Fanboj i Życie

  • wpisy
    306
  • komentarzy
    476
  • wyświetleń
    104798

O blogu

Blog poświęcony twórczości i przemyśleniom Piotra Przemysława Muszyńskiego

Wpisy w tym blogu

muszonik

Jak pisałem już w raporcie z lektury ostatnimi czasy, po trwającej niemal 10 lat przerwie wróciłem do jednej z najważniejszych książek w moim życiu czyli Władcy Pierścieni. Podobnie jak dawno, dawno temu książka wywarła na mnie duże wrażenie. W niniejszym wpisie chciałbym się podzielić spostrzeżeniami z lektury pierwszego tomu.

 

Nie będzie to recenzja tylko dość luźna garść spostrzeżeń:

 

1) O krytykach Władcy Pierścienia

 

W zasadzie od momentu wydania Władca jest pozycją dość mocno dyskutowaną i spotyka się z liczną krytyką. Wspomina o tym zresztą sam autor:

 

Pewne osoby, które przeczytały, a w każdym razie zrecenzowały tą książkę oceniły ją, że jest nudna, niedorzeczna i nic niewarta; nie mogę się obrażać, bo sam podobnie osądzam ich dzieła lub też rodzaj literatury przez nich zachwalany.

 

Ale pan zaorał panie Tolkien...

 

2) Wojny o biżuterie:

 

W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale obydwie, najważniejsze wojny w Śródziemiu stoczono o klejnoty. W pierwszej erze była to wojna o Sirmarille, która tak naprawdę rozpoczyna zarówno bytność Elfów, a przynajmniej Noldorów w krainie oraz epokę wojen z Mrocznymi Władcami. Druga to oczywiście Wojna o Pierścień, która obie kończy.

 

3) Hobbity: najbardziej cywilizowana nacja

 

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale hobbici są w sumie najbardziej cywilizowaną nacją jeśli nie całego Śródziemia, to z pewnością Eriadoru. Elfy, których w tym regionie jest nadal całkiem sporo są w sumie dość prymitywne, w szczególności pod względem społecznym, podzielone na nieskomplikowane wodzostwa. W Górach Błękitnych siedzą krasnoludy i klepią biedę, choć to pewnie jedyna nacja z którą się hobbici zadają. Dunedanów jest mało i głównie włóczą się bez celu, inni ludzie siedzą w lasach Minhiriath, trochę ich mieszka w Bree i trzech wioskach wokół niego. Prócz nich trochę wieśniaków jest być może jeszcze w pozostałościach Cardolan i z cała pewnością w Rhuduar…

 

No i jeszcze są trolle z Ettenmoors.

 

W takich realiach to nic dziwnego, że Hobbici nie wychylają się ze swojego kraju i trzymają się granic wyznaczonych przez granice naturalne: na zewnątrz nie za bardzo jest z kim gadać. Handel najpewniej odbębnia za nich Bree, dla którego pełnią pewnie funkcje zaplecza.

 

4) Shire: miejsce bardzo toksyczne

 

Taka mała, zapadła wiocha, gdzie ludzie żyją plotkami. Atmosfera jest u nas w pokoju socjalnym: jeśli coś powiesz, ludzie będą ci to pamiętać do końca życia. Jeśli nic nie mówisz, uznają cię za gbura. Tajemnic i sekretów żadnych nie da się utrzymać, po tygodniu wszyscy i tak wszystko wiedzą, a do tego podają dalej.

 

Ponoć miało to przedstawiać relacje między angielskimi ziemianami. Dla mnie wygląda to jednak jak typowa prowincja: w Ciemnogrodzie (jeśli pominąć większą ilość patologii w okolicznych wioskach, choć nie wiadomo tak naprawdę ile Tolkien przemilcza) jest tak samo ciasno i duszno.

 

5) Klub Pickwicka:

 

Opowieść, aż do mniej-więcej spotkania z Aragornem Władca Pierścieni bardziej przypomina Klub Pickwicka, niż typową powieść fantasy. Hobbici, nawet Frodo, ostrzeżony przez Gandalfa tak naprawdę nie znają i nie rozumieją niebezpieczeństwa. Nazgule traktują raczej jak jakichś natrętów, czy drobnych łotrzyków, a nie wcielone zło.

