Skocz do zawartości

Nowy Kącik Yody

  • wpisy
    96
  • komentarzy
    128
  • wyświetleń
    3969

O blogu

Blog dotyczy głównie spraw okołogrowych. Najczęściej zamieszczam swoje felietony i przemyślenia. Poza tym pojawiają się rozmaite "mądrości" pisane o grach w książkach, na stronach internetowych itd.

Wpisy zamieszczone na blogu są pisane przeze mnie i wyrażam w nich moją opinię na rożne tematy. W przypadku chęci skorzystania z fragmentu lub całości wpisu proszę o zaznaczenie źródła i informację na PW.

Zapraszam też do odwiedzania i polubienia strony bloga na Facebook'u. Zachęcam także, oczywiście, do komentowania i oceniania wpisów. Mile widziane są także wiadomości prywatne :).

Przytaczane fragmenty książek należą do ich prawnych właścicieli i zostały wykorzystane wg prawa cytatu (art.29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Blog ma charakter rozrywkowy i nie ma na celu ośmieszenia lub obrażenia jakiejkolwiek osoby.

 

PS. Jest to Blog-zastępstwo dla oryginalnego Kącika Yody.

Wpisy w tym blogu

 

Za garść monet

Przyznam szczerze, że podczas grania w Assassin’s Creed Odyssey zacząłem się zastanawiać nad kwestią najemników w grach. Przynajmniej dwa MSM-y już o tym traktowały (1, 2), ale pomyślałem, że w ramach „Z życia NPC” warto się nad tym pochylić. Zacznijmy od Bohatera, Wiadomo, w RPG możemy być altruistami i robić wszystko za darmo (o ile twórcy pozwolą), ale wówczas musimy bazować na innych źródłach dochodów. Z drugiej strony – przecież Bohater wykonuje określoną pracę i należy mu się zapłata, prawda? Spójrzmy na takiego Geralta – wiadomo, powinien robić za darmo albo za srebrny grosz albo półtorak. A on co? Koron sobie życzy. Z punktu widzenia przeciętnego NPC-a to, w sumie, źle – ostatecznie: Źródło Oczywiście, możemy się targować o wysokość nagrody za zlecenie, ale wtedy NPC zachowują się jeszcze dziwniej – kilka koron za dużo i już nie interesuje ich los wioski/brata/żony (zresztą, pisałem o tym w recenzji). Z kolei sytuacja Bohatera-Dragonborna-najemnika w Skyrim jest jeszcze ciekawsza - oto pierwszy od tysiącleci człowiek (czy tam elf) pokonuje smoka terroryzującego Whiterun. W zamian od jarla Balgruufa dostaje jakiś szmelc i garść septimów. Serio? Przecież to poniżej stawki! Powinna być połowa królestwa jarlatu i ręka jego córki! Jednakże, odłóżmy na bok bohaterów gier, bo wiadomo po co im złoto do mordowania, nekrofilii i demoralizacji dzieci . W zamian zastanówmy się nad NPC, którzy podróżują po świecie i, zapewne, też pobierają opłaty za usługi. We wspomnianym Wiedźminie brakowało mi takich postaci – gdzie są ci wszyscy poszukiwacze przygód, którzy za korony podjęliby się zadania zamiast Białego Wilka? Gdzie są inni wiedźmini, z innych szkół? Jedynym wyjątkiem jest chyba ten ze Szkoły Kota, którego możemy zabić. Jest jeszcze Letho, ale on pełni konkretną funkcję w fabule. Podobnie jest zresztą w Skyrim i Fallout 4 – mam uwierzyć, że w tak rozległych krainach nie ma nikogo żywego, kto podjąłby się tych samych zadań co Bohater? Jasne, w piątym TESie czasami spotykamy najemnika idącego za swoimi sprawami, ale dzieje się to bardzo rzadko. I, właściwie, nigdy tak naprawdę nie idą do miejsca, o którym mówią po odrobinie perswazji - ot, dostali zlecenie i znikną przy pierwszej okazji ;). Choć, z drugiej strony, zdarzają się także członkowie Towarzyszy - to już jest przynajmniej coś . We wspomnianym na początku Odyssey jest podobnie  - choć tu przynajmniej są najemnicy, podążający swoimi ścieżkami i czasami przyjmujący zlecenie na Kasandrę, a i ona może znaleźć zlecenie na najmitę. Ale to za mało, moim zdaniem. Szczególnie, ze żaden z nich nie bierze nigdy udziału w bitwie, choć kręcą się wokół znaczników… ale o tym będzie w recenzji za tydzień . W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł – przydałaby się w RPGach mechanika Najemników, którzy rywalizowaliby i z graczem i ze sobą nawzajem. Bohater opóźnia wykonanie zadania pobocznego? Zrobi je ktoś inny. Do tego dochodziłoby podkradanie sobie zleceń i wzajemne zabijanie. To byłoby coś! Dodatkowo, należy zauważyć, że wszelkiej maści zleceń, zadań itp. musi być w takich światach o wiele więcej, niż Bohater otrzymuje. Czemu zatem nie wprowadzić postaci, które będą robiły swoje, czasem pomagając Bohaterowi, czasem mając zadanie przeciwne. Ale najemnicy to nie wszystko – nie zapominajmy o strażnikach/policjantach, którzy też muszą dostawać pieniądze za swoją pracę. Jakoś nie wierzę, że ci wszyscy mundurowi w GTA V idą pod lufę za darmo. To tak nie działa! Źródło Chociaż, patrząc na ich poziom IQ, można się zastanawiać – być może są zbyt durni, by dawać im pieniądze?     A Wy jak sądzicie – czy w grach jest zbyt mało najmitów? Piszcie w komentarzach .

MajinYoda

MajinYoda

 

Tańczący z Wilkiem i Jaskółką

Wiedźmin, Wiedźmin, Wiedźmin… Cóż, skoro wreszcie udało mi się skończyć „trójkę” z pierwszym dodatkiem to wypadałoby napisać jakąś recenzję. Do gry CDP Red od początku podszedłem z entuzjazmem. Po średniej „jedynce” (której nigdy nie skończyłem…) i równie średniej „dwójce” (przeszedłem raz) zdecydowałem się na zakup Dzikiego Gonu po uprzednim przeczytaniu kilku książek Andrzeja Sapkowskiego (póki co wymiękłem przy „Chrzcie ognia” (o czym już pisałem). Niemniej, cyfrowe przygody Geralta tak mnie wciągnęły, że dokupiłem pakiet dodatków. Ale po kolei. Wybaczcie brak screenów   Biały Willk, dla…  Muszę przyznać, że najbardziej w grze spodobało mi się, że bez problemów odpaliła na moim sprzęcie przed upgrade (zmieniłem kartę graficzną i dorzuciłem RAMu), co nie udało się choćby AC Unity. W dodatku nie wyglądała, wbrew powszechnej (kwejkowej) opinii jak z 8-bitowców. Tu Redom należy się duży plus. Sama warstwa fabularna nie odbiega wprawdzie od typowo erpegowego „bohater zbawia świat” i książkowego „Geralt, cieciu, szukaj Ciri i Yennefer, bo cośtam”, ale mi się bardzo podobało. Nieuchronna wizja starcia z Dzikim Gonem powodowała, że powoli przechodziłem fabułę do przodu. I jednocześnie ją olewałem, bo wokół było tyle zadań pobocznych, że w pewnym momencie zaczynałem się obawiać co powie Yen, gdy przyjdę tak za miesiąc na spotkanie, które było „na już”. Szlachtowanie potworów i zarabianie na tym kasy to, moim zdaniem, kwintesencja wiedźmiństwa, a nie jakieś tam ganianie na posyłki dla czarownicy. Z fabułą związane są trzy zakończenia, przy czym do samego końca nie chciałem sprawdzać, co mam zrobić, by otrzymać konkretne. Ciri została Cesarzową, a Nilfgaard zajął całą północ poza Temerią Z Gwinta W poprzednich częściach gry Wiedźmin raczył nas rozgrywkami w najbardziej RNG grę, jaka istnieje – kościanego pokera. Pamiętam, że wkurzałem się za każdym razem, ale wciąż w to grałem. W „trójce” pojawił się gwint i od razu mi się bardzo spodobał. Na początku próbowałem czytać poradniki innych graczy, ale dość szybko je sobie odpuściłem, bo zauważyłem, że (SPOILER ALERT!) talia Królestw Północy zrobiona w karty oblężnicze z dowódcą, który daje bonus do tychże kart i max szpiegów to wszystko, czego trzeba do wygrania każdej rozgrywki. Inna sprawa, że z czasem zauważyłem, że AI bywa głupie w czasie rozgrywki w gwinta. (SPOILER!) Najpierw trzeba nawrzucać mu szpiegów, spasować, on się podda w drugiej turze, a my, mając więcej kart, wygramy bez problemu trzecią. No problem! Brzdąk, brzdąk, brzdąąąk  Muzyka z Wiedźmina 3… Ach, ilekroć o niej myślę przypomina mi się francuska wersja pieśni Priscilli. Dlaczego francuska? Bo uważam tę wersję za najlepszą spośród wszystkich. Anna Terpiłowska zaśpiewała ten utwór poprawnie. Nie zrozumcie mnie źle – zwyczajnie jej „fijołkowe” drażni moje uszy. Ale i tak słucham polskiej wersji. I angielskiej. I w zasadzie tyle, bo japońska, niemiecka i rosyjska (innych nie słyszałem) kompletnie mi nie pasują. Co do reszty utworów – podobała mi się ich słowiańskość i drażniła „donatanowość”. Ale mimo wszystko mnie nie irytowała, więc jest plus. W kwestii audio muszę też poruszyć kwestie głosów postaci. Szczęśliwie, po wielu latach oglądania i grania z dubbingiem (ostatnio staram się od tego odzwyczajać, ale IMO głupie jest grać w polską grę po angielsku) nie przeszkadzała mi studyjność niektórych głosów. Za to Jacka Kopczyńskiego (czy raczej mówiącego jego głosem Jaskra) miałem ochotę ubić pudełkiem z grą za wkurzające ekrany ładowania z bardem gadającym o tym, co się dzieje w głównej fabule. I to jeszcze nie mogę mu przerwać! Niekiedy, chcąc wygrać wreszcie w gwinta z jakąś postacią, musiałem raz po raz słuchać tego jego paplania. Aż wreszcie nie wytrzymałem i zacząłem wyłączać głośniki. Ech… Kamień na Wilka Jak już wspomniałem – grę przeszedłem z zainstalowanym pierwszym dodatkiem – „Sercem z kamienia”, więc powinienem o nim wspomnieć. Jest to ten rodzaj płatnego rozszerzenia, które każdy producent powinien sprzedawać (patrz i ucz się Ubisofcie!). Historia Olgierda von Everec została przedstawiona z pomysłem. Nie będę spoilerował, ale powiem, że zabawa na pewnym weselu dostarczyła mi więcej radochy niż śmiganie powozami po ulicach Londynu. Wilcze pchły  Wiedźmin 3 ma całkiem sporą ilość błędów. Wprawdzie są sukcesywnie naprawiane, ale wciąż przemknie się kilka. A to nie mogłem ukończyć zadania pobocznego, bo nie wczytał się skrypt – nagrodę dostałem, ale expa nie. To znowu zniknął gdzieś handlarz (wrócił po wczytaniu save’a). Czasem łódź po przeniesieniu się do „portu” stawała się łodzią podwodną… Ale najzabawniejszy błąd miałem całkiem niedawno – pod koniec gry. Łatka 1.12.1, ostatni quest, zostało mi dwóch bossów. No, będzie grubo – myślę. Lepiej poczytam taktyki albo przynajmniej zobaczę na co uważać. Uzbrojony w wiedzę ruszam w bój. O ile finałowy boss spełnił moje oczekiwania, tak przedostatni – nie. Nie wiem czy to był bug (mam nadzieję), ale przeciwnik stał w miejscu i dał się okładać jak Najman, padając po jakiś 30 sekundach (!). Rozumiem, że grałem na „niedzielniaka”/„casuala” na łatwym, ale bez przesady. Byle baba wodna stanowiła większe zagrożenie od „drugiego po Królu Dzikiego Gonu”. Z błędów warto wspomnieć jeszcze wierzchowca Geralta – czyli Płotkę. Zapewne wiadomo już o co mi chodzi – koń ma tendencje do pojawiania się daleko od bohatera i nie kwapi się, by szybko do niego podjeść. Dodatkowo, nieraz zdarzyło się, że mimo moich pogwizdywań Płotka się nie spawnowała. Dziwnie się też poczułem, gdy za którymś razem mój koń z kasztanowego zmienił kolor na czarny – zupełnie bez jakiejkolwiek przyczyny. Ot, gra postanowiła, że od dzisiaj Płotka będzie wyglądała inaczej. Z kolei wśród dziwności muszę wspomnieć o kuszy, która na lądzie jest średnio przydatna (nadaje się co najwyżej do ściągnięcia na siebie wrogów), natomiast pod wodą staje się, jak to mówią Niemcy, wunderwaffe (a może to było schmetterling?). Kiedy płynąłem łodzią i cokolwiek mnie atakowało to z nie walczyłem na pokładzie, lecz wskakiwałem do wody i tam używałem kuszy. Było szybciej, łatwiej i przyjemniej. Powrót na szlak? Czas zakończyć tę recenzję i wystawić ocenę. „Wiedźmin 3: Dziki Gon” jest grą, która wciąż zgarnia nagrody. Jednocześnie dostarczyła mi wielu godzin zabawy (według licznika w GOG Galaxy – dokładnie 138 godzin i 34 minuty) i z całą pewnością wrócę do przygód Geralta z Rivii gdy tylko wyjdzie drugi dodatek. Jako, że przyjąłem oceny szkolne miałem nie lada problem. Ostatecznie zdecydowałem, że najbardziej sprawiedliwie jest wystawienie polskiej grze mocnego 5+/6. Jest to bowiem produkcja bardzo dobra, ale drobne błędy powodują, że niewiele, ale jednak, brakuje jej do zostania grą wybitną.   PS. Za tydzień wpisu nie będzie. Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkiej Nocy.

MajinYoda

MajinYoda

 

Gdy Asasyn spotkał Wiedźmina [Recenzja]

