Blog bez pomysłu

  • wpisy
    16
  • komentarzy
    0
  • wyświetleń
    595

Wpisy w tym blogu

Bednarski

Kuba miał wiele marzeń. Jednym z nich było napisanie i wydanie książki. Udało się. I wiecie co? Było fajnie! Ale mogło być lepiej.


Opisana wyżej sytuacja byłaby zwykłym wydarzeniem; gdyby nie fakt, że Kuba – a konkretniej Jakub Łaszkiewicz – skończy w tym roku szesnaście lat. Wydanie książki, zwłaszcza w tak młodym wieku, jest nie lada wyzwaniem. Czym młody chłopak ze Sławna przekonał wydawcę, by tamten opublikował jego pisarski debiut?

Książka o zabawnym (acz intrygującym) tytule "Kalesony Sokratesa" przedstawia perypetie gimnazjalisty, który przeprowadza się do innego miasta, a tym samym zaczyna chodzić do nowej szkoły i poznawać nowe osoby. Są więc przygody szkolno-klasowe, nastoletnie miłości oraz wybujała wyobraźnia dojrzewających bohaterów – ot, typowa literatura młodzieżowa. Co jednak rzuca się w oczy, to forma opowiadania historii. Początkujący pisarz postawił na rozwijanie fabuły poprzez… blog internetowy. Nie jest to być może nowość w literaturze narracyjno-fabularnej, jednak z mojej strony należy się szacunek dla autora za ciekawy zabieg w postaci pisania bloga.

Książka ma dwóch głównych bohaterów, z których pierwsze skrzypce i tak gra Maciek. Chociaż bardziej by pasowało określenie ”gra na gitarze”, bo właśnie Maciek – podstawowy narrator i jednocześnie autor książkowego bloga – z zamiłowania jest muzykiem. Podobnie, zresztą, jak Patryk, poboczny protagonista. Ścieżki dwójki bohaterów zaczynają z czasem się przeplatać, prowadząc do różnych (i nieraz zaskakujących) zdarzeń.

Patryk gra tu rolę takiego "no-life'a", przegrywa, który boi się zagadać do obiektu jego westchnień. Maciek natomiast ma już więcej śmiałości, choć jako introwertyk – nie próbuje się wyróżniać z tłumu. A przynajmniej tak sugeruje sam zainteresowany w swoich wpisach. W ogóle problem z Maćkiem polega na tym, że jest to postać budząca różne emocje. Z jednej strony, wygląda na naprawdę sympatycznego i inteligentnego gościa. Podczas czytania "Kalesonów", nie jeden raz utożsamiałem się z głównym bohaterem – wszakże, podobnie jak ja, i on jest graczem komputerowym, fanem starszego rocka i początkującym blogerem. Z drugiej natomiast, z kart powieści aż często się wylewa przemądrzałość chłopaka, jakby chciał powiedzieć „O, patrzcie, jaki to jestem [beeep], jaki jestem cool, bo zachowuję się i myślę jak dorosły, a nie mam jeszcze nawet szesnastu lat!”. Można to odczuć zwłaszcza we fragmentach dotyczących altruizmu i współczucia oraz czytania książki na szkolnym korytarzu przez głównego bohatera.

978-83-8083-452-1.jpgSokrates na okładce? Jest! Kalesony – już niekoniecznie…

Samą książkę jednak przyjemnie się czyta. Kuba Łaszkiewicz potrafił znaleźć wyważenie przy rozwijaniu fabuły i dalszych losów bohaterów, serwując informacje stopniowo. Nie ma tutaj ani trzęsienia ziemi jak u Hitchcocka, ani zbędnych dłużyzn, które by zanudzały czytelnika. Same internetowe wpisy są napisane w ciekawy sposób; a uwagę odbiorcy najbardziej przyciągają liczne wtrącenia w postaci tekstów kultowych piosenek oraz zabiegi stylistyczne, zwłaszcza aluzje, hiperbole i amplifikacje (np. fragment mówiący o stu kilometrach korytarza szkolnego). Cieszy też wyważona liczba wulgaryzmów i naturalność wypowiedzi. Natomiast do wad muszę zaliczyć zbyt skromną stylizację do blogu internetowego w kontekście języka pisanego (np. brak emotikon) oraz ciągle powtarzające się wtrącenia typu „no cóż”, „serio!” lub „wiecie, nie?”. No, chyba wiecie o co mi chodzi, nie?

Drugim oryginalnym zabiegiem, obok konwencji bloga, jest duet narratorów. Oprócz Maćka – autora internetowych postów – pojawia się trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, który skupia się na samym Patryku, uzupełniając tym samym opowiadania młodocianego blogera o fakty widziane z innej perspektywy. Niestety, ta część książki należy do słabszych. Głównie dlatego, że widać tutaj naleciałości z języka i stylistyki wpisów Maćka na blogu. Autor będzie musiał to poprawić przy pisaniu kolejnej książki, zwłaszcza standardowej powieści czy opowiadania. Na szczęście takich trzecioosobowych fragmentów w omawianej książce jest mało.

Resztę mankamentów stanowi lapsus pod postacią wpisu z 13 sierpnia, który następuje po 22 września (chociaż możliwe, że to po prostu błąd w druku lub działu DTP), oraz zwieńczenie historii. Im bliżej byłem końca, tym finał stawał się dla mnie przewidywalny, a samo zakończenie – że tak to ujmę – bez pierdolnięcia.

Do wad mógłbym zaliczyć również fascynację (czy bardziej fanatyzm) wielu postaci muzyką rockową i metalową (przez moment czułem się, jakbym czytał o jakimś kółku wzajemnej adoracji…), a także nieprawdopodobieństwo pewnych scen z "Kalesonów Sokratesa". Na szczęście autor, poprzez zastosowanie konwencji bloga internetowego, wychodzi z tego obronną ręką. Zabieg ten pozwolił na dosyć swobodne przedstawienie różnych sytuacji, czasami skłaniając czytelnika do interpretacji danych zdarzeń czy refleksji nad czynami bohaterów. Ponadto swoboda większości wypowiedzi, łamanie czwartej ściany, dowcipy pierwszoosobowego narratora oraz absurdalne sceny sprawiały, że często się uśmiechałem pod nosem podczas lektury.

I rzecz najważniejsza – forma bloga jako książki na pewno pomagała Kubie przy pisaniu. Ba, między nim a książkowym Maćkiem jest wiele podobieństw (choć autor zarzeka się już we wstępie, że treść jest całkowicie fikcyjna). Lekkość pisania przełożyła się na lekkość odbioru: pomimo 220 stron (wydaje się mało, ale przy moim ślimaczym tempie…) – książkę przeczytałem bardzo szybko; a po odłożeniu na półkę nie czułem się bardzo zawiedziony. Tak więc jeśli jesteś otwarty na historię ucznia ostatniej klasy gimnazjum, wzbogaconą różnymi smaczkami ze świata muzyki, gier wideo i polityki – i to historię napisaną przez 15-latka – serdecznie polecam Kalesony Sokratesa. A autorowi, jeśli weźmie do serca cenne rady i nie będzie głuchy na słowa krytyki, wróżę świetlaną przyszłość. Kuba, jak jego bohater, powinien powiedzieć: „jestem z siebie dumny, bo jeszcze nie porzuciłem pomysłu… I, prawdę mówiąc, nie mam zamiaru”.

589c8644e5d8a_o.jpgA tak wygląda, niepełnoletni jeszcze, autor recenzowanej książki.

[WPIS PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ NA AUTORSKIM BLOGU]

Bednarski

Poniżej macie mój drugi prawdziwy podcast oraz uzupełnienie mojego komentarza nt. reform polskiego sądownictwa (w formie pisemnej):


Próba reformy polskiego sądownictwa budzi dużo kontrowersji oraz problemów. Jednym z tych problemów jest spore prawdopodobieństwo, że mało który obywatel RP przeczytał choć jedną z trzech ustaw PiS-u – a łączna ich objętość liczy kilkaset stron. To sprawia, że większość osób podchodzi(ło) do tej sprawy nieracjonalnie. Zarówno obecny rząd, jak i opozycja z KOD-em na czele angażowały Polaków do tego spektaklu politycznego opierając się na emocjach. Ci pierwsi argumentowali nowelizację sądów potrzebą dekomunizacji czy polepszenia sytuacji niesłusznie poszkodowanych Polaków wobec nieczułych sędziów. Ci drudzy natomiast rzucali hasłami typu wolność/równość/demokracja itd., nieraz porównując się do opozycji za czasów komuny. Niezależnie od strony w tym sporze, zawsze pojawiał się schemat "MY — ONI".

