Jump to content
  • entries
    6
  • comments
    28
  • views
    2,590

About this blog

Entries in this blog

 

Sztuka fspułczesna

Nareszcie jest. Wystawa młodych, ambitnych talentów. Muzeum pęka w szwach. Istna wylęgarnia kultury. Zaś na parterze ochoczo powitała mnie Pani ubrana w nudny, żółty tiszert z jednorożcem. Ze sztuką nic wspólnego nie miała. Niewielka grupka osób podziwiająca płótna autorów jeszcze nieznanych. Eureka, w końcu odnalazłam ludzi artyzmem przesyconych. = Uszanowanie Państwu... = Jedną chwileczkę. Konsolidujemy. = Oczywiście. Poczekam. *Cisza* = Ach. *Cisza* = Och. *Cisza* = Cudowne przedstawienie ulotności chwili. = Ma Pani rację. Ta głębia. Ta gra kolorów. = Wybornie. = Ach. *Cisza* = Przepraszamy. Byliśmy w twórczym transie. = Zrozumiałe. A Państwo to...? = Ignacy Pasimordka, zaś to moja konkubina, Maria Twarzoszczęka. = Miło mi. Zaś ja Zofia Łucja Nielicha. A ten Pan? = Ten o z Tybetu. Porozumiewa się na migi. Zna Pani język migowy? = Nie miałam okazji. = Wielka szkoda. Straciliśmy okazję do konstruktywnej konwersacji. = Przepraszam, ale co przedstawia to dzieło? = To, Pani kochana, jest toaleta. = Mario, bądź wulgarniejsza. O to tu chodzi. Sztuka to niewypowiedziane słowa i nie puszczone w obieg myśli. = Dobrze. Kibel, zaś wewnątrz fekalia. = Mario... = Kupa. = Ojej, prawdziwa awangarda. = Pani złota, polecam Pani sektor teatralny. Za pół kwadransa odbędzie się tam mała inscenizacja. = Ignacy... = Racja. Za niespełna osiem minut. Ależ jestem wulgarny! = Ignacy ty tygrysie. Odeszłam. Doprawdy, ludzie przyszłości. Młode pokolenie geniuszy. Ruszyłam więc przed siebie mijając to kolejne grupki artystów. Świeżość ich umysłów onieśmielała mnie. Pomieszczenie wypełnione barwnie wystrojonymi gośćmi, gęstobrodych niemało. Jakież moje szczęście. Miejsce zajęłam w pierwszym rzędzie. = Serdecznie witamy na małym spektaklu. Klepnijcie wszyscy i patrzcie. Pani ze świnią też. Kurtyna poszła. Oklaski zabrzmiały. Kobiety w strojach drzew zakołysały się z wiatrem. *Szuuuuuuuuuuuu* Palce imitowały liście. Las liściasty. Cóż za pomysł! *Szuuuuuuuuuuuu* naśladując przy tym wiatr. Między brzozą a krzakiem suchym leżała nieprzytomna grzybiarka. Zapewne otruta muchomorem. Zaś z łomotem wyskakuje mężczyzna w stroju banana. Młody bananik, żółciutki jak mleczyk. Idąc tak przed siebie nie spostrzegł zatrutej grzybiarki. Nagle zaś... Sru! Banan potyka się nadepnąwszy skórki grzybiarki. Grzybiarka wysmarowana olejem rzepakowych, niezwykle śliska jej skórka. Leży tak banan, sczerniał. I koniec. Kurtyna w dół. O matulu, jakże widownia krzyczy, jakże oni płaczą! Klaszczę więc by w tłum się zgrać. Starsza pani w płaszczu z mysich ogonków sięga po telefon. = Synku mój, ja dzwonię by ci powiedzieć że w końcu odnalazłam sens istnienia mojego, twojego ojca i naszego kota Czyngis Chana. Wielkie poruszenie. Naprawdę, zagrane pierwszorzędnie. Kierując się do wyjścia zostałam zaczepiona przez dwójkę młodych kobiet. Jedna przywdziewała maskę konia ozdobioną kurzymi piórkami, druga zaś dzierżyła w dłoni gumowy miecz świetlny, = Przepraszamy najmocniej... = Słucham, nie gniewam się. = Razem z siostrą zachodzimy w głowę czy obraz ten ukazuje początek bądź koniec świata. Nadmienię, iż obraz ten przedstawiał mężczyznę malującego własnym przyrodzeniem oblicze nieznanego mi gatunku zwierzęcia. Byłam nieco zbita z pantałyku. = Sądzę, iż powinny Panie ciągnąc zapałki. To sprawa losowa. = A drzazgi nie ugodzą w usta? = Rękoma ciągnąć, Pani serdeczna. = Dziękujemy więc z całego serca. Doceniamy pomoc. Opuszczając gmach pełen kultury nie mogłam pojąc jak wiele oblicz sztuki jeszcze nie znałam. Doprawdy, muszę się jeszcze wiele nauczyć o sztuce fspułczesnej. Jeżeli posiadasz t-shirt z jednorożcem i uraziłam Twoje uczucia, moje kondolencje. Handluj z tym.

