „tam”

W zeszłym tygodniu pisałem o grach, w które zagrałem ponownie po latach i przy których znów bawiłem się całkiem nieźle. Jednakże, jest druga strona medalu związana ze starymi grami – tytuły, w które nie grałem i spróbowałem teraz. Ponad rok temu, pod postem o mojej przygodzie z darmowym weekendem z Fallout 4, jeden z moich czytelników (wybaczcie, nie pamiętam który, a jak wiecie – dostępu do tamtych komentarzy nie ma :() napisał wówczas, żebym zagrał w oryginalnego Fallouta. I wiecie co? Spróbowałem. Naprawdę, próbowałem… ale nie dałem rady pograć dłużej niż kilka minut. Najpierw myślałem „ta, bo grafika jest najważniejsza, co, MajinYoda?”, ale nie. To nie było to. To „coś” uświadomiłem sobie niedługo później. Źródło: kwejk.pl W „Straży nocnej” Pratchetta jest fragment, gdy Nobby i Fred Colon szykują się do wyjścia z gałązkami bzu, jeden z funkcjonariuszy - młody, niedoświadczony – spytał ich czemu mają te „fioletowe kwiatki?”, „czy on też może je założyć?” i „gdzie idą?”. Dostaje odpowiedź: „nie było Cię tam”. I to jest właśnie sedno – nie było mnie „tam”. Diablo, Warcraft, Dungeon Keeper, Fallout 1&2, Neverwinter Nights… i setki innych tytułów, w które (z różnych powodów) nie grałem „wtedy” i nie darzę ich najmniejszym nawet sentymentem. Przez to (lub dzięki temu – jak kto woli) nie jestem w stanie ogarnąć dawnych mechanik, nie podoba mi się grafika w tych grach a w ten sposób – nie jestem w stanie poznać ich fabuły. Źródło: kwejk.pl Nie sądźcie jednak, że jakoś strasznie się tym przejmuję. Nawet jeśli czegoś nie wiem (np. nie znam fabuły Warcraftów i nie znam przez to historii jakiejś postaci z WoWa) zwyczajnie sobie doczytuję w internecie. Właściwie nie czuję też ciśnienia, że "koniecznie muszę poznać grę X, bo to taki klasyk!". W końcu w takiego np. Death Race'a też nigdy nie grałem :P.  Jednakże, co muszę koniecznie podkreślić, szanuję osoby, które „tam” były, dla których wymienione przeze mnie tytuły były tym, czym dla mnie opisywany w poprzednim wpisie SWAT 3. Oraz osoby, które potrafią się przemóc i, w przeciwieństwie do mnie, chciałyby być "tam", nie patrząc aż tak mocno na te aspekty, które mnie odrzucają. Ale, ostatecznie, wszyscy jesteśmy graczami i jakoś się dogadamy :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

Kącik Yody żyje!

Edit: oryginalny Kącik Yody jest martwy a ten zajął jego miejsce. Umarł blog, niech żyje blog!   Jak zapewne zauważyliście - już od ośmiu (!!!) tygodni zmagam się z problemami na moim głównym blogu i wpisy wrzucam na "zapasowy" http://kacikyody.blogspot.com/. Zapraszam Was do jego obserwowania oraz czytania, komentowania i udostępniania moich wpisów. Dla ułatwienia Wam życia od najbliższego wpisu wszelkie linki do "tamtego" bloga będę wrzucał tutaj.   Oto odnośniki do dotychczasowych wpisów (od 7.04): http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/to-bylo-super.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/cos-naprawde-madrego.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/to-ja-jestem-straz.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/04/gamingowy-rasizm.html http://kacikyody.blogspot.com/2018/05/klasyk-msmow.html   Obiecuję też, że gdy tylko mój oryginalny Kącik Yody wróci do życia przerzucę na niego wszelkie wpisy. Oby to nastąpiło jak najszybciej...  

MajinYoda

MajinYoda

 

Ilość fanów zwiększa się

Jutro (03.03) minie 20 lat od premiery (chyba) najbardziej lubianej strategii turowej – czyli Heroes of Might and Magic III. Korzystając z chwilowego hype’u postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze w tym szybkim wpisie . „Solenizant” także dla mnie jest grą, którą mile wspominam mimo upływu lat. Do dziś pamiętam, że jeszcze w gimnazjum (czyli w latach 2003-2006) zagrywałem się w niego sam lub z bratem, czasami ze znajomymi. Zazwyczaj grałem Zamkiem (ze względu na Archanioły), choć zdarzało mi się także grać innymi frakcjami (lubiłem Bastion, za to nigdy nie umiałem grać Twierdzą). Muszę też dodać, że nie grałem ani w „jedynkę” ani w „dwójkę”, więc był to dla mnie pierwszy kontakt z TBS-em. Mógłbym się rozpływać, że ta gra była i jest genialna, najlepsza w jaką grałem… Ale, obawiam się, że skłamałbym. Bowiem, o ile HoMM3 darzę sympatią, to nie jest on nawet moją ulubioną częścią „Hirołsów” ( w skali szkolnej 5/6). Ten tytuł należy bowiem do, niesłusznie niedocenianej, „czwórki”. I to właśnie do tej części mam największy sentyment – na tyle, że mimo upływu lat wciąż lubię do niej wracać. Jasne, „trójka” miała mod HD i nawet go sobie zainstalowałem (z CDA), ale niestety – na darmo. Nie potrafiłem znów „pokochać” tej części. A w HoMM4 wciąż lubię pograć – szczególnie, że niedawno kupiłem go (po raz czwarty :P) za grosze na GOGu. Naturalnym jednak wydaje się pytanie "czemu czwórka"? Cóż, przede wszystkim za to, że nie była jedynie "klonem" swojej wielkiej poprzedniczki - New World Computing podjęło próbę zmiany niektórych mechanik i, tym samy, próby uatrakcyjnienia rozgrywki. Armia złożona z samych bohaterów? Dla mnie super! Jednostki poruszające się samodzielnie, ale nie mogące niczego podbijać? Ekstra - będzie łatwiej zbierać armię, a i jak bohater zginie to nie ma problemu. Do tego lubiłem, że pokonany bohater nie wracał sobie do tawerny, tylko trafiał do lochu lub zostawał smętnie na ziemi czekając czy ktoś go wskrzesi. W mojej ocenie również 5/6 . A skoro już omawiam inne części – dwie pozycje pod „trójką” na mojej znajduje się „piątka”. Niestety, trudno mi o niej pisać – dla mnie nie przetrwała próby czasu. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie rozegrałem jej kampanii. Po premierze wydawała mi się „trójką na sterydach”, ale teraz muszę przyznać, że nie była aż tak warta uwagi. Choć nie – była. Ze względu na powiązanie fabularne z Dark Messiah of Might and Magic i tylko dla tego ;). Oceniajac V postawiłbym jej 4/6, a DMoM&M - 4,5/6. Z kolei „szóstka” ominęła mnie szerokim łukiem aż do zeszłego roku, gdy została dodana do CDA. Wówczas pomyślałem „czemu by nie spróbować?” i dowiedziałem się czemu jest tak nisko oceniana… Fakt, ma kilka ciekawych pomysłów – np. możliwość zmiany podbitego zamku na naszą frakcję – i całkiem interesującą Świątynię… ale to tyle. Moja ocena - góra 3/6. Na koniec zostawiłem najnowszą część, czyli „siódemkę”, która, jak się domyślacie, w moim prywatnym rankingu zajmuje zaszczytne trzecie miejsce. Podobnie, jak w przypadku IV uważam, ze jest ona mocno niedoceniana – zapewne przez początkowe problemy z płynnością i optymalizacją. Jeśli chodzi o ocenę to dałbym 4,5/6. Na koniec chcę wyrazić nadzieję, że kolejna część będzie męska  równie dobra (albo lepsza) niż „klasyczna” trójka i czwórka. Czego Wam i sobie życzę .

MajinYoda

MajinYoda

 

Spójrz na PeCeetaa-aa!

W dzisiejszym wpisie wracam do książki „Media a edukacja” (2000). Tym razem artykuł autorstwa Henryka Nogi pt. „Wybrane psychologiczne aspekty użytkowania aplikacji komputerowych”. Będzie dosyć krótko. Jeden, krótki, fragment i już dwa słowa-wytrychy. Autor powinien podać jakieś statystyki, a nie domniemywać. Co to za nauka? Tak samo. Dodatkowo – gram od jakiś 16 lat, czyli zaczynałem jeszcze przed publikacją opisywanej książki. I co? Nic. Widać, musze jeszcze poczekać :D. A wtedy niech sę wszyscy strzegą. (zob. Projekt MSM) Okej… gry komputerowe pokazują sfilmowaną agresję? Erm… a jaką agresję pokazuje telewizja? Pewnie nagraną dźwiękowo (radio spisaną, a książki – narysowaną itd.). Wszystko super, pięknie, ale Autor NIE podał tych badań. Tak samo, jakbym powiedział, że „z przeprowadzonych badan wynika, że większość osób głosujących na partię X to idioci”. Taki sam poziom „badań”. Aha… tego… nie wiem kogo oni badali, ale chyba było to mocno wybiórcze. Pluszowy miś musiał się często zawodzić na Panu Nodze, oj często… Kończę, bo idę przytulić mojego PC z Win10, 16 GB RAM, GeForce 990 gtx HD3D, IntelCore i8 i Blu-Ray z siłą printf (”63,5 N”); Nie żegnam się, gdyż jestem komputerowcem.

MajinYoda

MajinYoda

 

Growy patriotyzm

Jutro będziemy obchodzić setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości oraz zakończenia Pierwszej Wojny Światowej. Zacznijmy od naszej ojczyzny. W zeszłym roku próbowałem wymienić jak najwięcej przykładów, gdzie Polska i Polacy pojawili się w wirtualnym świecie. Tym razem pomyślałem, że można się zastanowić nad tym, jakimi patriotami jesteśmy w grach? Tu napiszę o sobie i bardzo chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach ;). Zacznę od tego, że jeśli w strategiach do wyboru jest Polska to zawsze ją wybieram (w Medieval II było to o tyle zabawne, że musiałem ją najpierw podbić Anglią, ale to inna sprawa ;)). Niezależnie czy to kolejne części Total Wara, Civilization czy Europa Universalis (w ten ostatni próbowałem kilka razy zagrać, ale jakoś nigdy mi nie szło…). Ba, nawet grając w FIFĘ na początku wybieram Polskę… wyjątkiem są polskie kluby ;). memotywatory.pl Zastanowiłem się jednak głębiej nad tematem. Co bowiem z innym rodzajem patriotyzmu – takim – nazwijmy to – wirtualnym? Weźmy takiego Skyrima. Grając Nordem mam wrażenie, że bardziej interesuje mnie los, jakby nie patrzeć, „mojej” małej ojczyzny, niż, gdy gram np. Bretonem. Z kolei w Fallout 4 w każdej osadzie zawsze pamiętam postawić lub zawiesić flagę USA (obok flagi Minutemanów i Instytutu ;)). Nie patrzyłem wcześniej w ten sposób na ten temat i uświadomiłem sobie, że dlatego w Gothic 3 nie umiałem się opowiedzieć po stronie orków (bo to tak jakby w grze o II WŚ wybrać Niemcy zamiast Polski). Uznałem bowiem, że dla Bezimiennego Myrtana jest ojczyzną. Doszło do tego też coś, co opisałem w tym poście. Może jest to nieco naciągane? Może zwyczajnie przesadzam i przesadnie wczuwam się w swoją rolę w grach? Jak sądzicie? I jakie są Wasze odczucia?