Zwolennicy reform podpierają się również tym, że obecny rząd Beaty Szydło został przecież wyłoniony w wyborach demokratycznych, tak więc legalnie sprawują swój mandat, nie będąc żadnymi dyktatorami. Brak odpowiedzialności politycznej przed obywatelami (tj. brak prawa "recall") oraz posiadanie monopolu władzy wykonawczej, uzyskanej na drodze demokratycznych wyborów, nie upoważniają jednak do podejmowania działań ryzykownych, które mogłyby zachwiać system monteskiuszowski – stanowiący przecież filar współczesnych państw zachodniego świata – w imię walki politycznej, klasowej etc. Trudno też mówić o pełnomocnictwie całego narodu polskiego, gdy za kandydatami Prawa i Sprawiedliwości na posłów i senatorów w wyborach z 2015 r. opowiedziało się ledwo ponad 7 mln obywateli. Natomiast protestujący wyszli na ulice nie tylko w obronie wolności, ale także demokracji oraz konstytucji. Jest to o tyle niewłaściwe, że samo przestrzeganie prawa czy system demokratyczny nie musi być gwarantem godnego życia wszystkich obywateli – wręcz przeciwnie: przykłady z historii pokazują, że władze różnych państw stosowały terror oraz dopuszczały się zbrodni i oszustw bez naruszania przepisów prawnych. Tak więc ważną rolę powinna odgrywać przede wszystkim moralność polityków, a nie tylko aspekt formalny ich działalności.

5972652a42d7f_o.jpgfot. Anna Kaczmarz (NaszeMiasto.pl)

Prawo i Sprawiedliwość działa więc w sposób daleki od właściwego – nie tylko w walce o sądy. Sama Platforma Obywatelska oraz PSL podczas swoich 8-letnich rządów również budziły niemałe kontrowersje, działając w sposób rażący i dostarczając wielu afer. Co jednak odróżnia ten rząd od poprzednich, to skala protestów społecznych. Nieprawidłowości za rządów Donalda Tuska oraz Ewy Kopacz mogły przecież stanowić impuls dla masowych wystąpień zwykłych obywateli zjednoczonych z politykami opozycji. A jednak doszło tylko do najwyżej kilkunastu strajków wybranych grup zawodowych, supportowanych przez niektórych polityków z PiS-u, oraz wielu, acz skromnych demonstracji i pikiet, organizowanych głównie przez mniejszych graczy politycznych (takich jak KNP). (Wyjątek tutaj stanowią protesty przeciw ACTA z I kwartału 2012; dotyczyły jednak problemu ogólnoeuropejskiego). Obecnym partiom opozycyjnym udało się osiągnąć to, czego nie potrafili przeciwny Platformy Obywatelskiej w latach 2007-2015: realnie się zjednoczyć i znaleźć uznanie u szeroko pojętego społeczeństwa polskiego, co było zwłaszcza widoczne podczas ostatnich protestów, z lipca tego roku. Dlatego z mojej strony szczere słowa podziwu dla Komitetu Obrony Demokracji za ogromne zaplecze organizacyjne, logistyczne i finansowe oraz skuteczne budowanie przyszłego elektoratu dla PO bądź innego potencjalnego gracza politycznego.

d6edc55d7fa0a32d064a754faade7e50,640,0,0,0.jpgfot. Kuba Atys (Agencja Gazeta)

Protesty w obronie niezawisłości sądów spotykają się również z krytyką, przede wszystkim ze strony obozu rządzącego – głównie z ust ministrów Macierewicza i Błaszczaka, którzy upatrują w demonstrantach szpiegów, zdrajców i sowietów. Wypowiedziami polityków bym się nie przejmował. Po pierwsze, ze względu na subiektywno-obiektywny charakter takich słów – wszakże naprawdę istnieje ryzyko usunięcia obecnego rządu przy użyciu siły; natomiast antyrządowe ruchy stanowią z ich perspektywy zagrożenie, dlatego też używają tak emocjonalnych porównań. (Choć można też dostrzec tutaj hipokryzję, zwłaszcza na podstawie słów odnośnie Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów z grudnia 2014). A po drugie, w przeszłości mieliśmy już do czynieniami z kontrowersyjnymi czy nawet obrzydliwymi wypowiedziami polityków – również związanych z Platformą Obywatelską, w tym także Bronisława Komorowskiego.

Tak samo bym się nie przejmował głośnymi słowami Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie. Jak wspomniałem w podcaście, prezes PiS-u zdaje się być osobą niestabilną emocjonalnie. Choć po części rozumiem jego oburzenie – częste odnoszenie się do jego śp. brata przez polityków opozycji jest bezzasadne. Głównie z tego powodu, że Lech Kaczyński to nie Jarosław Kaczyński, a tym bardziej cały PiS. Różnice pomiędzy braćmi były dostrzegalne, jednak powoływanie się na pokrewieństwo jest żałosnym argumentem przy próbie przekonania Jarosława o tym, że źle robi. Lech został – stety lub niestety – bardziej zwykłym męczennikiem czy nawet bożkiem, do którego się modli każdego dziesiątego dnia miesiąca, aniżeli faktycznym autorytetem, który miałby realny wpływ na swoich zwolenników, nawet pośmiertnie. A co do słów na temat zamordowania brata – J. Kaczyński tłumaczył się później, że nie miał na myśli dosłownego zamachu na życie Lecha ze strony polskiej. (Choć, oczywiście, katastrofa smoleńska do dziś budzi wiele wątpliwości. I mimo że znamy oficjalne stanowiska dwóch komisji – tj. rosyjskiego MAK-u oraz polskiej pod przewodnictwem Jerzego Millera – nadal trudno mówić o stuprocentowo pewnej przyczynie katastrofy, zwłaszcza gdy nadal nie mamy dostępu do wraku Tupolewa).

andrzej-duda.jpgfot. Michał Dyjuk

Kończąc ten wpis, wartałoby wspomnieć jeszcze o możliwym scenariuszu, jaki pisali niektórzy komentatorzy. Mowa o całkowitym uniezależnieniu się Andrzeja Dudy od Prawa i Sprawiedliwości, a następnie próba reelekcji w 2020, tym razem jako kandydat niezależny. Gdyby takie przewidywania się sprawdziły, byłby to ewenement na polskiej scenie politycznej po 1990 roku. Duda miałby realną szansę na powtórzenie sukcesu sprzed dwóch lat, również jako polityk odwrócony od Kaczyńskiego. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że wygrana PiS-u w obu wyborach z 2015 miała miejsce głównie dzięki zawodowi koalicji PO-PSL oraz socjalnym obietnicom z 500+ na czele. Wyborcy dali się wpaść w pułapkę skutecznej kampanii wyborczej PiS-u – przez co mamy obecnie kontrowersje wokół reformy sądownictwa.

Bednarski

Próba mikrofonu. Raz, dwa. Nic… Ponowne testowanie – i znowu niepowodzenie. W głowie BK już pojawia się myśl, że przyjechał nadaremno…


Na szczęście komputer w końcu zaczął zgrywać dźwięk rejestrowany mikrofonem. Efekt około godzinnej rozmowy z Bartkiem, kolegą z katowickich studiów, możecie podziwiać poniżej. Kim jest w ogóle Bartek? Czemu nie znosi Gwiezdnych Wojen jak Anakin Skywalker ognia? I dlaczego wmawia Bednarskiemu wyższość Monty Pytona nad Bennym Hillem? Tego wszystkiego dowiecie się z poniższego podcastu – otwierającego nową serię audiologów o roboczej nazwie "Szast Cast", w której co tydzień będziemy komentować bieżące sytuacje oraz dyskutować o szeroko pojętej kulturze. Zapraszamy od odsłuchania i komentowania!


Podcast na chwilę obecną znajduje się tylko na moim oficjalnym kanale na YouTube'ie; niemniej pojawi się pewnie także na innych portalach – takich jak FB, Sound Cloud czy inne.

Bednarski

Donald Trump opuścił Warszawę w czwartek po południu. Były oklaski, wiwaty na cześć amerykańskiego prezydenta. Niektórzy chcieli nawet otworzyć szampana na wieść obietnic naszego zachodniego sojusznika. Tak bardzo mi przykro z ich naiwności.


Od jakiegoś tygodnia media ciągle trąbiły o wizycie Donalda Trumpa w naszym kraju – nie tylko polskie, ale i zagraniczne, zwłaszcza amerykańskie i rosyjskie. Liczni politycy i dziennikarze prześcigali się w prognozach na temat tego, co stanie się podczas spotkania obu prezydentów i jaki będzie finalny efekt tych rozmów dla nas. Największe emocje rozbudziło jednak przemówienie gościa na Placu Krasińskich, w którym Trump, bez zaglądania w kartki, schlebiał Polakom, uważając ich za waleczny naród pełen wartości.

Tyle że… nic w tym nadzwyczajnego. Komplementy kluczowych polityków w stronę gospodarza są normalną i codzienną praktyką. W przypadku Trumpa można po prostu docenić większą naturalność i szczerość. Wszakże on sam jest zwolennikiem idei narodowych, tradycyjnych wartości i wiary w Boga – o których często wspominał w swoim przemówieniu. Zatrważająca jest również naiwność Polaków w obietnice amerykańskiej głowy państwa o sprzedaży systemu obronnego PATRIOT oraz dostawach ciekłego gazu z USA. Po pierwsze, w rozmowach między Dudą a Trumpem nie padło żadnych konkretnych deklaracji, a jedynie chęć współpracy. Szczegóły oraz finalizowanie obu umów i tak będzie w głównej mierze zależeć od firm dostawczych – w tym przypadku Raytheon Company oraz Cheniere Energy. W ogóle sugerowanie, że głowy państwa – zwłaszcza Andrzej Duda, w którego kraju działa system parlamentarno-gabinetowy – posiadają monopol na kształtowanie wielopoziomowej współpracy międzynarodowej, jest błędne. Żyjemy nie w starożytnych czy średniowiecznych czasach, kiedy to królowie mieli zdecydowanie więcej do powiedzenia, a w XXI wieku, gdy panują inne warunki. Tymi warunkami są systemy biurokratyczne oraz (mniej lub bardziej) demokratyczne, a także partycypacja ministerstw spraw zagranicznych, dyplomatów oraz wyspecjalizowanych agend.