NielichaZosia

NielichaZosia

 

Tabu

= Panie doktorze, co się tak naprawdę stało? = Bardzo mi przykro to stwierdzić, ale pani córka jest nieuleczalnie chora. = Ale jak to...? = Bardzo możliwe, że pobicie miało związek z chorobą ale nie jesteśmy jeszcze w stanie na chwilę obecną jednoznacznie stwierdzić. Cisza krople deszczu kaskadą spływające po oknie gabinetu ordynatora jej oddech przyspieszony, oczy podpuchnięte, język suchy gardło puchnie, nie jest w stanie wykrzesać z siebie choćby westchnięcia, pożałowania. = Choroba ta nie jest genetyczna. To zdarzenie losowe, nikt nie ma na to wpływu. Pani córka tym bardziej. = Jak ona teraz ma żyć, jak ona...? = Przede wszystkim potrzebuje wsparcia. Pani i męża. = Mąż za chwilę będzie. Nigdy nie chciał słuchać, że córka może być chora, że może być taka. = Proszę pani. Co najmniej co czwarta osoba jest dotknięta tą chorobą. Ona nie jest sama. = A panie doktorze, czy te pobicie... = Nie miało tła seksualnego, ale niestety córka ma wiele obrażeń w okolicach intymnych. To niestety często się zdarza. Słyszy się o "gwałtach naprawczych". Na całe szczęście, w tym przypadku nie mieliśmy do czynienia z gwałtem. = Czy istnieje panie doktorze, jakaś profilaktyka, leki które mogłyby jej pomóc, ją...wyleczyć? = Jak wspomniałem, ta choroba jest nieuleczalna. = Dwudziesty pierwszy wiek doktorze, jak wy nie możecie? = Przykro mi. Mój siostrzeniec cierpi na to samo i mimo uprzedzeń - jest bardzo szczęśliwy. = My będziemy potrzebować psychologa. = Naturalnie. To zrozumiałe. Wściekłe pukanie do drzwi, nieregularne uderzenia desperacja i krzyk: doktorze, chcę zobaczyć córkę! = Mój mąż, ja przepraszam... = Nie szkodzi. Wzburzenie uzasadnione. Doktor otwiera drzwi wysoki mężczyzna w odblaskowej kamizelce postura drwala, kły niczym u lwa jest wściekły i nie do zatrzymania = Kochanie nie denerwuj się. = Jak mam się nie denerwować?! Wyleciałem z roboty tak jak stałem. Zadzwonił do mnie policjant. = Proszę się uspokoić. Pana córka jest w stanie stabilnym, obrażenia zostały opatrzone bardzo szybko. Niestety, jej stan psychiczny ma bardzo duży wpływ na chorobę. Potrzebuje akceptacji i miłości. Bardzo dużo miłości. Rodzicielskiej miłości. = Wyleczycie ją? = Niestety, choroba ta jest nieuleczalna. Nigdy nie uda jej się złagodzić, ale też nie stanie się ona ostrzejsza. Będzie stabilna. = Czy możemy do niej...? = Oczywiście, proszę za mną. Płacz rozgoryczenia uderza o porcelanowe ściany odbija się, łoskot wpada wgłąb ciała wszystkimi porami szarpie neurony i pali nerwy wstyd i rozczarowanie ich rodziców jest najgłośniejszym dźwiękiem uwolnijcie nas i dajcie szansę żyć szczęśliwie = To tutaj. Ten pokój. Proszę w miarę możliwości poskromić nerwy. Proszę pomyśleć o jej zdrowiu. Ona jest słaba, posiniaczona i zgorzkniała szepty pielęgniarek cichną, one mówią: patrzcie na nią, ona jest chora w ciemności kąta sprytnie czmychły nie widać ich palców wytkniętych ale oczy srebrzą i oślepiają. = Córciu moja... = Cześć mamo. Więc słyszałaś co się stało. = Wiem wszystko. I nie martw się. Pomożemy ci. Jesteśmy tu dla ciebie. = Nie pamiętam dokładnie. Szłam z S przez park, wracałam z uczelni. Było ciemno i oni tam stali. Obserwowali nas. Wytykali palcami, śmiali się. Ona poszła w swoją stronę, ja zawróciłam. Potem kroki, uderzenie w głowę i dalej nie pamiętam. Mogłam iść z nią, nie wracać do domu. Bałam się. Strasznie się bałam. Tato, nic nie mówisz...? = Słucham. = Cieszę się, że cię widzę. Tato... = Co? = Kocham cię. = Co teraz panie doktorze? = Teraz córka zostanie na obserwacji kilka dni. Policja szuka bandytów. = Ale co? Cały czas ma te głupoty w głowie? = Tato... = Pobili cię, śmiali się. Nie dotarło nic do ciebie? Wybiłaś sobie te głupoty z głowy?! = Tato, to tak nie działa. = Marian, proszę... = Cicho. A jak niby działa? Siedzisz na tej uczelni całymi dniami, nie masz nic innego do roboty to i z nudów jakieś farmazony wymyślasz. Co z T? Oświadczył ci się. = Przerabialiśmy już ten temat. = Taki dobry chłopak był. Adwokat. Porzuciłaś go jak poprzednich. Dorośnij w końcu i skończ te zabawy! = Idźcie stąd. = Córeczko, wiesz jaki ojciec jest... = Wyjdzie stąd wszyscy. Nie chcę was oglądać! Respirator zawirował raptownie a Ona złapała dłoń matki linia uciekła do góry, zapiszczała głośno Ona złapała oddech, łapczywie jakby ostatni poprzedzając głuchy, jednostajny dźwięk linia upadła a Ona wypuściła dłoń matki. = Proszę opuścić pokój, natychmiast! Zaczynamy akcję ratowniczą! Ujął żonę pod ramię, która z płaczem szukała w niej życia on chce by ją uratowali chce ją przeprosić tak bardzo żałuje słów które jak ostrza. Sadyzm dla naszych ojców i matek, my już z tym walczyliśmy. Chcieliśmy temu zaradzić. Zabić chorobę; być takimi, jakimi chcecie byśmy byli. Matczyna opieka granic naszych nie sięga, gdy tak stoimy na krawędzi mostu. Wychodzi z sali, zażenowany i bezsilny szuka w ich oczach wybaczenia lecz to w Jej oczach wybaczenia winni szukać. = Przykro mi to stwierdzić,ale... państwa córka po akcji ratowniczej niestety zmarła. Zmarła na homoseksualizm, powszechną chorobę, która chorobą nie jest a tylko jej śmiertelnymi skutkami. Tak piękna cisza dawno tych ścian nie nawiedziła gdy śmiech ustał a oczy ich zamknęły pożałowali Jej twarzy nie byli w stanie pozwolić Jej na szczęście zburzono ten szpital lecz on jeden z milionów.