Jak wiecie (bo o tym już pisałem :P) mam pewną słabość do serii Assassin’s Creed. Nic więc dziwnego, że pod koniec zeszłego roku (korzystając z rozmaitych świątecznych promocji) zaopatrzyłem się w najnowszą odsłonę cyklu – czyli Origins. Jakiś czas temu udało mi się go ukończyć, więc czas na recenzję. I już na wstępie muszę przyznać, że pracownicy Ubisoftu nie próżnowali przez ten dodatkowy rok - przede wszystkim zoptymalizowali silnik gry (wreszcie!), więc ani razu nie miałem zacinki ani nie ujrzałem pulpitu (gdy tego nie chciałem). I bardzo dobrze. Wszystkie wykorzystane w recenzji zrzuty ekranu zrobiłem sam. Bayek, Bóyek i Bravurek Akcja Origins zaczyna się w Starożytnym Egipcie za czasów panowania Ptolemeusza XIII. Bohaterem jest Bayek z Siwy – medżaj (taki rodzaj strażnika) i, jak się później okazuje, jeden z pierwszych asasynów. Pomysł na postać był spoko – poszukujący zemsty za śmierć swego syna Bayek przemierza Egipt zabijając członków Zakonu Pradawnych (protoplastów Templariuszy). Miałem jednak pewien problem z głównym bohaterem – ogolony (dobrze, że włosy i brodę da się mu przywrócić) bardzo mocno przypominał mi Connora, bohatera AC 3, którego niezbyt polubiłem… Szybko zauważyłem, że - choć jest zdecydowanie „prawą” postacią - Bayek nie grzeszy zbytnio inteligencją… Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, bo każdy musi mu wszystko pokazywać palcem. Jednakże, polubiłem medżaja z innego powodu – gdziekolwiek się nie pójdzie łażą na nim koty. Nie wiem czy ma przy sobie mnóstwo kociego żarcia, pachnie rybą czy zwyczajnie egipskie koty lubiły łasić się do medżajów, ale, jako kociarz, nie mogłem nie polubić takiej postaci. Co ciekawe – Bayek może kota pogłaskać. Przy głównej postaci warto wspomnieć o ulepszonym, względem AC: Syndicate, rozwoju postaci, która, wzorem gier RPG, leveluje. Drzewko umiejętności podzielone jest a trzy części – Wojownik (umiejętności związane z walką wręcz), Myśliwy (walka łukami) i Wróż (rozmaite) – łącznie 53 umiejętności, z czego 3 można „ładować” w nieskończoność. Na papierze wygląda to nieźle – trzy ścieżki rozwoju, wybór spory, można dostosować sobie postać… Nie rozpędzajmy się jednak. Moje drzewko umiejętności po zakończeniu głównego wątku gry wyglądało tak: Jak widzicie, praktycznie nie brałem zdolności Wróża i miałem ku temu dobry powód – kompletnie do niczego by mi się nie przydały. Bo po co mam się bawić w usypianie wrogów skoro można takiego zastrzelić i mieć go z głowy? Zabawa z oswajaniem zwierząt to z kolei żywcem Far Cry Primal (o którym myślałem przez większą część gry). Jedyne użyteczne umiejętności Wróża to, moim zdaniem, dłuższe oddychanie pod wodą i korzystanie z bomb ogniowych (użyteczne przeciw wężom, przyznam) oraz bomb dymnych (użyłem raz, na próbę…). Reszta nie ma sensu. Skoro o tym wspomniałem – do walki Bayek może zabrać całkiem spore spektrum broni: miecze (zwykłe, zakrzywione) z tarczą, podwójne miecze, broń drzewcową, ciężką i cztery rodzaje łuków – łowcy (zwykły łuk), drapieżcy („snajperski”), wojownika (trzy strzały na raz, trochę jak shotgun) i lekki (szybkostrzelny). Warto dodać, że gracz może predefiniować dwa „sety” broni do walki wręcz i dwa dystansowe. Dodatkowo, ulepszamy jego wyposażenie (ukryte ostrze, płaszcz dający zdrowie, rękawicę zwiększającą obrażenia wręcz, rękawicę od obrażeń dystansowych, kołczan i torbę na bomby itp.). Zacznę swój wywód od broni do walki wręcz – z „dwuręcznych” ani razu nie korzystałem. Zwyczajnie uważałem je za zbyt wolne w porównaniu z połączeniem miecz+tarcza i dwa miecze. Druga kwestia to łuki – najczęściej korzystałem z drapieżcy (talent dający możliwość sterowania strzałą w locie nie raz pozwolił mi zabić przeciwnika headshotem) oraz wojownika (przydatny na bliski dystans). Aczkolwiek, pozostałe łuki też miały swoje zastosowania (głównie przy dłuższych walkach). Acha, najlepiej mieć zapas punktów UPlay i/lub Helix (o których później) – broń legendarna ma dodatkową statystykę pozwalającą np. leczyć się przy ciosie lub zatruwać wrogów. Broń należy też ulepszać u kowala. Kosztuje to sporo, więc nigdy nie narzekałem na nadmiar gotówki w grze - często też staje się przed dylematem "łuk czy miecz? a może tarczę?". Gorzej, gdy później z przeciwnika trafia nam się lepsza broń i uświadamiamy sobie, że wydaliśmy ciężko zarobioną gotówkę, by zaraz zmienić broń... Życie :). Inna sprawa, że nie jestem do końca przekonany co ulepszamy - zmienia się tylko poziom broni - możliwe, ze chodzi o obrażenia, ale Ubi mógłby ten element dopracować. Wspomniane punkty Helix nabywa się, rzecz jasna, za realne pieniądze (jakżeby inaczej...). Jednakże, sprzęt, który możemy kupić za złotówki można też... dostać z dziennego questa. Tak, jedna z postaci - Reda - daje nam zadanie do wykonania i w zamian otrzymujemy losową nagrodę. Można też kupić u niego skrzynię Heka - za 5000 złota... Kupiłem chyba ze dwie bo się nie opłaca. Ogólnie, z zadań - a robiłem ich sporo - dostałem kilka legendarnych przedmiotów. Oczywiście, należy pamiętać, że przedmioty za Heliksa są odblokowane dla wszystkich naszych przyszłych save'ów, a te z zadań/skrzyń - tylko dla tego, na którym je wykonaliśmy/kupiliśmy. Bayekowi towarzyszy orlica imieniem Senu. Stanowi ona asasyński ekwiwalent sowy ze wspomnianego Far Cry Primal, czyli robi za zwiad powietrzny i warto jej używać gdy tylko to możliwe. Od czasu do czasu, gdy stoimy nieruchomo, Senu ląduje na ręce Bayeka – wówczas możemy ją nakarmić lub pogłaskać klawiszem akcji (domyślnie „E” na klawiaturze) Po wybraniu odpowiednich umiejętności, Senu może nam pomagać w walce – jest to mało przydatne, ale czasami pomaga (chociażby przy polowaniu na jelonki) – oraz pokazywać ścieżki wrogów – ale nie potrzebowałem tego. Niestety, zauważyłem, że niekiedy orlica ma problemy z oznaczaniem wrogów – widzę, że chodzi, ale muszę podlecieć metr bliżej, by go oznaczyła – ale to detal. Drugą ważną postacią, którą rzadko sterujemy, jest żona Bayeka – Aya, która wykonuje dokładnie to samo zadanie, co główny bohater, ale przez całą grę miałem raczej wrażenie, że to my wszystko za nią odwalamy (w sumie od tego jesteśmy, nie? :)). Aya, wyglądem, przypomina mi Evie z Syndicate, więc szybko ją polubiłem. Gorzej, gdy musiałem nią sterować… Ci, co grali w Wiedźmina 3 pamiętają sekwencje, w których sterowało się Ciri. Miała swoje umiejętności, co było okej. Nie inaczej jest z Ayą… tyle, że jej umiejętności to w większości te z drzewka Wróża (chyba – nie da się ich zobaczyć), które kilka akapitów wyżej uznałem za beznadziejne… Miałem zresztą wrażenie, że Asasynka została nieco zrobiona w wielbłąda przez twórców – dali jej liche podwójne miecze, których w żaden sposób nie mogłem zmienić, łuk łowcy i bodajże zatrucie zwłok przeciwnika (!). A najlepsze jest to, że w jednej misji musiałem walczyć z dużym przeciwnikiem – coś, co Bayekowi zajęłoby jakąś minutę, Aya musiała załatwić w jakieś pięć. Dlaczego? Bo nie mogłem się przestawić, że nie ma tych samych skilli, co główny bohater (m.in. Kombinacji przełamującej, która umożliwia dalsze zadawanie obrażeń powalonemu wrogowi). Trzecią bohaterką jest nowa postać wątku współczesnego – Layla Hassan. Miło, że Ubisoft pamiętał o tym, bo zawsze lubiłem te wątki. Mam nadzieję, że ta postać powróci w przyszłej odsłonie. Czaszka nad głową, cza-cza-czaszka nad głową… Na drodze zemsty stają Bayekowi i Ayi rozmaici przeciwnicy – łucznicy, żołnierze z tarczami, wielkoludy z bronią dwuręczną (serio – są więksi od osiłków z Syndicate – niezłe sterydy musieli brać w starożytności) oraz zwierzęta (lwy, pantery, krokodyle, hieny itd.). Te ostatnie są przydatne, gdy trzeba zdobyć materiały do wspomnianego ulepszenia wyposażenia. Kiedy uda nam się, z pomocą Senu, oznaczyć wroga, gra pokazuje jego poziom – tu jest standard: słabsi są „na hita”, silniejsi są niemal niepokonani. Dodatkowo, wzorem Wiedźmina 3 (i WoWa ;)), czaszka zamiast poziomu przeciwnika oznacza „ten jest dla Ciebie zbyt silny - odpuść sobie i przyjdź później” – czyli jest super i czytelnie. Zauważyłem jednak pewien problem z poziomami wrogów – w pewnym momencie fabuły na świecie pojawiają się Łowcy – silni wojownicy wysłani, by zgładzić Bayeka. Jednakże, przy dobrym sprzęcie, wystarczy, że jesteśmy o jeden poziom słabsi od takiego i wygrywamy bez większych problemów (o ile nie zaatakujemy go w środku garnizonu pełnego wrogów, ma się rozumieć). Wracając do „regularnych” wrogów: grałem na easy i zauważyłem, że na tym poziomie strażnicy są strasznie głupi. No serio, taka scenka: podkradłem się pod fort wroga. By nieco sobie ułatwić zabiłem jednego na zewnątrz, ukryłem się w krzakach i wyleciałem Senu na zwiad. Latam, oznaczam wrogów i nagle zauważam, że wokół Bayeka łażą strażnicy szukając mordercy ich kolegi. Dosłownie – chodzili wokół Bayek ukrytego w krzakach i go nie widzieli! Warto jeszcze wspomnieć o głównych bossach. Chciałbym napisać coś pozytywnego o nich, ale niestety – podkradanie się i atak z zaskoczenia to nie byłą domena Pierwszego Asasyna – właściwie tylko jednego „złego” zabijamy w ten sposób – by Bayek mógł stracić palec od ukrytego ostrza… Potem mamy za każdym razem walkę na mini-arenie. Taktyka: odtocz się, zaatakuj, użyj Przełamania, odtocz się działa za każdym razem. No, poza ostatnim bossem – Flawiuszem – przy którym musiałem używać też łuku… Jeszcze słowo o Przełamaniu – nazywałem je szarżą, bo po użyciu tej zdolności bayek biegnie w kierunku wybranego wroga i go atakuje potężnym ciosem. Super. Tyle, że niekiedy Bayek mijał (!!) wybrany przeze mnie cel – choć ten nie ruszył się nawet o krok! Osobną kwestią są Próby Bogów, o których też powinienem wspomnieć. Te są trzy – Sechmet, Anubis oraz Sobek, Pamiętacie Legendarne okręty z Black Flaga? To jesteśmy w domu – z tą różnicą, że Próby pojawiają się co jakiś czas jako Wyzwania społeczności. W zasadzie na easy i po 40 poziomie walka z nimi jest dość prosta – do tego czasu gracz już dawno opanował strzelanie z łuku, Przełamanie i odtaczanie się. Moim zdaniem rozwiązanie jest godne rozwinięcia w kolejnych odsłonach cyklu. Nie widać tego na screenie, ale ten strój płonie! Zresztą, wspomniana „piracka” odsłona serii też znajdzie tutaj swoje miejsce. Chociaż nie - morskie misje Ayi bardziej przypominają te z „trójki” – mały teren, trzy misje i w sumie niewielkie zagrożenie ze strony wrogich okrętów. Aczkolwiek, muszę przyznać, że taki BF/Rogue by mi odpowiadał – łucznicy zamiast dział, katapulta, tarcze do osłony… byłoby super zobaczyć coś takiego w kolejnej odsłonie. Schni… Schna… Schnappi… Rozpisałem się już nieźle, a wciąż nie napisałem o najważniejszym, czyli świecie gry. Muszę przyznać, że bałem się trochę umieszczenia miejsca akcji Asasyna w krainie, w której dominują wioski i pustynia. Niemniej, co muszę przyznać, Ubi poradziło sobie z tym umożliwiając graczowi wspinanie się na półki skalne. Dodatkowo zwiedzimy Aleksandrię i Memfis oraz możemy powspinać się na piramidy oraz sfinksa. Mapa jest naprawdę duża – nie dam głowy, ale chyba największa w historii serii (przynajmniej tak mi się zdawało). Nadto, sama gra obfituje w podziemia w których, niekiedy, znajdziemy zagadkę logiczną z windą i ciężarkami. Tylko raz się zaciąłem przy takim wyzwaniu (okazało się, że źle kombinowałem). Widać też, że twórcy byli mocno dumni ze swojego dzieła. Na tyle, że wprowadzili tryb foto, który pozwala na robienie screenów za pomocą „free-cama”. Jako, że jest co oglądać (szczególnie po wspięciu się na wysoki budynek lub piramidę), bo widoczki bywają naprawdę piękne, możliwość fotografowania jest świetna. Na szczęście Egiptu nie zwiedzamy z „sandała” (no, chyba, że ktoś chce). Bayek może dosiąść konia, wielbłąda, poprowadzić wóz z sianem lub nawet jeździć rydwanem. Jednakże, te dwa ostatnie są mało opłacalne – bo są wolne. Dodatkowo Asasyn z Siwy może kierować łódką (praktycznie taką samą, jak w Wiedźminie 3). Oczywiście, Bayek może zagwizdać na swego wierzchowca (ustawionego w menu ekwipunku). Podobnie jak Płotka, koń/wielbłąd lubi się materializować znikąd – z wyjątkiem fortów, gdzie ta funkcja nie działa… Niestety, radość z poruszania się po tej krainie psuło mi… sterowanie. Najwięcej czasu spędziłem na autorunie – ktoś powie „i co z tego?” – ano to, że Bayek może się nawet wspinać samodzielnie! Skoro już o tym mowa – Bayek nie umie podskakiwać. Nie wiem czemu – skacze normalnie, ale podskoczyć już nie można. Nie można także biegać (ile to razy chciałem pogonić bohatera Shiftem, a zamiast tego go spowalniałem… bo podnosił tarczę!). Ale to mankamenty, do których dość szybko przywykłem. Wracając do świata – miło, że NPCki wreszcie mają swoje życie, zamiast być jedynie „tłem” – wożą towary, uprawiają ziemię, pływają po rzekach… Brakowało mi tego w poprzednich odsłonach i dobrze, że Ubi wreszcie tak zrobiło. Cieszy też wprowadzony tryb dnia i nocy (niby w Syndicate był, ale jakiś taki niedorobiony mi się zawsze wydawał), wraz z możliwością przejścia miedzy dniem i nocą… za pomocą wiedźmińskiej medżajskiej medytacji… Jakby nie można było używać łóżka… Carry on Bayek! Świat gry, wzorem rasowego RPGa, pełny jest zadań pobocznych oraz miejsc do odkrycia. Te ostatnie są zaznaczone na mapie znakami zapytania, więc cały czułem się jakbym biegał po, bo ja wiem, Zerrikanii, a nie Egipcie. Oczywiście, takie miejsca zwykle obfitują we wrogów, a co za tym idzie – możliwości zdobywania expa. Czego tu nie ma – forty pełne żołnierzy, kryjówki bandytów, statki-fortece, zniszczone wioski, świątynie, wspomniane piramidy, jaskinie hien albo lwów to tylko część takich miejsc. Są też, oczywiście, punkty widokowe (hura!) i pomniejsze miasta. Odnośnie zadań pobocznych – cóż, wykonałem ich zaledwie kilka i jakoś nie zapadły mi w pamięć – brakowało mi tej głębi znanej z typowych RPGów (głównie mam tu na myśli Wiedźmina 3, ale nawet zwykłe zadania w Skyrim były pod tym względem lepsze). Jednocześnie zauważyłem, że bardziej opłaca się atakować forty niż wykonywać questy (więcej expa) to cóż – omijałem je bez dalszych rozmyślań. To samo zrobiłem z innymi aktywnościami pobocznymi – arenami gladiatorów oraz wyścigi rydwanów. Te pierwsze były całkiem fajne… przez krótki czas. Z kolei do tych drugich nawet nie podchodziłem – nie przepadam za wyścigami, więc czułem się zwolniony z rozgrywania ich. Za to zawiódł mnie wątek główny – fakt, fabuła jest mroczniejsza niż w poprzedniczkach (dzieciobójstwo, zemsta, śmierć całych wiosek), ale była strasznie krótka – jeszcze się nie rozkręciłem, a ona się skończyła... An Assassin to Remember Podsumowując, najnowsza odsłona serii Assassin’s Creed jest krokiem w dobrą stronę – może Ubisoft we kolejnej części bardziej postawi na elementy RPG? Może rozbudowane dialogi? :). Zanim postawię ocenę muszę przyznać się Wam do jednej rzeczy – niechętnie się do tego przyznaję (ze względu na ogólną tendencję), ale mimo wszystkich powyższych ochów i achów… lepiej bawiłem się przy Syndicate (któremu ostatecznie zwiększyłem nieco ocenę do 4,5/6). Niemniej, najnowsza część zasługuje, moim zdaniem, na szkolną ocenę 5/6. Oby tak dalej!

MajinYoda

MajinYoda

 

Ilość fanów zwiększa się

Jutro (03.03) minie 20 lat od premiery (chyba) najbardziej lubianej strategii turowej – czyli Heroes of Might and Magic III. Korzystając z chwilowego hype’u postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze w tym szybkim wpisie . „Solenizant” także dla mnie jest grą, którą mile wspominam mimo upływu lat. Do dziś pamiętam, że jeszcze w gimnazjum (czyli w latach 2003-2006) zagrywałem się w niego sam lub z bratem, czasami ze znajomymi. Zazwyczaj grałem Zamkiem (ze względu na Archanioły), choć zdarzało mi się także grać innymi frakcjami (lubiłem Bastion, za to nigdy nie umiałem grać Twierdzą). Muszę też dodać, że nie grałem ani w „jedynkę” ani w „dwójkę”, więc był to dla mnie pierwszy kontakt z TBS-em. Mógłbym się rozpływać, że ta gra była i jest genialna, najlepsza w jaką grałem… Ale, obawiam się, że skłamałbym. Bowiem, o ile HoMM3 darzę sympatią, to nie jest on nawet moją ulubioną częścią „Hirołsów” ( w skali szkolnej 5/6). Ten tytuł należy bowiem do, niesłusznie niedocenianej, „czwórki”. I to właśnie do tej części mam największy sentyment – na tyle, że mimo upływu lat wciąż lubię do niej wracać. Jasne, „trójka” miała mod HD i nawet go sobie zainstalowałem (z CDA), ale niestety – na darmo. Nie potrafiłem znów „pokochać” tej części. A w HoMM4 wciąż lubię pograć – szczególnie, że niedawno kupiłem go (po raz czwarty :P) za grosze na GOGu. Naturalnym jednak wydaje się pytanie "czemu czwórka"? Cóż, przede wszystkim za to, że nie była jedynie "klonem" swojej wielkiej poprzedniczki - New World Computing podjęło próbę zmiany niektórych mechanik i, tym samy, próby uatrakcyjnienia rozgrywki. Armia złożona z samych bohaterów? Dla mnie super! Jednostki poruszające się samodzielnie, ale nie mogące niczego podbijać? Ekstra - będzie łatwiej zbierać armię, a i jak bohater zginie to nie ma problemu. Do tego lubiłem, że pokonany bohater nie wracał sobie do tawerny, tylko trafiał do lochu lub zostawał smętnie na ziemi czekając czy ktoś go wskrzesi. W mojej ocenie również 5/6 . A skoro już omawiam inne części – dwie pozycje pod „trójką” na mojej znajduje się „piątka”. Niestety, trudno mi o niej pisać – dla mnie nie przetrwała próby czasu. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie rozegrałem jej kampanii. Po premierze wydawała mi się „trójką na sterydach”, ale teraz muszę przyznać, że nie była aż tak warta uwagi. Choć nie – była. Ze względu na powiązanie fabularne z Dark Messiah of Might and Magic i tylko dla tego ;). Oceniajac V postawiłbym jej 4/6, a DMoM&M - 4,5/6. Z kolei „szóstka” ominęła mnie szerokim łukiem aż do zeszłego roku, gdy została dodana do CDA. Wówczas pomyślałem „czemu by nie spróbować?” i dowiedziałem się czemu jest tak nisko oceniana… Fakt, ma kilka ciekawych pomysłów – np. możliwość zmiany podbitego zamku na naszą frakcję – i całkiem interesującą Świątynię… ale to tyle. Moja ocena - góra 3/6. Na koniec zostawiłem najnowszą część, czyli „siódemkę”, która, jak się domyślacie, w moim prywatnym rankingu zajmuje zaszczytne trzecie miejsce. Podobnie, jak w przypadku IV uważam, ze jest ona mocno niedoceniana – zapewne przez początkowe problemy z płynnością i optymalizacją. Jeśli chodzi o ocenę to dałbym 4,5/6. Na koniec chcę wyrazić nadzieję, że kolejna część będzie męska  równie dobra (albo lepsza) niż „klasyczna” trójka i czwórka. Czego Wam i sobie życzę .