LTc4Mzk0JT1Me2JMXwQ0YFYGYh5FRzw9DlNjCgcffW1VA3hLXQJ0eU4HektbAXljUAxiDQJKNSACGicKDA==.jpgPAP

Pojawiły się również głosy krytyki ws. wizyty prezydenta USA w Polsce. Część z nich dotyczyła braku zapewnienia zniesienia wiz dla Polaków. Śmiesznym jest fakt, że jednym z oburzonych jest Władysław Kosiniak-Kamysz, polityk opozycyjnego PSL-u. A przecież on, jak i inni powinni powiedzieć, że prezydent Stanów Zjednoczonych nie ma najmniejszego wpływu na politykę "wizową". Natomiast największym przejawem oburzenia był protest o nazwie "TRUMP precz!" organizowany przez partię Razem. Organizatorzy zarzucają republikaninowi fanatyzm, seksizm i militaryzm, przy okazji oskarżając o to samo polską partię rządzącą. Popełniają oni, razemowcy, jednak ten sam błąd, co entuzjaści naszego niedawnego gościa – czyli wiara w to, że pojedynczy przywódca ma istotny wpływ na kształtowanie polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Zresztą, na pewno byli zaskoczeni złagodzonym tonem Trumpa, podziękowaniem dla Wałęsy oraz tym, że prezydent USA w kontekście zagrożenia europejskiego i światowego bezpieczeństwa wspomniał również o Federacji Rosyjskiej i Korei Północnej, a nie tylko o krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

Tak więc wizyta prezydenta najpotężniejszego państwa świata w Polsce miała głównie charakter głównie symboliczny, stanowiący po prostu przedłużenie tradycji polityki zagranicznej. Jedyne, co ma związek z praktyczną sferą jego polityki, to zmiana priorytetowych krajów do odwiedzenia (w porównaniu do poprzedników). Trump, wybierając Polskę jako pierwszy europejski kraj (nie licząc Watykanu) przy zagranicznych wizytach, chciał zaznaczyć swoje "antyestablishmentowe" i "antylewackie" nastawienie; co jednak jest tylko podkreśleniem obecnej polityki. Wizyta Trumpa? Nic nie znaczyła!

[WPIS DOSTĘPNY RÓWNIEŻ NA ZEWNĘTRZNYM BLOGU]

Bednarski

30 kwietnia 1945 roku. Kiedy Reznov pierwszy raz mówił o Dmitriju, wspomniał o bohaterze, którego winniśmy wszyscy naśladować. Czasem widziałem, jak Dmitrij okazywał litość – w przeciwieństwie do pozostałych towarzyszy. Kompletnie go nie rozumiałem. Być może bohaterowie nie muszą kwestionować swoich czynów.


Tak brzmi ostatni zapis w dzienniku szeregowego Czernowa – fikcyjnej postaci z gry Call of Duty: World at War. Gry, którą miałem przyjemność kilka dni temu przejść. Satysfakcja z ukończenia tytułu oraz nadchodząca premiera nowej część o podtytule WWII – która ma wrócić do drugowojennych klimatów – skłoniły mnie do nagrania pierwszego w życiu podcastu.

Zadanie, wbrew pozorom, nie okazało się łatwe. Chrypa oraz poprawna (acz nie idealna) jakość dyktafonu (a konkretniej telefonu, którego nazwy modelu wstyd przywoływać) trochę zniekształciły mój głos. Do tego trzeba doliczyć ponad dziesięć prób – pół godziny wyjęte z życia. Ale po zadowalającym nagraniu, potem już było z górki.

original.jpgActivision

Co do idei podcastu, moim zamysłem jest stworzenie audio-recenzji różnych dzieł (głównie filmów i gier), których czas nie przekraczałby kilku minut. Na pierwszy ogień poszło właśnie piąte Call of Duty i jego 66-sekundowy trailer. (Jako że musiałem się streszczać, w recenzji gry pominąłem trochę rzeczy, w tym wymienienia wad produktu). Czy pomysł się przyjmie? Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o formie recenzji oraz o tym, jak mi poszło za pierwszym razem. No i przy okazji zapraszam do subskrybowania mojego oficjalnego kanału. A oto omawiane nagranie:

 

 

Bednarski

Kozacki wywiad

„Nigdy media nie wypromują muzyki, nad którą trzeba się zastanowić – bo inaczej się nie sprzeda. Jeśli ktoś się sugeruje, że media wypuszczają muzykę najlepszą dla człowieka, to jest absolutnie w błędzie”.


"Rozpoznanie świadomości marki oraz oceny marek" – takim to tematem kierowaliśmy się podczas wykonywania projektu na Marketing i Reklamę. Domyślnym przedmiotem badań miała być branża wydawnictw książkowych lub telefonów komórkowych; jednak Adam – szef naszego zespołu – zaproponował przeanalizowanie internetowych mediów muzycznych pod kątem popularności wśród konsumentów. To był strzał w dziesiątkę! Dzięki jego pomysłowi, miałem przyjemność porozmawiać z Norbertem Kozakiem (na zdjęciu niżej), młodym muzykiem z Częstochowy, na temat mediów poświęconych muzyce.

 

14258279_1817060125191116_8674192598570678602_o.jpgNorbert Kozak @Facebook

Zapis dialogu, który odbył się niemal miesiąc temu, musiał zostać gruntownie zredagowany. Było to jednak spowodowane nie najlepszymi warunkami wtedy panującymi, jakimi była głośna muzyka. Niemniej – ponad dwadzieścia minut rozmowy były dobrze spędzonym czasem… Ale bez zbędnego przedłużania:


Przemysław Bednarski: Swego czasu grałeś dla zespołu Antaba, ale zawiesiliście działalność. W jaki sposób się reklamowaliście – oprócz, wiadomo, grania koncertów – przez cały okres działalności?
Norbert Kozak: Jeśli chodzi o reklamę naszego zespołu, to, w sumie, takim głównym motorem napędowym, żeby zyskać chociaż odrobinkę rozgłosu, była stronka fejsbukowa, na której umieszczaliśmy aktualności z naszego życia zespołowego. Udostępnialiśmy tam zdjęcia, próbowaliśmy jakoś przyciągnąć, przykuć uwagę ludzi – nie tylko naszych znajomych, ale żeby gdzieś też dalej to troszkę wypłynęło. Wiadomo, ciężko jest z muzyką, która nie jest popularna. Powiązaliśmy to też z kontem na YouTube'ie – "Antaba Official". Tam mogliśmy udostępniać nasze nagrania studyjne. Nie mieliśmy jednak za dużych funduszy na to, żeby nagrać…
Pełnego albumu?
Pełnego albumu też. Taki pewien rodzaj epki chcieliśmy wypuścić na początek; bardziej nie w celu, żeby to sprzedawać, tylko żeby osoba, która miała nam udostępnić daną lokalizację na event, miała pewien jakiś pogląd na to, co gramy dokładnie. Muzyka progresywna nie jest ściśle określona, może mieć tysiąc różnych charakterów, albo nawet jeszcze więcej, gdzie każdy utwór może być inny.
Co do muzyki z pograniczna rocka i metalu progresywnego – którą właśnie graliście – czy można spotkać na rynku, również internetowym, jakieś tytuły prasowe, które są poświęcone tylko tego typu muzyce?
Jest ogólnie czasopismo – ale ono nie jest w Polsce wydawane – nazywa się Prog. Tam są wszelkie aktualności, jeśli chodzi o muzykę progresywną, o rock progresywny. Jeszcze są takie strony fejsbukowe, np. Progressive Music Planet. Tam też na okrągło są wrzucane nowości. Wiadomo, jest to powiązane z jakimiś stronami instagramowymi, fejsbukowymi. W zasadzie to z Facebooka się dowiedziałem o tych stronach. Czasami jest to też pisane o tym na stronach ogólnorockowych, np. Rolling Stone. Tam też można usłyszeć np. o nowych albumach, choćby zespołu Dream Theater, którym się najwięcej inspirowałem i jest to w zasadzie jedna z moich ulubionych grup metalowoprogresywnych. Również strona Eagle Rock, gdzie mają po prostu wszelkie koncertówki – wszelkich zespołów! – nie tylko rocka; ale nawet pop, rap itd. Jednakże można tam też znaleźć takie perełki właśnie z rocka progresywnego. I jeszcze taka jedna wytwórnia płytowa: Inside Out Music, która się zajmuje nagrywaniem troszkę bardziej niszowych zespołów – takich jak Haken czy Leprous. To są takie grupy, które już zaczynają powoli współpracować nawet z osobami, które już miały jakieś tam wtyki w grupie Dream Theater, która, jak wiadomo, jest ikoną metalu progresywnego.
Tak więc w internecie trudno znaleźć wortale poświęcone samemu rockowi czy metalowi progresywnemu…
No, w sumie tak. Bo rock progresywny zahacza o każdy gatunek innego rocka, a nawet innej muzyki niż rock. Bo ciężko po prostu to sprecyzować w jedną ramę. Nie da się tego, tak jakby, "zamknąć w jednym pudełku".
Uważasz, że media muzyczne – zwłaszcza w internecie – potrafią wpływać na gust muzyczny, na to, kogo się później słucha w przyszłości; ewentualnie jaką muzykę się gra?
Mnie się wydaje, że najwięcej ma tutaj do czynienia okres dorastania. Bo jak wiadomo: kiedy człowiek już jest dorosły, to słucha w zasadzie tego, co mu tam gdzieś w ucho wpadnie – jeśli nie potrafi znaleźć, tak jakby, swojego zdania, swojej drogi w trakcie dorastania. U mnie akurat było tak, że od pokoleń wszyscy muzykowali; przede wszystkim od strony taty, no bo tata muzykuje – i dziadek też muzykował, świętej pamięci. I tata woli dobrą muzykę – właśnie też raczej rockową; rocka progresywnego też lubi posłuchać; i jak puszczam w domu, to wcale nie neguje, wręcz przeciwnie. Ogólnie też dużo edukacja muzyczna daje. Chociaż wcale nie musi "naprawiać" czyjegoś gustu. Bo wiadomo, gust może być różny. I prawie każdy gatunek muzyczny może wnosić naprawdę pozytywne wartości. Ale jeśli chodzi o media, to nigdy media nie wypromują muzyki, nad którą trzeba się zastanowić – bo inaczej się nie sprzeda. Jeśli ktoś się sugeruje, że media wypuszczają muzykę najlepszą dla człowieka, to jest absolutnie w błędzie. Po prostu powinien szukać czegoś swojego… Nie można słuchać tak jakby tego, co ktoś ci narzuci; tylko trzeba troszkę myśleć sercem i mieć swoje zdanie na ten temat. Najlepiej się trochę zainteresować z warsztatowego punktu widzenia, jak w ogóle powstaje muzyka. Bo tworzenie muzyki nie jest wcale prostą sprawą.
Co dokładnie umieszczaliście na swoim zespołowym kanale na YouTube'ie?
To była w zasadzie tylko nasza twórczość. Akurat na koncie na YouTube'ie wrzucaliśmy tylko nagrania studyjne; a na naszym jeszcze koncie na Facebooku udostępnialiśmy linki z YouTube'a. Udostępnialiśmy również nagrania z koncertów naszych. Nie była to jakaś super jakość – no ale, wiadomo… Jak wypuszczaliśmy nagrania studyjne, one nie miały teledysków, bo wiadomo, budżet musiałby być kolosalny. Człowiek ogólnie, jeśli wchodzi na jakieś portale i chce posłuchać muzyki – on nie tylko słucha tej muzyki, on chce też ją oglądać. Dlatego lyric video oraz teledyski najbardziej przykuwają uwagę. Z tym że trzeba się liczyć z tym, że jeśli ktoś już zainwestuje w coś takiego, to musi mieć pewność, że mu się to zwróci albo będzie mu się to opłacało.
A na innych portalach streamingowych – jak Bandcamp czy SoundCloud – też udostępnialiście muzykę?
Nie; po prostu uderzaliśmy w to, na czym najwięcej tak naprawdę można uzyskać wyświetleń, rozgłosu. Liczyliśmy też na to, że przynajmniej w naszym rejonie, przynajmniej tutaj w naszym mieście, coś zyskamy. Ale, no, niestety życie prywatne nas musiało rozdzielić. Może kiedyś powrócimy. Ciężko powiedzieć…
Czy ta wszechstronność i uniwersalność YouTube'a sprawia, że jego aspekt muzyczny jest uboższy w porównaniu do innych mediów streamingowych? I czy ma to jakikolwiek wpływ na popularność różnych artystów czy konkretnych utworów wśród fanów?
Jeśli chodzi o porównanie YouTube'a do innych streamingowych stron, to trzeba tutaj wyraźnie zaznaczyć, że im ktoś jest popularniejszy, tym staje się bardziej jeszcze popularny przez to, że ma dużo wyświetleń. I te filmy, ta muzyka, która ma najwięcej wyświetleń, będzie wypychana zawsze jeszcze bardziej na wierzch, tak jakby przytłaczając do dna wszelkie bardziej niszowe zespoły i kanały. Porównując YouTube'a do np. Spotify, no to w Spotify jest taka opcja, że da się dopasować do gustu muzycznego i znajduje jakieś propozycje. A np. słuchając YouTube'a – no to już niekoniecznie. Już będą zawracać tyłek jakimiś gatunkami, które mają miliony wyświetleń, a niekoniecznie mogą spełniać czyjeś kryteria, jeśli chodzi o wartości muzyczne. Np. dla mnie, jeżeli wyskoczy jakieś disco polo, to tego nie kliknę, bo po prostu za tym nie przepadam.
Czyli z jednej strony YouTube jest fajny, bo jest jednak najpopularniejszym medium streamingowym, a z drugiej strony może być nieatrakcyjny dla pewnych muzyków?
YouTube po prostu ogranicza. Jeśli ktoś chce, ma jakąś taką wenę na to, że: “O! Poszukam jakiejś muzyki, której nie znajdę na wierzchu, na lustrze wody; tylko gdzieś tam zanurzę tą rękę” – no to w YouTube'ie tak łatwo nie zanurzy tej ręki! Już lepiej właśnie np. na takiego Spotifya wejść, poszukać tej muzyki, która w swoim gatunku jest jeszcze najbardziej popularna – np. rocka progresywnego posłuchać: Dream Theater albo jakichś tam starszych, jak np. Emerson, Lake & Palmer albo Pink Floydów. I słuchając na okrągło tych albumów, myślę, że da się po prostu dokopać do tych coraz dalszych zakątków właśnie akurat tego gatunku.
Jeśli chodzi o samego Ciebie, na jakich stronach głównie słuchasz muzyki w internecie?
Jedynie z YouTube'a korzystam; ale tylko dlatego, że się dowiem np. o jakimś albumie albo o jakimś zespole z mediów internetowych i czasopism, które mają powiązania z Facebookiem. Oni udostępniają jakiś zespół – no i w ten sposób mam jakiś tam odnośnik; wtedy mogę wpisać sobie nazwę takiego zespołu właśnie na YouTube'ie, no i wtedy słucham. Ale raczej jestem zwolennikiem tego, żeby pobierać muzykę z Internetu. Już nawet nie mówię o jakichś piratach czy torrentach – chociaż też się to zdarza, jak każdemu. Ale jestem też fanem dobrego brzmienia – i jeśli słucham na YouTub'ie, ja mogę tam nie słyszeć tego, tak jakbym chciał! Wolę pobrać to na własny dysk, wrzucić na program taki, jaki mi się podoba, z equalizerem, ustawić sobie brzmienie takie, jakie mi odpowiada, i dopiero słuchać muzyki w takiej jakości, jaka mi pasuje.
A oprócz kompresji dźwięku, coś Ci przeszkadza w tych mediach streamingowych?
Co mi tam może przeszkadzać… Propozycje jakiegoś dziadostwa, za którym nie przepadam… I ewentualnie reklamy. Też są wkurzające. Ja lubię płynność po prostu. Chociaż niby się mówi, że ktoś się sprzedaje – bo ma reklamy – ale też musi z tego mieć jakiś pieniądz, no bo jednak ten pieniądz w to włożył.
Czyli raczej słuchasz danych wykonawców całymi albumami? Czy zdarza Ci się jednak odsłuchiwać same pojedyncze utwory? A może też słuchasz losowo piosenek?
Kiedyś bywało bardziej losowo. Ale odkąd właśnie zacząłem już tak nałogowo słuchać muzyki progresywnej, to zawsze czekam na konkretny album; przesłuchuję go od początku do końca, nawet kilka razy. No, to jest muzyka, która od razu się nie spodoba; tak jak w muzyce popularnej, która łatwo jest przyswajalna, ale szybko się też nudzi. Z muzyką progresywną jest zupełnie na odwrót. Na początku człowiek się nie może przekonać, ale potem odkrywa coraz więcej i coraz bardziej się podoba. Dlatego najlepiej jest słuchać w sumie całymi albumami, odkrywać jak najwięcej takich ciekawostek i niespodzianek, które twórcy zawarli w danym albumie. Zawsze każdy album wnosi coś nowego! I dobrze jest słuchać całymi, właśnie, albumami. Bo pojedyncze utwory czasami nic nie znaczą. W ogóle odkąd uświadomiłem sobie, że może być album, w którym każdy utwór, każdy numer po kolei, tak jakby, jest osobnym członem jednej całej historii, to właśnie słucham całych albumów.
Czy są organizowane festiwale muzyczne poświęcone również muzyce progresywnej? Chodzi mi głównie o Polskę.
Słyszałem kiedyś o jednym jakimś festiwalu muzyki progresywnej; ale nie pamiętam nazwy tej miejscowości. I tam się zdarzają takie festiwale; chyba co rok – albo rzadziej… Ale to był jedyny polski festiwal progresywny, o jakim w ogóle słyszałem. I się o nim dowiedziałem tylko dlatego, że sam się chciałem dowiedzieć, czy w ogóle taki istnieje. Wpisałem po prostu w Google i mi wyskoczyło coś takiego – i to była jedyna rzecz. Gdybym się nie zainteresował, to samo by mi to nie wpadło w zasięg wzroku.
Jaka jest Twoja recepta na sukces ewentualnego wortalu nt. muzyki wyłącznie progresywnej?
Ja myślę, że na to nie ma za bardzo recepty. Słuchacze muszą tego chcieć, żeby posłuchać tej muzyki; oni muszą być odpowiednio przygotowani. Ja przez kupę lat dojrzewałem do tego, żeby dojrzeć do takiej muzyki, żeby ją w ogóle rozumieć. Bo to jest muzyka, którą trzeba rozumieć – i nie ma tak naprawdę na to recepty. Albo człowiek chce tego słuchać, albo kompletnie się na tym nie zna i uznaje, że jest to beznadziejne. Tak mi się wydaje.
Czyli wystarczy sama inicjatywa wydawcy danego tytułu oraz odpowiednia reklama, by odbiorcy usłyszeli o takiej stronie; a potem to już z górki – dobrze zrozumiałem?
Tak naprawdę nie wiem, ile wystarczy, bo nigdy nie osiągnąłem w tym temacie żadnego większego sukcesu.
Ale tak z perspektywy konsumenta, zwykłego czytelnika takich mediów – co na takim progresywnym wortalu powinno się znaleźć? Lub się nie znaleźć, jak np. nachalne reklamy, o których wspomniałeś wcześniej – jak sądzisz?
Co z tego, że nie byłoby reklam, jeśli by tam nikt nie wchodził? Ale ja, jako konsument, mam inne wymagania niż większość ludzi, którzy mają pogląd na muzykę, można powiedzieć, taki komercyjny – taki, jak im wszyscy narzucą. Ja mam większe wymagania trochę; dlatego ja mogę znaleźć taki wortal i to docenić. Ale ja, jako jeden jedyny, niestety nie przyniosę im zysku żadnego. Jednak jak się zakłada taki wortal, to człowiek jest nastawiony na to, że “A, chciałbym trochę jakiś tam osiągnąć sukces w tym temacie”.
Dziękuję bardzo serdecznie za rozmowę.
Dziękuję!