NielichaZosia

NielichaZosia

 

Podróż za jeden uśmiech

Ojejuśku, ojejuśku Cóż, jakby to ująć. Człowiek żyje jeszcze tym miejscem. Miejscem solą i palmą pachnącym. Miejsce, które swego czasu doświadczyło wielkiej katastrofy. Katastrofa ta poszarpała cały ekosystem panujący na ów wyspie sprawiając, że miejsce to przypomina powierzchnię Marsa, przez co stało się kolebką turystyki. Jeżeli chciałbyś o drogi podróżniku doświadczyć na własnej skórze jak niszczącą siłą jest erupcja wulkanu to nie krępuj się. Pakuj szczoteczkę, czyste gacie i w drogę. Do Lanzarote. Dużo wulkanów, skałek i nasypów. Te białe domki w tle po kewej- prawdopodobnie Costa Teguise (nie pamiętam dokładnie). Tadam. Zacznę od tego, że wyspa ta należy do 7-miu wysp w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Porównując do wysp sąsiadujących, Lanzarote jest średnią wyspą, co nie czyni jej nie wiadomo jak dużej. Co bardziej spostrzegawsi zauważą, że Wyspy Kanaryjskie należą do Hiszpanii więc tak - ciepełko wszechobecne. O jak tam miło; ale cóż, nie będę rozprawiać się nad geografią i innymi pierdółkami. To możecie poczytać w internetach. Mój wyjazd do Lanzarote okazał się nieco spontanicznym pomysłem lecz z drugiej strony paradoksalnie - była to najrozważniejsza decyzja którą przyszło mi w całym życiu podjąć. Spędziłam tam tydzień a wróciłam kilka dni temu. Najzimniej zaczyna być w styczniu, lutym lecz wieczorami dało się odczuć tą chłodną bryzę znad oceanu. Co nie zmienia faktu, że w dzień temperatura osiągała około 20 stopni, lecz odczuwalna - co najmniej 8 stopni więcej. Jakże niesamowite moje zdziwienie było, gdy w końcu te hiszpańskie słońce zaczęło grzać te moje zimne gnaty a siła ciepła tego słonka była jak upalne, lipcowe polskie lato. Czytelniku mój wyobraź sobie więc jakie temperatury gnębią tych biednych Hiszpanów, gdy Ty latem wcinasz rybę gdzieś w randomowej knajpie u wybrzeża Bałtyku. Biedni oni chcąc chronić się przez rażącym, letnim upałem, postawili na kolor biały. Dominuje on praktycznie wszędzie - począwszy od budynków (białe domki z niebieskimi, bądź zielonymi okiennicami), po samochody mniejsze lub większe, skończywszy na odzieży (istnieją specjalne sklepy z tylko i wyłącznie białymi portkami!). Hotel dzieciaczki moje powinien być wybrany rozważnie. Mój był blisko stacji benzynowej, plaży i innych fajnych rzeczy, do których miałam blisko. Niedrogi o średnich standardach - wszak głównie tam tylko nocujemy. Co nie zmienia faktu, że jak na średnie standardy to byłam mile zaskoczona. Mój humor poprawił głównie niespodziewany gość, który wtargnął już pierwszego dnia. Jak to się mówi - zwierzę wyczuje dobrych ludzi. Ryszard - lokator hotelowy. Diabeł wcielony powinien być po grób wdzięczny, gdyż niemal co dzień dostawał łososia z puszki. Cały pobyt byłam przeziębiona. Wiadomo, człowiek zmarznięty, ciepłolubny wyjeżdża z wszechobecnego zimna, zrzuca kurtkę i wskakuje w krótkie spodenki. Wszystko to w przeciągu czterech godzin - bo tyle trwał lot z Liverpool na samą wyspę. Czas lokalny względem czasu polskiego jest "godzinę młodszy". Takiej zmiany strefy nie odczujesz. Inaczej z ciśnieniem. Wciąż chodzę do tyłu bo nieustannie mam palące bóle głowy. Zważywszy na to, jaka ze mnie chorobliwa ciapa to zapewne Was wcale głowa nie musi po powrocie boleć. Mi było wszystko. Dziwne że nie złapałam Jeden z drugim kupuj all inclusive. Nawet jeżeli stawiasz na zwiedzanie, jeżdżenie samochodem po wyspie i uznasz,że większość czasu będziesz poza hotelem. Tyle, ile zapłaciłam za wynajem samochodu, wejściówki w różne superowskie miejsca, to nie wydałam tyle, ile za jedzenie. Obiad na dwie osoby to jakieś 20 euro. Plus minus oczywiście. Jeżeli dajesz jakiś tam napiwek, bo masz dobre serduszko, to wyjdzie 20. Kolację również musisz zjeść. Powiesz, że pójdziesz do sklepiku i kupisz bułki, jakieś masełko, serek. Niebo w gębie, mamy kolację półdarmo. Nie nie nie... Ceny w kurortach co najmniej trzykrotnie przewyższają te "nie w kurortach". I nagle okazuje się, że bułka jest po 2 euro. idziesz na hamburgera. Wiecie co mnie tam najbardziej bolało? "Odhiszpanienie." Co druga knajpa nastawiona na angielskich turystów. Jajka z bekonem, wszędzie ta słodka fasola. Chyste Panie. Oni siedzą na balkonie z widokiem na plażę, lecz drugim okiem oglądają mecz Barcelona kontra coś-tam-nie-znam-się-na-piłce-nożnej. Jeden do drugiego "such a gorgeous place" a trzeci upojony Budweiserem zatacza się pod stołem. Sądzę, że w większości kurortów panuje teraz taka moda, gdzie nie czuć Hiszpanii a miejsce podobne do Hiszpanii przesiąknięte turystami i naszpikowane hotelami. Z racji tego, że Lanzarote jest wyspą powulkaniczną, to dużych, piaszczystych plaż jest tam bardzo niewiele. Odrzućmy