MajinYoda

MajinYoda

 

Smoczy pojedynek

Dragon Ball – jedyne anime, do którego mam sentyment, i które wciąż lubię oglądać – szczególnie genialną Zetkę (oczywiście, po angielsku). Ale to nie ta wersja będzie dziś porównywana – lecz jej „następcy” – GT i Super. Jak fani zapewne wiedzą – ta druga seria jest kanoniczna. Niemniej, postanowiłem odpowiedzieć na pytanie – którą serię ocenię lepiej? Zachęcam Was do pisania swoich przemyśleń i komentarzy :). Przy okazji trochę sobie pomarudzę, ale wiecie, że to lubię (pozdro @DJUDEK :P). Zacznę od fabuły – przyznam szczerze, że ta z GT nigdy mi się nie podobała – nie wiem kto był taki mądry, by wymyślić, że Goku powinien być znowu dzieciakiem… I to nie przez jedną-dwie sagi, a przez cały serial (z małymi wyjątkami, o czym za chwilę). Poza tym, w historii przedstawionej w GT nie podobał mi się motyw szukania Smoczych Kul – i to w sposób o wiele nudniejszy niż w poprzedniczkach. Zresztą – samo wprowadzenie Czerwonego Shenrona było mocno naciągane. No serio, kto by trzymał tak niebezpieczne przedmioty razem i jeszcze beznadziejnie strzeżone? I jeszcze to, że rozlatują się po całej galaktyce (czy tam wszechświecie) i doprowadzają do wybuchu planety, na której wypowiedziano życzenie… Kto to wymyślił? Co dziwniejsze, czego także nie rozumiem, Ziemia zostaje zniszczona przez Czerwonego Shenrona, bo upłyną rok. Okej, ludzie uratowani, a Porunga przywraca Ziemię na swoje miejsce… Tylko czemu, na Zeno, nikt nie pomyślał, by przy okazji poprosić go o… bo ja wiem… przywrócenie Goku normalnego wyglądu? Ostatecznie, Porunga jest w stanie spełnić trzy życzenia. Więc nie powinien to być dla niego problem, nie?  Z kolei z fabułą Super mam inny problem: o ile pierwszej sadze można wybaczyć kilka kwestii związanych z koniecznością przypomnienia/zapoznania widzów ze starymi bohaterami, tak saga Friezy jest zupełnie bez sensu. Samo wskrzeszenie (i to w kawałkach) najciekawszej złej postaci w całym DB było dobrym pomysłem (choć czuć było, że to odgrzewany kotlet…), tak wprowadzenie Ginyu tylko po to, by zginął (w zabawny sposób, fakt) po jakiś dwóch odcinkach? Nie wspominając o przybocznych Friezy, którymi w sumie chyba nikt się nie przejmował – nie byli taką klasą jak Zaarbon, Gui czy całe Ginyu Force – po prostu gdzieś tam robili za tło, coś pogadali, a nawet nie pamiętam teraz ich imion. Skoro zarys fabuły mamy za sobą (będę o niej wspominał później), czas zająć się postaciami i ich mocami… Bezsensownie odmłodzony Goku, jak już wspomniałem, nie jest dzieciakiem przez całą serię. Mimo, że jego formy SSJ 1-3 utrzymują jego formę, tak z niewyjaśnionych powodów SSJ4 (którego nazywałem i nazywam „czerwoną małpą”) odwraca efekt życzenia. Wiem, ze jaki…ś czas temu napisałem, że kochamy DB za dziury fabularne, ale tutaj mamy ogromne dziursko! Ale zostawmy Goku, niech sobie będzie dzieciakiem. Gorzej sprawa ma się z Vegetą. O ile motyw z „córeczką tatusia”(o której też zaraz napisze kilka słów) jest świetny, o tyle zarówno saga Baby’ego i późniejsza pokazują jak bardzo kiepską postacią jest Książę w GT. Zupełnie nie rozumiem jak jakiemuś tuffulskiemu słabiakowi udaje się go przejąć – PRZEJĄĆ! Mam wrażenie, że to miało być takie nawiązanie do Majin Vegety, ale w Zetce Książę przynajmniej pokazuje, że Babidi nie ma nad nim żadnej władzy. Zabrakło mi tego, szczerze przyznam. Dobrze jednak, że w Super pojawił się żart z tego wątku ;): W Sadze Super 17 Vegeta znowu odgrywa rolę chłopca do bicia (pokonał np. Nappę, wow…). Z kolei w ostatniej sadze – Złych Shenronów  - Vegeta przez większość czasu nie odgrywa żadnej roli. Ot, jest. Dopiero pod koniec przybywa w chwale i glorii… Żartuję, przybywa, by pomóc Goku, osiągając poziom SSJ4… Znowu – nie wiem dlaczego twórcy zastosowali najgłupszą zagrywkę odnośnie tej transformacji – zamiast osiągnąć ją po swojemu: treningami, walką, chęcią przebicia Kakarotto – Książę sięga po jakieś promienie. Innymi słowy – idzie na skróty! Vegeta!! Nigdy nie mogłem tego zrozumieć.  Skoro omówiłem obu bohaterów, czas na ich fuzję – Gogetę. Kiedy pierwszy raz, za dzieciaka, oglądałem GT myślałem sobie „WOW! Teraz na bank pokonają tego złego”. Ale nie – twórcy znowu z jakiegoś powodu postanowili zrobić z tej postaci kompletnego głąba (vide konfetti… konfetti!!!). Super również mnie nieco zawiodło pod względem aktywności Vegety. Szczęśliwie, przynajmniej tutaj zachował swoje cechy i nie idzie na skróty, niekiedy nawet przebijając Goku (vide walka z Toppo). I choć na jakiś czas traci moc (w fillerze) to jest to lepiej wytłumaczone fabularnie i przynajmniej stara się coś zrobić (m.in. desperackie ratowanie Trunksa, które niemal go zabija). W Super pojawia się także ich fuzja – Vegito. Szkoda, że Toriyama zastosował podobny zabieg jak w GT… Chociaż nie – muszę przyznać, że walka między Vegito a Fused Zamasu jest przynajmniej emocjonująca i nie ma tego efektu „co tu się odp…?”. I nie ma konfetti :P. Dobra, czas napisać kilka słów o pozostałych postaciach: Pan GT zachowuje się jak idiotka. Wiem, że ma zaledwie 10 lat, ale twórcy nie pomyśleli, że nawet w tym wieku nie można być takim idiotą. Ale przynajmniej wygląda na swój wiek, nie to, co młodsza od niej o rok (!) Bulla. Kiedyś myślałem, że ona ma 14-15 lat, a tu się okazało, że w GT ma 9… Jak scenarzyści mogli to przegapić? Pozostaje jeszcze kwestia Piccolo… Jedyne, co zrobił w GT to to, że się zabił razem z Ziemią. Niby było to wyjaśnione fabularnie – chciał zniszczyć Czerwonego Shenrona – ale przecież musiał być inny sposób. Dobrze, że przynajmniej potem odegrał swoją rolę przy wypuszczaniu Goku z piekła… co jest o tyle dziwne, że przecież Goku już kiedyś z piekła wyszedł. Ale dobra, nie czepiajmy się. Nameczanin w Super odgrywa o wiele większą rolę, szczególnie pod koniec. Wcześniej pojawia się sporadycznie (jako niańka…), a nawet raz ginie, ale przynajmniej jest pokazywany. Skoro o tym wspomniałem – krótko o finałach obu serii. Zarówno GT jak i Super skończyły się całkiem podobnie do Zetki – główny wróg pokonany, wszyscy się cieszą, pokój i jajko na twardo dla wszystkich… Przy czym Omega Shenron został pokonany w sposób aż zbyt mocno przypominający pokonanie Majin Buu – czyli Spirit Bombą – co dla fanów Zetki było zapewne świetne. Jednakże, uważam, że pokonanie Jirena było o wiele ciekawszym finałem. Zwycięstwo, okupione ranami, bólem i koniecznością walki ramię w ramię z Friezą jest dla mnie kwintesencją DB. Do tego, na końcu GT Goku zwyczajnie odlatuje, żegnając się z widzami na zawsze, a w Super robi to, co powinien – czyli trenuje, by stawać się silniejszym. Czyli standard zarówno dla Kakarotto jak i Vegety :). Jeszcze słowo o nowych formach SSJ. Tu muszę przyznać, że obie serie się popisały. Zarówno „czwórka” (wiem, że nazwałem ją „czerwoną małpą”, ale to nie jest inwektywa a opis) jak i SSJ God oraz SSJ Blue spełniły moje oczekiwania. Jestem też ciekaw która z nich jest silniejsza? Ponoć za jakiś czas się tego dowiem :). By już nie przedłużać kilka słów o muzyce… Dobra, przyznam Wam się szczerze – Dan dan kokoro hikareteku z serii GT jest jedną z moich ulubionych piosenek, choć nie w wykonaniu Field of View (to ta z serii), a przez (nieżyjącą już) autorkę słów do tego utworu – Izumi Sakai, wokalistkę zespołu ZARD. Co ciekawe, podoba mi się również ta wersja:   Co wcale nie oznacza, że utwory z Super mi się nie podobały – jak niedawno pisałem do gustu przypadł mi utwór Ultimate Battle w wykonaniu Akiry Kushidy, ale także oba openingi (Chōzetsu! Dynamic! wyk. Kazuya Yoshii oraz Limit Breaker x Survivor wyk. Kiyoshi Hikawa) znajdują się na mojej playliście. A - w każdym z tych przypadków nie spodobała mi się wersja angielska. Nie wiem dlaczego, ale oryginalne głosy lepiej brzmią. Pora na werdykt… jak widzicie, mimo sentymentu do GT, uważam serię Super za o wiele lepszą. Możecie się ze mną, oczywiście, nie zgadzać :). PS. Jak zauważyliście, zamieściłem cały wpis i tak będę robił aż mój blog nie zostanie naprawiony :). Może po wakacyjnej przerwie w końcu powróci...

MajinYoda

MajinYoda

 

Śniadaniowe pseudodziennikarstwo

Dziś miał być zupełnie inny wpis, ale przez przypadek trafiłem na materiał Dzień Dobry TVN, wyemitowany w niedzielę 16 września br. na antenie TVN. Został on już omówiony na kilku portalach, więc i ja postanowiłem coś o tym napisać. Może być ciut chaotycznie, bo poniższe słowa pisałem wczoraj (czyli w piątek). Omawiany materiał możecie znaleźć pod tym adresem: https://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/czym-jest-e-sport-i-ile-mozna-na-tym-zarobic,273784.html. Przyznam, że nie rozumiem, dlaczego prowadzący (szczególnie Piotr Kraśko) od razu, na samym początku, zaczęli atakować swoich rozmówców - Aleksandra Szlachetkę i Kubę "Kubika" Kubiaka. Po co ich zapraszali, skoro nie chcieli poznać ich zdania? Kinga Rusin niby coś próbowała się dowiedzieć, ale zupełnie nie radziła sobie z dominującą w tym pseudowywiadzie arogancją i „wszechwiedzą” redaktora Kraśki. Jak to oglądałem to zastanawiałem się, czy gdyby zaprosili np. Agnieszkę Radwańską to czy red. Kraśko przez cały wywiad mówiłby o agresywnym zachowaniu Sereny Williams i imputował, że "tenis powoduje agresję"? No chyba nie. Oczywiście, rozumiem, że tzw. telewizja śniadaniowa rządzi się swoimi prawami – poruszane tematy powinny być łatwe i niezbyt długie oraz dotykające spraw dotyczących widza. Ale też nie może się to odbywać na zasadzie „goście są tylko dekoracją”, bo w ten sposób prowadzący się tylko ośmieszają przed „ogarniętą widownią”. Szczególnie, że oglądający ten program nie dowiedzieli się niczego o e-sporcie od zaproszonych gości – tylko o tym, że to strata czasu i zaprzeczenie idei sportu – oczywiście od prowadzących. Nie wspominając już o tym, że temat był zupełnie inny - chodziło o szkoły z klasami o profilu e-sportowym. I ten wątek próbował podjąć jeden z gości, ale "jaśnie oświecony" Kraśko wciąż mu przerywał. Trochę mnie też rozśmieszyło, że "dwa miliony osób traci czas, a zarabia na tym z tysiąc osób". Podliczając dźwiękowców, animatorów 3D, scenarzystów, reżyserów, aktorów, programistów, osoby odpowiedzialne za lokalizację, catering, sprzątaczki, kompozytorów itd. mam wrażenie, że wyjdzie grubo powyżej tysiąca osób. Choć, równie dobrze, można powiedzieć, że "DDTVN ogląda milion osób, a zarabia wyłącznie Piotr Kraśko". Ale czy taka nieudolna dyskredytacja ma jakikolwiek sens? Inna sprawa, że dla p. Kraśko występowanie w telewizji śniadaniowej jest sporym uwstecznieniem. Niegdyś prowadził Wiadomości w TVP, potem był jakimś ekspertem politycznym w TVN24 (bodajże), a teraz prowadzi taki program. Aż się boję oglądać jak traktuje innych gości, z którymi się nie zgadza. Skoro jednak o tym wspomniałem – uświadomiłem sobie, że to on prowadził Wiadomości, gdy pojawił się ten materiał: Wciąż jestem ciekaw, czy dożyję czasów, gdy gry komputerowe przestaną być postrzegane przez tradycyjne media jako źródło wszelkiego zła? Właściwie to nie jest aż tak źle – w końcu Telewizja Polsat, konkurent TVNu, otwiera kanał z e-sportem, więc, choć nie będę go oglądał, jest jakaś nadzieja. A co Wy o tym sądzicie?   PS. W tym tygodniu Kącik Yody obchodzi swoje 5 urodziny!