 

Idą jak na majówkę, co chwila wpadając w tarapaty, recytują poezję, goszczą w zajazdach, bywają zapraszani na kolacje, zabawiają się ploteczkami i żarcikami… Dopiero spotkanie z Aragornem zmienia ich postrzeganie rzeczy, a i to nie od razu. Wydaje się, że po prostu z czasem coraz bardziej się uczą.

 

Jedna z analiz Władcy Pierścieni głosi, że Nazgule wraz z rozwojem akcji wyraźnie potężniały…

 

Myślę, że tak nie było. To po prostu percepcja hobbitów się zmieniała. Im więcej czasu upłynęło, tym bardziej sobie zdawali sprawę z tego, z czym mają do czynienia.

 

6) Sam-prostaczek? Ale dla kogo?

 

Sam czasem określany jest jako prostaczek oraz osoba, która ma uosabiać chłopski rozum, rozsądek i chłodną kalkulację.

Jeśli ktokolwiek wśród hobbitów zaprzyjaźnionych z Frodem posiada te cechy, to jest to najpierw Grubas Bolger (ten jego kumpel, który został w domu), a potem Frodo. Sam to zupełnie inna postać: owszem bystry, ale marzyciel i romantyk: pisze wiersze, marzy o elfach i szerokim świecie, cudach i ładnych widoczkach. Shire jest dla niego wyraźnie za ciasne, zresztą, wszyscy się tam z niego śmieją.

 

Owszem, jest bardzo zaradny, nawet bardziej bardziej, niż inni hobbici, jednak to zupełnie inna postać.

 

Gdyby żył dzisiaj pewnie grałby w Skyrima i czytał książki fantasy.

 

To bardziej młody Tolkien w okopach pod Sommą, niż Sancho Panza, którego niektórzy w nim widzą.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Kiedyś w Magii i Miecz publikowany był „cykl” (choć to dość mocne słowo, bowiem do druku trafiły o ile pamiętam dwa artykuły) prezentujący sprzęt wykorzystywany przez przedstawicieli różnych, fantastycznych profesji (złodziei i alchemików dokładniej rzecz biorąc). Uznałem, że spróbuję napisać coś podobnego, w nadziei zainspirowania czytelników.

 

Zacznę od sprzętu bliskiego memu sercu, czyli wyposażenia dzikołaza: łowcy, zwiadowcy, fotografa przyrody, leśniczego, ratownika medycznego etc. służący do poruszania się po lesie.

 

Aparat fotograficzny

 

Zacznę głupio: całkiem niezłym sprzętem w rękach niektórych osób spędzających dużo czasu na łonie przyrody jest aparat fotograficzny wysokiej klasy. Sprzęt ten zarówno może stanowić ich główne wyposażenie, jak w wypadku zwiadowcy, fotografa przyrody lub szpiega (polska Agencja Wywiadu Wojskowego i Służba Wywiadu co jakiś czas poszukują „fotografów z predyspozycjami do pracy na łonie natury”) ale też całkiem przydatne narzędzie łączące w sobie kilku innych sprzętów. Tak więc:

  • dzięki obiektywowi teleskopowemu aparat może pełnić funkcję lornetki.

  • Czułość ISO powyżej 12800 zapewnia całkiem poręczny noktowizor (aczkolwiek nie tak skuteczny, jak prawdziwy)

  • większość tych najlepszych aparatów ma wbudowany GPS

 

Buty

 

Najbardziej podstawowym sprzętem outdoorowym są dobre buty. Buty powinny mieć dużą przyczepność do podłoża, być wyposażone w membranę odpychającą oraz wodoodporną, pozwalającą na co najmniej 4 godzinną wodoodporność, posiadać amortyzację oraz dobrze trzymać się kostki. Na rynku dostępne są modele letnie i zimowe, do wspinaczki górskiej oraz wytłumione, redukujące hałas.