jednak ten smutek na bok. Jak wspomniałam, postawiłam na zwiedzanie a grzanie dupska w pełnym słońcu odstawiłam na dalszy plan (choć też grzałam). Nigdy przedtem nie byłam w żadnym miejscu należącym do Hiszpanii. Wypożyczyłam samochód i ruszyłam przed siebie. Kierowcy młodsi mogą mieć problem z wypożyczeniem. Większości wypożyczalni oferuje nam samochód tylko pod warunkiem, gdy masz ukończone 23 lata i co najmniej te 3 lata jeździsz. Nie mówię, że nie znajdzie się wypożyczalni która zaoferuje samochód młodszym. Nie zmienia to jednak faktu, że o taką wypożyczalnię bardzo ciężko. Zapragnęłam zobaczyć "gołą Hiszpanię". Wybrałam jakąkolwiek wioskę. Łatwo idzie poznać czy region jest postawiony na turystykę czy też nie. Samochodów tam właściwie zero, jeden sklepik, dzieciaki na rowerach i może z jedna knajpa i restauracja. Myślę więc sobie - "o, turystów tu nie ma, to i w restauracji będą przyzwoite ceny". Wchodzimy więc, stoły poustawiane na takim balkoniku a niżej zejście bezpośrednio na piaszczystą plażę. Widok - bajka. Nagle masz ochotę schować się pod ten piasek, nie wracać do domu i zestarzeć się gdzieś tam w kącie. Wybieramy więc paellę - podobno hiszpańskie danie, jakieś tradycyjne, dobry ryż z fajnymi rzeczami w środku. Nie znam się. Patrzę - 11 euro a jeść mogą minimum dwie osoby. No i świetnie, moje cztery żołądki to pochłoną jakby rodzina z dzieckiem przyszła. I chyba właśnie tak ostatecznie nas policzono. Jakbym miała cztery żołądki. Człowiek głupi nie zauważył drobnym druczkiem - "11 euro per person". No motyla noga, bez sensu. Człowiek w wiochę jedzie by zjeść jak najtaniej a tu taki strzał w pysk. Zostawiłam tam 35 euro i ani centa napiwku. Niech wiedzą, że byłam zła. Na szczęście idąc wzdłuż plaży znalazłam skałkowy zagajnik i mnóstwo muszelek do odnalezienia. Jedyna korzyść z tej wyprawy. Ps. szukam muszelek - nie robię tam siku. Dolina Kaktusów była pierwszym miejscem, które odwiedziłam. Szczerze mówiąc natknęłam się na nią przypadkiem. Ciekawa historia również wiąże się z tym miejscem. Początkowo zachciałam odwiedzić północną część wyspy, tak więc ruszyłam w tamtą stronę. Przy okazji oznaczenia nakierowały mnie na "kaktusy". Mówię sobie - "droga ta sama, zajadę tam przy okazji". Znak w prawo, więc zjeżdżam z głównej ulicy i parkuję niedaleko stacji benzynowej. Jakaś polana suchych kaktusów, krzaczory w ogóle nie przypominające kaktusy. I to ma być ta słynna Dolina? Zawijam rogala, nieco wzburzona i odjeżdżam. Lecz, jak później się okazało, to wcale nie była Dolina Kaktusów. To po prostu dziko rosnące kaktusy, jeszcze nie dojrzałe. Głupia ja, blondynka się na obcą ziemię wybrała. Dotarłam więc do Doliny Kaktusowej, w końcu z resztą. Wejściówka za osobę to 5,50 euro - mniej niż pozostałe miejsca na Lanzarote. Zazwyczaj wejściówka to 9 euro ale jeżeli wykupujesz kilka wycieczek, tj. kilka miejsc, przykładowo Dolinę Kaktusową, Park Narodowy i coś-tam-jeszcze to płacisz zdecydowanie mniej. W pakiecie taniej. Kaktusy małe i duże, krzywe i proste, owłosione i te trochę mniej. No tyle ile gatunków różnorakich kaktusów istnieje to głowa mała. I jak zawsze w każdym takim miejscu jest mały sklepik z pamiątkami. Niezwykłe doświadczenie. Warte obejrzenia. Jak widać - owłosione kaktusy wywarły na mnie największe wrażenie xD Jedno z najciekawszych miejsc, jakie można tam zobaczyć to Park Narodowy Timanfaya. Już sam dojazd do serca Parku jest co najmniej emocjonujący. Wąska droga jest zewsząd otoczona przez zastygłą lawę. Jedziesz więc tam powoli, aż pod same bramki. Płacisz 9 euro za osobę, jak wspomniałam wyżej. A wyglądało to mniej więcej tak Więc zostawiłyśmy samochód (przy okazji minęłyśmy drogowskazy które ostrzegały o korkach w drodze do Parku, tak więc nie polecam pobytu tam w sezonie). Pan kierowca autobusu poinformował nas, że za kilka minut ruszam, tylko czekamy aż wróci poprzednia wycieczka. Wchodzę więc w ten autobus, myślę sobie - usiądę z przodu, lepsze widoki. Pomysł ten był co najmniej beznadziejny. Droga ta była zamknięta na prywatne pojazdy. Tylko autobusy z wycieczką mogły tamtędy kursować. Kierowca był młody, strach mnie obleciał - wszak niedoświadczony może być. Trasa wąska niesamowicie, adrenalina aż buchała mi w skronie. Co najlepsze - kierowca wyluzowany po całości. Wcina sobie cukierki, jedną ręką obraca tą kierownicą a ja blada jak trup ledwo co tam mogę usiedzieć. Ale nic to, później trasa prowadziła już raczej pod górkę więc nie miałam wrażenia że zaraz spadnę na te ostre skały. Niestety, ani razu nie mieliśmy możliwości wysiąść z ów pojazdu śmierci. Rozczarowałam się nieco, chciałam kamyczki zebrać, no wiecie. Zbieram kamyczki i (jeżeli są) muszelki z każdego miejsca, które odwiedzę. Puścił