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM V

Dzisiejszy MSM będzie dość standardowy, z jednym wyjątkiem, o którym zaraz napiszę. Artykuł „Co myśleć o grach elektronicznych?” (czymkolwiek są – chyba chodzi o gry wideo/komputerowe ) został napisany przez nieznaną z nazwiska osobę (na potrzeby wpisu będę się do niej odnosił w rodzaju męskim) w 2008 roku, a znalazłem na stronie Biblioteki Internetowej Strażnicy – czyli została napisana od i dla Świadków Jehowy (to jest właśnie ta wyjątkowość – tym razem nie jest to tekst z portalu katolickiego czy nawet przez protestanta). Od razu zaznaczam, że nie mam nic do żadnego wyznania i wszystkich ludzi traktuję tak samo. Link, tradycyjnie, na końcu wpisu. Gotowi? Zagaja Autor całkiem mądrymi słowami – ale gdyby dalej było tak dobrze to przy tagach dopisałbym „MoG” . Tu nadal się mogę zgodzić, ale Autor powoli zaczyna się rozkręcać . Autor nie podał tytułu, ale zgaduję, że chodzi o GTA (bo o cóż innego?). I choć nadal nie jest to głupie to już wskazuje, w którą stronę Autor się udał. Mam wrażenie, że Autor trafił na niewłaściwą stronę z grami ;). Chyba, że Autor ma na myśli pierwszego Wiedźmina… coś w tym jest . Wszystko ładnie, pięknie, z odwołaniem do czasopisma naukowego. Ale sądzicie, że Autor dał przypis? Nie bądźcie śmieszni. Poza tym – w ilu grach można wcielić się w stręczyciela? W kilku-kilkunastu? I to głównie ze „specyficznych” stron. Swoją drogą - tekst, całkowicie przypadkowo, zgrał mi się z "aferą" z grą o gwałcicielu, która miała trafić na STEAMa. Ale nie trafiła i nie trafi. Teraz z niecierpliwością czekam na teksty spychologów o tym wydarzeniu (o ile w ogóle go zauważyli - w końcu nie ma tam ani słowa o DOOMie ). Ja nie wiem – Autor chyba specjalnie dobiera takie „teksty” (w tym przypadku dodatkowo nieweryfikowalne), bo nie wierzę, że ktoś coś takiego napisał serio. Chyba, że był spychologiem, choć nawet oni mają większy umiar . Swoją drogą – wygląda na to, że muszę dopisać kolejny termin do Małego Słownika Psychologicznego - „czasopismo” . Nieco dłuższy fragment, bo żal mi było go dzielić – wyciąłem zaledwie jedno zdanie. Autor, rzecz jasna, dostrzega tylko te badania, które mu pasują. Tymczasem, wciąż pojawiają się nowe, bardzo często przeczące powyższym słowom artykuły (np. ten z Nature z zeszłego roku choć uważam, że miał trochę zbyt małą grupę badanych). Pytanie teraz – komu wierzyć? Eeee… porównania gier z odpadami radioaktywnymi jeszcze nie widziałem… Trzeba dopisać do MSS :P. Nie wspominając już, że Autorowi zwyczajnie chodziło o – pojawiającą się wielokrotnie na tym blogu – desensytyzację. Tylko musiał to ubrać jakoś w słowa pasujące do religii. I pewnie nie zna tego pojęcia. To sobie Autor autorytet znalazł – o ile Amy w ogóle istnieje. W dodatku – czym są „obrazy i rozmowy erotyczne”? Rozumiem, że w Wiedźminie czy GTA znajdują się motywy przemocy i erotyka, ale czy w takim razie Skyrim jest bezpieczny? A co z Assassin’s Creedem? Albo Fallout 4? Czas na (dość długą) notę Autora do… rodziców. Hura, to chyba pierwszy Autor, który ich zauważył :P: Ten fragment pasuje tu jak pięść do nosa – to, ze lubię grać w gry z przemocą, nie oznacza, że lubię przemoc. Nie można tu postawić znaku równości. Nie wspominając już o tym, ze miłościwy Bóg nagle kogoś nienawidzi :P. W dodatku w Biblii Tysiąclecia (czyli tej nieuznawanej, chyba, przez Świadków Jehowy) jest użyte łagodniejsze określenie: „nie cierpi Jego (Boga) dusza tego, kto kocha nieprawość.”. Na zakończenie takie drobne przemyślenie: fakt, powyższy tekst jest ze wszech miar „spychologiczny”, ale Autor przynajmniej potrafi zauważyć też zalety gier. Nawet, jeśli jest o tym bardzo mało. Czas na obiecany link . Do zobaczenia za tydzień :)!

MajinYoda

MajinYoda

 

MajinYoda i Bardzo Dobrze

Nie sądziłem, że tak szybko dane mi będzie wrócić do książki Gabrielle Kuby o Harrym Potterze. Niemniej, książka „Harry Potter i zagrożenia duchowe” autorstwa Anny Rogali (2017) sprawiła, że się uśmiechnąłem. A wiecie dlaczego? Ponieważ Autorka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, napisała dokładnie to samo, co ja (oczywiście, o wiele profesjonalniej!), punktując (tak to się chyba teraz nazywa) zarówno panią Kuby, jak i innych „anty-potterowców”. Dzięki temu mam też dodatkowe pozycje na przyszłe MSM-y :D. Jednocześnie, miałem spory kłopot z tą książką – trudno mi było wybrać jakieś fragmenty do bloga, ale zrobiłem, co mogłem . Z tego względu wpis będzie dość krótki . Szczerze pisząc to nigdy tego nie rozumiałem – o ile przy Harrym mogę się zgodzić, że czary i magia, tak o co wszystkim chodzi z Hello Kitty i Kucykami? Choć, co ja się głupio pytam, skoro te same osoby atakują też gry komputerowe :D. Myślę się, że Autorka trafiła w sedno sprawy. To jest bardzo ciekawe – jak widać nawet inni duchowni mieli go dość ;). A ja akurat niedawno zdobyłem jego książkę o Harrym, wiec będzie o czym napisać . Skąd my to znamy, nie? W 99% MSM-ów to norma, że jeśli fakty przeczą tezie to tym gorzej dla faktów . Tak, pani Kuby napisała całą książkę bzdur, półprawd i manipulacji. Ale już o niej pisałem, więc nie będę się powtarzać . Czyli to, o czym pisałem w tamtych wpisach . Nic dodać, nic ująć. Źródło A na zakończenie – interesujący fragment do… fan fiku! I to nie byle jakiego – chrześcijańskiego. Najpierw wprowadzenie: Jak tylko przeczytam ten "fan fik" to chyba wrzucę go na bloga. Póki co – przetłumaczony na język polski fragment jednego z rozdziałów, który Autorka zmieściła w omawianej dziś książce: Musicie przyznać – całość musi być niezłym odlotem . Ciekawe czy mój mózg to zniesie . Na zakończenie muszę pochwalić Autorkę, p. Rogalę, za jedną rzecz – za rzadko spotykaną na tym blogu umiejętność robienia przypisów :). Serio – za każdym razem pojawia się to, co praktycznie nie występuje w MSM-ach :). Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Magia „staroci”

Wiele lat temu napisałem tekst o „grach pogrzebanych” (jego reupload możecie znaleźć tu). Przyznam, że od tamtego czasu trochę się zmieniło i dziś bez problemów można kupić stare gry. Tylko, właściwie, po co? To pytanie zadaję sobie, choć chyba nie jestem do tego właściwą osobą, ponieważ sam, niedawno, zaopatrzyłem się w kilka „staroci”. Pierwszy był SWAT 3, do którego klucz gog otrzymałem za darmo ;). Uznałem, że trzeba zobaczyć tę produkcję „po latach”, bo, musicie wiedzieć, była to jedna z pierwszych gier, w które grałem (ściślej pisząc – najpierw grałem w demo tej produkcji a kilka lat później – w pełną wersję - obie z płyt z CDA (RIP CD/DVD, tak przy okazji ;))). Źródło: AszDziennik I wiecie co? Gra mnie wciągnęła, przeszedłem całą kampanię (poza misją w kanałach – nienawidzę jej!) i bawiłem się równie dobrze, co lata temu! Jedyny kłopot, jaki miałem, to włączenie gry na Win10, ale z pomocą internetu i kilku programów udało mi się ją włączyć. A, jeśli zechcecie, mogę przygotować recenzję tej gry ;). Drugą produkcją był Gothic 3 aka „najtańsza gra, jaką do tej pory kupiłem” (całe 3 złote na gogu). Wprawdzie na mojej półce dumnie stoi czerwone pudełko, które niegdyś zrobiło na mnie spore wrażenie, ale uznałem, że wersja cyfrowa będzie miała od razu wszystkie łatki wgrane i sobie pogram. Tym razem było nieco gorzej – grę przeszedłem wzdłuż i wszerz wiele lat temu i ostatecznie zatrzymałem się w Monterze (czyli, mniej-więcej w 5-10% gry), ale z pewnością jeszcze do niej wrócę. W końcu, to przy tej grze miałem swojego kaca moralnego ;). Trzeci zakup był bardzo nietypowy – kupiłem bowiem całą serię gier. Metal Slug to produkcje, które (pirackie, do czego ze wstydem się przyznaję) ogrywałem nie na pececie, lecz palmtopie (o którym kiedyś zrobię osobny wpis). Na Windows 95 (!) emulator się przycinał (gry zresztą też), ale miały tam swoją magię. Szkoda, że ich obecne wydanie jest pozbawione wielu elementów (m.in. save, którego albo nie ma albo mi nie działa – trudno określić). Nie działa mi też drugi kontroler, niestety, przez co nie mogę grać z bratem (ja na klawiaturze, on na padzie). W każdym razie, póki co pograłem trochę w pierwszą część i niebawem planuję ją ukończyć. Źródło: snk.wikia.com Opisując to starałem się znaleźć odpowiedź na postawione pytanie i chyba ją znam – ponieważ te gry kiedyś dawały mi radość i dziś, mimo upływu wielu lat, wciąż są to świetne produkcje. Nawet, jeśli nie ma już tego efektu „łał”. Jednakże, do wspomnianych wyżej produkcji mam sentyment… a co z innymi „starociami”? O tym będzie za tydzień. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

MajinYoda

MajinYoda

 

Nekrofilia & Destrukcja: Bohaterowie

Tym razem wpis jest nietypowy. Fragmenty opisywanej książki pojawiły się już w AR z numeru 03/2014 i zostały obśmiane przez samego Smugglera oraz Mr Jedi oraz Marka Lenca. Fragment pojawił się także w moim tekście na kwantowo.pl. Niemniej, uznałem, że fragmenty z moimi komentarzami powinny też trafić na mojego bloga. Dlatego postanowiłem ponownie ją wypożyczyć i dopisać więcej niż było w AR. Przed nami książka dr Iwony Ulfik-Jaworskiej "Komputerowi mordercy. Tendencje konstruktywne i destruktywne u graczy komputerowych" (2005). Ze względu na długość i mnogość głupot wpis będzie podzielony na dwie części. Gotowi? Zacznę od pytania - w której współczesnej grze gracz dostaje życia ? Z tymi punktami to chyba chodziło o jakiegoś Carmageddona, bo tez sobie nie przypominam innej gry z punktami za zabijanie (ew. Hitman). Audiotele - ile, spośród 275 stron książki, zajmują tendencje konstruktywne? Swoje przypuszczenia piszcie w komentarzach . Odpowiedź znajdzie się na końcu następnego wpisu . Hmmm... czyli wszelkiej maści RTS-y nie są "agresywne" - co najwyżej "semi-agresywne" . TADAM! W takim razie praktycznie wszystkie gry są konstruktywne - a figa! Co to ma do gier, zapytacie? Oto odpowiedź: Kto kiedykolwiek grał w Portal jest nekrofilem . Niestety - mnie też to dotyczy . Wymarłe, pozbawione ludzi miasta pełne walczących robotów - jako żywo obraz Khorinis, Myrtany i Tamriel! Nie wspominając już o Azeroth, ale tam jest pełno botów . Przejdźmy jednak do innej części tej książki - słów kilka o bohaterach gier . Ponownie - RTS-y nie są grami, bo nie mają (no, z małymi wyjątkami) bohaterów niezbędnych do rozgrywki . W przeciwieństwie do np. zamachowca-samobójcy, który sadzi kwiatki i pomaga staruszkom przechodzić przez jezdnię . Tylko ci źli bohaterowie gier wszystko niszczą i powodują, że gracze wszystko niszczą (most w Warszawie to też nasza wina, tak? ). Co w naszym przepełnionym empatią i dążącym do ascezy społeczeństwie jest niewyobrażalnie ZŁE! No tak, przecież tacy strażacy narażają swoje (realne) życie za dziękuję. Tak samo jak nauczyciele, wykładowcy, lekarze i inni- oni/one wcale nie dostają pieniędzy za swoją pracę. Tylko wredni bohaterowie gier muszą zarabiać.  Niby ok, ale czy wszyscy? Pamiętam jak w Gothic 2 ZAWSZE pomagałem Gritcie (tej, co miała dług u miejscowego kupca) płacąc za nią. Zresztą, jak już pisałem - za wykonaną pracę należy się zapłata, prawda? Hmmm... Czy to oznacza, że np. James Bond nie lubi innych - ratuje ich, bo potrzebni są do realizacji planu? Obawiam się, że wchodzimy na grząski grunt - w końcu bohater gier sam nie myśli, jest stworzony tak, jak jest. Można by mnożyć przykłady przeciwko tym tezom (choćby przyjaźń Beziego i Miltena, Dragonborna z Ralofem/Hadvarem czy Geralta z Jaskierem) tylko po co? Dla naukowców sprawa jest jasna - źli bohaterowie gier ratują świat, bo tak im pasuje. Kończąc temat - ostatni fragment o bohaterach gier: To już jest totalna bzdura. Wspomniany quest z G2 temu przeczy. Tak samo, jak, choćby, wspomaganie żebraków w Oblivionie i Skyrim (nie wiem, jak w poprzednich TES-ach) czy GTA IV. Tak samo pomaganie atakowanym w Assassin's Creed. Budowa domów w Tropico. Przykładów jest MNÓSTWO! Ale nie, naukowcy wola patrzeć przez pryzmat "zły bohater zabija, krew się leje, a gracze to naśladują i na tacę/Owsiaka nie dają!". Na zakończenie: test psychologiczne - niedokończone opowiadania. Jest ich siedem i zostały podzielone na dwie części: stosunek do innych ludzi (opowiadania 1, 3, 5, 7) i stosunek do przyrody i życia (2, 4, 6). Należy je dokończyć (to samo zrobili, ponoć, chłopcy i dziewczęta w wieku gimnazjalnym). Uwzględnione zostały warianty dla graczy i graczek. Wypełnijcie i podajcie w komentarzach co Wam wyszło (możecie też je dać niegrającym rodzicom, rodzeństwu itp. odpowiedzi zamieśćcie ): Czekam na Wasze dokończenia. Pozdro .