Norbert Kozak (ur. 1995) – częstochowski klawiszowiec. Absolwent Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II Stopnia z Zespołu Szkół Muzycznych im. M.J. Żebrowskiego. Obecnie student energetyki na Politechnice Częstochowskiej.

 

[WYWIAD PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ NA AUTORSKIM BLOGU]

Bednarski

Kozacki wywiad

„Nigdy media nie wypromują muzyki, nad którą trzeba się zastanowić – bo inaczej się nie sprzeda. Jeśli ktoś się sugeruje, że media wypuszczają muzykę najlepszą dla człowieka, to jest absolutnie w błędzie”.


"Rozpoznanie świadomości marki oraz oceny marek" – takim to tematem kierowaliśmy się podczas wykonywania projektu na Marketing i Reklamę. Domyślnym przedmiotem badań miała być branża wydawnictw książkowych lub telefonów komórkowych; jednak Adam – szef naszego zespołu – zaproponował przeanalizowanie internetowych mediów muzycznych pod kątem popularności wśród konsumentów. To był strzał w dziesiątkę! Dzięki jego pomysłowi, miałem przyjemność porozmawiać z Norbertem Kozakiem (na zdjęciu niżej), młodym muzykiem z Częstochowy, na temat mediów poświęconych muzyce.

 

14258279_1817060125191116_8674192598570678602_o.jpgNorbert Kozak @Facebook

Zapis dialogu, który odbył się niemal miesiąc temu, musiał zostać gruntownie zredagowany. Było to jednak spowodowane nie najlepszymi warunkami wtedy panującymi, jakimi była głośna muzyka. Niemniej – ponad dwadzieścia minut rozmowy były dobrze spędzonym czasem… Ale bez zbędnego przedłużania:


Przemysław Bednarski: Swego czasu grałeś dla zespołu Antaba, ale zawiesiliście działalność. W jaki sposób się reklamowaliście – oprócz, wiadomo, grania koncertów – przez cały okres działalności?
Norbert Kozak: Jeśli chodzi o reklamę naszego zespołu, to, w sumie, takim głównym motorem napędowym, żeby zyskać chociaż odrobinkę rozgłosu, była stronka fejsbukowa, na której umieszczaliśmy aktualności z naszego życia zespołowego. Udostępnialiśmy tam zdjęcia, próbowaliśmy jakoś przyciągnąć, przykuć uwagę ludzi – nie tylko naszych znajomych, ale żeby gdzieś też dalej to troszkę wypłynęło. Wiadomo, ciężko jest z muzyką, która nie jest popularna. Powiązaliśmy to też z kontem na YouTube'ie – "Antaba Official". Tam mogliśmy udostępniać nasze nagrania studyjne. Nie mieliśmy jednak za dużych funduszy na to, żeby nagrać…
Pełnego albumu?
Pełnego albumu też. Taki pewien rodzaj epki chcieliśmy wypuścić na początek; bardziej nie w celu, żeby to sprzedawać, tylko żeby osoba, która miała nam udostępnić daną lokalizację na event, miała pewien jakiś pogląd na to, co gramy dokładnie. Muzyka progresywna nie jest ściśle określona, może mieć tysiąc różnych charakterów, albo nawet jeszcze więcej, gdzie każdy utwór może być inny.
Co do muzyki z pograniczna rocka i metalu progresywnego – którą właśnie graliście – czy można spotkać na rynku, również internetowym, jakieś tytuły prasowe, które są poświęcone tylko tego typu muzyce?
Jest ogólnie czasopismo – ale ono nie jest w Polsce wydawane – nazywa się Prog. Tam są wszelkie aktualności, jeśli chodzi o muzykę progresywną, o rock progresywny. Jeszcze są takie strony fejsbukowe, np. Progressive Music Planet. Tam też na okrągło są wrzucane nowości. Wiadomo, jest to powiązane z jakimiś stronami instagramowymi, fejsbukowymi. W zasadzie to z Facebooka się dowiedziałem o tych stronach. Czasami jest to też pisane o tym na stronach ogólnorockowych, np. Rolling Stone. Tam też można usłyszeć np. o nowych albumach, choćby zespołu Dream Theater, którym się najwięcej inspirowałem i jest to w zasadzie jedna z moich ulubionych grup metalowoprogresywnych. Również strona Eagle Rock, gdzie mają po prostu wszelkie koncertówki – wszelkich zespołów! – nie tylko rocka; ale nawet pop, rap itd. Jednakże można tam też znaleźć takie perełki właśnie z rocka progresywnego. I jeszcze taka jedna wytwórnia płytowa: Inside Out Music, która się zajmuje nagrywaniem troszkę bardziej niszowych zespołów – takich jak Haken czy Leprous. To są takie grupy, które już zaczynają powoli współpracować nawet z osobami, które już miały jakieś tam wtyki w grupie Dream Theater, która, jak wiadomo, jest ikoną metalu progresywnego.
Tak więc w internecie trudno znaleźć wortale poświęcone samemu rockowi czy metalowi progresywnemu…
No, w sumie tak. Bo rock progresywny zahacza o każdy gatunek innego rocka, a nawet innej muzyki niż rock. Bo ciężko po prostu to sprecyzować w jedną ramę. Nie da się tego, tak jakby, "zamknąć w jednym pudełku".
Uważasz, że media muzyczne – zwłaszcza w internecie – potrafią wpływać na gust muzyczny, na to, kogo się później słucha w przyszłości; ewentualnie jaką muzykę się gra?
Mnie się wydaje, że najwięcej ma tutaj do czynienia okres dorastania. Bo jak wiadomo: kiedy człowiek już jest dorosły, to słucha w zasadzie tego, co mu tam gdzieś w ucho wpadnie – jeśli nie potrafi znaleźć, tak jakby, swojego zdania, swojej drogi w trakcie dorastania. U mnie akurat było tak, że od pokoleń wszyscy muzykowali; przede wszystkim od strony taty, no bo tata muzykuje – i dziadek też muzykował, świętej pamięci. I tata woli dobrą muzykę – właśnie też raczej rockową; rocka progresywnego też lubi posłuchać; i jak puszczam w domu, to wcale nie neguje, wręcz przeciwnie. Ogólnie też dużo edukacja muzyczna daje. Chociaż wcale nie musi "naprawiać" czyjegoś gustu. Bo wiadomo, gust może być różny. I prawie każdy gatunek muzyczny może wnosić naprawdę pozytywne wartości. Ale jeśli chodzi o media, to nigdy media nie wypromują muzyki, nad którą trzeba się zastanowić – bo inaczej się nie sprzeda. Jeśli ktoś się sugeruje, że media wypuszczają muzykę najlepszą dla człowieka, to jest absolutnie w błędzie. Po prostu powinien szukać czegoś swojego… Nie można słuchać tak jakby tego, co ktoś ci narzuci; tylko trzeba troszkę myśleć sercem i mieć swoje zdanie na ten temat. Najlepiej się trochę zainteresować z warsztatowego punktu widzenia, jak w ogóle powstaje muzyka. Bo tworzenie muzyki nie jest wcale prostą sprawą.
Co dokładnie umieszczaliście na swoim zespołowym kanale na YouTube'ie?
To była w zasadzie tylko nasza twórczość. Akurat na koncie na YouTube'ie wrzucaliśmy tylko nagrania studyjne; a na naszym jeszcze koncie na Facebooku udostępnialiśmy linki z YouTube'a. Udostępnialiśmy również nagrania z koncertów naszych. Nie była to jakaś super jakość – no ale, wiadomo… Jak wypuszczaliśmy nagrania studyjne, one nie miały teledysków, bo wiadomo, budżet musiałby być kolosalny. Człowiek ogólnie, jeśli wchodzi na jakieś portale i chce posłuchać muzyki – on nie tylko słucha tej muzyki, on chce też ją oglądać. Dlatego lyric video oraz teledyski najbardziej przykuwają uwagę. Z tym że trzeba się liczyć z tym, że jeśli ktoś już zainwestuje w coś takiego, to musi mieć pewność, że mu się to zwróci albo będzie mu się to opłacało.
A na innych portalach streamingowych – jak Bandcamp czy SoundCloud – też udostępnialiście muzykę?
Nie; po prostu uderzaliśmy w to, na czym najwięcej tak naprawdę można uzyskać wyświetleń, rozgłosu. Liczyliśmy też na to, że przynajmniej w naszym rejonie, przynajmniej tutaj w naszym mieście, coś zyskamy. Ale, no, niestety życie prywatne nas musiało rozdzielić. Może kiedyś powrócimy. Ciężko powiedzieć…
Czy ta wszechstronność i uniwersalność YouTube'a sprawia, że jego aspekt muzyczny jest uboższy w porównaniu do innych mediów streamingowych? I czy ma to jakikolwiek wpływ na popularność różnych artystów czy konkretnych utworów wśród fanów?
Jeśli chodzi o porównanie YouTube'a do innych streamingowych stron, to trzeba tutaj wyraźnie zaznaczyć, że im ktoś jest popularniejszy, tym staje się bardziej jeszcze popularny przez to, że ma dużo wyświetleń. I te filmy, ta muzyka, która ma najwięcej wyświetleń, będzie wypychana zawsze jeszcze bardziej na wierzch, tak jakby przytłaczając do dna wszelkie bardziej niszowe zespoły i kanały. Porównując YouTube'a do np. Spotify, no to w Spotify jest taka opcja, że da się dopasować do gustu muzycznego i znajduje jakieś propozycje. A np. słuchając YouTube'a – no to już niekoniecznie. Już będą zawracać tyłek jakimiś gatunkami, które mają miliony wyświetleń, a niekoniecznie mogą spełniać czyjeś kryteria, jeśli chodzi o wartości muzyczne. Np. dla mnie, jeżeli wyskoczy jakieś disco polo, to tego nie kliknę, bo po prostu za tym nie przepadam.
Czyli z jednej strony YouTube jest fajny, bo jest jednak najpopularniejszym medium streamingowym, a z drugiej strony może być nieatrakcyjny dla pewnych muzyków?
YouTube po prostu ogranicza. Jeśli ktoś chce, ma jakąś taką wenę na to, że: “O! Poszukam jakiejś muzyki, której nie znajdę na wierzchu, na lustrze wody; tylko gdzieś tam zanurzę tą rękę” – no to w YouTube'ie tak łatwo nie zanurzy tej ręki! Już lepiej właśnie np. na takiego Spotifya wejść, poszukać tej muzyki, która w swoim gatunku jest jeszcze najbardziej popularna – np. rocka progresywnego posłuchać: Dream Theater albo jakichś tam starszych, jak np. Emerson, Lake & Palmer albo Pink Floydów. I słuchając na okrągło tych albumów, myślę, że da się po prostu dokopać do tych coraz dalszych zakątków właśnie akurat tego gatunku.
Jeśli chodzi o samego Ciebie, na jakich stronach głównie słuchasz muzyki w internecie?
Jedynie z YouTube'a korzystam; ale tylko dlatego, że się dowiem np. o jakimś albumie albo o jakimś zespole z mediów internetowych i czasopism, które mają powiązania z Facebookiem. Oni udostępniają jakiś zespół – no i w ten sposób mam jakiś tam odnośnik; wtedy mogę wpisać sobie nazwę takiego zespołu właśnie na YouTube'ie, no i wtedy słucham. Ale raczej jestem zwolennikiem tego, żeby pobierać muzykę z Internetu. Już nawet nie mówię o jakichś piratach czy torrentach – chociaż też się to zdarza, jak każdemu. Ale jestem też fanem dobrego brzmienia – i jeśli słucham na YouTub'ie, ja mogę tam nie słyszeć tego, tak jakbym chciał! Wolę pobrać to na własny dysk, wrzucić na program taki, jaki mi się podoba, z equalizerem, ustawić sobie brzmienie takie, jakie mi odpowiada, i dopiero słuchać muzyki w takiej jakości, jaka mi pasuje.
A oprócz kompresji dźwięku, coś Ci przeszkadza w tych mediach streamingowych?
Co mi tam może przeszkadzać… Propozycje jakiegoś dziadostwa, za którym nie przepadam… I ewentualnie reklamy. Też są wkurzające. Ja lubię płynność po prostu. Chociaż niby się mówi, że ktoś się sprzedaje – bo ma reklamy – ale też musi z tego mieć jakiś pieniądz, no bo jednak ten pieniądz w to włożył.
Czyli raczej słuchasz danych wykonawców całymi albumami? Czy zdarza Ci się jednak odsłuchiwać same pojedyncze utwory? A może też słuchasz losowo piosenek?
Kiedyś bywało bardziej losowo. Ale odkąd właśnie zacząłem już tak nałogowo słuchać muzyki progresywnej, to zawsze czekam na konkretny album; przesłuchuję go od początku do końca, nawet kilka razy. No, to jest muzyka, która od razu się nie spodoba; tak jak w muzyce popularnej, która łatwo jest przyswajalna, ale szybko się też nudzi. Z muzyką progresywną jest zupełnie na odwrót. Na początku człowiek się nie może przekonać, ale potem odkrywa coraz więcej i coraz bardziej się podoba. Dlatego najlepiej jest słuchać w sumie całymi albumami, odkrywać jak najwięcej takich ciekawostek i niespodzianek, które twórcy zawarli w danym albumie. Zawsze każdy album wnosi coś nowego! I dobrze jest słuchać całymi, właśnie, albumami. Bo pojedyncze utwory czasami nic nie znaczą. W ogóle odkąd uświadomiłem sobie, że może być album, w którym każdy utwór, każdy numer po kolei, tak jakby, jest osobnym członem jednej całej historii, to właśnie słucham całych albumów.
Czy są organizowane festiwale muzyczne poświęcone również muzyce progresywnej? Chodzi mi głównie o Polskę.
Słyszałem kiedyś o jednym jakimś festiwalu muzyki progresywnej; ale nie pamiętam nazwy tej miejscowości. I tam się zdarzają takie festiwale; chyba co rok – albo rzadziej… Ale to był jedyny polski festiwal progresywny, o jakim w ogóle słyszałem. I się o nim dowiedziałem tylko dlatego, że sam się chciałem dowiedzieć, czy w ogóle taki istnieje. Wpisałem po prostu w Google i mi wyskoczyło coś takiego – i to była jedyna rzecz. Gdybym się nie zainteresował, to samo by mi to nie wpadło w zasięg wzroku.
Jaka jest Twoja recepta na sukces ewentualnego wortalu nt. muzyki wyłącznie progresywnej?
Ja myślę, że na to nie ma za bardzo recepty. Słuchacze muszą tego chcieć, żeby posłuchać tej muzyki; oni muszą być odpowiednio przygotowani. Ja przez kupę lat dojrzewałem do tego, żeby dojrzeć do takiej muzyki, żeby ją w ogóle rozumieć. Bo to jest muzyka, którą trzeba rozumieć – i nie ma tak naprawdę na to recepty. Albo człowiek chce tego słuchać, albo kompletnie się na tym nie zna i uznaje, że jest to beznadziejne. Tak mi się wydaje.
Czyli wystarczy sama inicjatywa wydawcy danego tytułu oraz odpowiednia reklama, by odbiorcy usłyszeli o takiej stronie; a potem to już z górki – dobrze zrozumiałem?
Tak naprawdę nie wiem, ile wystarczy, bo nigdy nie osiągnąłem w tym temacie żadnego większego sukcesu.
Ale tak z perspektywy konsumenta, zwykłego czytelnika takich mediów – co na takim progresywnym wortalu powinno się znaleźć? Lub się nie znaleźć, jak np. nachalne reklamy, o których wspomniałeś wcześniej – jak sądzisz?
Co z tego, że nie byłoby reklam, jeśli by tam nikt nie wchodził? Ale ja, jako konsument, mam inne wymagania niż większość ludzi, którzy mają pogląd na muzykę, można powiedzieć, taki komercyjny – taki, jak im wszyscy narzucą. Ja mam większe wymagania trochę; dlatego ja mogę znaleźć taki wortal i to docenić. Ale ja, jako jeden jedyny, niestety nie przyniosę im zysku żadnego. Jednak jak się zakłada taki wortal, to człowiek jest nastawiony na to, że “A, chciałbym trochę jakiś tam osiągnąć sukces w tym temacie”.
Dziękuję bardzo serdecznie za rozmowę.
Dziękuję!