tylko pełną napięcia muzykę, coś a'la bębny w amazońskiej puszczy i pozwolił nam robić tylko zdjęcia i napawać się niesamowitym widokiem; a widok - nie do opisania. Każdy z nas powinien mieć możliwość doświadczenia tego, co ja tam doświadczyłam. Podróż więc takim szkolnym Jelczem trwał około pół godziny. Sama podróż do tego miejsca była czymś niezwykłym. Czerwień dominowała właściwie wszędzie, co wskazuje na dużą zawartość żelaza w glebie. Dlatego też Timanfaya wygląda jak powierzchnia Marsa. Na samo zakończenie zaprowadzono nas do pomieszczenia z kraterem około 25 metrowym. Przebudowano go na kształt ogromnego grilla gdzie na samej górze był ruszt a na nim smażące się kiełbaski. Nieco dalej było niskie zejście, gdzie dało się dostrzec kilka małych otworów w ziemi których buchało niesamowite ciepło. Pod stopami kamyczki, które rozpalały się do wysokich temperatur. Można złapać garść ów kamyczków, lecz nie polecam mocniej zgniatać, gdyż można się nieźle poparzyć. Park ten położony jest stosunkowo wysoko, więc wiało tam jak na otwartym morzu. Szybko uciekałam do ciepłego samochodu bo tam wysoko było znacznie chłodniej niż niżej. Cała ta wyprawa skończyła się ujeżdżaniem śmierdzących wielbłądów. Śmierdząco, ale zabawa przednia. Cueva de los Verdes to podobież najciekawsza jaskinia świata. Niesamowity klimat stworzyło sztuczne oświetlenie, porozstawiane gdzieniegdzie - za skałką, u podnóża ściany potasowej. Sztucznie wentylowana, ale i tak dłuższy pobyt tam stawał się nieco dziwny. Wilgoć i duchota sprawiała, że złapałam się na zawrotach głowy (moja krzywa przegroda nosowa wcale nie pomagała mi w oddychaniu). Pani przewodniczka opowiada w kilku głównych językach - hiszpańskim, francuskim, niemieckim i angielskim. Właściwie, jest tak wszędzie co pozwala nam by chociaż trochę zrozumieć całą historię ów miejsca. Temperatura tam całorocznie to jakieś 19-20 stopni Celsjusza. Czyli przyjemnie. Nie można tam chodzić "samopas". Tylko i wyłącznie z przewodnikiem, a czas takiej wycieczki to około godziny. Sporo. Dlaczego najciekawsza jaskinia świata? Nic dziwnego, gdyż znajduje się tam również audytorium, które mieści nawet kilkaset ludzi. Organizują tam koncerty różnorakiej muzyki, wszak panuje tam niebywała akustyka i iluminacja. Niestety, nie trafiłam w czas. Koncerty organizowane są w styczniu i lutym, więc byłam tam nieco za szybko. A szkoda; usłyszeć tak czysty dźwięk niosący się w tej sieci tuneli musi być naprawdy odjazdowy. Trasa wiodąca przez całą jaskinię jest nieco ekstremalna, gdyż nie raz musisz się schylać by przejść pod niskim sklepieniem albo wspinać po stromych schodach. Zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym pod żadnym pozorem nie należy robić zdjęć. Dobra - myślę sobie. Jeszcze mnie zamkną za nieusłuchanie. Podeszliśmy do ogromnej rozpadliny, jakieś 20 metrów w dół. Opowiadała jak to czyste echo niesie się gdy wrzucimy tam kamyczek. Poprosiła małą dziwczynkę, by wzięła kamień, stanęła obok niej i rzuciła przed siebie - w dół rozpadliny. Czekam na to echo więc - w końcu podobno jest jakieś super-czyste-niesamowite-ja-nie-mogę. I dalej nieoczekiwany zwrot sytuacji. Nie mogę powiedzieć co się wydarzyło. Tajemnica, której nie możemy zdradzać - tak Pani powiedziała. Ja się słucham więc, bo jeszcze mnie zamkną. Wycieczka przed siebie - ja w przeciwną stronę. Standard. Wiele miejsc w Lanzarote jest naprawdę warte uwagi. Ja byłam w tych, które podobno bezwzględnie warto odwiedzić. Nie byłam we wszystkich miejscach - wszystkich również tu nie opisałam. Niczego nie żałuję, żadnego wydanego euro. To, co przeżyłam przez ten tydzień to coś, o czym warto mówić i warto pamiętać. Przypuszczam, że na świecie jest jeszcze wiele miejsc w których można zatracić się bez pamięci. Chciałabym kiedyś mieć możliwość by to wszystko zobaczyć. Mój kolejny cel? Marzenie z lat dzieciństwa, które zawsze powraca gdy widzę zorze polarne, pingwiny i przytulne domki z bali - Islandia. Polaków niewielu. Przez cały pobyt spotkałam dwie pary ( w tym jednego maratończyka) i jedną rodzinę z dzećmi w naszym hotelu. Jeden fotograf - Hiszpan, który ma dziewczynę Polkę mieszkającą razem z nim, w Lanzarote. Sympatyczni ludzie. I jak mówiłam, sezon cały rok. Czasem zimniej ale zawsze i tak cieplej, niż u nas. My ozdabiamy choinki na święta, oni palmy. Baranie, któryś siedział ze mną w samolocie. Jeśli to czytasz to wiedz, że doprałam tę plamę z Twojego obrzydliwego piwska. Obyś sraczki następnym razem dostał. Pozdrawiam gorąco. Wschodzące słońce Lanzarote - czas do domu Wszystkie zdjęcia są moimi prywatnymi fotografiami, więc zastrzegam sobie wykorzystywania ich w jakikolwiek sposób, rozpowszechniania i tak dalej. Zostaw je tu albo Cię zamkną.