MajinYoda

MajinYoda

 

Nadaję Ci imię…

Witajcie w 2019 roku, który zaczął się dwiema tragediami…   Ale nie o tym chciałem pisać. Dzisiejszy wpis jest krótki, ponieważ bardziej chciałbym poznać Wasze zdanie w tym temacie. Jak zapewne pamiętacie na tym i poprzednim (martwym…) blogu pisałem już o różnych aspektach związanych z RPG-ami – m.in. o wyborze płci i klasy. Tym razem jednak postanowiłem napisać o imionach. Nie ma sensu rozwodzić się nad imionami predefiniowanymi – w końcu to tylko fantazja twórców :). Co innego jednak, gdy to my możemy jakoś nazwać swoją postać. Tu zazwyczaj jest ciekawie. Źródło Na swoim przykładzie – dla moich postaci mam dwa imiona: Marek (bo tak mam na imię :P) dla postaci męskich i Gwendolina (w sumie to sam nie wiem czemu – tak wyszło :P) dla kobiecych. Wydaje się proste? Fakt, wydaje się, ale schody zaczynają się, gdy trzeba zacząć nazywać postać inaczej (np. w MMO) lub dopasować imię do rasy. I tak imię Marek przerobiłem najpierw na Marcus (dla mojej pierwszej postaci w Oblivionie – Cesarskiego), następnie Marqus (mój main w WoWie – najpierw Troll, teraz Worgen Hunter), by dojść najpierw do Markusa (Nord w Skyrim) i Marcane (elf w Skyrim). Ale, jak wiecie z innych moich wpisów, wolę grać kobietami, więc imię Gwendolina też musiało zostać przerobione – i to o wiele częściej niż imię męskie. Pierwszy raz użyłem tego imienia w WoWie – dla Undeadki Magini. Kolejnym krokiem była Gwendolyne – DK Blood Elf i dalej poszło z górki. Po przeniesieniu się na stronę Alliance musiałem stworzyć nowe postaci i, ku mojemu niezadowoleniu, imię Gwendolina było zajęte na Silvermoon. Tak oto pojawiła się Gvendolina – Człowiek Magini, potem Gvendoline – Człowiek-Kapłanka, Gvendolyna – Worgenka-Druid itd. Podobnie, jak w przypadku męskiego imię dla elfów się różni – Gvaen, Gvenna itp. Źródło Ktoś zapyta „rozumiem WoWa, ale po co kombinować z imionami w grach SP?”. Otóż, z prozaicznego powodu – by łatwiej wczuć się w postać :). Ale to temat na inny wpis ;). Osobną kwestią są imiona zwierzaków… jako, że gram Łowcą w WoWie co jakiś czas muszę złapać nowego „peta” i wybrać mu imię. Jest to zawsze dla mnie niezła zabawa, szczególnie, gdy próbuję nadać imię znaczące (np. mój jadeitowy pet nazywa się JJade i jestem ciekaw czy zgadniecie do czego jest to nawiązanie ;)). A Wy jaki macie schemat nazywania postaci? I czy w ogóle przywiązujecie wagę do ich imion?

MajinYoda

MajinYoda

 

Ja tu rządzę!

Gry (szczególnie RPGi) pełne są różnego rodzaju NPCów – pisałem już o tym wielokrotnie. Jest jednak pewien typ, któremu należy się szczególnie przyjrzeć – władcom wirtualnych krain. Co takie osoby robią w rzeczywistości? No, wiadomo – mniej-więcej. Czym jednak zajmują się w grach? Trudno określić. Najczęściej siedzą w swoim zamkach albo pałacach i tylko czekają aż Bohater przybędzie, by zlecić mu Zadanie, Do Którego Wykonania Wystarczyłby Średniorozwinięty Umysłowo Strażnik albo Jakikolwiek Inny Najmita, ale to Musi Być Akurat Ten Bohater, bo Akurat Wlazł Podczas Jakiejś Tajnej Narady i, w sumie, Można Go Wtajemniczyć We Wszystko. Najlepszym przykładem jest tutaj (nadużywany przeze mnie) Skyrim. Jarlowie, niezależnie od frakcji, którą wspierają, przez niemal całą grę potrafią nic nie robić. Atakuje smok? Pfff… Mroczne Bractwo zamordowało Cesarza? Zieeew… Zadziwia mnie też zawsze, że jedynie jarlowie Whiterun i Markarthu mają skrypt odpowiedzialny za zablokowanie „tego obdartusa” przed podejściem do władcy miasta – choć w obu przypadkach skuteczność jest na poziomie, bo ja wiem, blokad rodzicielskich na komputerach ;). Chociaż nie - one są skuteczniejsze . Z drugiej strony są też RPGi jak Gothic, gdzie trzeba się wykazać, by dostać się do władców – zarówno Gomez, jak i Lord Hagen czy dowolny herszt orków mają jakiś "bufor", zanim Bezimienny będzie mógł z nimi pogadać. W „trójce” jednak jest jeden wyjątek – najważniejszy spośród ludzi – król Rhobar II. Otoczony przez zaledwie garstkę wiernych mu ludzi i całą masą wrogich orków (którzy, z jakiegoś dziwnego powodu nawet nie próbują go atakować – ale temat tych dziwnych istot kiedyś na blogu wróci) bez mrugnięcia okiem przyjmuje na audiencji Bezimiennego. Nawet, jeśli ten przed chwilą wyrżnął w pień Reddock oraz Okarę. Nawet, jeśli w Venguardzie pojawi się w zbroi najemnika orków. Spoko, bo król miał „wizję od Innosa” i z całą pewnością Bezi nie żywi do niego żadnej urazy ani nie skumał się z orkami…  nie wspominając nawet, że (Spoiler alert!) Lee, któremu możemy dać teleport do króla, też wchodzi sobie bez problemów do sali tronowej... Z drugiej strony - chlubnym wyjątkiem jest Emhyr, na którego rozkaz Geralt się u niego zjawia… a właściwie to nie – bo jednocześnie,  jak pisałem przy tekście o questgiverach, wierzy we wszystko Wiedźminowi na słowo, nawet nie próbując udawać, że ma szpiegów, którzy od początku powinni byli obserwować Białego Wilka. Ale po co? Pomyślałem jednak jeszcze nad czymś innym – dlaczego ci wszyscy władcy nie boją się, że Bohater uzna „hmm… ci wszyscy władcy są dosyć słabi, a ich ochrona to cieniasy. A ja właśnie pokonałem Zło i, w sumie, korona mi się należy. Chyba czas na małą rewolucję”? Przecież to jest całkowicie irracjonalne! Tu z kolei wyjątkiem jest Inkwizycja z trzeciej części Dragon Age’a, gdzie Bohater otrzymuję jakąś władzę i po minięciu zagrożenia jest jej (przynajmniej częściowo) pozbawiony. Choć też przydałaby się możliwość wywołania konfliktu, by jednak utrzymać władzę. Jest jeszcze kwestia władców z ostatniej części Assassin’s Creeda. To już jest kompletna abstrakcja! Kasandra zabija namiestnika (czy jak to tam nazwać) jednej lokacji, by za jakiś czas pojawił się tam kolejny, który też podzieli ten sam los… i tak bez końca. Jasne, czasami raz jest to namiestnik z Aten a raz ze Sparty, ale i tak chyba ktoś powinien dojść do wniosku, że te śmierci są co najmniej dziwne i wypadałoby lepiej chronić nowych namiestników. Tu jednak jedno jest pewne – Charon musiał w pewnym momencie zainwestować w większą łódkę .   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Bardzo Dobrze

Nie sądziłem, że tak szybko dane mi będzie wrócić do książki Gabrielle Kuby o Harrym Potterze. Niemniej, książka „Harry Potter i zagrożenia duchowe” autorstwa Anny Rogali (2017) sprawiła, że się uśmiechnąłem. A wiecie dlaczego? Ponieważ Autorka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, napisała dokładnie to samo, co ja (oczywiście, o wiele profesjonalniej!), punktując (tak to się chyba teraz nazywa) zarówno panią Kuby, jak i innych „anty-potterowców”. Dzięki temu mam też dodatkowe pozycje na przyszłe MSM-y :D. Jednocześnie, miałem spory kłopot z tą książką – trudno mi było wybrać jakieś fragmenty do bloga, ale zrobiłem, co mogłem . Z tego względu wpis będzie dość krótki . Szczerze pisząc to nigdy tego nie rozumiałem – o ile przy Harrym mogę się zgodzić, że czary i magia, tak o co wszystkim chodzi z Hello Kitty i Kucykami? Choć, co ja się głupio pytam, skoro te same osoby atakują też gry komputerowe :D. Myślę się, że Autorka trafiła w sedno sprawy. To jest bardzo ciekawe – jak widać nawet inni duchowni mieli go dość ;). A ja akurat niedawno zdobyłem jego książkę o Harrym, wiec będzie o czym napisać . Skąd my to znamy, nie? W 99% MSM-ów to norma, że jeśli fakty przeczą tezie to tym gorzej dla faktów . Tak, pani Kuby napisała całą książkę bzdur, półprawd i manipulacji. Ale już o niej pisałem, więc nie będę się powtarzać . Czyli to, o czym pisałem w tamtych wpisach . Nic dodać, nic ująć. Źródło A na zakończenie – interesujący fragment do… fan fiku! I to nie byle jakiego – chrześcijańskiego. Najpierw wprowadzenie: Jak tylko przeczytam ten "fan fik" to chyba wrzucę go na bloga. Póki co – przetłumaczony na język polski fragment jednego z rozdziałów, który Autorka zmieściła w omawianej dziś książce: Musicie przyznać – całość musi być niezłym odlotem . Ciekawe czy mój mózg to zniesie . Na zakończenie muszę pochwalić Autorkę, p. Rogalę, za jedną rzecz – za rzadko spotykaną na tym blogu umiejętność robienia przypisów :). Serio – za każdym razem pojawia się to, co praktycznie nie występuje w MSM-ach :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Nekrofilia & Destrukcja: Bohaterowie