Marsz w tak opisanych butach jest dużo łatwiejszy niż bez nich. Bez mała można powiedzieć, że osoba idąca w dobrych butach może przejść nawet dwa razy dłuższy dystans, nim się zmęczy. Co więcej może wejść w miejsca, w które osobnik bez takich butów nie wejdzie, przykładowo z dużą łatwością forsuje się w nich skarpy, podmokłe łąki, płytkie cieki wodne, bajora, błoto, śliskie wskutek deszczu zbocza, na których w innych warunkach by się człowiek wywrócił etc.

Podczas radzenia sobie z tym ostatnim przydaje się zwłaszcza membrana odpychająca. Jeśli wejdziemy w błoto w zwykłych butach to oblepi je ono grubą skorupą utrudniając nam dalszy marsz. W butach trekingowych możemy to zrobić spokojnie, a po trzydziestu minutach odkryjemy, że są one idealnie czyste: bród sam odpadł.

 

Filtry do wody

 

W trakcie dłuższych wypraw konieczne staje się uzupełnianie wody w lokalnych źródłach. Te nie zawsze są godne zaufania (a jeśli jesteśmy w innej części świata, niż nasza rodzima, to dzięki obcej florze bakteryjnej nawet źródła bezpieczne dla tubylców nam zagwarantują rozwolnienie). Z problemem tym można radzić sobie na dwa sposoby: gotując wodę lub dezynfekując ją za pomocą specjalnych tabletek (podobno można używać też wybielacza do prania, ale mi ten sposób wydaje się głupi) zawierających chlor lub fluor oraz za pomocą filtrów. Filtry mają różną postać: od zwitek papieru przypominających filtr do kawy, po dość skomplikowane ustrojstwa. Są o tyle przydatne, że usuwają zanieczyszczenia takie jak piasek, muł, ziemia etc. których zwykłe gotowanie nie usuwa. Te lepsze likwidują też skażenie biologiczne.

 

Kamizelka taktyczna

Kamizelka taktyczna to uprząż z licznymi kieszeniami i zaczepami. Zależnie od naszej pomysłowości i potrzeb może służyć do mocowania narzędzi, manierek, przenoszenia amunicji oraz broni krótkiej, sprzętu, obiektywów fotograficznych i innych takich.

 

Kompas:

 

Jaki koń jest każdy widzi. Współczesne kompasy często posiadają też poziomice, podświetlaną elektrycznie lub fluorescencyjnie tarczę do pomiarów w nocy, lusterko (przydatne do sygnalizacji i pomiarów w nocy) oraz przyrządy celownicze. Te ostatnie służą do wyznaczania azymutu, czyli kąta mierzonego z konkretnego punktu, przydatnego przy wyznaczaniu marszruty.

 

Krzesiwo:

 

W dzisiejszych czasach nie ma chyba większego sensu stosowania krzesiwa, aczkolwiek narzędzie to ma kilka zalet: nie może zamoknąć i nie może się skończyć. Krzesiwa wykonywane są z różnych materiałów w tym ze stali i kamienia oraz (moje ulubione) magnezjowe. Te ostatnie składają się z kawałka magnezji i pilniczka. Najpierw nożem lub gładką stroną pilniczka spiłowuje się odrobinę magnezji (nie jest to konieczne, ale może ona służyć za rozpałkę), a następnie za pomocą szorstkiej krzesze się iskry. Te mają temperaturę 3.000 stopni, dzięki czemu szybo zapalają nawet najbardziej oporne materiały.

 

Kuchenki ekspedycyjne

 

Różnych kształtów i rozmiarów, zwykle wyposażone też w szereg innych udogodnień, jak lekkie garnki i czajniki, zestaw menażek, termosy obiadowe i termokubki etc. Często cały zestaw waży mniej niż kilogram. Kuchenki dzielą się na kilka typów: do palenia drewnem i chrustem, do palenia gazem oraz takie do palenia specjalnym, stałym paliwem, często na bazie etanolu. To ostatnie jest bardzo wydajne i lekkie (jedna kostka o wadze 4 gramów pali się 15 minut, wystarcza do przygotowania posiłku, nie powoduje dymu, nie zostawia popiołu, a co więcej jest wodoodporne i pali się w każdych warunkach.