NielichaZosia

NielichaZosia

 

Cud wigilijny [+18]

Jezus Maria Eugeniusz, gdzie żeśmy my trafili? Zabiją nas a później zjedzą. Cichaj kobieto. Wyciągnę nas stąd. Nie opowiadaj zaś głupot. Stary Amadeusz mówił, że jak tu trafisz to ucieczki nie ma. Amadeusz był chory na tourette'a. Ależ związku nie widzę. Jak nie widzisz? Wszystko co ci mówił zdawało się, że wykrzykuje obraźliwie. Dlatego tak nienawidził mojej matki? Ile razy kobieto mam ci mówić. Nie nienawidził, tylko szczerze uwielbiał. Zaś się pogubiłam... Zaś ty cichaj już i słuchaj, bo ktoś lezie. Słyszysz? Kroki za drzwiami. Jakby mamucie jakieś. Gruba baba pewno jaka. Wąchaj. Czujesz? Tak. Zapach starego kota i grubej baby. Jesteśmy zgubieni. Heelena! Zdziebko wychyl no sie tutej. Czego paszczękę wydzierosz baranie łysy. Uszka musza lepić, ino czasu nie mom. Puć mnie kobieto. Łapy masz tłuste. Ino nowiusieńka koszula. Z peweksu a nie jakiś pasaży. Czego tu szkoda. Czego żeś chcioł? Słuchej. Ja nie wiem. Ja nie dom rady. Wilijo zaraz ino. Bier sie chopie do roboty. Trzeba ich ukatrupić. Nie godej mi co mam robić. W Wilijo sie odpoczywo a nie katrupi. Idź w pierony. Zaro sama te dwie zakatrupię. Do flaszki to żeś wczorej był pierwszo, sie nażłopałeś jak prosie jakie. To ino tera katrup jak taki chop z ciebie. W pieron idź. Ja ci kazała pić ta gorzoła? Andrzejek mie nakusił. Ja nic nie rozumiem. O czym rozmowa się tam toczy. Rozumiesz coś z tego bełkotu? Na wszystkie świętości, jak kłamię - wszak nie kłamię. Nie mam pojęcia. Umrzeć nam tu przyjdzie z brzuchami na górę wywalonymi, jak żaby parchate jakieś. Uspokój się kobieto, już mówiłem że spokój ma być jak myślę. Bo jak myślę to spokój a jak nie myślę to też spokój. Zaraz z siekierką wparuje ta baba, głowy nasze polecą i kota nimi nakarmi. Rany boskie Dżesika, mówiłem trzydzieści trzy razy że masz skończyć oglądać te Archiwum X. Potem budzisz się w nocy i krzyczysz "dajcie kiełbasy, oni mnie tu głodem chcą wziąć". Kiedy już nie oglądam. Cichaj. Klamka się rusza. Jezus Maria, schowaj się pode mną. Helena. Ino patrzaj. Jakie ślepia owcze. One bezbronne, ja nie moge. Ja bym pierogów pojadł. Wdupił ino bezmała. Tako mie ochoto naszła. Zaroz mie coś chyci. Puć mie, po mamo pójdę. Babo, ty teściowo zostaw. Idź łobejrz czy żech drzwi zawarła, mróz ciągnie. Ino katrup te karpie, bo jo nie zdąża do Wilija. Andrzejek chyci za siekierkę może? Prosza Cie Helena, daj mie pokój. Ino Andrzejek za gorzałkę chyci ni za siekierkę. On nie chop. Wy ciule oba. Chyba poszli. Cisza nagle nastała, nie gęgają. Cud wigilijny Eugeniusz. Prawdziwy cud. Możemy nogi wyprostować. No, już. Weź no tym ogonkiem pokręć. Uwielbiam jak to robisz. Eugeniusz, opamiętaj się. Nie teraz. Nie będę ogonkiem kręcić jak śmierć dmucha mi po karku. Chodź no, popływajmy sobie. Tak jakby razem. Tak jakby kiedyś. Och Eugeniusz, jesteś taki romantyczny. +18 gdyż w powyższym tekście: - występuje spożywanie alkoholu przez niejakiego męża pani Heleny, ponadto Andrzejek dodatkowo namawia ów męża do spożywania trunków wysokoalkoholowych. Czyn wysoce nieodpowiedzialny skutkuje złym samopoczuciem fizycznym oraz psychicznym. Ten literacki obraz nie kwalifikuje się do rozpowszechniania wśród młodocianego towarzystwa. - zachowanie Eugeniusza niestety nie powinno być powtarzane, powielane, naśladowane etc. przez nieletnich osobników płci męskiej a - w skrajnych przypadkach, płci żeńskiej. Nadmierna seksualność powinna być uwalniana w sterylnych warunkach. Wesołych życzę ja, Eugeniusz, Helena, Amadeusz, mąż pani Heleny i Andrzejek. W ten piękny czas, rodzice - pozwalajcie swoim dzieciom zostawać na dworze dłużej.