Tym razem wpis jest nietypowy. Fragmenty opisywanej książki pojawiły się już w AR z numeru 03/2014 i zostały obśmiane przez samego Smugglera oraz Mr Jedi oraz Marka Lenca. Fragment pojawił się także w moim tekście na kwantowo.pl. Niemniej, uznałem, że fragmenty z moimi komentarzami powinny też trafić na mojego bloga. Dlatego postanowiłem ponownie ją wypożyczyć i dopisać więcej niż było w AR. Przed nami książka dr Iwony Ulfik-Jaworskiej "Komputerowi mordercy. Tendencje konstruktywne i destruktywne u graczy komputerowych" (2005). Ze względu na długość i mnogość głupot wpis będzie podzielony na dwie części. Gotowi? Zacznę od pytania - w której współczesnej grze gracz dostaje życia ? Z tymi punktami to chyba chodziło o jakiegoś Carmageddona, bo tez sobie nie przypominam innej gry z punktami za zabijanie (ew. Hitman). Audiotele - ile, spośród 275 stron książki, zajmują tendencje konstruktywne? Swoje przypuszczenia piszcie w komentarzach . Odpowiedź znajdzie się na końcu następnego wpisu . Hmmm... czyli wszelkiej maści RTS-y nie są "agresywne" - co najwyżej "semi-agresywne" . TADAM! W takim razie praktycznie wszystkie gry są konstruktywne - a figa! Co to ma do gier, zapytacie? Oto odpowiedź: Kto kiedykolwiek grał w Portal jest nekrofilem . Niestety - mnie też to dotyczy . Wymarłe, pozbawione ludzi miasta pełne walczących robotów - jako żywo obraz Khorinis, Myrtany i Tamriel! Nie wspominając już o Azeroth, ale tam jest pełno botów . Przejdźmy jednak do innej części tej książki - słów kilka o bohaterach gier . Ponownie - RTS-y nie są grami, bo nie mają (no, z małymi wyjątkami) bohaterów niezbędnych do rozgrywki . W przeciwieństwie do np. zamachowca-samobójcy, który sadzi kwiatki i pomaga staruszkom przechodzić przez jezdnię . Tylko ci źli bohaterowie gier wszystko niszczą i powodują, że gracze wszystko niszczą (most w Warszawie to też nasza wina, tak? ). Co w naszym przepełnionym empatią i dążącym do ascezy społeczeństwie jest niewyobrażalnie ZŁE! No tak, przecież tacy strażacy narażają swoje (realne) życie za dziękuję. Tak samo jak nauczyciele, wykładowcy, lekarze i inni- oni/one wcale nie dostają pieniędzy za swoją pracę. Tylko wredni bohaterowie gier muszą zarabiać.  Niby ok, ale czy wszyscy? Pamiętam jak w Gothic 2 ZAWSZE pomagałem Gritcie (tej, co miała dług u miejscowego kupca) płacąc za nią. Zresztą, jak już pisałem - za wykonaną pracę należy się zapłata, prawda? Hmmm... Czy to oznacza, że np. James Bond nie lubi innych - ratuje ich, bo potrzebni są do realizacji planu? Obawiam się, że wchodzimy na grząski grunt - w końcu bohater gier sam nie myśli, jest stworzony tak, jak jest. Można by mnożyć przykłady przeciwko tym tezom (choćby przyjaźń Beziego i Miltena, Dragonborna z Ralofem/Hadvarem czy Geralta z Jaskierem) tylko po co? Dla naukowców sprawa jest jasna - źli bohaterowie gier ratują świat, bo tak im pasuje. Kończąc temat - ostatni fragment o bohaterach gier: To już jest totalna bzdura. Wspomniany quest z G2 temu przeczy. Tak samo, jak, choćby, wspomaganie żebraków w Oblivionie i Skyrim (nie wiem, jak w poprzednich TES-ach) czy GTA IV. Tak samo pomaganie atakowanym w Assassin's Creed. Budowa domów w Tropico. Przykładów jest MNÓSTWO! Ale nie, naukowcy wola patrzeć przez pryzmat "zły bohater zabija, krew się leje, a gracze to naśladują i na tacę/Owsiaka nie dają!". Na zakończenie: test psychologiczne - niedokończone opowiadania. Jest ich siedem i zostały podzielone na dwie części: stosunek do innych ludzi (opowiadania 1, 3, 5, 7) i stosunek do przyrody i życia (2, 4, 6). Należy je dokończyć (to samo zrobili, ponoć, chłopcy i dziewczęta w wieku gimnazjalnym). Uwzględnione zostały warianty dla graczy i graczek. Wypełnijcie i podajcie w komentarzach co Wam wyszło (możecie też je dać niegrającym rodzicom, rodzeństwu itp. odpowiedzi zamieśćcie ): Czekam na Wasze dokończenia. Pozdro .

MajinYoda

MajinYoda

 

Moralność pana gracza

Nieodłącznym elementem większości gier RPG są wybory moralne. W zasadzie to głównie RPG, bo takowe zaczynają się pojawiać też w innych produkcjach (nawet w GTA V). Ostatnio zastanawiałem się nieco nad tym – jakich wyborów dokonywałem w grze i dlaczego? Utarło się, że gracz najpierw idzie dobrą ścieżką. Ja jednak robię nieco inaczej – za pierwszym razem przechodzę tak, jak uważam za stosowne, a dopiero potem czytam „co zrobić, by mieć najlepsze/najgorsze zakończenie w…?”. Często też rozmyślam – kto tak właściwie ma rację? (UWAGA – spoilery!) Wprawdzie już kiedyś pisałem o Gothicu 3, ale sądzę, że warto to rozwinąć. Dlaczego założyłem, że buntownicy są tymi dobrymi? Tak, Innos i te sprawy, walka z okupantem… ale może to jednak orkowie mają rację? Oczywiście, że nie mają – to akurat kiepski przykład ;). Za to większą zagwozdkę miałem w Skyrimie, gdzie ścierają się dwie grupy – Legion  - uważający, że kraina powinna być nadal częścią Cesarstwa - oraz Stromcloaks – uznający Skyrim za odrębne państwo. A temu wszystkiemu przyglądają się elfy… Napisałem, że miałem zagwozdkę? Owszem, ale tylko początkowo. W tym przypadku uznałem, że wybór jest oczywisty – Legion, ponieważ, moim zdaniem, zjednoczone Cesarstwo lepiej poradzi sobie w nadciągającej drugiej wojnie niż odrębne państewka. Ale czy na pewno? Cóż, z odpowiedzią poczekamy pewnie do TES VI… Źródło: ballmemes.com Zupełnie inny kłopot miałem z Fallout 4, gdzie do wyboru mamy cztery frakcje: Minutemenów – rodzaj milicji, chcą odbudować społeczeństwo po wojnie na zasadzie „ludzie dla ludzi” – Bractwo Stali – armia wyposażonych w technologię (często kradzioną) żołnierzy – Instytut – banda jajogłowych, którzy żyją pod ziemią i tworzą syntetycznych ludzi (porywając tych z powierzchni) – oraz Railroads – grupa, która za zadanie postawiła sobie uwolnienie syntetycznych od Instytutu… Źródło: 9gag.com I wiecie co? Na pierwszy rzut oka wygląda to następująco (od dobrej do złej): Minutemen –> BoS –> Railroads -> Instytut. Jednakże, po dłuższym czasie spędzonym z tą grą mam wrażenie, że wcale tak nie jest. Owszem, „minutowcy” (jak ich nazywam) mają wizję wspólnego życia w społeczeństwie i wzajemnej ochrony (głównie tych, którzy sami nie mogą się obronić) i są oni, bezsprzecznie, tymi dobrymi. Co jednak z resztą? Moim zdaniem drugą dobrą opcją jest Instytut. Fakt, tworzą oni syntetyczne wersje ludzi, ale nie widzą w tych robotach żywych istot – raczej narzędzia.  Nie zapominamy też, że każdy z nich ma połowę (chyba) DNA naszej postaci. Dodatkowo, ich wizja sprowadzenia ludzkości pod ziemię wcale nie jest taka zła, szczególnie patrząc na to, jak wygląda powierzchnia. Railroads to banda przygłupów, którą Instytut przesadnie się nie przejmuje. Ale to nic przy  Bractwie, które uważam za opcję najgorszą. Ich jedyną bronią jest, cóż, broń. Sami tworzą technologię, owszem, ale najczęściej próbują kraść cudzą. I Elder Maxon mnie zawsze irytował. Opuśćmy jednak gry Bethesdy, które nigdy nie słynęły z głębokich wyborów moralnych (choć w Fallout 4 długo myślałem) i przejdźmy do Wiedźmina 3. W tym przypadku od razu wiedziałem, że są trzy zakończenia, ale i tak robiłem wszystko po swojemu. Efekt był taki, że dostałem to, czego, w sumie, od początku chciałem – Ciri jako cesarzową Nilfgaardu. Dlaczego to, a nie życie wiedźminki? Cóż, najpierw stwierdziłem, ze króla Radowita trzeba się pozbyć, bo był szalony. Następnie jednak miałem wybór między Dijkstrą-kanclerzem a wolną Temerią. Źródło: kwejk.pl Tu wybór był dość nieoczekiwany dla mnie - musiałem zdecydować "na już". I wybrałem Vernona Rosha  Czemu? Ponieważ w mojej rozgrywce Dijkstra nie udzielił mi wsparcia podczas oblężenia Kaer Mohren, bo nie pozwoliłem torturować Triss. Więc mu się odwdzięczyłem. Jednocześnie uważam, że cesarzowa Cirilla to najlepsze możliwe wyjście. owszem, Nilfgaard to "ci źli", ale mam wrażenie, że jest z nim tak, jak ze wspomnianym Instytutem - mają po prostu zły PR ;). Dodatkowo, wychowana przez Geralta i Yennefer oraz wspomagana przez ojca Zirael poradzi sobie z władzą i jej nie odbije. Oby. Rodzima produkcja miała jednak więcej wyborów, których dokonałem – więc nie pamiętam większości z nich ;). Najbardziej, chyba, zapamiętałem zadanie z zaginioną żoną i jej siostrą, która chciała mnie odwieść od poszukiwań. Cóż, po ujawnieniu prawdy oszczędziłem ją. Również wcześniejsza część - Zabójcy królów - dała mi kilka miejsc na przemyślenie swojego wyboru. Najgorszy był ten ostatni - zabić Letho czy go oszczędzić? W mojej jedynej rozgrywce nad tą kwestią głowiłem się dobre 10 minut. Poważnie! Ostatecznie jednak go zabiłem uznając, że zrobił zbyt dużo złego i do tego, na początku gry, wina za śmierć króla Foltesta spadła na Geralta. Kończąc, muszę napisać jeszcze o wspomnianym na początku GTA V. Pod koniec jest wybór czy zabić gangstera i mordercę Michaela czy psychopatycznego ćpuna Trevor, albo oszczędzić obu. Cóż, w tym przypadku wybór był oczywisty i za każdym razem jest. Oszczędzam obu, bo w końcu wszyscy trzej są bohaterami, nie? A jakie jest Wasze podejście do wyborów moralnych w grach? Piszcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Edukujemy się