MajinYoda

MajinYoda

 

Nekrofilia & Destrukcja: Gracze

Wracamy do kwestii złych gier z książki autorstwa dr Iwony Ulfik-Jaworskiej - "Komputerowi mordercy. Tendencje konstruktywne i destruktywne u graczy komputerowych" (2005). Poznamy dzisiaj dokończenia opowiadań stworzone przez grających gimnazjalistów . Ostrzegam - treść tylko dla wytrzymałych ludzi (inaczej możecie pęknąć ze śmiechu). Za wszelkie przypadki spadnięcia z krzesła nie odpowiadam. Gotowi? Zacznijmy od czegoś lżejszego: Jak nic obraz Liberty City z GTA 3 albo City of Lost Heaven z Mafii . Nie wspominając już o jakże mrrocznym i pełnym okrwawionych ciał Khorinis . W "Stawce większej niż życie" też pojawiała się swastyka. Ale nie - to złe gry propagują nazizm. Fakt, że bohater walczy z nazistami (w grze z akcją w czasie II WŚ) jest nieważne. Bo przecież bohater robi to, bo tak mu wygodnie (patrz poprzedni wpis) i dostaje za to pieniądze. Komentarz jest tylko jeden: Dodatkowo - jak to mówią: "jak, kto blisko pod figurą to ma diabła za skórą" . I czym jest gra "666"?? I co tu robi produkcja z 1992 roku? A skoro już o tym mowa - Autorka wspomina o koncepcji katharsis (czyli przemoc w mediach powoduje wyładowanie się odbiorcy w "wirtualu"). Jednakże... Dobra, można się zgodzić. Ale jednocześnie Autorka powołuje się przecież na teorię nekrofilii, która powstała w latach 70! Cóż, skoro pasuje do tezy... Przejdźmy dalej - do ostatniej części książki, czyli badań. Na początek drobne wprowadzenie: Okeeeej... Nie wiem, jak grające dziewczyny (niestety nie znam takich... może się któraś wypowie? ), ale z tymi chłopcami, chyba, wszystko jest w porządku? W końcu lepiej zaakceptować siebie, jakim się jest niż całe życie użalać się nad sobą. Ale naukowcy wiedzą lepiej . Czy to źle - nie bardzo rozumiem? Lepiej się zadręczać? No tak, w naszym kraju bez marudzenia nie ma życia . Oczywiście - to przecież gracze wycinają lasy tropikalne, a lista gatunków zagrożonych wyginięciem to tak naprawdę lista achivementów (za tygrysa bengalskiego jest ponoć dodatkowe rzy... życie!). Nie wspominając już o efekcie cieplarnianym - to też nasza wina. Z kolei w takich np. wyścigach konnych nigdy jeździec nie uderza konia batem (czy jak to tam), nie? Przejdźmy do zadania z poprzedniego wpisu, czyli niedokończonych opowiadań (szkoda, że tylko Stillbornowi chciało się z tym bawić) [edit 2019 - może teraz będzie lepiej? ). Oto przykładowe odpowiedzi chłopców i dziewcząt grających (niegrających brak (ciekawe dlaczego?) - tylko tabelka pokazująca, jak gracze są źli i agresywni). Najpierw - "stosunek do innych ludzi" (numer w nawiasie kwadratowym to numer dokończonego opowiadania): Wiem, że będzie to niepoprawne, ale skoro ukradł - należało go ukarać. Oczywiście, Autorka wolałaby pewnie, by Andrzej/Joasia negocjowali ze złodziejem, dali mu naganę albo wyrazili ubolewanie z zaistniałej sytuacji. Normalnie scena z "Kilerów Dwóch" mi się przypomina . Chlip... piękne, prawda? Otóż nie, Wy zdemoralizowane nekrofile-sadyści! Tak to już jest - cokolwiek byśmy my, gracze, nie zrobili i tak będzie źle . Pomagamy staruszce, którą okradziono? ŹLE, powinniśmy pójść w swoją stronę. Chłopiec się przewrócił, pomagamy mu wstać i proponujemy wspólną zabawę? ŹLE, powinniśmy go wyśmiać i jeszcze okraść. Pomagamy mamie? ŹLE! Powinniśmy nie mieć telewizora (nekrofilia!) i życie spędzać na dokarmianiu (sobą) tygrysów syberyjskich. Nadszedł czas na "stosunek do przyrody". Przykładowe opowiadania graczy: A oto komentarz Autorki: To chyba nie wymaga komentarza, prawda? Więc ostatnia porcja "dokończeń" o przyrodzie: Co wynika z tych wypowiedzi? To oczywiste! Szach-mat! Jesteśmy nekrofilami i sadystami. Zamiast pomagać potrąconemu psu powinniśmy stanąć nad nim i marudzić jaki ten świat zły, jak normalni ludzie. I tym akcentem - kończymy . PS. W opisywanej książce pojawiło się dokładnie pięć stron pozytywów o grach. Dobre i to .

MajinYoda

MajinYoda

 

Ostatni dobry Asasyn?

Przedsłowie – poniższy tekst był pisany w czasie, gdy “trójka” była ostatnią częścią serii. Ze względu na zbliżający się remaster pomyślałem, że warto sobie przypomnieć tę część. Oczywiście, dokonałem liftingu tekstu (oryginalnie był pisany na potrzeby zajęć na uczelni – dla laika ). Dodam też, że nie omawiałem DLC - zwyczajnie w nie nie grałem . ------------------------------------ Przyznaję – byłem mocno sceptyczny w stosunku do tej gry. W końcu to już (wbrew numerowi w tytule) piąta odsłona serii. Dodatkowo miejsce akcji to XVIII wieczna Ameryka, a bohater ma niewymawialne imię… Ale nie było tak źle! Mógłbym nawet powiedzieć, że lepiej niż w wydanym w 2011 roku Revelations. W sumie, co tu dużo pisać – nowy świat, nowe realia i starzy znajomi. Tańczący z Rate… Rado…   Struktura gry nie zmieniła się od pierwszej części. Znów mamy do czynienia z grą akcji TPP łącząca elementy parkourowe z walką. Ponownie również mamy do czynienia z trzema bohaterami: głównym, czyli XXI wiecznym asasynem Desmondem Milsem (o którym później) oraz dwoma XVIII wiecznymi bohaterami-przodkami – Brytyjczykiem Haythamem Kenweyem oraz jego synem pół-Indianinem Ratonhnhaké:ton’em (na szczęście otrzymał też prostsze imię – Connor). Tym ostatnim kierujemy najdłużej. Zacznę jednak od Haythama. Poznajemy go na początku gry i w jego „skórze” spędzimy około czterech godzin gry. Muszę przyznać, że jego zachowanie, sposób mówienia oraz charyzma bardzo przypadły mi do gustu. Jednocześnie ma w sobie coś z typowego angielskiego gentelmana. Dystyngowany i jednocześnie trochę chłodny w obyciu. Dlatego z bólem rozstawałem się z kierowaniem tą postacią na rzecz Connora. Pół-Indianin jest całkowitym przeciwieństwem ojca. Dzikus wychowany w lesie, co właściwie wszystko wyjaśnia. Gdyby tego było mało jest to postać, która irytuje swoją naiwnością. Postać niekiedy zachowuje się tak, jakby swoje zdanie zakopała w jakieś dziurze. Z tych powodów daleko mu do bohaterów poprzednich części – cynicznego Altaïra czy wygadanego Ezio. Naprawdę trudno było mi się z nim utożsamić. Źródło O wiele ciekawsza jest inna postać – mentor Connora. Achilles Davenport – zrzędliwy, starszy człowiek, który chce świętego spokoju.  Przystanek Boston  Porzucę jednak na moment temat bohatera i zajmę się innym, ważnym aspektem gry – czasem i miejscem akcji. Jest to Boston, Nowy Jork oraz Pogranicze (które jest właściwie jednym, wielkim lasem) z czasów amerykańskiej wojny o niepodległość. Są to miejsca, które nijak mają się do metropolii z poprzednich części. Właściwe najlepszym określeniem jest - dziury zabite dechami! Ale w praktyce nie jest tak źle. Wprawdzie po dachach sobie za dużo nie pobiegamy, ale mamy też (pierwszy raz w serii!) możliwość poruszania się po niektórych drzewach. Przydaje się to głównie na Pograniczu, ale i w miastach znajdzie się drzewo przydatne podczas ucieczki. Źródło Pojawił się jednak drobny problem. O ile bowiem „tworzące” drogę gzymsy nie denerwują tak bardzo, o tyle ładnie ułożone gałęzie wyglądają nienaturalnie. W dodatku można poruszać się tylko po z góry przewidzianych „leśnych trasach”. W mieście pojawiła się także dodatkowa atrakcja – możliwość przebiegnięcia przez mieszkanie (wbiegając przez otwarte okno) lub przez klatkę schodową. Pomysł całkiem niezły i filmowy. Wygląda to mniej-więcej tak – goniony przez strażników bohater wskakuje przez otwarte okno do przypadkowego mieszkania, przeskakuje nad stołem i „wychodzi” prze okno otwarte po drugiej stronie. Brzmi jak fragment filmu akcji klasy C? Owszem, ale niestety tak wygląda KAŻDE mieszkanie. Czy to Boston czy Nowy Jork – wszędzie na tę samą modłę! Jest więcej jakaś nowinka – ale z czasem nuży. Inna nowość jest za to godna pochwały. W obu miastach pojawił się system podziemnych tuneli. Chodząc po nich odkrywamy punkty „szybkich podróży” (czyli miejsc, do których możemy się przenieść korzystając z mapy). Całość zwiedzamy z latarnią w ręku, od czasu do czasu zabijając zabłąkanych wrogów oraz rozwiązując zagadki. Te ostatnie są dosyć proste, choć niekiedy trzeba pokombinować. Tradycyjnie dla serii otrzymujemy także „swój” kawałek ziemi. Tym razem jest to należąca do Achillesa osada Davenport. W niej będziemy mogli (po odpowiednim rozwinięciu) tworzyć przedmioty i wysyłać konwoje, by w ten sposób handlować z różnymi sklepami w grze. Polega to na wytworzeniu przez odpowiednich ludzi przedmiotów, wybraniu rodzaju konwoju (morski lub lądowy) i wybranie celu podróży. Co ciekawe, nie zawsze dalej i niebezpieczniej oznacza lepszą cenę. Zresztą po zdobyciu wszystkich fortów i wykonaniu zadań morskich (o nich później) trudność spada do minimum. Warto jednak dodać, że wysłany konwój lądowy trzeba czasem bronić na Pograniczu. Niestety gra nie zawsze nas informuje o problemie dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie i co jakiś czas sprawdzać czy wszystko jest ok. Dokonuje się tego poprzez stosowną księgę w domu lub dowolnym sklepie. Sama obrona to zwykłe „zabij wroga zanim on zabije twoich kumpli”. Ciekawe jest też, że niekiedy podczas łażenia po Pograniczu możemy otrzymać informację o przejeżdżającym wrogim konwoju. I wtedy to my możemy na nich napaść. Wrócę jednak do osady. Jej rozbudowa wygląda inaczej niż w poprzednich częściach - nie kosztuje nas nic pieniędzy. Wyjątkiem są dwie sytuacje, gdy trzeba dać $1000 dla postaci na rozbudowę. Ale zazwyczaj mamy już w tym momencie pieniędzy jak Fort Knox, więc problemu nie ma. System ten działa w dość dziwny sposób. Najpierw musimy znaleźć odpowiednią osobę (oznaczoną na mapie „domkiem”) i wykonać dla niej misję. A to uratować z rąk bandytów, kiedy indziej wyciągnąć z rzeki. Skoro już o nich wspomniałem – forty są rozsiane po mapie i pilnowane przez Brytyjczyków. Po ich wyzwoleniu spada poziom niebezpieczeństwa dla wysłanych konwojów. Każdy fort zdobywamy podobnie, więc po jakimś czasie wszystko robimy mechanicznie. Problem w tym, że samych fortów jest siedem, czyli bardzo mało. Oznacza to, że zanim się dobrze rozkręcimy już nie mamy co robić. Kolejną ważną rzeczą jest, wzorem dwóch poprzednich części, tworzenie bractwa. System został mocno zmieniony i trochę zbyt uproszczony, moim zdaniem. Oto, zamiast robić zadań dla pojedynczych postaci, niekiedy wybierając je, jak w Brotherhood i Revelation, rekrutów otrzymujemy wyzwalając dzielnice. Tych jest sześć (trzy w Bostonie i trzy w NJ). Aby tego dokonać musimy wykonać wcześnie kilka zadań, np. pomóc głodującym dzieciom ukraść jedzenie (!), przenieść kilku chorych itd. Następnie rozmawiamy z przywódcą dzielnicy i wykonujemy jego zadanie. Po ukończeniu przywódca dołącza do bractwa. Ciekawe jest to, że każdy rekrut ma własną umiejętność specjalną, której możemy użyć. Najbardziej interesująca wydaje się obstawa. Polega to na tym, że przyzywamy dwóch asasynów przebranych za strażników i  udajemy, że nas schwytali. W ten sposób możemy bez problemu przejść przez straże pilnujące np. fortu. Dodatkowym smaczkiem są komentarze żołnierzy, którzy gratulują „kolegom” aresztowania. Szkoda tylko, że z asasynów i ich umiejętności nie możemy korzystać na Pograniczu. Walka o pokój do ostatniego naboju (kartacza?)  Jako się rzekło akcja toczy się podczas amerykańskiej wojny o niepodległość. Zgodnie z tym do czego przyzwyczaił nas Ubisoft spotykamy w trakcie rozgrywki wiele znanych z kart historii postaci. Na naszej drodze pojawią się m.in. generał Charles Lee, George Washington, Marei Josephde Lafayette oraz Benjamin Franklin. Ten ostatni miał, teoretycznie, odegrać rolę podobną do Leonardo da Vinci w drugiej części, ale nie bardzo to twórcom wyszło. Przy okazji warto zauważyć, że brakuje tu równie ważnego nazwiska – Tadeusza Kościuszki. Najwyraźniej Kanadyjczycy nie wiedzą, że ktoś taki był… Spore brawa należą się osobie odpowiedzialnej za przerywniki filmowe. Są świetnie wyreżyserowane, lepiej niż w poprzednich częściach (da się!). Ba, niejeden reżyser filmowy mógłby się uczyć od Ubisoftu. Zajmę się teraz kwestią walki. Cóż, Connor ma się czym pochwalić. Nosi przy sobie tyle żelastwa, że niejeden militarysta mógłby mu pozazdrościć. Źródło Podstawową bronią każdego asasyna są dwa ukryte ostrza, o których pisanie nie ma większego sensu. Jednak w przypadku Connora najczęściej korzystałem z tomahawka, który otrzymujemy na początku gry. Dodatkowo możemy nosić przy sobie miecz lub duży topór, pistolety (po jakimś czasie także dwa) oraz łuk (przez całą grę ten sam). Uzbrojenie naszej postaci obejmuje także dwa rodzaje bomb („zabijające” i oślepiające), bardzo ciekawą linkę z hakiem (ang. Rope dart) oraz sidła i przynętę (o tym w ramce „Zwierzęta”). W mieście możemy też spowodować zamieszanie rozrzucając monety. Dodatkowo Connor potrafi obsługiwać muszkiety zabrane z rąk wrogów. Niestety, takiej broni nie da się zabrać ze sobą. Możemy oczywiście walczyć bez broni. Ważny jest także brak lekarstw znanych z trzech wcześniejszych odsłon - w ich miejsce wróciła regeneracja życia. To nawet dobry pomysł, ale ponownie dają o sobie znać stare nawyki. Jednak kiedy już to sobie zapamiętamy to od razu gra się lepiej. Sam system walki jest podobny do tego z poprzednich części. Wyjątkiem jest zmiana klawisza odpowiedzialnego za kontrę i połączenie go z klawiszem odpowiedzialnym za interakcję (domyślnie klawisz „E”). Powodowało to, że nieraz się myliłem i wciskałem z przyzwyczajenia nie to, co trzeba. Inną zmianą są wspomniane pistolety. Wygląda to realistycznie, jest także bardzo przydatne. Niestety, kiedy korzystamy z dwulufowych pistoletów gra zaczyna wariować. Nie da się bowiem ustalić jakie dwa pistolety będziemy nosić. Doszło więc do sytuacji, w której zamiast korzystać z dwóch (różnych) takich pistoletów korzystałem z jednego jedno- i jednego „dwulufowca”. Żeby było mało, czasem gra dublowała mi pistolet i tak miałem dwa identyczne przy sobie. Jeżeli chodzi o „śmiertelność” to ponownie przeciwnicy mają z nami marne szanse. Wprawdzie przestali już atakować pojedynczo, ale Connor umie obronić się także przed dwoma atakującymi naraz. Najczęściej giniemy kiedy ustawi się grupa z muszkietami i do nas strzeli. Choć i na to mamy sposób – żywą tarczę. W śródtytule napisałem o kartaczach nie bez powodu. Wiąże się to z największym novum serii  - otrzymujemy na własność statek - Aquillę. Jako jej kapitan wykonujemy kilka misji morskich, głownie po to, by zmniejszyć ryzyko napaści na nasze konwoje morskie. Kiedy opanujemy już sterowanie gra się całkiem przyjemnie. Jednakże nie warto nawet zaczynać misji dopóki nie wykupimy wszystkich ulepszeń. A z tym po jakimś czasie nie ma żadnego problemu ze względu na wspomniany wcześniej nadmiar gotówki. Dodatkowo muszę przyznać, że czułem niedosyt i żałowałem, że tych misji jest mało. Zwierzęta W grze, poza zabijaniem ludzi, możemy polować, walczyć i wchodzić w inne interakcje ze zwierzętami. A fauna jest w AC3 różnorodna – od udomiowionych kotów i psów przez łowne bobry, jelenie i zające, po drapieżne wilki, niedźwiedzie i rysie. Polowanie jest dosyć proste. Chowamy się w zaroślach, rozstawiamy sidła, rzucamy pułapkę i patrzymy jak zwala nam się na głowę cała zgraja zwierząt. Raz przylazł mi nawet jeleń stojący z 500 metrów ode mnie! Jeżeli sidła nie zadziałają (kilka razy mi zniknęły!) zawsze możemy zaatakować zwierzę ostrzem. Ze zwierzętami drapieżnymi walczymy albo pistoletem (ale wówczas możemy uszkodzić jego cenną skórę) albo przy pomocy denerwujących sekwencji QTE (od ang. Quick Time Events). Polega to na chwilowym spowolnieniu czasu i wymagania od gracza, by wcisnął odpowiednie przyciski pokazane na ekranie. Spokojnie, zwierzęta domowe pozostają nienaruszone. Ich rola sprowadza się do zachęcenia gracza do przerwy w mordowaniu innych istot. Klikając odpowiedni przycisk powodujemy interakcję bohatera ze zwierzęciem – np. kurom rozsypujemy ziarna, psa klepiemy po głowie, a kot przechodzi nam między nogami. Ostatni Asasyn Opuszczę teraz na chwilę XVIII wiek i napisze trochę na wspomnianym na początku Desmondzie Milsie i jego drużynie pierść… asasynów. W skład grupy wchodzą (podobnie jak w poprzednich częściach): William Miles (ojciec Desmodna, przywódca grupy), Rebecca Crane (programistka) oraz Shaun Hastings (odpowiedzialny za bazę danych). W grze jest grudzień 2012 roku, tuż przed (nomen omen) „Majowym” końcem świata. Jako ostatnia nadzieja biał… ludzkości musimy powstrzymać cokolwiek nastąpi. Dlatego współczesny zabójca przestał wylegiwać się w Animusze i ruszył w świat. Wreszcie ma też szansę dłużej powalczyć. Warto dodać, że Desmond korzysta z tych samych ruchów, co Connor, więc i sterowanie nim jest podobne. Różnica leży jedynie w ekwipunku. Desmond korzysta tylko z ukrytego ostrza i (o ile zabierzemy go strażnikom) pistoletu (wygląda jak Glock, ale nie jestem pewny). We współczesności nie spodobało mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim zmiana wyglądu postaci, które już znamy. Desmond wygląda jakby ktoś nieudolnie chciał mu odchudzić twarz, a Rebecca – jakby zapomniała o kremie do opalania podczas korzystania z solarium. Chociaż - co tam wygląd postaci. Bardziej irytują błędy w sztucznej inteligencji wrogów. Miałem sytuację, gdy wspinałem się po szybie windy. Kiedy doszedłem do otwartych drzwi musiałem trzymać się progu nie mogąc wyjść. Powód? Trzech idiotów stanęło w drzwiach celując do mnie z pistoletów. Problem w tym, że strzelać uczyli się chyba od szturmowców imperialnych (ew. westernowych kowbojów) i ciągle trafiali w ścianę za mną. Do dziś nie wiem, czy nie lepiej byłoby gdyby mnie jednak wpuścili na górę, albo chociaż próbowali skopać? Dodatkową dziwnością jest fakt, że nasza postać jest nieśmiertelna, a w każdym razie trudno Desmondem zginąć. Jeden z przeciwników oddał do mnie trzy strzały i, poza zakrwawioną bluzą, nic mi nie było. Serio, Ubisofcie? W tym miejscu napiszę też krótko o trybie wieloosobowym. Jest on bardzo podobny do tego z poprzednich dwóch części. Poprawiono jednak kilka błędów, zmieniono postacie i rozbudowano samouczek. Niestety nie było mi dane długo pograć. Chętnych jest bardzo mało -  nawet w trzy miesiące po premierze czekałem nawet 30 minut na rozgrywkę. A to skutecznie zniechęca do prób. Błędy i ocena Na koniec zostawiłem sobie jeszcze listę błędów. Obok wcześniej wymienionych pojawia się też cała masa mocno denerwujących mankamentów. Przede wszystkim są to problemy z wizytówką serii, czyli bieganiem i wspinaniem się. Otóż zdarza się, że biegnąc za przeciwnikiem Connor zamiast wykonywać nasze polecenia próbuje wspiąć się na coś, zwalniając tym samym i pozwalając uciec wrogowi. Nigdy wcześniej tak nie było! Inna sprawa, że przeciwnicy też czasem grają nie fair. Oto człowiek, który nie może odbiec od nas na zbyt dużą odległość, nagle dostaje przyspieszenia i ucieka. Kiedy indziej goniony dobiega do niewidzialnego punktu i, mimo bycia cały czas w polu widzenia, okazuje się, że go zgubiliśmy (sic!). Kolejny ważny problem dotyczy dziwnego zachowania niektórych obiektów. Wóz z sianem potrafi zapaść się pod ziemię, gzyms „magicznie” zniknąć, a idąca ulicą dorosła kobieta na naszych oczach zamienić się w mężczyznę (albo odwrotnie!). Ostatnim wkurzającym mankamentem (trudno to nazwać błędem) są napisy końcowe. Normalnie jakbym oglądał film. I nie da się tego czegoś przerwać! A lecą one przez jakieś 20 minut! Tak samo było w poprzednich częściach i zastanawiam się czy Kanadyjczycy nie mogliby jednak dać możliwości przerwania „listy płac”. Niniejszym, Assassin’s Creed III oceniam na 3,5/5.