NielichaZosia

NielichaZosia

 

Pani mądra

Wiem, że nikt nie czyta moich wypocin, ale na końcu będą dorodne piersi. Stukupuk stukupuk. Troszeczkę za wysoki obcas ubrałam, hulaj duszo - piekła nie ma. Puk puk. Ależ zapraszam, proszę serdecznie. Siądzie sobie Pani, klepnie o tu. Na tej czerwonej? Czerwona jest dla kobiet w ciąży i staruszków. Pani może usiąść sobie na niebieskiej - tuż obok mnie. To ja siądę na czerwonej. Ależ proszę uprzejmie. Stukupuk puk. Klep. O, jakże powabnie Pani klepła. Wolałabym przejść do interesów. Ależ uprzejmie proszę. Co Pani robi w mojej agencji werbującej kobiety do zbioru winogron w Niemczech? Szukam pracy. Ależ oczywiście! Jakże mógłbym zapomnieć! Szuka Pani pracy... Tak, zależy mi, chciałam kupić rower na lato, taką kolażówkę... Ależ jak najbardziej. Poczeka Pani. Wystukam na komputerze. Stuk stuk. Tuk. Tuk. Tuk. Ten enter taki przycinający trochę. Słyszę właśnie. Stuk. Piękna spódnica. Taka nie nasza jakby. Z Ekwadoru. Tak myślałem. Te kolory. Specyficzne takie. Proszę... Już, momencik. Mam. Zofia Łucja Nielicha, urodzona w Podwórkach Dolnych, dnia trzynastego października. Zgadza się. Cóż za nietypowe nazwisko. Jakże kuriozalne. Po dziadku to. Franciszku Nielichym. Och, cudownie! Proszę... Już, momencik. Przepraszam bardzo, ale nie za bardzo rozumiem cóż Pani poszukuje w mojej agencji. Pracy, proszę Pana. Ależ to już ustaliliśmy. Poszukuje Pani pracy. Poszukuje Pani pracy przy zbiorze winogron tak? A przepraszam czy Pana agencja zajmuje się czymś innym? Co Pani mi sugeruje, tylko winogrona zbieramy. Czysty jestem. To co Pan się pyta bez sensu.... Już, momencik. Pani jest absolwentką filologii romańskiej, czy się mylę? Ależ skąd, nie inaczej. Studiowałam to. Ale co? No to. Filologię. Ach no tak! Filologię. Chryste. Do czego Pan zmierza? Ano zmierzam, Pani złota do tego, iż nie spełnia Pani wymagań. Ale jak to tak? Ale tak, że studentka filologii romańskiej... Absolwentka. Przepraszam najmocniej. Absolwentka filologii romańskiej nie może pracować przy zbiorze winogron. Ale jak to tak, jaki powód tego jest? Ano taki, iż nie ma Pani odpowiedniego wykształcenia. Pan chyba żartuje? A przepraszam, czy się śmieję w tym momencie? Kogo Pan dopuszcza więc do pracy przy zbiorze winogron? No na przykład taki Bogdan Nietykalski, siostrzeniec mój w osobie własnej przed momentem tu zawitał. Wszakże lat piętnaśnie zaledwie, to w przyszły wtorek opuszcza granice naszego kraju. Wykształcenie jakie Bogdan ten ma? Ano Boguś mój podstawówkę skończył. Podstawówkę? Z wyróżnieniem! A jakiż więc powód jest, że ja nie mogę uczestniczyć Bogdanowi w zbiorze winogron? Toż na to pytanie w nieodległej przeszłości odpowiedziałem. Nie to wykształcenie. Ależ proszę uprzejmie, nikt tego nie sprawdzi na miejscu. Ale Pani może chcieć stamtąd uciec. Płot przedziurawić, przeskoczyć przez niego, dół wykopać. Pani za mądra. Ja o wybaczenie proszę. Pani za mądra. To chyba jakiś żart. Być może i żart bo teraz Pani się śmieje. Ja się nie śmieję. Ja nerwowo płaczę. Przepraszam najmocniej, wyrazy współczucia proszę przyjąć. Ja nic od Pana nie chcę. Na półce kinder mleczna kanapka leży. Proszę w ramach pocieszenia ją przyjąć. Od serduszka. Uwielbiam mleczne kanapki. Nie wiem jak Panu dziękować. Proszę nie dziękować. Proszę cieszyć się z małych rzeczy. Cieszę się niezmiernie. Teraz był to zapewne żart, gdyż śmiejemy się obydwoje. Ja nadal płaczę. Więc to pół żartem, pół serio, bo ja się śmieję. Mlask Mlask. Bardzo dobra kanapka. Mówiłem? Wszystko dobre co się dobrze kończy. Dorodne piersi kurczaka. Mniam, jakie one dorodne.