Norbert Kozak (ur. 1995) – częstochowski klawiszowiec. Absolwent Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II Stopnia z Zespołu Szkół Muzycznych im. M.J. Żebrowskiego. Obecnie student energetyki na Politechnice Częstochowskiej.

 

[WYWIAD PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ NA AUTORSKIM BLOGU]

Bednarski

Grill na Ligocie w Katowicach należał do udanych. Po skończonej imprezie, spiesząc się do domu, biegłem na ostatni tramwaj. Jacyś ludzie na przystanku – chyba zdążyłem. Za... je... biście, nie?


Otóż nie. Przez awarię jednego tramwaju w innej dzielnicy, musiałem czekać blisko dwadzieścia minut na zastępczy autobus. I całe wydarzenie miało miejsce nie w stolicy Górnego Śląska, lecz w Częstochowie.

Jechałem czerwonym tramwajem…
Wczorajszy skromny incydent nie został przywołany bez powodu. Kilka dni temu częstochowskie MPK ogłosiło przetarg na zakup dziesięciu nowych tramwajów. Wróciła też przy okazji dyskusja o powstaniu kolejnej linii tramwajowej. Nowe torowisko, ciągnące się od ul. Dekabrystów do szpitala na Parkitce, mierzyłoby niecałe 3 kilometry. Największymi orędownikami tego pomysłu są radni Platformy Obywatelskiej oraz Częstochowski Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej. Jeszcze pięć lat temu Częstochowa mogła się "poszczycić" de facto tylko jedną linią, którą kursowały bimbaje. Fajnie więc, że rozbudowa sieci nadal trwa. Szkoda tylko, że rządzące elity oraz miejski przewoźnik zapominają o obecnych problemach – nękających całą komunikację, a nie tylko pojazdy szynowe. A lista grzechów jest dłuższa niż łączna długość tras tramwajowych.

57dad33788b83_p.jpg
fot. Aneta Kaczmarek (Dziennik Zachodni)

Ja wysiadam!
Zdecydowanie największą bolączką są opóźnienia pojazdów (a zwłaszcza tramwajów) – nieraz sięgające ponad pięć minut! I to nie tak, że autobus się spóźnia z powodu jakiegoś wypadku czy klęski żywiołowej. Problemy z dojazdem na czas zdarzają się niemal codziennie! (Co najzabawniejsze, w Krakowie czy Katowicach wraz z sąsiednimi gminami – a więc miastach znacznie większych od Częstochowy – opóźnienia zdarzają się bardzo rzadko). Jedną z przyczyn niewzorowej punktualności jest zacofanie technologiczne, a dokładniej brak automatów biletowych w pojazdach (za wyjątkiem najnowszych Solarisów). Biedny kierowca/motorniczy musi nieraz obsłużyć blisko tuzin pasażerów pod rząd, przez co czas podróży się wydłuża. Tak więc za każdym razem człowieka szlag trafia, gdy banda idiotów nie może wcześniej kupić biletów w kiosku. Zastój technologiczny mocniej jeszcze uderza w sytuacji jakiejś awarii – ludzie na przystankach zazwyczaj dowiadują się o usterce oczekiwanego pojazdu od innych osób na ulicy. Elektroniczne tablice informacyjne, ustawione na przystankach, rozwiązałyby problem, jakim jest zniecierpliwienie pasażerów.

Źródło: MPK Częstochowa
To wstyd, że dopiero w zeszłym roku częstochowskie MPK odkryło coś takiego jak biletomaty!

A jak już taki tramwaj czy autobus w końcu przyjedzie, nieraz okazuje się, że zamiast ładnego, niskopodłogowego pojazdu – jak było napisane w rozkładzie – zawitał stary gruchot. Lub na odwrót. Zresztą, nowoczesny tabor nie zawsze jest gwarantem komfortowej jazdy. Zawracanie pojazdów do zajezdni i podmiana na inny, zapasowy model, występują chyba za często. A klimatyzacja nie zawsze działa prawidłowo – najlepiej jest zwłaszcza podczas trzydziestostopniowych upałów. Ba, pasażerowie od czasu do czasu mogą się rozgrzać dzięki nie słońcu i duchocie, a wybuchowemu napędowi autobusu! Bombowo wręcz.

Źródło: MPK Częstochowa
Gdyby Święty Mikołaj poruszał się częstochowską komunikacją, na pewno by nie rozesłał wszystkich prezentów na czas!

Tramwaj zwany rozczarowaniem
Jasnogórskie miasto jest ostatnią polską miejscowością, w której ruszyły bimbaje. Oraz miastem, w którym najbardziej lekceważy się komunikację miejską. Bo uruchomienie linii tramwajowej na Wrzosowiaku i Błesznie – co jest uważane za jeden z największych politycznych sukcesów Matyjaszczyka – wydaje się błahe przy tak licznych problemach, jakimi są nagminne opóźnienia, wadliwość nowego taboru oraz dyskryminacja mieszkańców Starego Rakowa, którzy nadal muszą podróżować peerelowskimi Konstalami. A doprowadzenie linii tramwajowej na Parkitkę może stanowić dla działaczy i polityków popierających ten pomysł kartę przetargową przy następnych wyborach samorządowych. Dlatego: sorry, panowie! – ale dopóki MPK nie weźmie się w garść i nie rozwiąże obecnych problemów – z wami na Parkitkę nie jadę.

[WPIS DO PRZECZYTANIA RÓWNIEŻ NA BLOGU ZEWNĘTRZNYM]

Bednarski

Chcę zdychać powoli, chcę czuć, że mnie to wszystko boli. Chcę zdychać w takich męczarniach, że nawet morfina nie będzie mi w stanie bólu uśmierzyć. Każdy żyje – to żadna sztuka. Ale tak zdechnąć w męczarniach, jak wszyscy na ciebie patrzą, to jest dopiero coś — mówi Łukasz z Morąga.


Czy macie taką osobę, która wam pomogła i wiele jej zawdzięczacie, choć nigdy nie mieliście okazji spotkać ani porozmawiać z tym człowiekiem? Wśród niektórych młodych Polaków taką osobistością jest Łukasz Stanisławowski – znany lepiej jako Testoviron tudzież Klejnot Nilu. Właśnie powstała inicjatywa fanów, którzy chcieliby mu podziękować w oryginalny sposób. Ale czym sobie zasłużył Łukasz na taką wdzięczność?

Testoviron, określany najwybitniejszym trollem internetowym z Polski, zaczął na przełomie 2008/09 prowadzić vlog. Bardzo nietypowy vlog, bo zamiast opowiadać o kinematografii, grach czy podróżach, kwintesencją jego filmów było chwalenie się bogactwem oraz obrażanie Polaków. Materiały wideo, obfite w wulgaryzmy, były nieraz tak kontrowersyjne i obrazoburcze, że Testoviron znalazł się na celowniku nie tylko administracji YouTube'a, ale i wrażliwych patriotów oraz katolików. Nie bez powodu zresztą – obiektem drwin Testovirona byli nie tylko biedni Polacy, ale i Jezus, organizacje nacjonalistyczne, katastrofa smoleńska oraz niektórzy celebryci. Oliwy do ognia dodawał fakt, że jutuber, podając się za Żyda, chwalił III Rzeszę oraz opowiadał seksistowskie i obrzydliwe żarty, odnosząc się przy tym nieraz do umierania na raka.

Jedni widzieli w "Pomarańczowym Królu" geniusza i satyryka; inni samotnego, chorego umysłowo człowieka. Bo jak mogło być normalne obrażanie polskiej nacji w tak ordynarny i karykaturalny sposób, samemu pochodząc z Polski? Niezależnie jednak od intencji i przyczyny działalności autora, główny cel został osiągnięty: tysiące rozjuszonych rodaków. A ci zachowywali się dokładnie tak samo jak stereotypowi Polacy z historii opowiadanych przez Łukasza.

299460_162112823869106_7586795_n.jpg
FilmDistrict @Facebook

Ostatni stuprocentowo autentyczny film Testovirona pochodzi z 2013 roku. (Ostatni legitny, bo wiele osób wątpi w autentyczność jego alter ego pod nazwami Paweł Pakerski oraz Peter Norivotset). Nie oznaczało to jednak spadku popularności vlogera, wręcz przeciwnie – Testoviron jest do dziś żywym memem (podobnie jak Pepe, o którym też ostatnio pisałem). Co jakiś czas można znaleźć na YT nowe przeróbki filmowe bądź piosenki z udziałem [głosu] Klejnotu Nilu. Ba! Testo przyczynił się również pośrednio do powstania innych memów. To jemu zawdzięczamy pastę o polskim złodzieju ręczników, żarty o Mokobé – senegalskim pogromcy narodowców – a także porównanie Polaków do nosaczy sundajskich. Jednak najbardziej kultowym jego memem jest fraza "Polaki Biedaki Cebulaki" – która posłużyła za nazwę popularnej strony na Facebooku (i której, nomen omen, sam Testo jest oficjalnym patronem).