 

Latarka:

 

Latarki dzielą się na:

  • sygnałowe, do wysyłania sygnałów alfabetem Morse'a

  • czołowe

  • kątowe, o regulowanym kącie świecenia

  • oraz taktyczne do mocowania na broni.

Latarki taktyczne świecą bardzo silnym światłem, które w ciemnościach oślepia przeciwnika, sprawiając, że jesteśmy dla niego tylko rozmytą, białą plamą.

Ciekawą funkcją niektórych latarek jest tak zwany dazzler, czyli możliwość emitowania nagłego, bardzo silnego strumienia światła, oślepiającego przeciwnika, jeśli błyśniemy mu takim ustrojstwem w oczy. Niektóre latarki dodatkowo posiadają silny dazzler laserowy trwale uszkadzający rogówkę, jednak tego typu sprzęt jest zabroniony przez prawo w większości państw (i konwencję genewską).

Część latarek jest bardzo ciężka i specjalnie zbudowana tak, by dało się je użyć jako kubatonu, czyli krótkiej pałki.

Inną funkcją jest laserowy pointer.

Jeszcze jedną jest możliwość emisji promieniowania podczerwonego zamiast światła. Pozwala to podświetlać cel dla ludzi wyposażonych w noktowizory nie zdradzając swojej pozycji.

Ostatnio pojawiły się też tak zwane latarki „torch” czyli emitujące bardzo silne, skupione światło, którego można użyć np. do krzesania ognia.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Obserwacja koleżanki przy pracy zachęciła mnie do napisania jeszcze jednego tekstu o moderacji.

Zastanawialiście się kiedyś jak to wygląda od strony moderatora?

Oraz co czuje „człowiek pociągający za spust”?

Główne problemy:

W skrócie: od strony moderatora istnieją, po zredukowaniu różnic osobowościowych i motywacyjnych trzy typy problemów, z którymi styka się on niemal na co dzień. Są to:

  • pospolity idiota

  • user na złej drodze

  • klient konfliktowy

Pierwszy i najważniejszy problem stanowią ludzie, którzy są zwyczajnie głupi i w sumie, to nie wiadomo o co im chodzi. Co jakiś czas przychodzą i wpisują posty, które a) albo nie mają sensu b) albo powodują nagłe zawieszenie się systemu u czytającego (typu „Widać, że nigdy nie byłeś w Afryce”. O co chodzi? Jaka znowu Afryka?) albo też c) uważają, że poczujecie się bardzo zranieni i zrobicie sobie krzywdę, bo napiszą pod waszym adresem kilka wulgaryzmów.

Ludzie tacy najczęściej poruszają się poniżej moderacyjnego radaru, bowiem piszą z gościa. Ich posty zwykle są natychmiast kasowane, a jeśli założą konto: moderacja pozbywa się ich po kilku dniach.

Typ drugi, to zwykli userzy, którzy zrobili coś nie tak. Zwykle metodologia radzenia sobie z nimi wygląda tak, że zwracasz mu uwagę publicznie lub na privie, on odpowiada i stosuje się do twoich zaleceń typu zasady wstawiania obrazków, dopuszczalny styl wypowiedzi etc. Albo też, jeśli nie stosuje się do twoich zaleceń: otrzymuje ostrzeżenie, a potem bana.

W bardzo licznych sytuacjach okazuje się wówczas, że trafiliśmy na jakąś primadonnę, która po zwróceniu uwagi obraża się i zaczyna się kłócić, bronić demokracji i innych tego typu rzeczy oraz obrzucać modów wyzwiskami. Osobnik taki zwykle dość szybko sobie grabi i jest banowany. Niektóre społeczności mają zresztą w swoim regulaminie zapis zabraniający dyskusji z moderatorami. Służy on właśnie do radzenia sobie z gburami.