Zgodnie z obietnicą sprzed kilku tygodni czas na prawdziwie mądrą książkę. „Edukacja w pikselach” autorstwa Karola Kowalczuka (2016) jest właśnie taką pozycją – a co najlepsze: opisuje także, negatywnie, tekst „naukowy”, o której niedawno pisałem. Oczywiście, nie będę żywcem przepisywał całej książki. Zaczynajmy: Czyli Autor opisuje praktycznie to, co ja od wielu lat na tym blogu – tyle, że oficjalnie i naukowym językiem :).
  Ta ostatnie rzecz zawsze mnie dziwi - skąd się to wzięło? Dlaczego gry są traktowane jako „dla dzieci” (nawet te 18+) na równi z filmami animowanymi… czego też nie rozumiem, bo co złego jest w tym, że np. trzydziestolatek lubi oglądać „Jak wytresować smoka” czy innego „Króla Lwa”? W drugą stronę – kto przy zdrowych zmysłach dałby ośmiolatkowi oglądać „South Park”? Nic dodać – nic ująć. I mam nadzieję, że spychologowie czytali tę (i podobne) książki. Trochę na to wygląda – bo ostatnio coraz częściej trafiam właśnie na mądre a rzadziej na „mądre”. Dobra, mimo mojej sympatii do Autora, jednak mam wrażenie, że trochę zbyt dużo treści powtarza – jakby „zapychał” nimi swój tekst. Szkoda. Pisałem o tym tutaj, więc nie ma sensu się powtarzać :). Niestety, warto dodać, niestety zdobyła. Jak wspominałem – praktycznie każda polska książka naukowa o grach po 2000 roku musiała zawierać odniesienie (najczęściej pozytywne lub spisane…) do tej pozycji. Dobrze, że tak się dzieje. Szkoda tylko, że jeszcze nie wszędzie dotarło takie podejście… Warto przypomnieć, że grupa składała się z 60 chłopców – 30 badanych komputerowców oraz 30 kontrolnych „niekomputerowych” :). Co jest liczbą wyjątkowo małą… Tego akurat nie wiedziałem, gdy tworzyłem tamten wpis – przyznaję się od razu :). Jestem pewny, że powyższe zarzuty można odnieść też do innych pozycji, które pojawiły się lub pojawią na moim blogu :). Przejdźmy dalej – by nie przedłużać – do proponowanego zastosowania gier w edukacji. Jest to lwia część pracy, lecz, szczerze pisząc, nie ma sensu się tu rozpisywać. Jeden fragment wystarczy (ostatecznie nikt mi za reklamę nie płaci :)): Na tym fragmencie wpis zakończę, choć jestem ciekaw – jakie gry Wy polecilibyście nauczycielom, by mogli je wykorzystać w edukacji? Osobiście, pomyślałem o Papers, Please – choć raczej dla później podstawówki – oraz Cities Skylines­. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Czeski MSM

Dzisiejszy MSM (a właściwie – eMSM) będzie dość krótki, bo i omawiany tekst ma tylko cztery strony. Jest nim pochodzący z 2012 roku artykuł naukowy autorstwa Aleksandry Knych „Oddziaływnie wychowawcze bohatera gier komputerowych” (błąd w tytule nie jest mój), opublikowany w czeskim czasopiśmie „Trendy ve vzdělávání”. Jako, że znalazłem go w pdf-ie link znajdziecie na końcu. Wrzuciłem cały wstęp, bo dobrze obrazuje resztę tekstu – jest pełen ogólników. O ile tu to nie przeszkadza to w pozostałej części artykułu jest już nie do przyjęcia. Dalej Autorka pisze o wychowaniu, co jest całkiem spoko. Jednakże jeden fragment przykuł moją uwagę: Cieszę się, że Autorka zauważa, że wychowanie to nie tylko „wpływ mediów”, ale także inne czynniki. Szkoda, że zauważa to tylko w tym jednym fragmencie. Chociaż nie – dobrze, bo dzięki temu powstał ten MSM :P. W tym fragmencie najbardziej rozśmieszyło mnie ostatnie zdanie. Jeśli traktować gry komputerowe jako programy multimedialne, to jakie inne zabawy „aspołeczne i agresywne” są wynikiem działania kogoś innego, niż bohaterowie gier? Bo skoro tylko „często” to znaczy, że nie wszystkie ;). Tak, wiem, czepiam się słówek, ale co poradzę, że to zdanie nie ma najmniejszego sensu? Dodatkowo – co z zabawami naszych rodziców/dziadków? Czy serio Autorka sądzi, że zabawa w wojnę jest czymś nowym i wynika jedynie z istnienia gier komputerowych? Te liczne badania to, oczywiście, te przeprowadzone przez dr Ulfik-Jaworską, żebyście nie mieli wątpliwości :P. Uwielbiam szachy – najwięcej satysfakcji czerpię, gdy przegram a mój oponent popłacze się, że, niestety, wygrał :). W dodatku – może jakieś tytuły? Chyba byłoby to na miejscu, nie sądzicie? Znowu nie łapię jeszcze jednej kwestii – jakim cudem jednocześnie „stwarzają wewnętrzny niepokój” i „satysfakcję z wygranej”? Chyba każdy lubi wygrywać, czyż nie? Np. 4-5 letni ja, przed rozgrywką w karty z moim bratem, mamą i śp. babcią jasno określiłem zasady: „gramy uczciwie – ja mam wygrać” :D. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem czym są gry komputerowe :P. Ten tekst pochodzi z artykułu Henryka Nogi (o którym już pisałem na blogu) i, jeśli dobrze pamiętam, Autor nie podał tam źródła tych badań.
  I wracamy do dr Ulfik-Jaworskiej i jej dziwnych badań. Szkoda, że Autorka wciąż korzysta z tak starych tekstów, nie szukając nowszych opracowań. Znowu nie bardzo rozumiem, o co Autorce chodzi. Jakby zamiast „gier komputerowych” wpisać „książek” to cokolwiek by się zmieniło? Ktoś ma jakiś pomysł? W dodatku „zajmowanie stanowiska” jest często koniecznością, także w rzeczywistości, i wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Hmmm… czy pokonanie Alduina w Skyrim jest działaniem egoistycznym? A co z Connorem (Kenway’em), który, jakby nie patrzeć, pomaga innym mieszkańcom Davenport? Jak traktować innych bohaterów, którzy ratują świat? Dodatkowo – czy zemsta za śmierć bliskich to działanie egoistyczne czy nie? I który to bohater czerpie przyjemność z cierpienia? Autorka rzuca sobie wyjętymi z rękawa kwestiami i nie podaje ŻADNYCH przykładów. Wrzuciłem cały fragment, bo znowu czegoś tu nie rozumiem. Autorka napisała artykuł naukowy czy wypracowanie szkolne? Którzy bohaterowie mają te cechy – czy wszyscy? Jeśli tak – to co jest w nich takiego strasznego, że dzieci nie powinny się z nimi identyfikować? I którym zarzuca brak godności i nieuczciwość? Szczególnie, że to "godność", według Słownika Języka Polskiego, oznacza: „poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie”. Który bohater jest tego pozbawiony, droga Autorko? No dobra – zgoda. Nie wiem, gdzie tu zarzut, ale okej. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Tu już zupełnie nie rozumiem. Czego Autorka oczekiwała po konkursie na największego twardziela? Że wygra Sonic albo Rayman? Dla mnie to trochę tak, jakby się czepiać, że konkurs na największego twardziela w filmach wygrał np. Tony Montana, Rambo albo Blade, a nie np. Mark Darcy… Źródło Nie wybrali go na swojego idola, droga Autorko, tylko nadali miano największego twardziela. To nie to samo. Szczęśliwie, udało mi się go znaleźć, bo Autorka sama nie zechciała wrzucić tu przypisu. Ciekawe czemu? Co oznacza, że zostają rozgrzeszeni, czy nie? I czy w takim razie każdy bohater, który próbuje ocalić świat jest „w miarę okej”, czy nie? I co z rzucaniem „mięsem” przez Księcia? Albo z tym, ze płaci striptizerkom za występy? Autorka powinna się douczyć, bo widać, że z wiedzą w temacie u niej cieniutko. Zacznijmy od tego, że Agent 47 jest stworzonym do zabijania, zmodyfikowanym genetycznie klonem (w największym skrócie). Autorka, z nieznanych mi powodów, zapomniała też, że w "dwójce" (tj. Silent Assassin) zadaniem Hitmana jest uratowanie ojca Vittorio, u którego ukrywał się w klasztorze. Ale to by nie pasowało do tezy, nie? Jeśli chodzi Tommy'ego Vercetti'ego to, w moim odczuciu, był typowym przedstawicielem mafii a’la bohaterowie książek Mario Puzo (choć blisko mu też było do Tony'ego Montany ze Scarface'a w reż. Briana de Palmy - zresztą Vice City jest częściowo wzorowane na tym filmie ). Czy jednak chęć uratowania Lance’a Vence’a nie świadczy o pewnej jego empatii i poświęcenia dla kumpla? Nie mówię, że te postacie są dobre – bo nie są – ale bez wątpienia są twardzielami. I wszyscy powyżsi są bohaterami gier 16 lub 18+! O czym Autorka, zapewne „przez przypadek” nie wspomina ani razu. Autorka po raz kolejny napisała „masło maślane”. Kto dopuścił taki marny tekst do druku? Gdzie byli recenzenci? Rozumiem, że to czeskie pismo, ale jakiś poziom powinien obowiązywać. Bo inaczej wychodzi czeski film. Na zakończenie krótkie przemyślenie – zauważyliście, że na tych czterech stronach Autorka nie wniosła absolutnie NIC do tematu badań gier komputerowych? Kompletnie ZERO. Podejrzewam, że Autorka potrzebowała publikacji do doktoratu, ale nawet takie teksty powinny trzymać jakiś poziom. Żadnych przykładów (poza czterema bohaterami – dobranymi bez związku z resztą artykułu), powoływanie się na przestarzałe (i krytykowane przez część środowiska]) badania. W dodatku, co zabawne, w bibliografii pojawiają się książki, których nie ma w przypisach! Cud nad cudy!   Na zakończenie – obiecany link :).