Najwięksi fani docenili jednak nie dyskusyjny humor Testovirona, lecz ukryty głęboko sens. Utrzymują, że Klejnot Nilu pod przykrywką kontrowersji chciał dać Polakom motywację do ciągłej samorealizacji i poprawy swojego życia. Według nich, rodzimy jutuber z okolic Chicago pokazał, że spełnienie amerykańskiego snu oraz osiągnięcie sukcesu są jak najbardziej możliwe. Z tej okazji powstało wydarzenie mające na celu "zbombardowanie" skrzynki pocztowej Łukasza poprzez masowe wysyłanie listów, by ten – po latach – wrócił do swojej dawnej działalności. Lub żeby chociaż pozdrowił swoich fanów.

Źródło: Cmentarz Parafialny w Siedlcu
Ten nagrobek został wykorzystany pod koniec 2013 r. do spreparowania dowodu na rzekomą śmierć popularnego skandalisty.

[PEŁNA NIEOCENZUROWANA WERSJA WPISU ZNAJDUJE SIĘ NA ZEWNĘTRZNYM BLOGU http://www.bednarskiprzemyslaw.pl/blog/powrot-testoviron/ ]

Bednarski

Stało się: Platige Image Tomka Bagińskiego wspólnie z Netfliksem wyprodukuje serial o Wiedźminie. Choć od wielu miesięcy i lat sporo fanów marzyło o ekranizacji ze stajni HBO, niczym na miarę produkcji Gry o Tron, to jednak wieść o kooperacji z wydawcą House of Cards została ciepło przyjęta.


Sean Daniel (twórca m.in. serii Mumia z Brendanem Fraserem), Jason F. Brown (producent serialu pt. The Expanse) oraz nasz rodzimy Tomasz Bagiński (nominowany do Oscara za Katedrę) tak się prezentuje lista producentów najnowszego serialu o Białym Wilku. Jednak same nazwiska i dorobek autorów nie wystarczą, żeby nowy odcinkowy film odniósł sukces. A konkretniej: sukces artystyczny; bo fani Wiedźmina bywają przeczuleni. Tym bardziej, że już raz się zawiedli (i to podwójnie), odnośnie ekranizacji opowiadań Sapkowskiego. Jako że sam należę do osób ceniących przygody Geralta z Rivii, przedstawiam listę (głównie subiektywnych) warunków do tego, żeby nadchodząca produkcja była pokochana przez największych fanów "Wiedźmaka".

Wierność oryginałowi i zaangażowanie twórców
Na sam początek "oczywista oczywistość". Osobliwa interpretacja dzieł AS-a przez reżyserów i scenarzystów serialu bądź całkowity reset historii Geralta w postaci rebootu byłby nie do zaakceptowania – a przynajmniej nie teraz, jeszcze za życia Sapkowskiego. Ekranizacja Netfliksu musi ściśle się trzymać wiedźmińskiego świata i zasad w nim panujących, oddając wiernie charakter, wygląd i doświadczenia życiowe bohaterów. Polskie produkcje sprzed półtorej dekady w teorii też były zgodne z oryginalnymi opowiadaniami (za wyjątkiem paru rażących błędów, jak choćby wygląd Jaskra) – a jednak nie sprostały oczekiwaniom większości fanów. Winę za to ponosiły (oprócz kwestii techniczno-realizatorskich) przede wszystkim mierna znajomość uniwersum i słaba gra u aktorów. Dlatego cała ekipa filmowa nadchodzącego serialu niekoniecznie musi uwielbiać książkowe przygody Geralta, ale przynajmniej powinna znać i rozumieć historię głównego bohatera. Na szczęście, na pokładzie znajduje się Bagiński, fan Wiedźmina (w końcu to on odpowiadał za reżyserię filmików do gier o Białym Wilku), oraz sam Andrzej Sapkowski, autor oryginału. Ten drugi, co prawda, już był konsultantem przy realizacji polskich ekranizacji oraz gier wideo; jednak jego rola była znikoma, wręcz symboliczna. Netflix obiecuje, że pan Andrzej tym razem będzie miał większy wpływ na proces powstawania polsko-amerykańskiego projektu.

6900262.3.jpg
filmweb.pl

Adaptacja, nie ekranizacja
Miło byłoby zobaczyć na ekranie przygody Geralta znane z książek – tyle że… już to kiedyś widzieliśmy. Nie twierdzę, że polski film i serial rzuciły niejako "klątwę", umniejszając rolę i potrzebę kolejnej wiernej ekranizacji. Po prostu uważam, że Rzeźnik z Blaviken to na tyle interesując postać, że zasługuje na udział w nowych, dotąd nieznanych historiach. CD PROJEKT RED ma uznanie u wielu fanów "Sapka" choćby dlatego, że miał odwagę przedstawić losy Geralta po wydarzeniach z Sagi, adaptując jego sytuację na potrzeby gry RPG z nieliniową fabułą. (Panowie Polch i Parowski niestety w małym stopniu postawili na oryginalność w swoich komiksach). Pierwsze informacje prasowe sugerują, że po raz kolejny będziemy mieli do czynienia z tymi samymi wątkami, doskonale znanymi z kart książek oraz komiksów. Będę więc bardzo zadowolony, jeśli pojawi się historia niedoświadczonego Geralta, usytuowana przed Ziarnem Prawdy, albo nowe przygody wplecione między oryginalnymi opowiadaniami i powieściami – nawet jeśli nie byłyby uznawane za kanon. Dlatego mam tu na myśli adaptację nie jako swobodną interpretację, lecz rozszerzenie istniejącego wiedźmińskiego uniwersum.

Bez zbędnych bajerów
Strasznie irytuje mnie fakt wciskania komputerowych efektów tam, gdzie są one naprawdę zbędne – Admirał Tarkin w Łotrze Jeden jest tutaj doskonałym przykładem. Rozumiem, że twórcy kierują się przede wszystkim czasem i kosztami realizacji filmu; jednak wpychane na siłę CGI zabija, moim zdaniem, magię kina. Mam nadzieję, że panowie z Platige Image oraz Sean Daniel Company będą znali umiar i nie przesadzą z efektami specjalnymi. I nie mam tu na myśli samej jakości, bo o to raczej nie należy się martwić – powrót smoka z filmu Marka Brodzkiego nam nie grozi. Tak samo nie twierdzę, że nowa ekranizacja obejdzie się bez udziału "magików" z przemysłu filmowego. Moje największe obawy dotyczą samego kręcenia scen – zwłaszcza tych na zewnątrz. Pochodzenie oryginalnego utworu oraz swojski, słowiański klimat aż się proszą (czy wręcz: wymagają) nagrywania pewnych ujęć w Europie Środkowowschodniej, na świeżym powietrzu.

Wyważenie między humorem a powagą
Świat Wiedźmina bynajmniej do czarno-białych nie należy – jest po prostu skomplikowany, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sapkowski potrafił doskonale zaprezentować niejednoznaczność postaci i sytuacji, w których się oni znaleźli, płynnie przechodząc od fragmentów komediowych do dramatycznych. Niestety polski film był zbyt ugrzeczniony w stosunku do pierwowzoru; natomiast gry komputerowe momentami za bardzo wulgarne i nasycone seksualnością. Twórcy netfliksowego dzieła będą musieli wyczuć granice między prostą historyjką dla "gawiedzi" a dojrzałą opowieścią. Powinni oni też unikać tematów banalnych (jak zemsta) oraz patetycznych (ratowanie świata). Grzechem natomiast będzie spłycenie czy ominięcie istotnych problemów społeczno-politycznych (jak choćby rasizm czy fanatyzm religijny). A takie znalazły się przecież w literackim pierwowzorze, doskonale zresztą wplecione w fabułę i niewidoczne na pierwszy rzut oka.

witcher3_pl_wallpaper_hearts_of_stone_okladka_1920x1080_1446110623.png
www.thewitcher.com

Polska kwestia
I ostatni, choć nie najważniejszy warunek: sprawa językowa. Chyba nie będzie wielkiego zaskoczenia, jeśli lwią część obsady będą stanowili anglojęzyczni aktorzy – wszakże dystrybutorem będzie sam Netflix, a targetem serialu mają być ludzie z niemal całego globu. Nie chciałbym jednak wskazywać konkretnych nazwisk, kto najlepiej nadawałby się do zagrania białowłosego zabójcy. Jak dla mnie nacja nie gra roli; a kluczowym elementem stają się po prostu aparycja i talent aktorski. (Pominę żarty o Karolaku w roli głównej). Natomiast rażącym błędem byłoby nienagranie lokalnych dubbingów. Po prostu nie wyobrażam sobie Geralta mówiącego innym językiem niż polski. To samo tyczy się plenerów, o których pisałem już wcześniej.

A jak wyglądają Wasze życzenia i obawy odnośnie najnowszego serialu? Napiszcie w komentarzach.

[WPIS PIERWOTNIE SIĘ UKAZAŁ NA BLOGU http://www.bednarskiprzemyslaw.pl/blog/witcher-netflix/ ]