Typ trzeci to ludzie sprytni, ale wredni, nawracający, znający i wykorzystujący regulamin, posiadający licznych kumpli oraz społeczne poparcie lub po prostu uparte świry. Do tej kategorii zaliczają się między innymi różni dowcipnisie, rycerze lewej i prawej strony czy trolle, które od razu przywędrowały w większej grupie. Pozbycie się tego typu osób jest zazwyczaj bardziej skomplikowaną pod względem organizacyjnym operacją, zwykle zatrudnia się do tego kilku modów, którzy koordynują swoje działania.

Forum administracyjne:

Moderacja posiada kilka narzędzi, którymi się posługuje. Pierwszym z nich jest dostęp do forum administracyjnego lub moderacyjnego, lub też możliwość pisania ukrytych, widocznych tylko dla innych moderatorów postów.

Zasadniczo zazwyczaj istnieją dwa typy ukrytych pod-forów lub wiadomości. Są to:

  • forum administracyjno-moderacyjne

  • kosz na śmiecie

Do „kosza” przesuwane są kasowane wpisy oraz usuwane tematy. Dzieje się tak na wypadek konieczności kłótni z userem, na wypadek błędu moderatora oraz po to, by jego koledzy wiedzieli za co poszedł ban i czy był uzasadniony. Gromadzi się tam też materiał dowodowy.

Na forum administarcyjnym natomiast jak łatwo zgadnąć rozmawia się oraz pisze raporty typu („XYZ, dostał bana za przeklinanie”). W normalnych okolicznościach bowiem moderatorzy się komunikują, w wypadkach mniej oczywistych naradzają i podejmują wspólne decyzje. Często też rozmawiają przez różnego rodzaju komunikatory internetowe.

Wspomnienie o tym jest o tyle istotne, że niektórym userom wydaje się chyba, że – gdy zostali ukarani przez jednego moda – mogą natychmiast udać się do innego, nakłamać mu i spróbować wmówić, że są niewinni. Tak, jakby ci działali w zupełnej próżni.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Wraz ze wzrostem mody na zewnętrzne oznaki patriotyzmu Internet zaczął zapełniać się niesłychanymi ilościami bzdur. Jedną z nich było nagłe zainteresowanie się polskimi szablami husarskimi, którym zaczęto przypisywać takie same, czarodziejskie właściwości jak kiedyś japońskim katanom.

Pora zająć się z krążącymi w kulturze popularnej mitami:

Co to jest „szabla husarska”:

Szabla husarska, zwana też pałaszem krzywym, pałaszem husarskim (błędnie, pałasze husarskie były bowiem inną bronią) i czarną szablą jest sposobem wykończenia (a nie innym typem) szabli, który pojawił się około roku 1650, a występował gdzieś do roku 1700-1730. Od innych szabli różni się stosunkowo niewiele, bowiem głównie konstrukcją rękojeści. Sama głownia pozostaje niezmieniona, często zresztą wykorzystywano starsze głównie np. szabli polsko-węgierskich, ormiańskich lub zdobycznych szabel wschodnich, którym dorabiano nowe rękojeści. Zdarzało się też, że później, szable husarskie przerabiano na karabele.

Rękojeść posiada długi jelec w formie wąsów i jest zakmnięta. Po wewnętrznej części jelca znajduje się tak zwany „paluch” czyli pierścień służący za oparcie dla kciuka. Jest to bardzo ważny szczegół konstrukcyjny, bowiem całkowicie zmienia on sposób prowadzenia broni. Paluch sprawia, że oręż dużo trudniej jest stracić w trakcie walki, czy to wytrącony przez przeciwnika, czy też upuścić w trakcie bardzo silnego uderzenia. Jest to szczególnie istotne w trakcie walki konnej, do której szabla ta służyła, gdzie z racji na warunki zadaje się pojedyncze, bardzo silne ciosy. Po drugie taki oręż znacząco ułatwia cięcia z przeciągnięciem, czyli po prostu przesuwające się po ciele, krojące je. Cięcia takie są dość powierzchowne, jednak rozległe, powodują silnie krwawiące rany i uszkadzają odsłonięte tętnice. Ich wartość w starciu z ciężko opancerzonym przeciwnikiem jest znikoma, jednak w okresie tym pancerze już w zasadzie wychodziły z użycia.