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Wreszcie Koniec

Czas na ostatnią część wpisu o książce „Harry Potter dobry czy zły?”. Ta część książki została dopisana po oryginalnym wydaniu pozycji. Żeby nie było tak długo, jak poprzednio (i tak jest niewiele lepiej…), sporo kwestii ominę. Gotowi? Czyli Autorka potwierdza moje przypuszczenia z pierwszego wpisu – ówczesny kardynał, potem papież Benedykt XVI a obecnie papież-emeryt nie znał treści sagi, a swoje zdanie oparł na manipulacjach pani Kuby. Jest to, podobno, cytat z listu kardynała do Autorki. Muszę uwierzyć, że to napisał. Niestety, strona Autorki nie działa, więc nie mogę tego zweryfikować (zresztą – i tak nie znam niemieckiego…). Jeśli ktoś się zastanawia nad użyciem słowa „uwiedzenia” to cierpliwości – Autorka nam to wyjaśni. Tu Autorka odnosi się do zacytowania powyższego fragmentu listu w lipcu 2005 roku w „Montreal Gazette”, czyli w momencie, gdy kard. Ratzinger był już papieżem. Co nie zmienia faktu, że kiedy pisał te słowa jeszcze nim nie był ;). Dodatkowo – na studiach spotkałem kilku księży (w tym wykładowców) i nie mieli problemu z tym, co czytamy. Nawet Harry’ego Pottera. Czy tym samym działali wbrew zdaniu papieża? Tak, Autorka odnosi się i do tego zarzutu, który popieram. Zobaczycie zaraz – dlaczego. Mylić się jest rzeczą ludzką ;). Jeśli jednak ówczesny kardynał a potem papież miał takie zdanie, to znaczy, że z czegoś wynikało. Ciekawe tylko – z czego? Widzicie, kłopot w tym, że NIGDY nie odpowiedział. Więc Autorka nie ma tu żadnego argumentu. Autorka zadaje pytanie a potem sama sobie odpowiada pytaniem retorycznym – to dopiero „cód” :P. Czas na analizę listu. Nie wiem jak to się ma do Harry’ego, ale wiem jedno – cieszę się, że nie dałem się uwieść i wykorzystać i wypożyczyłem tę książkę a nie kupiłem. Bo czułbym się zbrukany… I tak się czuję czytając te głupoty, ale przynajmniej mniej boli... Znowu nie wiem, co to ma do Harry’ego. Poza tym, według Biblii Tysiąclecia, wąż nie mówi o nieśmiertelności a o tym, że nie umrą po zjedzeniu owocu: „4 Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! 5 Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło».”. Dodatkowo – jak mieli przejrzeć kłamstwa węża, skoro nie umieli odróżnić dobra od zła? Ale nie wchodźmy na ten teren – no, chyba, że ktoś zna odpowiedź :). Nie kminię tego, tak szczerze pisząc. Chyba po to czytam książkę z nurtu literatury fantasy, by przenieść się do świata fantasy? Jakbym czytał literaturę s-f to chciałbym się przenieść do świata s-f, a nie zostać we własnym. Od tego są inne gatunki! Nie wiem też co Autorka miała na myśli pisząc o „regułach stosunków międzyludzkich”? Z ostatnimi dwoma zdaniami też się nie zgadzam, w kontekście HP – przecież w świecie czarodziejów obowiązują reguły, a za ich złamanie grozi Azkaban. Znowu czegoś tu nie rozumiem – czym jest prawo oparte na bezprawiu? Nie, serio, nie mam pojęcia o co Autorce chodzi. Szczególnie z zestawieniem z bezinteresownością działań Harry’ego i spółki. Źródło: www.meme-arsenal.com Droga Autorko, już odpowiadam. Otóż… każde wychowane w chrześcijańskim domu. Serio! Dzieci (te najmłodsze) najczęściej robią to, co im rodzicie wpoili. Później bywa z tym różnie, fakt, ale wpływ mają na to rozmaite czynniki. Zresztą, równie dobrze Autorka mogłaby napisać „Które dziecko, pozostające od szóstego roku życia w świecie Władcy Pierścieni (…)”. To tylko literatura! Mam na to jedną odpowiedź: Źródło: Fawlty Towers Ale długi fragment. Fanatyzm podyktowany własną pseudoreligijnością aż z niego bije. Bo w pierwszym przypadku – zabawki i księgarnie – to czysty marketing. Ludzie chcą zabawki/ksiązki z ulubioną postacią to je dostają. W tych samych sklepach pojawiają się także prezenty na Komunię, Chrzest, Ślub itd. Z tego jakoś zarzutu Autorka nie robi – i słusznie! Zaskoczyła mnie muzyka w tym akapicie – o co chodzi? Ja w 2005 roku słuchałem…hmm… Eminema? 5-2 Dębiec? Asceto? Chyba tak. Jestem też ciekaw jak Autorka chciałaby stawiać opór? Stosy, krucjaty?  I nie wiem nad czym bardziej bym płakał - nad tym, że dziecko czyta Harry'ego Pottera, czy nad tym, że chce wylecieć ze szkoły (vide pierwszy wpis ). Tego akurat nigdy nie rozumiem – fakt, że jest jakaś fanatyczka nie oznacza, że cały Kościół tak myśli. Ale skoro duchowni ją legitymizują to i im się obrywa. Dalej znajdują się przykładowe listy, ponoć wysłane do Autorki przez fanów HP. Są strasznie długie i dość jednolite w treści, przy czym Autorka najpierw je streszcza w punktach, ale to pominę (bo wpis byłby jeszcze dłuższy…). Dodam jedynie, że nie popieram wrzucania wszystkich do jednego worka. Na zakończenie – „10 argumentów przeciw Harry’emu Potterowi”, z dopiskiem na końcu „SKSERUJ I PRZEKAŻ DALEJ”. Mi jednak wygodniej będzie przepisać i rozprawić się z tym punkt po punkcie ;): Innymi słowy – wszystkie książki, w których pojawia się magia, trzeba spalić (poza kilkoma wybranymi przez Inkwizycję, jak mniemam). A słowo „pokonało” jest użyte całkiem ciekawie w kontekście historii (IYKWIM). Czemu akurat Hogwart? Bo dyrektorem szkoły był Adolfus Hitledor (wybaczcie – musiałem ;))? I, jak już pisałem w zeszłym tygodniu, rasistami są w sadze wyłącznie postacie złe. Ponadto, w murach szkoły nie było też ofiary krwi – cmentarz, na którym takowa się dokonała, znajdował się hen daleko od szkoły. Ale Autorka czytała jakiegoś bryka, więc trzeba jej wybaczyć ;). Źródło: Star Trek Jak już pisałem – Harry ostatecznie poradził sobie z Voldemortem w piątym tomie. Nie było to też tak do końca opętanie. A już na pewno nie traci swojej osobowości! Ta, i dlatego do Hogwartu nie przyjmują czarodziejów urodzonych w rodzinach nie-czarodziejów. Oh, wait: Hermiona. Dodatkowo – Dursleyowie są specjalnie pokazani tak, by czytelnik ich nie lubił. Nie stanowią oni żadnego odniesienia do innych osób. Bo to tak jakby napisać, że bracia Grimm pokazują, że wszystkie macochy są złe, bo jedna gnębiła Kopciuszka. Choć, fakt, czarodzieje niekiedy wyśmiewają mugoli (bodajże pan Weasley mówi raz, że mugole nie potrafią patrzeć). Ale tak samo my stereotypowo patrzymy na inne narody. Nie rozumiem tego punktu, kompletnie. Jakie boskie symbole są wynaturzone? Porównanie wysokości pomieszczenia do katedry? Czy żarcik z zamianą „Merry Christmas” na „Harry Christmas”? Eee… a Dobra Czarownica Gladiola z Czarnoksiężnika z krainy Oz? A wróżka chrzestna z Kopciuszka? Gandalf z Władcy Pierścieni? Niebieska wróżka z Pinokia? Autorka coś dużo magicznych postaci przegapiła. Ale te baśnie są „chrześcijańskie”, nie? Szczególnie te, które wywodzą się z czasów pogańskich – typu Kopciuszek (vide - historia Rhodopis z 7 wieku pne) :P. Autorka nadal pisze o Harrym czy o własnej książce? Bo z tych dwóch to akurat Autorka manipuluje. Tego argumentu kompletnie nie rozumiem. Serio! Gdzie w Harrym rządzi zło? Fakt, przez chwilę nie jest wesoło w świece czarodziejów, ale bohaterowie ostatecznie pokonują Voldemorta i jego popleczników – i to w każdym tomie! Równie dobrze ten zarzut mógłby się odnosić do Śródziemia – gdzie rządzi zły Sauron. Cóż za samokrytyka :P. Tak, wiem, co Autorka miała na myśli, ale właśnie strzeliła sobie samobója, bo można to inaczej zinterpretować :P. Mi jednak zależy na różnorodności opinii – ktoś lubi rosół, inny woli psy a ktoś jeszcze inny czytanie Harlequinów. To jest różnorodność – a nie pisanie, ze „rosół to danie zbrodniarzy wojennych”, „psy to ogary szatana” a „Harlequiny to tanie porno dla gospodyń domowych”. Ale, chyba, Autorka źle rozumie pojęcie „różnorodność poglądów”. I to jest jej pogląd, z którym się nie zgadzam, ale przyjmuję do wiadomości. Bo nie naśmiewam się z niego, lecz z podstaw, u jakich on leży. Z tym punktem Autorka poleciała na Icarusa punkt Beagle (info potwierdzone przez @Pawcio7327 :)) i leci dalej. Narzucanie innym swojego światopoglądu jest atakiem na wolność wyznania. I właśnie tak się czuję – Autorka obraziła moje uczucia religijne używając "mojej" religii do własnych celów. Kończąc ten wpis i przygodę z tą pozycją chcę zwrócić uwagę na coś jeszcze – podczas pracy nad tymi trzema wpisami poczytałem sobie o Autorce i dowiedziałem się, że kilka lat przed publikacją tej ksiązki zmieniła ona wiarę na katolicyzm. Zdałem sobie wtedy sprawę, że zwyczajnie chce się ona swoim fanatyzmem „wkupić” w łaski innych fanatyków. Wiecie – neofici zawsze muszą być świętsi od wszystkich świętych. Życzę Wam udanych wakacji. Do bloga wrócę w drugiej połowie września! Trzymajcie się ciepło!   PS. Zajrzyjcie pod ten link. Jest tam coś specjalnego dla Autorki :P.

MajinYoda

MajinYoda

 

Biały Dom Wariatów

Nigdy nie lubię, gdy takie sytuacje się zdarzają na blogu… już miałem gotowy wpis – wystarczyło poczekać kilka godzin… a tu takie „coś”. Fakt, że przetoczyło się to przez polskie portale (a dowiedziałem się tego z cdaction.pl), więc głupio byłoby, gdybym ja to przemilczał. Więc wpis powstał „na szybko”. Piszę tu, naturalnie, o najnowszym filmie, który Biały Dom zamieścił na swoim koncie na YT, a który chyba już wszyscy widzieliście. Ale, by dopełnić formalności:   Najpierw przyznam się Wam, że początkowo nie chciało mi się odnosić na tym blogu do doniesień o „szkolnej strzelaninie spowodowanej grami”, ponieważ już o tym kiedyś pisałem. Niestety, powyższy filmik uświadomił mi moją pomyłkę – muszę o tym napisać. Odsunę jednak na bok to, o czym już pisałem. Zajmę się samym „dziełem” Białego Domu – tendencyjnym, mniemającym sensu wideo o „szkodliwości gier”. No serio – żadnego komentarza, odniesienia się czy nawet podania tytułów owych brutalnych gier. Nie wspominając już, że chyba wszystkie gry z tego materiału mają oznaczenia ESRB „M” i wyżej. Czyli nie są przeznaczone dla dzieci! Szczególnie rozwaliła mnie obecność Fallouta 4 – i to w dodatku nagranego specjalnie w momencie, gdy gracz łamie prawo panujące w postapokalitycznym Bostonie/Diamond City – zabił cywila. Za co zapewne został za chwilę ukarany przez strażników. Skoro już się tym tematem zająłem to postanowiłem zrobić szybki research - i okazało się, że strzelec, Nikolas Cruz, należał do "Junior Reserve Officers' Training Corps" oraz szkolnej drużyny strzeleckiej (źródło: The Telegraph). Czyli tak samo, jak w większości omawianych we wspomnianym wpisie przypadków! Co ciekawsze - miał też więcej wspólnego z tamtymi mordercami - został relegowany ze szkoły, miał problemy psychiczne... Szukając dalej znalazłem materiał CNN dotyczący tej sprawy - i okazuje się, ze w ciągu 10 lat policja byłą wzywana do domu Cruzów... 45 razy! Przy czym lokalny szeryf "przyznaje się" do 23. "Olewactwo" amerykańskiej policji pojawia się także w innej kwestii - w lutym 2016 roku sąsiedzi wzywali lokalne władze bezpośrednio do Cruza w obawie, że ten "zbiera broń i szykuje się do strzelaniny" (usatoday.com). FBI też się nie popisało: 5 stycznia - ponad miesiąc przed strzelaniną! - otrzymali telefon o planowanej przez Cruza strzelaninie w szkole. I nic nie zrobili! Do czego się przyznali dopiero dwa dni (!) po masakrze. Brawo, przez was zginęło 17 osób (źródło: New York Times, FBI). I właśnie tym prezydent Trump powinien się zająć - zarówno kwestią dostępu do broni (nie, uzbrajanie nauczycieli to raczej nie jest dobre rozwiązanie), jak i kwestią policji oraz FBI - jak to jest możliwe, że przy takich podejrzeniach i informacjach NIKT przynajmniej nie obserwował Cruza. Zrobiło się dość poważnie, więc trzeba czegoś ciut zabawniejszego - oto fragment odcinka „Klanu”, który ostatnio pojawił się w serwisie JoeMonster.org – nie wiem czy już go widzieliście ;). Normalnie pod koniec myślałem, że emocje rozsadzą mi mózg – zawsze się tak czuję podczas grania w gry komputerowe. Czy nacisnę ten enter w odpowiednim momencie? Czy wygram dzięki temu? A co jeśli pomylę go z shiftem albo backspacem? Tyle stresu! Choć może ona ma już takiego "skilla", że wystarczy, że naciśnie jeden przycisk i wygrywa! Pewnie jest healerem w jakimś MMORPG i używa jednego macro - szacun! A tak bardziej serio – bardzo ciekawy obraz gracza prezentowany jest w tych wszystkich serialach (vide „Szpital”), nie uważacie? Nic dziwnego, ze później rozmaite osoby doszukują się we wszystkim winy „naszej” rozrywki.