MajinYoda

MajinYoda

 

Edukujemy się

Zgodnie z obietnicą sprzed kilku tygodni czas na prawdziwie mądrą książkę. „Edukacja w pikselach” autorstwa Karola Kowalczuka (2016) jest właśnie taką pozycją – a co najlepsze: opisuje także, negatywnie, tekst „naukowy”, o której niedawno pisałem. Oczywiście, nie będę żywcem przepisywał całej książki. Zaczynajmy: Czyli Autor opisuje praktycznie to, co ja od wielu lat na tym blogu – tyle, że oficjalnie i naukowym językiem :).
  Ta ostatnie rzecz zawsze mnie dziwi - skąd się to wzięło? Dlaczego gry są traktowane jako „dla dzieci” (nawet te 18+) na równi z filmami animowanymi… czego też nie rozumiem, bo co złego jest w tym, że np. trzydziestolatek lubi oglądać „Jak wytresować smoka” czy innego „Króla Lwa”? W drugą stronę – kto przy zdrowych zmysłach dałby ośmiolatkowi oglądać „South Park”? Nic dodać – nic ująć. I mam nadzieję, że spychologowie czytali tę (i podobne) książki. Trochę na to wygląda – bo ostatnio coraz częściej trafiam właśnie na mądre a rzadziej na „mądre”. Dobra, mimo mojej sympatii do Autora, jednak mam wrażenie, że trochę zbyt dużo treści powtarza – jakby „zapychał” nimi swój tekst. Szkoda. Pisałem o tym tutaj, więc nie ma sensu się powtarzać :). Niestety, warto dodać, niestety zdobyła. Jak wspominałem – praktycznie każda polska książka naukowa o grach po 2000 roku musiała zawierać odniesienie (najczęściej pozytywne lub spisane…) do tej pozycji. Dobrze, że tak się dzieje. Szkoda tylko, że jeszcze nie wszędzie dotarło takie podejście… Warto przypomnieć, że grupa składała się z 60 chłopców – 30 badanych komputerowców oraz 30 kontrolnych „niekomputerowych” :). Co jest liczbą wyjątkowo małą… Tego akurat nie wiedziałem, gdy tworzyłem tamten wpis – przyznaję się od razu :). Jestem pewny, że powyższe zarzuty można odnieść też do innych pozycji, które pojawiły się lub pojawią na moim blogu :). Przejdźmy dalej – by nie przedłużać – do proponowanego zastosowania gier w edukacji. Jest to lwia część pracy, lecz, szczerze pisząc, nie ma sensu się tu rozpisywać. Jeden fragment wystarczy (ostatecznie nikt mi za reklamę nie płaci :)): Na tym fragmencie wpis zakończę, choć jestem ciekaw – jakie gry Wy polecilibyście nauczycielom, by mogli je wykorzystać w edukacji? Osobiście, pomyślałem o Papers, Please – choć raczej dla później podstawówki – oraz Cities Skylines­. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Biały Dom Wariatów

Nigdy nie lubię, gdy takie sytuacje się zdarzają na blogu… już miałem gotowy wpis – wystarczyło poczekać kilka godzin… a tu takie „coś”. Fakt, że przetoczyło się to przez polskie portale (a dowiedziałem się tego z cdaction.pl), więc głupio byłoby, gdybym ja to przemilczał. Więc wpis powstał „na szybko”. Piszę tu, naturalnie, o najnowszym filmie, który Biały Dom zamieścił na swoim koncie na YT, a który chyba już wszyscy widzieliście. Ale, by dopełnić formalności:   Najpierw przyznam się Wam, że początkowo nie chciało mi się odnosić na tym blogu do doniesień o „szkolnej strzelaninie spowodowanej grami”, ponieważ już o tym kiedyś pisałem. Niestety, powyższy filmik uświadomił mi moją pomyłkę – muszę o tym napisać. Odsunę jednak na bok to, o czym już pisałem. Zajmę się samym „dziełem” Białego Domu – tendencyjnym, mniemającym sensu wideo o „szkodliwości gier”. No serio – żadnego komentarza, odniesienia się czy nawet podania tytułów owych brutalnych gier. Nie wspominając już, że chyba wszystkie gry z tego materiału mają oznaczenia ESRB „M” i wyżej. Czyli nie są przeznaczone dla dzieci! Szczególnie rozwaliła mnie obecność Fallouta 4 – i to w dodatku nagranego specjalnie w momencie, gdy gracz łamie prawo panujące w postapokalitycznym Bostonie/Diamond City – zabił cywila. Za co zapewne został za chwilę ukarany przez strażników. Skoro już się tym tematem zająłem to postanowiłem zrobić szybki research - i okazało się, że strzelec, Nikolas Cruz, należał do "Junior Reserve Officers' Training Corps" oraz szkolnej drużyny strzeleckiej (źródło: The Telegraph). Czyli tak samo, jak w większości omawianych we wspomnianym wpisie przypadków! Co ciekawsze - miał też więcej wspólnego z tamtymi mordercami - został relegowany ze szkoły, miał problemy psychiczne... Szukając dalej znalazłem materiał CNN dotyczący tej sprawy - i okazuje się, ze w ciągu 10 lat policja byłą wzywana do domu Cruzów... 45 razy! Przy czym lokalny szeryf "przyznaje się" do 23. "Olewactwo" amerykańskiej policji pojawia się także w innej kwestii - w lutym 2016 roku sąsiedzi wzywali lokalne władze bezpośrednio do Cruza w obawie, że ten "zbiera broń i szykuje się do strzelaniny" (usatoday.com). FBI też się nie popisało: 5 stycznia - ponad miesiąc przed strzelaniną! - otrzymali telefon o planowanej przez Cruza strzelaninie w szkole. I nic nie zrobili! Do czego się przyznali dopiero dwa dni (!) po masakrze. Brawo, przez was zginęło 17 osób (źródło: New York Times, FBI). I właśnie tym prezydent Trump powinien się zająć - zarówno kwestią dostępu do broni (nie, uzbrajanie nauczycieli to raczej nie jest dobre rozwiązanie), jak i kwestią policji oraz FBI - jak to jest możliwe, że przy takich podejrzeniach i informacjach NIKT przynajmniej nie obserwował Cruza. Zrobiło się dość poważnie, więc trzeba czegoś ciut zabawniejszego - oto fragment odcinka „Klanu”, który ostatnio pojawił się w serwisie JoeMonster.org – nie wiem czy już go widzieliście ;). Normalnie pod koniec myślałem, że emocje rozsadzą mi mózg – zawsze się tak czuję podczas grania w gry komputerowe. Czy nacisnę ten enter w odpowiednim momencie? Czy wygram dzięki temu? A co jeśli pomylę go z shiftem albo backspacem? Tyle stresu! Choć może ona ma już takiego "skilla", że wystarczy, że naciśnie jeden przycisk i wygrywa! Pewnie jest healerem w jakimś MMORPG i używa jednego macro - szacun! A tak bardziej serio – bardzo ciekawy obraz gracza prezentowany jest w tych wszystkich serialach (vide „Szpital”), nie uważacie? Nic dziwnego, ze później rozmaite osoby doszukują się we wszystkim winy „naszej” rozrywki.

MajinYoda

MajinYoda

 

Ja tu rządzę!

Gry (szczególnie RPGi) pełne są różnego rodzaju NPCów – pisałem już o tym wielokrotnie. Jest jednak pewien typ, któremu należy się szczególnie przyjrzeć – władcom wirtualnych krain. Co takie osoby robią w rzeczywistości? No, wiadomo – mniej-więcej. Czym jednak zajmują się w grach? Trudno określić. Najczęściej siedzą w swoim zamkach albo pałacach i tylko czekają aż Bohater przybędzie, by zlecić mu Zadanie, Do Którego Wykonania Wystarczyłby Średniorozwinięty Umysłowo Strażnik albo Jakikolwiek Inny Najmita, ale to Musi Być Akurat Ten Bohater, bo Akurat Wlazł Podczas Jakiejś Tajnej Narady i, w sumie, Można Go Wtajemniczyć We Wszystko. Najlepszym przykładem jest tutaj (nadużywany przeze mnie) Skyrim. Jarlowie, niezależnie od frakcji, którą wspierają, przez niemal całą grę potrafią nic nie robić. Atakuje smok? Pfff… Mroczne Bractwo zamordowało Cesarza? Zieeew… Zadziwia mnie też zawsze, że jedynie jarlowie Whiterun i Markarthu mają skrypt odpowiedzialny za zablokowanie „tego obdartusa” przed podejściem do władcy miasta – choć w obu przypadkach skuteczność jest na poziomie, bo ja wiem, blokad rodzicielskich na komputerach ;). Chociaż nie - one są skuteczniejsze . Z drugiej strony są też RPGi jak Gothic, gdzie trzeba się wykazać, by dostać się do władców – zarówno Gomez, jak i Lord Hagen czy dowolny herszt orków mają jakiś "bufor", zanim Bezimienny będzie mógł z nimi pogadać. W „trójce” jednak jest jeden wyjątek – najważniejszy spośród ludzi – król Rhobar II. Otoczony przez zaledwie garstkę wiernych mu ludzi i całą masą wrogich orków (którzy, z jakiegoś dziwnego powodu nawet nie próbują go atakować – ale temat tych dziwnych istot kiedyś na blogu wróci) bez mrugnięcia okiem przyjmuje na audiencji Bezimiennego. Nawet, jeśli ten przed chwilą wyrżnął w pień Reddock oraz Okarę. Nawet, jeśli w Venguardzie pojawi się w zbroi najemnika orków. Spoko, bo król miał „wizję od Innosa” i z całą pewnością Bezi nie żywi do niego żadnej urazy ani nie skumał się z orkami…  nie wspominając nawet, że (Spoiler alert!) Lee, któremu możemy dać teleport do króla, też wchodzi sobie bez problemów do sali tronowej... Z drugiej strony - chlubnym wyjątkiem jest Emhyr, na którego rozkaz Geralt się u niego zjawia… a właściwie to nie – bo jednocześnie,  jak pisałem przy tekście o questgiverach, wierzy we wszystko Wiedźminowi na słowo, nawet nie próbując udawać, że ma szpiegów, którzy od początku powinni byli obserwować Białego Wilka. Ale po co? Pomyślałem jednak jeszcze nad czymś innym – dlaczego ci wszyscy władcy nie boją się, że Bohater uzna „hmm… ci wszyscy władcy są dosyć słabi, a ich ochrona to cieniasy. A ja właśnie pokonałem Zło i, w sumie, korona mi się należy. Chyba czas na małą rewolucję”? Przecież to jest całkowicie irracjonalne! Tu z kolei wyjątkiem jest Inkwizycja z trzeciej części Dragon Age’a, gdzie Bohater otrzymuję jakąś władzę i po minięciu zagrożenia jest jej (przynajmniej częściowo) pozbawiony. Choć też przydałaby się możliwość wywołania konfliktu, by jednak utrzymać władzę. Jest jeszcze kwestia władców z ostatniej części Assassin’s Creeda. To już jest kompletna abstrakcja! Kasandra zabija namiestnika (czy jak to tam nazwać) jednej lokacji, by za jakiś czas pojawił się tam kolejny, który też podzieli ten sam los… i tak bez końca. Jasne, czasami raz jest to namiestnik z Aten a raz ze Sparty, ale i tak chyba ktoś powinien dojść do wniosku, że te śmierci są co najmniej dziwne i wypadałoby lepiej chronić nowych namiestników. Tu jednak jedno jest pewne – Charon musiał w pewnym momencie zainwestować w większą łódkę .   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Quest accepted

Pisałem już o złych NPC-ach. Był też wpis o neutralnych. Czas więc na najbardziej lubianych przez graczy – czyli tzw. questgiverów. Jako bohater musimy zarabiać, rozwijać się i zbroić, by pokonać Zło. A co taki NPC ma co do roboty? Ot, łazi sobie bez celu po świecie lub siedzi na tyłku w jakimś miejscu i czeka. I czeka. I wciąż czeka. Aż wreszcie, pewnego dnia, podejdzie do niego zupełnie obcy mu człowiek, któremu będzie można zlecić zadanie. O ile zrozumiała jest prośba o pomoc w zebraniu plonów (choć nie do końca, bo questgiver zwykle ma sporo pomocników do tego) czy znalezieniu jakiegoś arcyrzadkiego minerału, tak bez sensu jest prośba o obicie komuś twarzy, morderstwa albo znalezieniu Bezcennego Pierścienia, który ma wartość sentymentalną dla NPC, ale jego koszt w złocie jest bardzo wysoki. Albo broni o takich statsach, że bohater nie prędko się z nią rozstanie. Pomijam tu oczywiście sytuację, gdy NPC dał wcześniej ogłoszenie. Ta ufność to w sumie jeszcze nic. Bohater skinie głową, obieca znaleźć/zdobyć/pobić/zabić kogoś… I tyle. Questgiver łazi i czeka na powrót Bohatera. A ten zapomina o zadaniu, bo akurat polazł farmić zupełnie zbędne mu kwiatki albo robi inne rzeczy. A cierpliwy questgiver nawet słowem nie powie, gdy mija Bohatera. Nie, bo przecież ten chłystek, który jeszcze niedawno biegał w jakiś szmatach a teraz jest Zbawcą Ludzkości, na pewno pamięta, by przynieść dwa żółte kwiatki rosnące po drugiej stronie świata. Albo zabije tego potwora co terroryzuje całą okolicę. Dziwna jest także sytuacja, gdy questgiver nie reaguje, gdy mija go Bohater mający przy pasie Miecz Rodowy, należący do zleceniodawcy. To trochę głupie, że cierpliwie sobie czeka aż Bohater znajdzie sobie coś lepszego i odda przedmiot prawowitemu właścicielowi. Równie dziwni są NPC dający zadania dotyczące głównego wątku. Bohater musi zabić Arcyzłego Demona z Piekieł, Który Chce Zniszczyć Świat, questgiver nie dość, że nie ruszy swojego tyłka z miejsca to jeszcze czeka sobie aż Bohater wróci. I choć wokół szaleje Zło to przecież nie ma pośpiechu. Minie rok-dwa? Questgiver nigdy nie będzie poganiał Bohatera. „Trudno, poczekamy aż Bohater skończy zabijać szczury dla przyjemności” – pewnie tak sobie myślą. Szczególnie durne jest zachowanie wszelkiej maści władców w tej kwestii. Ofiarują Bohaterowi hojną nagrodę i wieczna chwałę za wykonanie ich zlecenia a potem cierpliwie czekają aż PC je wykona. No serio – nie mają szpiegów, którzy donieśliby im, że zamiast szukać zaginionej następczyni tronu Bohater łazi od wiochy do wiochy wykonując zadania dla okolicznych chłopów? Czy są tak głupi, że nie ufają swoim agentom. Albo, co równie prawdopodobne, ci agenci też są do d…. Inna sprawa, że questgiver też bywa irytujący dla Bohatera. Zziajany, ranny, ledwie żywy (czasem nawet po kilku loadach) PC przybywa do zleceniodawcy i z bólem serca oddaje mu Miecz +200. Albo wraca z informacją o zniszczeniu frakcji zagrażającej całej krainie (vide Mroczne Bractwo w Skyrim). I co dostaje w zamian? Trochę doświadczenia, garść miedziaków i jakiś bezsensowny bonus. I tyle. Bohater zrobił swoje, Bohater może odejść. Co ciekawe, jeśli w przypływie wściekłości Bohater zaatakuje questgivera może się okazać, że wypasiona broń tajemniczo zniknęła. Taki żarcik zleceniodawcy, by nie było zbyt dobrze Bohaterowi. Nie wspominając już, że straży się to nie spodoba. A Wy co sądzicie o inteligencji questgiverów? I którego najbardziej nienawidzicie?   PS. To mój 148 wpis :). Za dwa tygodnie będzie coś specjalnego .