Typowo polska, wymyślona i kuta przez Polaków…

Szabla w żadnym razie nie jest polskim wynalazkiem.

Ogólnie rzecz biorąc szable są wynalazkiem bardzo starym. Po raz pierwszy pojawiły się w późnej starożytności w regionie Wielkiego Stepu, gdzie wykształcił się typ zakrzywionej broni jednosiecznej służącej głównie do cięć. W regionie tym toczono walki głównie z konia, gdzie nie było możliwości wykonywania licznych manewrów, liczył się pojedynczy atak, który musiał być silny i szybki. Broń ta, rozpowszechniona przez ludy turecko-mongolskie trafiła na przełomie starożytności i średniowiecza do Chin i Europy. O ile w chinach przyjęła się bardzo szybko, dając początek charakterystycznemu mieczowi dao, tak w Europie po okresie najazdów Hunów i Awarów popadłą w zapomnienie aż do XIII wieku, gdy została ponownie wprowadzona do Europy i na Bliski Wschód przez Mongołów.

Początkowo szabla nie cieszyła się większą estymą, staje się jednak dość szybko bronią mieszczańską i chłopską (rycerzom często zabraniano lub przynajmniej odradzano ją nosić), gdyż jest prosta w obsłudze: ciosy szablą obejmujące głównie cięcia z nadgarstka i łokcia są dużo bardziej intuicyjne i instynktowne, niż techniki mieczowe, wymagają więc mniej treningu. To, że szabla była mało skuteczna w konfrontacji ze zbroją natomiast kmiotków mało interesowało.

Kariera szabli wśród szlachty polskiej zaczęła się wraz z wyborem Batorego na króla w XVI wieku. Batory przywiózł tą broń z ojczystych Węgier, a królowi nie wypadało mówić, że nie wypada… Co więcej broń ta była w Rzeczypospolitej już wcześniej rozpowszechniona dzięki wzorcom szlachty litewskiej i ruskiej (które od XIII wieku kultywowały wojskowość opartą na wzorcach mongolskich, a nie zachodnich, jak podówczas szlachta polska). Jest to tak zwany typ szabli polsko-węgierskiej, będący kontynuatorem wcześniejszej szabli węgierskiej.

Powodów popularyzacji szabli jest kilka: zanik pancerzy, zanik tradycji rycerskich wśród szlachty polskiej (od drugiej połowy XV wieku szlachta składa się raczej z rolników niż wojowników) oraz reorientacja naszej wojskowości z zachodu na wschód, przeciwko najpierw Tatarom, a potem także Turkom i ma końcu Moskwie.

Wraz z popularyzacją szabli wśród szlachty, od drugiej połowy XVII wieku zaczyna pojawiać się masowo oręż wschodni i naśladujący wschodni. Są to:

  • szable kirgiskie (czeczugi): ze skróconym jelcem krzyżowym lub też w ogóle go pozbawione oraz o wygiętych rękojeściach

  • Szable tatarskie (ordynki): jako jedne z nielicznych różniące się od pozostałych konstrukcją głowni. Ta jest ciężka i gruba, do tego dochodzi ciężki jelec chroniący dłoń i wygięta rękojeść. Szable takie są bardzo dobre do walki konnej, ale gorzej nadają się do ogólnego fechtunku pieszego. Ordynka (a nie szabla czarna) była głównym wyposażeniem jazdy w II połowie XVII wieku i na początku wieku wieku XVIII.

Prócz nich pojawiają się też szable wyraźnie inspirowane bronią zachodnią jak:

  • Smyczki, podobnie jak ordynki różniące się innych szabli budową głowni. Posiadają długi sztych oraz głownie o bardzo małej krzywiźnie, służące głównie do cięć, ale dysponujące też większą niż w wypadku normalnej szabli zdolnością pchnięć. Pochodzenie ich jest nieznane, najpewniej narodziły się gdzieś na terenie Europy Środkowej, pod wpływem wcześniejszych głowni mieczowych i broni zachodniej typu szpad i rapierów.