MajinYoda

MajinYoda

 

Nie ma jak w domu

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bowiem kwestia, którą chce poruszyć sama w sobie jest niezbyt wielka. Mianowicie, jest pewien element w grach, który uwielbiam, choć ludzie piszą, że to „dla gupich Amerykanów”. Housing, bo o nim mowa, jest dla mnie jednym z ciekawszych aspektów współczesnych gier. I nie mam tu na myśli Simsów (kiedyś próbowałem… to nie dla mnie), lecz RPGi. Możliwość zdobycia miejsca, które mój bohater nazwie domem jest dla mnie bardzo ważną częścią wczuwania się. O ile jednak taki Geralt nie potrzebował stałego „meldunku” (choć winnica wygląda obiecująco i czekam aż wreszcie dobiję do niej), tak już zarabiający krocie Dovahkiin mieszkający w jakiejś karczmie wywoływał u mnie efekt „ale dlaczego?”. I tym sposobem polubiłem zarówno podstawowe domy w Skyrim (i Oblivion), jak również możliwość rozbudowy z Hearthfire i rozmaitych modów. Ja to po prostu uwielbiam! Dlatego, gdy zobaczyłem domek i możliwości jakie daje w WildStar szybko przekonałem się do tego MMORPGa. Niestety, odstraszył mnie system walki, ale wciąż lekko mnie ciągnie do zabawy z ustawianiem wirtualnych mebli i czego tam. Z drugiej strony medalu jest World of Warcraft i niesławne garnizony z Warlords of Draenor. Cóż, o ile sam koncept bardzo mi się spodobał, tak już wykonanie było beznadziejne. No bez jaj – nie ma tam nawet miejsca, by dowódca garnizonu (czyli ja) położył się spać! Po całym dniu walki z jakimiś brudasami nie mam nawet miejsca do spania! Serio, Blizzardzie? Wracając do zwykłych RPG-ów – bardzo spodobała mi się Podniebna Twierdza w Dragon Age Inkwizycja (recenzja za tydzień :D), którą nie dość, że mogłem lekko rozbudować, to jeszcze dostosowywać. Dla mnie żyć-nie umierać :D. (Edit - Kirrin mi przypomniał thx!) Także seria Assassin's Creed, od "dwójki", serwuje graczom housing. Do dziś pamiętam jak uwielbiałem wędrować po Monteriggioni. Potem całkiem udana (choć nie tak malownicza) osada Davenport w "trójce" (ach to patrzenie jak ludzi przybywa :)) i w Syndicate całkiem ciekawy pomysł, szkoda, że słabo zrealizowany, czyli pociąg. A Wy co sądzicie o housingu w grach – to dobry pomysł czy beznadziejny zapychacz? I jaki był Wasz ulubiony dom w grach? Mój to, póki co (nie widziałem jeszcze winnicy z Wiedźmina 3 :P), wspomniana wyżej twierdza.

MajinYoda

MajinYoda

 

Wyrzutek

To słowo dobrze oddaje jak się czasem, jako gracz, czuję. Powód jest prosty - gram jedynie na PC-cie. Nie posiadam ani konsoli, ani wypasionego telefonu z Androidem/IOS-em. Jest to dla mnie mocno irytujące, gdy wszyscy konsolowcy już ograli do znudzenia np. GTA V, a ja muszę czekać. Zresztą - tak samo będzie z AC IV czy Watch Dogs i wieloma innymi produkcjami. Oczywiście - nie mam nic ani do konsol, ani do ich użytkowników, ani do wydawców. Wina bowiem leży po "naszej" stronie. Chodzi oczywiście o piractwo. Ten "nowotwór" tak mocno trawi rynek PC-towy, ze wydawcy wolą wydać grę na tę platformę już po zarobieniu na konsolach. I lepiej na tym wychodzą (z marketingowego punktu widzenia), bo jest to pewny zysk. Ale jednocześnie tysiące graczy takich jak ja - zagorzałych PC-towców - musi czekać. Bo spora grupa (niektórzy nawet szczycą się tym!) piratów psuje nam wizerunek. Ale cóż na to poradzić? Pozostaje tylko samemu grać uczciwie i uzbroić się w cierpliwość. Przy każdej dużej produkcji... Ewentualnie kupić sobie konsolę...   PS 2018. Na poprzednim blogu ten wpis miał największą ilość komentarzy na Kąciku Yody - aż 36. Szkoda, że nie ma szans, by je przeczytać  .

MajinYoda

MajinYoda

 

Protect the Kingdom!

Tuż przed Długim Weekendem postanowiłem wreszcie pograć w jakąś grę mobilną na moim smartfonie (z Androidem). Szybko wybrałem grę Kingom Rush, typowego przedstawiciela gatunku Tower Defence. I muszę przyznać, że jest to całkiem dobra produkcja. Gra jest darmowa, z opcjonalnymi mikropłatnościami, co jest dość typowym modelem w przypadku gier mobilnych. Spodobało mi się jednak, że za prawdziwe pieniądze kupuje się tylko dwie rzeczy: gemy i bohaterów. Przy czym te pierwsze można także zdobyć za darmo – 100 sztuk za obejrzenie reklamy innej giry (ta czynność jest powtarzalna, choć są tu pewne ograniczenia – maksymalnie udało mi się obejrzeć 25 (!) reklam pod rząd zanim gra mi zablokowała tę opcję) oraz poprzez zabijanie wrogów. Za gemy kupujemy wspomagacze – dynamit, fiolki zamrażające, złoto do użycia podczas gry, zwiększoną ilość życia naszej bazy czy bombę atomową, która zabija wszystkich wrogów na planszy (koszt – 999 gemów). Jeśli chodzi o bohaterów to są dość kosztowni – od $6 do $21 - i zwykle o wiele lepsi niż trzej darmowi, których dostajemy podczas kampanii. Nie kupiłem jednak żadnego z nich – całkowicie wystarczyła mi dość wcześnie zdobyta łuczniczka Alleria (ciekawe co Blizzard na wykorzystanie tego imienia :P?). Jeśli chodzi o samą rozgrywkę to nie ma tu nic, czego nie można znaleźć w podobnych produkcjach – kilka ścieżek, po których podążają wrogowie i poustawiane wzdłuż nich pola, na których budujemy nasze wieżyczki. Tych są cztery rodzaje – baraki wystawiające żołnierzy na ścieżkę, łucznicy ostrzeliwujący wrogów, wieże magów spowalniające wrogów oraz artyleria atakująca wolno, ale mocno. Każda z tych wież ma cztery poziomy (ulepszane zdobywanym podczas gry złotem), przy czym przy ostatnim mamy wybór między dwoma różnymi kombinacjami, z różnymi dodatkowymi ulepszeniami.  I tak żołnierze stają się albo tankującymi i wytrzymałymi paladynami lub szybkimi i zadającymi mnóstwo obrażeń barbarzyńcami, łucznicy stają się łowcami mogącymi spowalniać i zatruwać wrogów lub muszkieterami zadającymi duże obrażenia na bliski dystans, mag może albo cofać wrogów uderzeniami i przenikać ich pancerze lub zamieniać ich w owce (znów WoW się kłania :)) lub stawiać golemy, natomiast artyleria staje się „Wielką Bertą” lub generatorem Tesli, jednak w tym przypadku koszt tej pierwszej jest tak wielki, że bardzo rzadko nią grałem. Generator razi przeskakującym między wrogami prądem.  Do tego dochodzą jeszcze dwa zaklęcia: deszcz ognia i przywołanie „milicji”. Zarówno zaklęcia, jak i wieże trzeba ulepszać. Robi się to za pomocą gwiazdek, zdobywanych za wygrywanie plansz. Ale o tym za chwilę. Gra ma trzy poziomy trudności oraz dwa tryby: kampanii i hordy. O ile tego drugiego nie trzeba przedstawiać (choć muszę zaznaczyć, że to świetny sposób na zdobycie darmowych gemów), tak o pierwszy, trzeba napisać kilka słów. Na kampanię składają się liczne plansze - główny wątek ma ich 12, a pobocznych jeszcze nie udało mi się ukończyć, ale  po ukończeniu głównych na mojej mapie pojawiło się ich sześć, przy czym każdy z nich ma jeszcze jedną-dwie kolejne. Mapa jest całkiem intuicyjna i nie wymaga przesadnej ilości klikania. Jednocześnie każda plansza kampanii ma trzy poziomy trudności, przez co rozgrywka jest bardziej urozmaicona. Za wygranie na pierwszym poziomie dostaje się max 3 gwiazdki, a drugiego i trzeciego – po jednej gwiazdce. Dodatkowo, te wyższe mają pewne ograniczenia - brak bohatera lub brak możliwości korzystania z wieży maga.  Graficznie gra wygląda całkiem przyjemnie, szczególnie tła, choć i wygląd postaci może się podobać. Trudno mi jednak ocenić muzykę, bo grałem głównie na wyciszonych głośnikach, ale udało mi się zorientować, że muzyka trzyma się pseudo-średniowiecznych klimatów.  Ogólnie, choć w kwestii TD jestem laikiem, gra mnie wciągnęła. Wprawdzie nie nadaje się na podróż MPK (no, chyba, ze ktoś jedzie z jednego końca miasta na drugi), ale myślę, że nada się na wakacyjne popołudnia czy na przejazd pociągiem.  Grze wystawiam ocenę 4+/6 głównie ze względu na płatnych bohaterów (z darmowych tylko wspomniana Alleria się do czegoś nadaje) oraz zdarzające się problemy techniczne (kilka razy mi się zawiesiła, a raz czy dwa całkowicie wyłączyła).

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM IV

Po kilku tygodniach przerwy przyszedł czas na MSMa, nie sądzicie? Dziś zajmę się książką „Przestępczość nieletnich – teoria i praktyka” pod red. Sylwii Ćmiel (2012), a konkretniej artykułem „Realna i wirtualna rzeczywistość – agresywne zabawy i przestępstwa nieletnich w świecie wirtualnym” dra hab. Zdzisława Majchrzyka. Wpis nie będzie zbyt długi. Na początku jest dość nudno… Autor trochę plącze się między agresją realną a wirtualną. Niemniej, kilka fragmentów udało mi się wyłuskać: Ekhem… Pong nie był pierwszą grą video… chociaż, zależy jak na to spojrzeć…bo w końcu Nolan Bushnell „ukradł” pomysł na grę Ralphowi Baerowi, nie? (za: B. Kluska, Dawno temu w grach, 2008, s. 17). Dodatkowo, skoro PONG i jego… hmm… pierwowzór pojawiły się w 1972 roku, to czemu Autor cytuje tu tekst o pięć (!) lat starszy? Czyżby pan Rushkoff umiał podróżować w czasie? Tu jest tekst ciut nowszy, z 1999 roku… I moja Mama by się wtedy zdziwiła, gdybym tak krzyknął… Choć zawsze sobie z Mamą żartujemy, że gdy w 2000 roku grałem w demo Quake III Areny (z botem), siedziała za mną i patrzyła mi w monitor. Nagle, całkiem przypadkowo, nacisnąłem spust celując w ścianę. Jaki był komentarz mojej Mamy? „Nie po ścianach! Nie marnuj amunicji!” :D. Eeee… a świat rzeczywisty też nie jest dla geniuszy, psychopatów i przeciętniaków? Co Autor sugeruje? Później jest sporo nieprzydatnych (temu blogowi) zdań… ale jeden fragment przykuł moją uwagę, choć nie dotyczy gier: Po kolei: przede wszystkim chłopiec nazywał się Rhys Jones (więc nie wiem skąd „Jonem”). Druga kwestia: te gangi dziecięce są straszne – zabijają bez mrugnięcia okiem! Szkoda tylko, że Autor nie zechciał zapoznać się z całą sprawą, a oparł swój tekst na doniesieniach medialnych tuż po zabójstwie… Ale ja się zapoznałem, korzystając z internetowych wydań brytyjskiej prasy. I zajęło mi to raptem 10 minut! Zacząłem, typowo, od Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Murder_of_Rhys_Jones), potem  „The Telegraph", „BBC”... Krótko pisząc – jedenastolatek faktycznie zginął od kuli z S&M, ale za spust pociągnął… szesnastoletni wówczas Sean Mercer, członek jednego z lokalnych gangów (śmierć Rhusa była zresztą przypadkowa, ale to tak na marginesie). Coś się tu nie zgadza, prawda? Ale to by Autorowi do tezy nie pasowało, nie? Choć, w sumie, by pasowało… ale trzeba by było ruszyć się i poszukać… bo w 2012 roku przecież internet w wiadrach trzeba było do domu nosić :P. Spodobał mi się ten fragment – tylko dlatego go wrzuciłem :P. Zwyczajnie nie wiem co wnosi do całości tekstu – jaki „inny strój” Autor ma na myśli? Czemu nie rozwinął swojej wypowiedzi? Dobra, czas wrócić do interesujących nas treści: Oj tak, zawsze po pograniu w Cities: Skylines mam ochotę komuś dać po gębie :D. Już o tym tyle razy o tym pisałem… nie będę się powtarzać, dobrze? („Nowe życie” w 2012 roku – serio, Panie Badaczu?) Autor aż pogrubił ten tekst, by rzucił się w oczy – więc i ja tak zrobiłem. Owszem, gracze zapewne mają poczucie odwracalności wirtualnej śmierci – bo jest… wirtualna. Ale spychologia przecież wie, co siedzi w głowie każdego gracza, prawda? W przeciwieństwie do szachów, gdzie wcale nie biją się między sobą figury, wojen – gdzie ludzie się nie mordują – czy nawet pełna dobra literatura i sztuka  (danse macabre, na przykład). Źródło: Memegenerator.net Ale to gry są złe… Tu mnie Autor zaskoczył - nagle filmy oberwały :O. Ale zastanawiają mnie dwie rzeczy: 1. kto przy zdrowych zmysłach pozwala dzieciom oglądać horrory (i dlaczego Autor nie pisze o głupocie rodziców w tym przypadku?)? 2. czym są bajki s-f? I na tym lepiej zakończę :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Za garść monet