MajinYoda

MajinYoda

 

Epic vs Valve?

Najważniejszą, chyba, granżową wiadomością tego tygodnia jest przerwanie (na rok) sprzedaży na platformie STEAM gry Metro: Exodus i wyłączna jej dystrybucja w sklepie Epic Games. Nie bardzo śledziłem całą sprawę, muszę przyznać, ale nie jest to jakieś super dziwne dla mnie. Przecież inni producenci też mają swoje platformy (EA ma Origina, Ubisoft Uplay, Blizzard Battle.net itd.), więc czemu nie Epic Games? Dodatkowo, niektóre gry można kupić tylko na tych platformach (chociażby FIFA 19 czy Starcraft). I nikt rabanu nie robi. Tak samo, jak nikt nie robił rabanu, ze Bethesda stworzyła własną platformę - ale, z tego co się orientuję (jeśli się mylę to proszę mnie poprawić :)) jest tam tylko Fallout 76, czyli nic ciekawego :P. W sumie to jedyną wadą jest, moim zdaniem, przesadne namnożenie „ikonek" na pulpicie. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza – co najwyżej muszę pamiętać którą grę mam na której platformie. Choć, przyznaję, że kupując grę zwracam uwagę na jaką jest platformę. I tak gry od Ubisoft staram się kupować w ich sklepie – ze względu na punkty Uplay i wewnątrzgrowe nagrody z nimi związane. Podobnie z grami od EA – mój brat kupił dwie ostatnie gry z serii FIFA na Origin a całkiem niedawno wykupił sobie tamtejszy abonament. Jeśli chodzi o STEAM… cóż, jeśli coś muszę tam dodać to i tak nic na to nie poradzę. Do tego, rzecz jasna, dochodzą wyprzedaże i karty kolekcjonerskie (które sprzedają jak tylko jakąś dostanę). Źródło Wracając do tematu - poczytałem komentarze w internecie (nie zawsze jest to mądre…) i zauważam zarzut, że platforma Epic Games Store nie ma funkcji STEAMa. Ale gracze chyba zapomnieli, że Uplay i Origin kiedyś też ich nie miały. Podejrzewam, że EGS rozwinie się w najbliższym czasie – sądzę, że dojdą funkcje podobne do tych od Valve. Jednocześnie pojawiły się informacje o celowym zaniżaniu przez graczy oceny nowego Metra – dziecinada, tyle w temacie. Z drugiej strony Epic Games zawalił sprawę ogłaszając ową nowinę na ostatnią chwilę przed premierą – zdezorientowani gracze nie wiedzieli nawet do której z platform otrzymają klucze wraz z pudełkową edycją Metro Exodus. Swoją drogą - podtytuł tej gry jest mocno ironiczny, nie sądzicie? W końcu dokonał się exodus ze STEAMa na EGS . Aż dziwne, że nikt (chyba...) nie zwrócił na to uwagi . Źródło Reasumując – moim zdaniem gracze zdrowo przesadzają, ale wydawca powinien był dawno temu zaznaczyć, że „najpierw nasza platforma, potem STEAM” i obyłoby się bez marudzenia. A przynajmniej – bez takiego marudzenia . A Wy co sądzicie o tej sprawie?

MajinYoda

MajinYoda

 

Czeski MSM

Dzisiejszy MSM (a właściwie – eMSM) będzie dość krótki, bo i omawiany tekst ma tylko cztery strony. Jest nim pochodzący z 2012 roku artykuł naukowy autorstwa Aleksandry Knych „Oddziaływnie wychowawcze bohatera gier komputerowych” (błąd w tytule nie jest mój), opublikowany w czeskim czasopiśmie „Trendy ve vzdělávání”. Jako, że znalazłem go w pdf-ie link znajdziecie na końcu. Wrzuciłem cały wstęp, bo dobrze obrazuje resztę tekstu – jest pełen ogólników. O ile tu to nie przeszkadza to w pozostałej części artykułu jest już nie do przyjęcia. Dalej Autorka pisze o wychowaniu, co jest całkiem spoko. Jednakże jeden fragment przykuł moją uwagę: Cieszę się, że Autorka zauważa, że wychowanie to nie tylko „wpływ mediów”, ale także inne czynniki. Szkoda, że zauważa to tylko w tym jednym fragmencie. Chociaż nie – dobrze, bo dzięki temu powstał ten MSM :P. W tym fragmencie najbardziej rozśmieszyło mnie ostatnie zdanie. Jeśli traktować gry komputerowe jako programy multimedialne, to jakie inne zabawy „aspołeczne i agresywne” są wynikiem działania kogoś innego, niż bohaterowie gier? Bo skoro tylko „często” to znaczy, że nie wszystkie ;). Tak, wiem, czepiam się słówek, ale co poradzę, że to zdanie nie ma najmniejszego sensu? Dodatkowo – co z zabawami naszych rodziców/dziadków? Czy serio Autorka sądzi, że zabawa w wojnę jest czymś nowym i wynika jedynie z istnienia gier komputerowych? Te liczne badania to, oczywiście, te przeprowadzone przez dr Ulfik-Jaworską, żebyście nie mieli wątpliwości :P. Uwielbiam szachy – najwięcej satysfakcji czerpię, gdy przegram a mój oponent popłacze się, że, niestety, wygrał :). W dodatku – może jakieś tytuły? Chyba byłoby to na miejscu, nie sądzicie? Znowu nie łapię jeszcze jednej kwestii – jakim cudem jednocześnie „stwarzają wewnętrzny niepokój” i „satysfakcję z wygranej”? Chyba każdy lubi wygrywać, czyż nie? Np. 4-5 letni ja, przed rozgrywką w karty z moim bratem, mamą i śp. babcią jasno określiłem zasady: „gramy uczciwie – ja mam wygrać” :D. A wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem czym są gry komputerowe :P. Ten tekst pochodzi z artykułu Henryka Nogi (o którym już pisałem na blogu) i, jeśli dobrze pamiętam, Autor nie podał tam źródła tych badań.
  I wracamy do dr Ulfik-Jaworskiej i jej dziwnych badań. Szkoda, że Autorka wciąż korzysta z tak starych tekstów, nie szukając nowszych opracowań. Znowu nie bardzo rozumiem, o co Autorce chodzi. Jakby zamiast „gier komputerowych” wpisać „książek” to cokolwiek by się zmieniło? Ktoś ma jakiś pomysł? W dodatku „zajmowanie stanowiska” jest często koniecznością, także w rzeczywistości, i wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Hmmm… czy pokonanie Alduina w Skyrim jest działaniem egoistycznym? A co z Connorem (Kenway’em), który, jakby nie patrzeć, pomaga innym mieszkańcom Davenport? Jak traktować innych bohaterów, którzy ratują świat? Dodatkowo – czy zemsta za śmierć bliskich to działanie egoistyczne czy nie? I który to bohater czerpie przyjemność z cierpienia? Autorka rzuca sobie wyjętymi z rękawa kwestiami i nie podaje ŻADNYCH przykładów. Wrzuciłem cały fragment, bo znowu czegoś tu nie rozumiem. Autorka napisała artykuł naukowy czy wypracowanie szkolne? Którzy bohaterowie mają te cechy – czy wszyscy? Jeśli tak – to co jest w nich takiego strasznego, że dzieci nie powinny się z nimi identyfikować? I którym zarzuca brak godności i nieuczciwość? Szczególnie, że to "godność", według Słownika Języka Polskiego, oznacza: „poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie”. Który bohater jest tego pozbawiony, droga Autorko? No dobra – zgoda. Nie wiem, gdzie tu zarzut, ale okej. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Tu już zupełnie nie rozumiem. Czego Autorka oczekiwała po konkursie na największego twardziela? Że wygra Sonic albo Rayman? Dla mnie to trochę tak, jakby się czepiać, że konkurs na największego twardziela w filmach wygrał np. Tony Montana, Rambo albo Blade, a nie np. Mark Darcy… Źródło Nie wybrali go na swojego idola, droga Autorko, tylko nadali miano największego twardziela. To nie to samo. Szczęśliwie, udało mi się go znaleźć, bo Autorka sama nie zechciała wrzucić tu przypisu. Ciekawe czemu? Co oznacza, że zostają rozgrzeszeni, czy nie? I czy w takim razie każdy bohater, który próbuje ocalić świat jest „w miarę okej”, czy nie? I co z rzucaniem „mięsem” przez Księcia? Albo z tym, ze płaci striptizerkom za występy? Autorka powinna się douczyć, bo widać, że z wiedzą w temacie u niej cieniutko. Zacznijmy od tego, że Agent 47 jest stworzonym do zabijania, zmodyfikowanym genetycznie klonem (w największym skrócie). Autorka, z nieznanych mi powodów, zapomniała też, że w "dwójce" (tj. Silent Assassin) zadaniem Hitmana jest uratowanie ojca Vittorio, u którego ukrywał się w klasztorze. Ale to by nie pasowało do tezy, nie? Jeśli chodzi Tommy'ego Vercetti'ego to, w moim odczuciu, był typowym przedstawicielem mafii a’la bohaterowie książek Mario Puzo (choć blisko mu też było do Tony'ego Montany ze Scarface'a w reż. Briana de Palmy - zresztą Vice City jest częściowo wzorowane na tym filmie ). Czy jednak chęć uratowania Lance’a Vence’a nie świadczy o pewnej jego empatii i poświęcenia dla kumpla? Nie mówię, że te postacie są dobre – bo nie są – ale bez wątpienia są twardzielami. I wszyscy powyżsi są bohaterami gier 16 lub 18+! O czym Autorka, zapewne „przez przypadek” nie wspomina ani razu. Autorka po raz kolejny napisała „masło maślane”. Kto dopuścił taki marny tekst do druku? Gdzie byli recenzenci? Rozumiem, że to czeskie pismo, ale jakiś poziom powinien obowiązywać. Bo inaczej wychodzi czeski film. Na zakończenie krótkie przemyślenie – zauważyliście, że na tych czterech stronach Autorka nie wniosła absolutnie NIC do tematu badań gier komputerowych? Kompletnie ZERO. Podejrzewam, że Autorka potrzebowała publikacji do doktoratu, ale nawet takie teksty powinny trzymać jakiś poziom. Żadnych przykładów (poza czterema bohaterami – dobranymi bez związku z resztą artykułu), powoływanie się na przestarzałe (i krytykowane przez część środowiska]) badania. W dodatku, co zabawne, w bibliografii pojawiają się książki, których nie ma w przypisach! Cud nad cudy!   Na zakończenie – obiecany link :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Nadaję Ci imię…

Witajcie w 2019 roku, który zaczął się dwiema tragediami…   Ale nie o tym chciałem pisać. Dzisiejszy wpis jest krótki, ponieważ bardziej chciałbym poznać Wasze zdanie w tym temacie. Jak zapewne pamiętacie na tym i poprzednim (martwym…) blogu pisałem już o różnych aspektach związanych z RPG-ami – m.in. o wyborze płci i klasy. Tym razem jednak postanowiłem napisać o imionach. Nie ma sensu rozwodzić się nad imionami predefiniowanymi – w końcu to tylko fantazja twórców :). Co innego jednak, gdy to my możemy jakoś nazwać swoją postać. Tu zazwyczaj jest ciekawie. Źródło Na swoim przykładzie – dla moich postaci mam dwa imiona: Marek (bo tak mam na imię :P) dla postaci męskich i Gwendolina (w sumie to sam nie wiem czemu – tak wyszło :P) dla kobiecych. Wydaje się proste? Fakt, wydaje się, ale schody zaczynają się, gdy trzeba zacząć nazywać postać inaczej (np. w MMO) lub dopasować imię do rasy. I tak imię Marek przerobiłem najpierw na Marcus (dla mojej pierwszej postaci w Oblivionie – Cesarskiego), następnie Marqus (mój main w WoWie – najpierw Troll, teraz Worgen Hunter), by dojść najpierw do Markusa (Nord w Skyrim) i Marcane (elf w Skyrim). Ale, jak wiecie z innych moich wpisów, wolę grać kobietami, więc imię Gwendolina też musiało zostać przerobione – i to o wiele częściej niż imię męskie. Pierwszy raz użyłem tego imienia w WoWie – dla Undeadki Magini. Kolejnym krokiem była Gwendolyne – DK Blood Elf i dalej poszło z górki. Po przeniesieniu się na stronę Alliance musiałem stworzyć nowe postaci i, ku mojemu niezadowoleniu, imię Gwendolina było zajęte na Silvermoon. Tak oto pojawiła się Gvendolina – Człowiek Magini, potem Gvendoline – Człowiek-Kapłanka, Gvendolyna – Worgenka-Druid itd. Podobnie, jak w przypadku męskiego imię dla elfów się różni – Gvaen, Gvenna itp. Źródło Ktoś zapyta „rozumiem WoWa, ale po co kombinować z imionami w grach SP?”. Otóż, z prozaicznego powodu – by łatwiej wczuć się w postać :). Ale to temat na inny wpis ;). Osobną kwestią są imiona zwierzaków… jako, że gram Łowcą w WoWie co jakiś czas muszę złapać nowego „peta” i wybrać mu imię. Jest to zawsze dla mnie niezła zabawa, szczególnie, gdy próbuję nadać imię znaczące (np. mój jadeitowy pet nazywa się JJade i jestem ciekaw czy zgadniecie do czego jest to nawiązanie ;)). A Wy jaki macie schemat nazywania postaci? I czy w ogóle przywiązujecie wagę do ich imion?

MajinYoda

MajinYoda

 

Spójrz na PeCeetaa-aa!

W dzisiejszym wpisie wracam do książki „Media a edukacja” (2000). Tym razem artykuł autorstwa Henryka Nogi pt. „Wybrane psychologiczne aspekty użytkowania aplikacji komputerowych”. Będzie dosyć krótko. Jeden, krótki, fragment i już dwa słowa-wytrychy. Autor powinien podać jakieś statystyki, a nie domniemywać. Co to za nauka? Tak samo. Dodatkowo – gram od jakiś 16 lat, czyli zaczynałem jeszcze przed publikacją opisywanej książki. I co? Nic. Widać, musze jeszcze poczekać :D. A wtedy niech sę wszyscy strzegą. (zob. Projekt MSM) Okej… gry komputerowe pokazują sfilmowaną agresję? Erm… a jaką agresję pokazuje telewizja? Pewnie nagraną dźwiękowo (radio spisaną, a książki – narysowaną itd.). Wszystko super, pięknie, ale Autor NIE podał tych badań. Tak samo, jakbym powiedział, że „z przeprowadzonych badan wynika, że większość osób głosujących na partię X to idioci”. Taki sam poziom „badań”. Aha… tego… nie wiem kogo oni badali, ale chyba było to mocno wybiórcze. Pluszowy miś musiał się często zawodzić na Panu Nodze, oj często… Kończę, bo idę przytulić mojego PC z Win10, 16 GB RAM, GeForce 990 gtx HD3D, IntelCore i8 i Blu-Ray z siłą printf (”63,5 N”); Nie żegnam się, gdyż jestem komputerowcem.

MajinYoda

MajinYoda

 

Gracz równa się przestępca?