NielichaZosia

NielichaZosia

 

Rachunek sumienia

Tup tup tup tup tup tup. Przepraszam bardzo ale co Pan wyprawia w tym momencie? Piszę mój przyjacielu. Piszę i rozpaczam, gdyż wstyd jest mi okropnie. - Rozpacza Pan jakże mocno, popijając przepyszną kawusię. O mniam, jakże ona jest wyborna. Tup tup. Ładnie się tu Pan urządził. Mniejsza przestrzeń wprawdzie, ale bardzo przytulnie. Są światełka, kocyk we wzory norweskie, sówka drewniana na parapecie. Doprawdy, wybornie. Odejdź stąd, bardzo mnie dekoncentrujesz. Nie wiem od czego zacząć. Już zacząłeś. O, a co to za mucha? Wpuściłeś ją? Włazisz tu nieproszony, drzwi roztwierasz jak do obory jakiejś i co. I myślisz, że to takie fajne? Hi hi. I co bezpruderyjnie tak heheszkujesz? Ja tu na rozstaju dróg jestem a ty szydzisz ze mnie. Jaki rozstaj? Sam stąd odszedłeś. Wypaliłeś się jak świeczka z tłuszczu bawoła. Chryste Panie, skończ te porównania. Obrzydliwe. Ojejusie, nie bądź taki delikatny. Okiełznaj wyobraźnię. Nie chcę o tym gadać. Idź stąd sobie. Nie odejdę, póki mnie nie skończysz. Zacząłeś, więc kończ. Zatańczmy. Nie umiem tańczyć. Po kilku głębszych suniesz po parkiecie jak Travolta. Cicho! Coś mi świta. Ja wiem. Już wiem. Eureka. Piszę: "RACHUNEK SUMIENIA" Ekhm... Ja, niżej podpisana głęboko żałuję, głęboko konam i głęboko przepraszam... Nie przesadzasz aby trochę? Co. Żal swój wyrażam. Dobrze wiesz że tak to się robi. Rachunkiem Sumienia jesteś. Prywatnie mam na imię Ryszard. I jestem tu po godzinach. Więc doceń to, Proszę Pani czy tam Pana. Po co ten zabieg z płcią? Żeby było śmieszniej. Ktoś się śmieje? No ten trzeci od lewej w ostatnim rzędzie. On ogląda świeszne kotki w internecie. A to przepraszam. Hi hi. Cicho. ...przepraszam jakże głęboko, że przyszło nam się rozstać o Wy - społecznościo tego forum w tak niehumanitarny sposób. Jakby nagle, jakby bez pożegnania. Jakby na lat wiele. Lecz wracam i nie proszę o wiele. Proszę o szansę. O zrozumienie. Proszę o przepyszną kawusię bo właśnie się skończyła. Ten Rachunek Sumienia jest bardzo niegościnny i ograbił mnie ze wszystkiego, buraczyna przebrzydła... Uspokój się, ja tu cały czas jestem. Słyszę co piszesz. Ale ja skończyłem. A, to przepraszam najmocniej. Już wychodzę. Wypuść tę muchę. Niech sobie pobzyczy trochę. Tak tu ciepło i przyjemnie. Ale ty wyjdź. Hi hi. Spotkamy się jeszcze? Mam żonę. Nie o to mi chodzi, baranie jeden. Ale mi tak. Uszanowanie na do widzenia. Szuuuuuszu.... Ze świstem wiatru czmychnął oknem, muchę przypadkowo wypuszczając, warknąwszy pod nosem. Ten Rachunek Sumienia jest bardzo drażliwy. Dobrze, że już sobie poszedł. Wszyscy gromko skandują wokoło tak mile jak nigdy witają mnie wesoło!

NielichaZosia

NielichaZosia

×