Przyznam szczerze, że podczas grania w Assassin’s Creed Odyssey zacząłem się zastanawiać nad kwestią najemników w grach. Przynajmniej dwa MSM-y już o tym traktowały (1, 2), ale pomyślałem, że w ramach „Z życia NPC” warto się nad tym pochylić. Zacznijmy od Bohatera, Wiadomo, w RPG możemy być altruistami i robić wszystko za darmo (o ile twórcy pozwolą), ale wówczas musimy bazować na innych źródłach dochodów. Z drugiej strony – przecież Bohater wykonuje określoną pracę i należy mu się zapłata, prawda? Spójrzmy na takiego Geralta – wiadomo, powinien robić za darmo albo za srebrny grosz albo półtorak. A on co? Koron sobie życzy. Z punktu widzenia przeciętnego NPC-a to, w sumie, źle – ostatecznie: Źródło Oczywiście, możemy się targować o wysokość nagrody za zlecenie, ale wtedy NPC zachowują się jeszcze dziwniej – kilka koron za dużo i już nie interesuje ich los wioski/brata/żony (zresztą, pisałem o tym w recenzji). Z kolei sytuacja Bohatera-Dragonborna-najemnika w Skyrim jest jeszcze ciekawsza - oto pierwszy od tysiącleci człowiek (czy tam elf) pokonuje smoka terroryzującego Whiterun. W zamian od jarla Balgruufa dostaje jakiś szmelc i garść septimów. Serio? Przecież to poniżej stawki! Powinna być połowa królestwa jarlatu i ręka jego córki! Jednakże, odłóżmy na bok bohaterów gier, bo wiadomo po co im złoto do mordowania, nekrofilii i demoralizacji dzieci . W zamian zastanówmy się nad NPC, którzy podróżują po świecie i, zapewne, też pobierają opłaty za usługi. We wspomnianym Wiedźminie brakowało mi takich postaci – gdzie są ci wszyscy poszukiwacze przygód, którzy za korony podjęliby się zadania zamiast Białego Wilka? Gdzie są inni wiedźmini, z innych szkół? Jedynym wyjątkiem jest chyba ten ze Szkoły Kota, którego możemy zabić. Jest jeszcze Letho, ale on pełni konkretną funkcję w fabule. Podobnie jest zresztą w Skyrim i Fallout 4 – mam uwierzyć, że w tak rozległych krainach nie ma nikogo żywego, kto podjąłby się tych samych zadań co Bohater? Jasne, w piątym TESie czasami spotykamy najemnika idącego za swoimi sprawami, ale dzieje się to bardzo rzadko. I, właściwie, nigdy tak naprawdę nie idą do miejsca, o którym mówią po odrobinie perswazji - ot, dostali zlecenie i znikną przy pierwszej okazji ;). Choć, z drugiej strony, zdarzają się także członkowie Towarzyszy - to już jest przynajmniej coś . We wspomnianym na początku Odyssey jest podobnie  - choć tu przynajmniej są najemnicy, podążający swoimi ścieżkami i czasami przyjmujący zlecenie na Kasandrę, a i ona może znaleźć zlecenie na najmitę. Ale to za mało, moim zdaniem. Szczególnie, ze żaden z nich nie bierze nigdy udziału w bitwie, choć kręcą się wokół znaczników… ale o tym będzie w recenzji za tydzień . W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł – przydałaby się w RPGach mechanika Najemników, którzy rywalizowaliby i z graczem i ze sobą nawzajem. Bohater opóźnia wykonanie zadania pobocznego? Zrobi je ktoś inny. Do tego dochodziłoby podkradanie sobie zleceń i wzajemne zabijanie. To byłoby coś! Dodatkowo, należy zauważyć, że wszelkiej maści zleceń, zadań itp. musi być w takich światach o wiele więcej, niż Bohater otrzymuje. Czemu zatem nie wprowadzić postaci, które będą robiły swoje, czasem pomagając Bohaterowi, czasem mając zadanie przeciwne. Ale najemnicy to nie wszystko – nie zapominajmy o strażnikach/policjantach, którzy też muszą dostawać pieniądze za swoją pracę. Jakoś nie wierzę, że ci wszyscy mundurowi w GTA V idą pod lufę za darmo. To tak nie działa! Źródło Chociaż, patrząc na ich poziom IQ, można się zastanawiać – być może są zbyt durni, by dawać im pieniądze?     A Wy jak sądzicie – czy w grach jest zbyt mało najmitów? Piszcie w komentarzach .

MajinYoda

MajinYoda

 

Zakochani gangsterzy

Swego czasu uwielbiałem kino gangsterskie. Kasyno, Scarface, Ojciec chrzestny… Aż trafiłem na film Bonnie i Clyde z 1967 roku, w reżyserii Arthura Penna. Opowiada on historię autentycznej pary przestępców – Bonnie Parker (grana w filmie przez piękną Faye Dunaway) i Clyde’a Barrowa (Warren Beatty), których gang działał w latach 30. XX wieku w USA. Pod względem sprawności reżyserskiej utwór pozostawia wrażenie na widzach. Jednak kunszt operatorski niekiedy zawodził, co uwidoczniło się już w pierwszej scenie, w której łatwo można było dostrzec niepotrzebne cięcie. Takich nieudanych montażowo scen jest w filmie zdecydowanie za dużo i w mojej ocenie psuje to efekt końcowy i obniża poziom artystyczny i warsztatowy dzieła. Na początku film przypomina raczej komedię sensacyjną z elementami romansu  niż dramat gangsterski. Widać, że dzieło powstało u schyłku pierwotnej popularności tego gatunku. Przekonanie, że mamy do czynienia z komedią towarzyszy nam od pierwszej sceny. Streszczając ją, trzeba przywołać słowa znanej piosenki, że młody mężczyzna z przeszłością spotyka piękną nieznajomą. Zakochują się w sobie. Rozumiem, że taka była historia autentycznych Bonnie i Clyde’a, ale w filmie gangsterskim motyw sentymentalny zupełnie nie pasuje. Co gorsza, bohaterowie przez dłuższy czas działają w konwencji komediowej. Mają pogodne twarze, dialogi między nimi są żartobliwe, a czyny raczej śmieszą widza, niż wywołują rozterki prawno-moralne. Dodatkowo film – jak na gatunek gangsterski - jest zbyt długi. Przykładowo - scena, w której Clyde Barrow napada na pusty bank, trwa kilka nieznośnie długich minut. Do tego wywołuje raczej śmiech, niż trwogę. Film nabiera rumieńców wraz z pierwszym zabójstwem. Dopiero wówczas można go uznać za prawdziwy dramat gangsterski. Źródło: http://lecinemadreams.blogspot.com Szkoda tylko, że do filmu dodano kilka całkowicie zbędnych scen. Na przykład ta, w której jakiś chłopak przynosi prowiant. I nic z tego nie wynika, brakuje związku z akcją. Może się wydawać, że autorom zabrakło pomysłu na zdynamizowanie filmu. Z całego dzieła można spokojnie wyciąć kilkanaście minut taśmy filmowej i  nikt nie zauważyłby różnicy. Ba, taki zabieg spowodowałby zwiększenie atrakcyjności utworu. Film budzi również mieszane uczucia pod względem wartości etyczno-moralnych. Reżyser, scenarzysta, operator kamery, scenograf czy kostiumolog, a także sami aktorzy zadbali o powstanie więzi emocjonalnej między widzami a bohaterami obrazu. Więź ta jednak ma dwuznaczną wartość. Bonnie i Clyde, mimo prób pozyskania sympatii, nie wywołują u odbiorców pozytywnych uczuć. W tym miejscu pokuszę się o analogię z bohaterami innych filmów o tematyce gangsterskiej wyprodukowanych w amerykańskich wytwórniach filmowych. Warto tu przywołać co najmniej dwa przykłady: Ojciec chrzestny (1972) Francisa Forda Coppoli oraz Człowiek z blizną (1983) Briana De Palmy. Rodzinę Corleone, w tym niektórych jej członków, czy Tony’ego Montanę można było polubić, zaś Bonnie i Clyde są, jak trafnie określa ich jedna z postaci -  „parą dzieciaków”. Po scenie bezsensownego zabójstwa bankiera chciałoby się rzec - para bardzo niebezpiecznych dzieciaków. Muszę przyznać, że z lekką ulgą ogląda się końcową scenę, w której oboje giną od policyjnych kul. Mógłbym nawet uznać tę scenę za najlepszą w całym filmie. Jeśli chodzi o inne postacie to przede wszystkim należy wymienić Gene Hackmana, który wcielił się w Bucka Burrowa – brata Clyde’a. Była to chyba jego pierwsza poważna rola i wypadł świetnie.. Jedynie dowcip opowiedziany przez niego był tak denny, że kawał Quentina Tarantino z Desperado wydał mi się przy tym arcyśmieszny. Duży ciężar spoczywał też na Michaelu J. Pollardzie, którego kreacja C. W. Mossa również zapada w pamięć. Odnośnie innych postaci to cóż – mogę powiedzieć z całą pewnością, że byli. Źródło:m www.flickr.com Największym atutem dzieła jest doskonale oddany klimat lat 30. Dobrze dobrane stroje i scenografia oraz nastrojowa muzyka sprawiają, że film dobrze się ogląda, mimo jego wad. Również gra aktorów stanowi filmowe mistrzostwo. Za ostatnią scenę, która jest bardzo autentycznie zrobiona, należą się twórcom brawa. Czas na podsumowanie. Pomysł na film był świetny – historia znanej pary gangsterów, oparta na opowieściach członków ich gangu. Szkoda tylko, że denerwujące niedoróbki i ogólna nuda fabularna doprowadziły do powstania utworu, który nie przetrwał próby czasu. Bowiem o ile w 1967 roku film dostał dwie statuetki Oscara i szereg nominacji, nie wspominając już o innych nagrodach, teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Moja ocena końcowa to 3,5/6.

MajinYoda

MajinYoda

×