Po dwóch Przemyśleniach przyszedł czas na MSM-a, nie sądzicie?  Na dziś wybrałem artykuł Małgorzaty Teoplitz-Winiewskiej „Gry komputerowe a agresywność młodzieży” (Autorka zaznacza, że badania z artykułu zostały przeprowadzone, w ramach prac magisterskich, przez Annę Matejak i Aleksandrę Jemioł), który został opublikowany w książce „Przestępczość nieletnich” (red. Bożena Gulla i Małgorzata Wysocka-Pleczyk, 2009). I, szczerze się przyznam, pewnie nie zwróciłbym uwagi na tę książkę (w żadnej z bibliotek nie znalazłem jej w tagach „gry komputerowe” i pokrewnych), gdyby nie inna publikacja, którą też za jakiś czas będę omawiał. Sam artykuł mógłby z powodzeniem trafić i do MSM-a i do Mądrze o grach, bo nie jest właściwie do końca głupi. Przynajmniej na tle tekstów spychologów, którzy się tu pojawiali i nieraz pojawią. Ale i tak trzeba trochę błędów wytknąć pani doktor, choć tag MoG dodałem. Gotowi? Kto zgadnie do prac której znanej nam Pani Doktor odwołuje się Autorka? Podpowiem, że jej imię zaczyna się na I... Nie będę więc dalej rozwodził się nad tym fragmentem, dobrze? Podane jest źródło książkowe (z 2000 roku…) dla tej liczby, więc chyba nie ma sensu się spierać, nie?  Jak zdobędę to „źródło” to bardzo chętnie zobaczę. Ale aż 95%? Jestem ciekaw na jakiej podstawie zostało to wyliczone. I czy nie było nowszego źródła – dziewięć lat to sporo :). Hmmm… skoro pod koniec lat ’90 przemoc była zawarta w ~80% gier a kilka lat później już 95% to w 2009… policzmy… hmm… mniej więcej 123,35325% gier mi wyszło. W 2017 to już będzie… 342%. Dobrze mi wyszło? Ktoś tu zdawał matmę na maturze? Teraz czas na coś, co wszyscy uwielbiamy – rodzaje gier: Tu byłoby okej, gdyby nie ostatni nawias… Bo czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach nazwałby Carmageddon (bo o niego, chyba, chodzi) symulatorem i postawił go np. obok Euro Truck Simulator? Kurcze, ten opis też mógłby być okej. Ale czy zawsze rezultatem jest zwycięstwo?  I co z np. szachami, które są pewnym rodzajem gry strategicznej? Tak się czepiam :). Aaahaa… no, w sumie zależy co rozumieć pod „zręcznościowe” – jeśli tylko FPSy to niby okej, ale gdzie tu miejsce choćby dla platformówek? No, ale one do tezy by nie pasowały. A, nawias nie jest mój – tak jest w tekście. Tutaj na chwilę musiałem się zatrzymać. Że też nie zauważyłem jak bohaterowie To the Moon, niczym Herkules Poirot czy porucznik Columbo, zwyczajnie zabijają i niszczą wszystko… A tak bardziej serio – można właściwie brać pod uwagę rozmaite survival horrory przy tym gatunku, ale przygodówki raczej kojarzą się z używaniem głowy a nie broni. Mylenie "przygodówek" z grami akcji (typu Assassin's Creed) przemilczę...  No, pierwszy raz nie mam się czego czepić. Choć czytając powyższe przychodzi mi do głowy fragment pewnego filmu… A wiem – „Brunet wieczorową porą” i scena w muzeum „tą grą twórcy deprawowali dzieci i młodzież w 2009 roku”. Uff… przynajmniej tu obeszło się bez przemocy :). Aż dziwne, ale najwyraźniej było to potrzebne do kolejnego zdania: Świetnie – wypiszmy sześć gatunków, pomińmy całkiem sporo (gdzie są sportowe? I czy platformówki to w takim razie gry zręcznościowe?) i stwierdźmy, że „większość gier to ZŁO!”. W sumie to dobrze, że Autorka przynajmniej tyle oddaje grom, bo mogła napisać, że wszystkie są pełne przemocy. Idźmy dalej, czas na jakiś pozytyw o grach: Cóż, przynajmniej tyle Autorka oddaje grom… choć ta pierwsza zaleta brzmi jakby gracze znajdowali znajomych tylko poprzez jakość posiadanego sprzętu… Dalej opisane zostały dwa badania. Pominę, dość długi, wstęp do nich - zaznaczę jedynie, że w pierwszym przebadano grupę 74 chłopców i 56 dziewcząt z liceum pod kątem ich upodobań „growych” – czyli jak często i w jakie gry grają. W drugim badaniu przebadano osoby w wieku średnim 17,5 roku - 22 dziewczęta grające w domu do 5 godzin tygodniowo, 25 chłopców grających 5h/tydzień, 35 chłopców grających w „tzw. gralniach” od 5 do 30 h/tydz. Oraz 18 chłopców grających w domu od 5 do 30h/tydz. Oto wyniki: Cóż, właściwie nie powinienem się czepiać tego wyniku. Kłopot w tym, że nijak ma się do przeprowadzonych badań – zostały przeprowadzone na zbyt małej ilości osób, by wyciągać aż tak daleko idące wnioski (chyba, że Autorka coś pominęła) – w nauce nazywa się to „prawem małych liczb”, jeśli dobrze pamiętam (jeżeli coś mi się pomyliło to proszę mnie poprawić :)). Tu jest okej, nie mam się czego przyczepić. W wyniku nie ma nic dziwnego. Tym razem zwrócę na coś uwagę – „negacja” to, według Wikipedii, „tendencja do zachowania niezgodnego z oczekiwaniami otoczenia (…) dziecko „sprawdza swoje siły” i często używa słowa „nie”, ale szczególnie wyraźnie w okresie dojrzewania, kiedy jest wyrazem niezadowolenia z kontroli ze strony rodziców i nauczycieli”. Innymi słowy – wpływ na wynik, jak zwykle, mogło mieć otoczenie. Podawanie więc tylko informacji o ich wieku (który przypadł akurat, co za niespodzianka, na okres dojrzewania wspomniany w cytacie z Wiki) i płci to trochę mało. Możliwe, że Autorki tych badań dysponowały większa wiedzą (czyli miejsce zamieszkania itp.), ale to tylko moje przypuszczenie. Co do agresji – wiem, że znowu się komuś nie spodoba, że odnoszę się do swoich przeżyć i doświadczeń (pozdro dla kumatych :P), ale równie dobrze można było wpisać tam „chłopców z klas sportowych”. Trudno się z tym nie zgodzić – kto z nas nigdy nie zaniżył swojego czasu grania w teście niech pierwszy rzuci kamie… ała!!! A tak trochę bardziej serio – prowadząc tego typu badania trzeba się liczyć z różnymi czynnikami – także „mijaniem się prawdą” wśród badanych. Jednak nie powinno się pisać wprost „na pewno mnie okłamali, bo tak mi wychodzi”. Co do czasu grania i agresji to przypomniał mi się taki stary tekst z pewnego filmiku (chodzi o ten z 1:47, ale cały filmik jest zabawny :)): Tu akurat się nie wypowiem – nigdy nie byłem w „gralni” (ej, nie zmieniać pierwszej litery w komentarzach, dobra? ;)), ale przez te 18 lat często grywałem w domu u kolegi lub koledzy do mnie przychodzili… O Boże! – jak wpadnę w furię (kiedyś) to będę wyglądał tak:   Na tym czas zakończyć ten wpis – czytałem już większe głupoty, więc nie będę już się pastwił na tą publikacją. Do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Bajki i gry to ZŁO! Cz. I 18+

Witajcie w kolejnym msmie, tym razem dwuczęściowym ;). Do omówienia wybrałem książkę autorstwa Stanisława Juszczyka pt. „Człowiek w świecie elektronicznych mediów – szanse i zagrożenia” z 2000 roku. Fakt, jest już niemal pełnoletnia (;)), ale zdecydowałem się na nią, ponieważ już o niej wspominałem – to „źródło” danych z jednego z poprzednich wpisów. Co ciekawe, książka porusza nie tylko temat gier komputerowych, ale także filmów i seriali animowanych (w tym anime) z „moich” (a zapewne też części z Was – podzielcie się w komentarzach wrażeniami z tego, co tu zaraz przeczytacie ;)) czasów. Trzymajcie się mocno :). Kurde – albo Autor oglądał jakieś dziwne bajki, albo to ja oglądałem niewłaściwe. O ile „przemoc, zbrodnię” mogę (prawie) bez problemu potwierdzić, tak „perwersyjne zachowania seksualne” jakoś nie przychodzą mi do głowy (chyba, że Autor ma na myśli Kame-sennina czy innego Brocka, ale też bez przesady).
  Okeeeej… nie wiem jakie „filmy animowane” były badane (i przez kogo – pojęcie „amerykańscy naukowcy” jest dość szerokie, a przypisu brak – co też o czymś świadczy ;)), ale jakoś nie przypominam sobie, by w bajkach z mojego dzieciństwa się „zabijano” – w większości byli jednak nieśmiertelni (vide Tom i Jerry, Królik Bugs, Myszka Miki). Pewnie znowu chodzi o anime – fakt, w takim Dragon Ballu się często zabijali, ale wystarczy przypomnieć chociażby sobie śmierć Krillina z oryginalnego DB i z DBZ, albo Goku z początku „Zetki”, by obalić drugą część tego fragmentu. Oczywiście, Autor nie zadał sobie pewnie trudu, tylko spisał co trzeba. Tu mogę się zgodzić – choć wciąż mam nieodparte wrażenie, że Autor lekko wyolbrzymia. Choć, z drugiej strony, we wspomnianym Tomie i Jerrym różne akcje odchodziły, więc może coś w tym jest? Nie czuję się kompetentny, by to skomentować, tak szczerze mówiąc. Ale, co tam, najwyżej znowu ktoś się przyczepi  – nie pamiętam, by ktokolwiek z moich znajomych z podwórka tak kiedykolwiek powiedział. Może „zabiję cię” pojawiło się w innym kontekście, ale nikt nie miał na myśli (raczej) faktycznego zabijania. Brakuje mi też tutaj… bo ja wiem… jakiegoś źródła tych rewelacji? Nie kapuję tego fragmentu… Mój Mleczyk stoi teraz dumnie na półce obok Ezio (śmiesznie to wygląda, bo sięga asasynowi do pasa :P) i nic mu nie jest (choć oczy stracił dawno temu – moja Mama mu je „usunęła”, żebym ich nie połknął). Ale może Autor ma jakieś inne doświadczenia? Konkretów znów brak… Ten fragment wyłączył mi mózg na parę sekund. Serio – czytałem go później raz za razem i nie mogłem w to uwierzyć. Koniecznie muszę poszerzyć Mały Słownik Spychologiczny o kolejne hasła – toć te kreskówki są straszne! Dziecko naogląda się Bolka i Lolka, pomiesza z Reksiem, doprawi Gumisiami i - BAM! – kradnie auta. I diluje kasetami video z Flinstonami. Czas na mądre zdanie, tak dla odmiany: Uff… przynajmniej rodzice się do czegoś przydadzą. Jakoś nietypowo, jak na książkę naukową :).   Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Za dwa tygodnie będzie jeszcze o bajkach (w tym anime) oraz, wreszcie, o grach. A za tydzień - wpis o E3!   Do zobaczenia :)!

MajinYoda

MajinYoda

 

The Best of MSM I

Wbrew tytułowi nie jest to w żadnym wypadku „wybór najlepszych tekstów Prof. S. Jonalistów” (broń Boże! Nie muszę nic takiego robić, bo mam jeszcze ogrom materiałów na msm-y i emsm-y :)), lecz wpis o zupełnie nowej książce - „Człowiek w świecie rzeczywistym i wirtualnym” (2013!) pod redakcją Anny Andrzejewskiej, Józefa Bednarka i Sylwii Ćmiel. Oczywiście, nie opiszę od razu całej, takie rzeczy trzeba dawkować ;). Na początek: Katarzyna Bakalarczyk-Burakowska „Specyfika zabijania pod wpływem mediów”. Gotowi?  Będzie długo, ale warto się pomęczyć ;). Wiecie z którego roku pochodzą te dane? Z 2001. Czyli Autorka założyła, że przez 12 lat nic się nie zmieniło? Hmm… to się nazywa nauka :). Widzę, że Autorka poruszyła kolejny temat, o którym zupełnie nie ma pojęcia – przecież walki gladiatorów nie zawsze kończyły się śmiercią (czy Autorka zdaje sobie sprawę ile kosztowało utrzymanie, wyszkolenie i wykarmienie takiego gladiatora? Bo dla mnie to tak, jakby kupić najnowsze Ferrari, by brać nim udział w Destruction Derby…). A może wiedzę historyczną Autorka czerpała z bezkrwawego Quo Vadis? Czy muszę pytać o to ile osób zabitych powinienem już mieć na koncie? Ups, właśnie to zrobiłem :). Bo kiedyś to młodzież była taka grzeczna, nie było przemocy i zabójstw. ^ taka była moje reakcja No to od dzisiaj nazywam się Trevor... Szukam jeszcze dwóch gości do składu :P. No to jestem ciekaw co by powiedziała Autorka, gdybym powiedział (i nie tylko ja), że gram głównie kobiecymi postaciami… Zaraz mi ktoś jakiś „dżąnder” zarzuci :/. Przecież to zdanie nie ma sensu! No dobra, ma – oglądanie morderstw w filmach powoduje zwiększenie ilości morderstw w grach… Czyli wszytko przez te durne i pełne brutalności filmy! Chociaż... może to wina pełnych brutalności książek, po których ogląda się brutalne filmy?  Ej - coś w tym jest!  Cóż, skoro filmy zwiększają ilość zabójstw w grach to gry zwiększają ilość morderstw… no właśnie – gdzie? Macie jakieś pomysły?  Czy ktokolwiek rozumie sens tego zdania? (edit2018) Skoro w grach morderstwo ma status "zbrodni niegodnej człowieka" to chyba dobrze? Choć brzmi to irracjonalnie i chyba Autorka coś pokręciła... Ktoś zna taką grę? Może chodziło o Mount and Blade’a? Nie wiem też dlaczego "coraz to nowsze fabuły" mają być czymś złym? No, chyba, że Autorka wyznaje zasadę "człowiek lubi tylko te utwory, które zna"? Nie, żeby było to coś złego (kwestia gustu), ale od razu robić z tego zarzut?  Autorka właśnie zacytowała opis… pierwszego Dungeon Keepera! Czemu mnie nie dziwi dobieranie najnowszych gier przez spychologa? Całej jednej… Na dwóch jest Postal 2, a na jednym jest… cóż, sam nie wiem – może Wy rozpoznacie tę grę? A, wszystkie trzy screeny są równie marnej jakości. Tu naszło mnie coś jeszcze – dlaczego Autorka podała link do obrazków (niestety strona, z których pochodzą, już nie istnieje…) a nie podała tak trywialnej i ważnej rzeczy jak tytuły tych gier. To znaczy, w sumie, to wiem czemu – bo wzięła obrazki i nawet nie miała pojęcia z jakich gier pochodzą – wystarczyło, że pasowały do tezy…
  Zgadza się - rok 2013 i nadal mowa o życiach w grach. Autorka na bank to od kogoś spisała, bo to, że o temacie nie ma najbledszego pojęcia jest już chyba 100% pewne, nie?
  O swoim „kacu moralnym” już kiedyś pisałem, więc zmilczę ten fragment. Tu akurat, jak raz, muszę się z Autorką zgodzić. Tylko czemu zarzut jest głównie oparty o gry komputerowe? Czy to ich wina? Śmierć ważnych osób zawsze budziła sensację (wystarczy przypomnieć sobie „tabloidowe” zdjęcia Otto von Bismarcka na łożu śmierci) – nie jest więc to nic nowego. Ktoś jeszcze używa tego określenia? I czemu w 2013 roku wciąż najpopularniejszymi grami są Blood i Quake (bo z DOOMem to może chodzić o tego nowego... ta, jasne...)? A, no tak, przecież pisanie pod tezę i spisywanie od innych jest w spychologii wiecznie żywe… Tu, muszę przyznać, Autorka się postarała – jest nawet przypis! Hura! Szkoda tylko, że z… artykułu Iwony Ulfik-Jaworskiej… Co oznacza, że Autorka bezmyślnie przepisała od innego spychologa, nie sięgając do oryginalnego źródła… To samo – niby są przypisy harvardzkie, ale są zerżnięte z cudzego artykułu. Bo przecież fragmenty recenzji w 1997 i 1998 w 2013 roku wszyscy pamiętali (pomijam fakt, że Gambler już dawno nie istniał...). Tutaj, z kolei, przypisu brak. Ale w końcu amerykańscy naukowcy to jeden wielki mózg, jednomyślna grupa ostatecznych Wszechwiedzących Istot a nie jakieś kmioty z podrzędnego "uniwerka", którzy, zapewne, za pieniądze od Szatana pokazują, że gry nie są złe. A, na początku tekstu Autorka nie wstawiła cudzysłowu, więc nie jest to mój błąd :). Uuuu… brzmi groźnie, Ale podsumujmy tę opowiastkę: chłopak miał swoją strzelnicę (o której jego ojciec zapewne wiedział), chodził na polowania (zapewne z ojcem, choć z opisu równie dobrze wynika, że chodził sam) a winne były gry, w które grał w tajemnicy przed ojcem? W-T-F? W dodatku zabrakło najważniejszej informacji – jaki miał motyw? Zabił, bo…? Nie mogę wykluczyć winy gier na 100%, ale skoro jedenastolatkowi (!) pozwala się brać udział w polowaniu i uczy się korzystać z broni palnej to chyba nie pozostawia wątpliwości, ze coś tu z jego ojcem było nie tak. Ale okej, poczytałem też sobie o tym zabójstwie na stronie Guardiana. Wyraźnie wskazywana jest tam „zazdrość” młodego chłopaka o „nowe dziecko” w rodzinie. Czy to było przyczyną? Nie wiem, ale skoro chłopak miał (pewnie dostał od ojca) taką broń (i to z niej zastrzelił kobietę) to ja nie mam więcej pytań.
  To też jest ciekawe – ten zamachowiec, z tego, co znalazłem na angielskiej Wikipedii i ogólnie w Sieci, był rozpuszczony przez matkę i źle przyjmował wszelkie porażki – przy każdej wpadał w histerię i miał napady złości. Ale czy brak wychowania (a w każdym razie - beznadziejne wychowanie) był powodem tego, co zrobił? A może to, że miał depresję, nawet ją leczył, ale po pięciu sesjach zrezygnował i nikogo to nie obeszło? Nieee, bo by do tezy to nie pasowało. Bo winne są przecież gry, w które grał – to chyba jasne, nie? Z powyższego można też doczytać się skąd zabójca wziął broń. Nie, nie z CS-a, lecz z... nocnej szafki ojca. Tak jest - "tatuś" trzymał broń i amunicję w zasięgu dłoni rozpieszczonego, histeryzującego nastolatka z niedoleczoną depresją i problemami w szkole i życiu osobistym. Ba, dzieciak miał nawet dostęp do domowej strzelnicy. Ale to nadal wina gier... Ciekawą kwestią jest informacja o wycofaniu gry ze sklepów Kaufland... poszukałem w Sieci i nie znalazłem potwierdzenia tych rewelacji! W końcu było to w 2009, więc powinienem znaleźć przynajmniej jedno potwierdzenie, nie? A tu nic... Dodatkowo - choć w moim mieście Kaufland nie ma sklepu - z tego, co widzę ta firma sprzedaje artykuły spożywcze itp. Swoją drogą - zauważyliście, że ci wszyscy mordercy wymieniani przez "naukowców" w publikacjach w znakomitej większości mieli problemy psychiczne? Z tego wynika, że winnymi tych wszystkich masakr są pełne przemocy i Szatana (oraz nekrofilii!) spotkania terapeutyczne i inne placówki prowadzone przez psychologów i psychiatrów :P. Trzeba zlikwidować te domy Diabła - na świecie od razu zrobi się bezpieczniej :D. Cóż za samokrytyka :P. A może ktoś to Autorce dopisał jak nie patrzyła?  Chyba Autorka gdzieś w tym czasie wyszła, bo to kolejny sensowny fragment :). Tak samo, jak kolejny: Szkoda tylko, że większość tych naukowców robi wszystko, by ośmieszyć swoje badania i zamiast zrobić coś sensownego na rzecz poprawy (nie, zabranianie i prohibicja to nie jest właściwe działanie). Na tym Autorka kończy swój artykuł (dragi przestały działać?), tak więc i ja powoli kończę swój wpis. Tylko jedna rzecz na zakończenie – Autorka bardzo dużo przepisała od innych, czasem dając przypisy, czasem nie. I tak się zastanowiłem – czy to samo robiła w szkole i na uczelni? Czy jej praca dyplomowa (niestety, nie wiem jakie studia Autorka skończyła) też była zbiorem przepisanych od innych osób frazesów z niewielką ilością własnych przemyśleń/badań? Aż jestem ciekaw… A Wy?    PS. Jak raz nie napisałem nic o swoich obserwacjach itp. Ale i tak "pozdro dla kumatych" ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupio i mądrze 2

Kontynuacja wpisu sprzed tygodnia. Gotowi? Czemu wśród dzieci i młodzieży? Jakieś, bo ja wiem, statystyki? No, Autor chyba zapomniał, że artykułów naukowych nie pisze się na bazie „doniesień” i „widzimisię”. A tu mamy z kolei przykład dlaczego warto przeczytać swój tekst PRZED drukiem :). choć ja tam się nie powinienem odzywać, skoro we własnej magisterce (przez wordowską autokorektę – choć powinienem był to sprawdzić, przyznaję) zmieniłem nazwisko 9kier z Pogiernicka na Powiernicka… (na szczęście tylko w jednym miejscu ;)) O nie… a jak ktoś go spędza przy filmach lub książkach to też jest źle?  CO?? O czym Autor teraz pisze – skąd tu nagle się wzięło uzależnienie? W dodatku – czy w takim razie nie da się uzależnić od np. gier logicznych? A co z uzależnieniem od pasjansa – nie ma czegoś takiego? Hmmm… 
  Wziąłem cały fragment, bo po pocięciu straciłby swój sens i urok. Co do jego samego – już kiedyś w którymś komentarzu pisałem, że to dla mnie bardzo dziwne – dlaczego miarą uzależnienia jest to, ze myślę o dalszych etapach albo obmyślam strategię? Czyli co – jak myślę o książce, którą właśnie czytam (np. co się stanie z głównym bohaterem, kto jest mordercą itp.) to jestem uzależniony od książek? A jak zastanawiałem się jak pokonać znajomego w szachy to jestem uzależniony od szachów? No już nie dajmy się zwariować… Bo, w sumie, czytając ten artykuł (a musicie wiedzieć, że nigdy nie piszę msm-a w jeden dzień – zwykle zajmuje mi to nawet kilka dni) też myślałem – co będzie dalej? Czyżbym uzależnił się od artykułów naukowych?  Tu akurat, poza ogólnym wydźwiękiem, nie ma nic przesadnie głupiego – ot, dywagacje na temat gier i wirtualnych postaci i ich moralności… No tak, bo ludzie, którzy nie grają, najchętniej identyfikują się z przegranym, brzydkim i słabym bohaterem dowolnego filmu/książki… Tak przecież są przedstawiani celebryci, nie? Patrz wyżej. Eee… nie bardzo rozkminiam jak się to ma do poprzedniego fragmentu… Ktoś mi pomoże? Bo, jeśli dobrze to rozumiem – jeżeli identyfikuję się z „potężnym i nieśmiertelnym” bohaterem to w przyszłości będę zabijał. Z kolei – jeśli będę się identyfikował ze słabeuszem to sam będę „przegrywem”… To z kim mam się identyfikować, by nie oberwać z którejś strony? Chwila, chwila! Ten tekst coś mi przypomina.. Może następny fragment coś rozjaśni? Ha, już wiem – to przecież kopiuj-wklej-przerób z książki z tego wpisu! I to zerżnięte bez jakiegokolwiek przypisu! Wstydź się Autorze za plagiat! (choć w świecie spychologów takie pojęcie nie istnieje :P) „Wielu” – jak ja lubię ten wyraz (w końcu to jedna z trollowych liczb :P), ale coś innego przykuło moją uwagę – z powyższego fragmentu jasno wynika, że wszyscy gracze potrzebują „niezwykłych doznań”. Teraz pytanie – co Autor miał na myśli? Skoki na bungee bez zabezpieczeń? Nurkowanie w stroju zrobionym ze świeżego mięsa w wodzie pełnej rekinów? Wchodzenie na sektor Legii z szalikiem Polonii? Może macie jeszcze jakieś inne propozycje?  Autor chyba nigdy nie widział Risena i podobnych produkcji :P.
  W sensie Autor oddziela PC-ty od konsol? Czy miał na myśli filmy? Bo trochę to dziwnie brzmi… Za to muszę przyznać, że przynajmniej nie pisze o DOOMie i Quake – zawsze coś :). Nooo, ja bym się spierał. Rozumiem, że w takim GTA V czy innym Wiedźminie 3 postacie wyglądają dość realistycznie (o ile przymknie się z jedno oko…), ale aż tak bym nie przesadzał – do full realizmu jeszcze nam daleko. Przy okazji – w kwestii formalnej – kto widział dźwięk w grze?  Ci graficy naprawdę są świetni :D. Ale… to przecież nie jest jakaś super-nowość… Ja wiem, że AI rozwinęło się dość znacznie na przestrzeni tylu lat, ale przecież już duszki w Pac-Manie miały swoje… nazwijmy to – osobowości. Nie wspominając już nawet, że sterowana przez komputer paletka w Pongu też się sama nie poruszała :). Może Autor ma na myśli skrypty? Sam nie wiem... Ktoś-coś? Ale Autor zdaje sobie sprawę, że ta „miłość” nie jest odczuwana przez NPCka, lecz działa na zasadzie algorytmu? Wiecie – „dialogi prefabrykowane – Lydia Cię nie kocha” ;). Czas na zakończenie, dzięki któremu mogłem dopisać do obu postów o tym artykule tag MoG z czystym sumieniem: Wreszcie! Doczekałem się! Otwieram szampana – nie czekam do Sylwestra :D. No, entuzjazm mi nieco opadł, ale co tam – Autor ostatecznie tylko przytacza zdanie innych naukowców. I kolejne mądre zdanie! Szkoda, ze nastąpiło po całej serii bzdur, ale zawsze… chociaż… Czy ktoś rozumie ten akapit, ostatni w omawianym artykule? O jakiej znajomości pisze Autor? Cóż, zakładam, że chodzi o znajomość tematu gier, ale pewności nie mam…   Niemniej - na tym kończę przygodę z tym artykułem. Do zobaczenia za tydzień :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Głupoty o mandze i anime

Wiem, ostatnio mało jest msm-ów, ale trafiłem na całkiem niezły materiał o „chińskich bajkach”, więc żal mi było go nie użyć :). Jedyny kłopot polega na tym, że tym razem tekst nie pochodzi ze strony, gdzie zamieściła go Autorka, lecz znalazłem go na pewnym blogu, więc to adres do wpisu z niego znajdziecie na końcu tekstu. Sam wpis pochodzi z lipca 2013 roku, ale, niestety, nie znam tytułu publikacji, ani daty jego oryginalnego opublikowania (już wiecie czemu to robię :)), ale Małgorzata Więczkowska już kilka razy pojawiła się na moim blogu, więc jestem skłonny uwierzyć, że to jej dzieło :). Podejrzewam, że chodzi o tekst „Niewinne buzie i rozmarzone oczy. Manga i anime na polskim rynku” z czasopisma „Wychowawca” z czerwca 2013 roku, ale nie wiem. Sprawdziłbym, ale żal mi tych 3 złotych, by wykupić sobie ten numer na 30 dni :P.
Zaczynajmy: Ten fragment jest całkiem mądry… w porównaniu z resztą tekstu, rzecz jasna. Pogrubienie oryginalne. Spojrzałem z ciekawości na twórczość Osamu Tezuki… i srodze się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś porządnego hentaja a dostałem Astroboya i Princess Knight – smutek :(. Jedyne co okazało się prawdą to jego pomysł z wielkimi oczami bohaterów (nie tylko żeńskich!). No, chyba, że Betty Boop też jest zbyt wyuzdana dla Autorki :P. Źródło: pl.wikipedia.org Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi z tym New Age? To taki religijny odpowiednik lewactwa/prawactwa? Pomijam już, oczywiście, wrzucanie wszystkich anime i mang do jednego wora (ciekawe czy Autorka uważa South Park za anime? :P). Ach te homoseksualne związki Goku i Chi-Chi… wróć! Ten Brock to był niezły homo… wróć! Eee… Muminek… a nie, on też hetero… Eee… Kazuya i Erika? Nie, to też facet i kobieta… Hmmm… ktoś-coś? Może Pszczółka Maja? Źródło: https://co.pinterest.com/jessicawieser/dragon-ball-z/ Dobra, żarty na bok. Goku bił żonę, Vegeta bił dzieci, Ash nie umiał się zdecydować (i nigdy nie dorósł…). Muminki? Wyglądają jakby byli rodziną - to dopiero patologia!… Wymieniać dalej? Mogę tego nie komentować? Proszę! Autorka znów pokazuje, że jej poziom wiedzy w temacie jest tak niski, że nawet jakby się położyć plackiem na dnie Rowu Mariańskiego, to i tak trzeba by się porządnie wychylić, by gdzieś tam, hen daleko, go ujrzeć… Uniosłem się, przepraszam :). Nie film, a serial. Nie traciły przytomności, wpadały w histerię czy płakały a miały objawy epileptyczne (nudności, zaburzenia widzenia, bóle głowy) i nie 800 a 685 – z czego „jedynie” 150 wymagało hospitalizacji. Reszta się zgadza :P. (Źródło) Szkoda też, że Autorka nie zechciała zauważyć, że twórcy szybko wycofali odcinek wypuścili go dopiero po poprawieniu i dostosowaniu do odbiorców. Ale o poziomie wiedzy w temacie już pisałem :). Okeeeej… Fakt, Pokemony mocno przypominają rzeczywiste zwierzęta (na nich, zresztą, bazują). A jeśli chodzi o podbój świata to chyba tylko Mewtwo miał takie zapędy (a i on nie był do końca Pokemonem. I sam porzucił swe plany). Ale znów Autorka pokazuje swoją niewiedzę :). Bo w tym anime to akurat ludzie bywają źli - i wykorzystują Pokemony do złych celów. Ale tak jest łatwiej napisać. Kolejna osoba pisząca o jakimś „mistrzu”. Zapewne Autorka wzięła ten opis od pewnego (świętej pamięci już) kaznodziei… Źródło: Kwejk Nie rozumiem tego fragmentu, tak szczerze pisząc… Bo, jak rozumiem, taki Tom i Jerry (tak, nadużywam tego przykładu, ale nic nie poradzę ;)) są „bezpieczne”. I jak anime ma zaprzeczać bezpieczeństwu? Co to znaczy? Że jak się naoglądam DB to wszędzie będę widział Friezę albo innego Buu? Hmm… Źródło: downloadfeast.com Dooobra, daję sobie spokój. Autorka ma rację. Zabieram Pikachu, wsiadam do Daimosa i odlatuję. A jak spotkam po drodze Gucia to wypróbuję na nim Final Flash.   Ech.. Dobrze, że to już koniec. Obiecany link: http://dzielneniewiasty.blogspot.com/2013/07/manga-i-anime-zagrozenia-cywilizacyjne.html A za tydzień będzie coś świątecznego :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Merry Christmas (reupload)

Już za (nieco ponad) tydzień Święta... Jako dziecko zawsze lubiłem koniec roku. Śnieg, Wigilia, spotkanie z rodziną... Nawet Kevina oglądałem. Lubiłem także, jadąc przez miasto, patrzeć na palące się świecące choinki w centrum Lublina, gdy wracałem z Wigilii u mojej (już świętej pamięci) Babci... Szkoda, że wszystko tak zmarniało (a może to ja się zestarzałem?). Parafrazując Hansa Klossa: „W zeszłym roku padał śnieg. Deszcz ze śniegiem”. Pominę jednak kwestię pogody – na nią wpływu nikt nie ma. Ale skoro już wspomniałem o telewizji to nią się zajmę. W końcu po spotkaniu z rodziną chce się trochę innej „rozrywki”. Od lat w Święta „Telewizja ze Słoneczkiem” obowiązkowo wyświetla cztery filmy – dwa Keviny oraz dwa pierwsze Die Hardy. Pozostałe stacje też nie lepsze: „Niespotykanie spokojny człowiek”, „To właśnie miłość” i inne świąteczne filmy, które na pamięć zna już tak ze trzy czwarte populacji. Nie mówię, że są złe, ale może czas na jakąś innowację? Chociaż, przy obecnym stanie naszej kinematografii, chyba wolałbym tego nie oglądać… (vide co roku nowe „Listy do M” z udziałem moich „ulubionych” aktorów (czyt. tych, co pojawiają się w każdym polskim filmie/serialu od jakiś 10 lat)). Zresztą, większość emitowanych w Święta filmów to produkcje zagraniczne. Oznacza to, że są kompletnie (lub chociaż częściowo) wyprane z prawdziwego powodu tych Świąt - narodzin Zbawiciela. Może nigdy nie byłem jakoś bardzo pobożny, ale nie mogę zdzierżyć amerykanizacji i, z braku lepszego określenia, laicyzacji Bożego Narodzenia. Doszło już nawet do tego, że zamiast „Merry Christmas” mamy „Merry X-mas”. Co ciekawe, mój Word podkreśla „Christmas”, a „X-mas” - nie. Ciekawe dlaczego… Niestety, u podstaw tego trendu leży infantylizacja Bożego Narodzenia - Dzieciątko w żłóbku ze zwierzątkami. Myślę, że ludziom znudziła się już ta tradycyjna (Kościelna) wizja Świąt. Stąd zapewne taka fascynacja amerykańskim stylem świętowania. Mnie to jednak nie przekonuje. Cóż, pomarudziłem sobie (nie pierwszy raz na tym blogu ). Na zakończenie dodam tylko - dobrze, że przynajmniej mogę się zrelaksować przy grach, nie oglądając po raz n-ty wspomnianych filmów. A właśnie – znacie jakieś dobre produkcje (najlepiej darmowe ;)) albo mody (najlepiej do Fallout 4 :P) w tych klimatach?  Na zakończenie pozostało mi tylko życzyć Wam (w chrześcijańskim stylu) Wesołych i Rodzinnych (i pełnych gier? ;)) Świąt Bożego Narodzenia, udanego Sylwestra oraz Szczęśliwego 2018 Roku! Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia ;).   PS. W tym roku zrezygnowałem z ankiety… poza tą na początku, oczywiście :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Święta na poważniej

Święta Bożego Narodzenia już za nieco ponad tydzień. W telewizji na zmianę puszczą kilka filmów związanych z tym okresem: Kevina, Kevina, „Niespotykanie spokojnego człowieka”, Kevina, „To właśnie miłość” i wśród innych filmów także Kevina. Jednakże jest jeden film, który oglądam co roku – i nie jest to Kevin. (Wszystkie screeny zrobiłem sam) „Noc Świętego Mikołaja” z 2000 roku to film z cyklu „Święta polskie”. Współscenarzystą i reżyserem był Janusz Kondratiuk. Fabuła jest dość prosta: dwóch więźniów (w tych rolach Zbigniew Buczkowski i Leszek Zduń) ma rozdać prezenty dzieciom z lokalnego domu dziecka. Towarzyszy im ksiądz (Wojciech Walasik), który po drodze odbiera podarki od „sponsora” – dyrektora hipermarketu (Zbigniew Mazurek). Film nie jest familijny, jak inne bożonarodzeniowe produkcje. Przez pryzmat Świąt pokazuje Polskę przełomu wieków, nie używając do tego „magii świąt”. Choć film zawiera sporo zabawnych scen (np. gdy „hipermarketowi” Mikołaje zabierają dzieciom zabawki) to jego przekaz jest poważny i raczej przeznaczony dla starszych widzów. Oprócz wspomnianych wyżej w filmie pojawiają się także m.in. Edyta Olszówka, Magdalena Emilianowicz, Marcel Szytenchelm, Robert Więckiewicz i Jerzy Rogalski. Wszyscy aktorzy zagrali swoje role tak, jak przystało na profesjonalistów – w moim odczuciu nikt nie odstawał od reszty. Muzyki nie zapamiętałem (poza kilkoma kolędami), więc jest plus. Niestety, zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia – scenarzyści nie mieli żadnego sensownego pomysłu na finał. Pozostaje mi tylko wystawić ocenę – jako, że mam sentyment do tego filmu daję mu 4,5/6. Na zakończenie jeszcze chciałbym Wam życzyć udanych, rodzinnych (jeśli to lubicie :P), growych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz udanego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku. Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia 2019!   PS. Przez Święta będę uzupełniał stare wpisy ;).

MajinYoda

MajinYoda

×