  • Szable husarskie właśnie, wykorzystujące typowe głownie szablowe (często pochodzące z szabel polsko-węgierskich lub czeczug) oraz silnie inspirowane wpływami zachodnimi, zamknięte głowice i paluchy. Paluch nie pojawia się w szablach wschodnich, jednak, podobnie jak zamknięta rękojeść nie jest polskim wynalazkiem. Pochodzi prawdopodobnie od szabli włoskich, gdzie występował już w XVI wieku (same zamknięte rękojeści to natomiast najpewniej pomysł bałkański, który pojawił się w tamtejszej broni).

Po roku 1650 pojawia się jeszcze jeden typ szabli. Jest to karabela, zwana też „szablą ormiańską” czyli szabla o wykończeniu tureckim. Faktycznie karabele często wykorzystywały głownie z wcześniejszych szabli, do których dorobiono nową rękojeść. Były one otwarte i bogato zdobione. Od około roku 1697 wypierają one z użycia inne typy szabli. Karabele były głównie elementem stroju narodowego, rzadko je jednak używano bojowo, gdyż uchodziły za zbyt kosztowne.

Oręż większość zwycięstw Rzeczpospolitej:

Jeśli ktoś dokładnie czytał powyższy wywód wie już, że szabla husarska nie była orężem większości zwycięstw III Rzeczpospolitej. Była orężem tylko dwóch znacznych wygranych: II Odsieczy Wiedeńskiej oraz niedługo później: Drugiej Bitwy Pod Parkanami. Oraz całkiem sporej liczby klęsk, począwszy od I Bitwy pod Parkanami.

Niestety szabla husarska wymyślona została zbyt późno, by załapać się nie tylko na czasy świetności oręża III Rzeczpospolitej, co nawet na Potom Szwedzki.

W czasach swej największej świetności husaria korzystała z innej broni bocznej: czekanów, pałaszy i koncerzy.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Maj był dość nieudanym miesiącem jeśli chodzi o lekturę. Udało mi się w jego trakcie przeczytać zaledwie trzy książki. Winnych łatwo wskazać: duża aktywność zwiedzających w pracy, przez których nie mogłem czytać, oraz urlop, który tym razem postanowiłem spędzić aktywnie. W efekcie czego w tym miesiącu padły jedynie trzy pozycje.

Miesiąc nie minął na przyjemnej lekturze także z innego powodu: oszwabili mnie na Allegro. Zamówiona książka („Kocioł” Larrego Bonda) nie przyszła, mimo wpłaconych pieniędzy. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarza.

Przeczytanymi pozycjami natomiast były:

Armia rzymska: Od czasów cesarza Galiena do bizantyjskiej organizacji themowej

Ocena: 7/10

Jak łatwo zgadnąć jest to kolejna pozycja historyczna. Tym razem jest to wydanie dość starej i niestety pod wieloma względami przestarzałej, acz klasycznej pracy pochodzącej z początków zeszłego stulecia.

Jak łatwo zgadnąć omawia ona strukturę armii rzymskiej (cesarstw wschodniego i zachodniego) w schyłkowym okresie tego ostatniego. Praca jest bardzo dokładna i dość rzetelna, aczkolwiek napisana trudnym, zagmatwanym językiem. Autor, jak to Niemiec ma tendencje do pisania długich zdań długimi słowami, które ledwie mieszczą się na stronach. Podaje też w wielu miejscach informacje siłą rzeczy dziś nieaktualne, oraz lansuje poglądy, których dziś nie da się już wybronić. Momentami też stara się przepychać swoje interpretacje w sposób niekiedy dość śmieszny np. tłumacząc bucellari jako „zjadaczy wykwintnego pieczywa”, podczas gdy zwrot ten najczęściej przekłada się na „zjadaczy sucharów”. Oznaczał on najemnych żołnierzy z drużyn prywatnych, w których autor upiera się widzieć ludzi o wysokim statusie społecznym i udowadnia to posuwając się do opisanej wyżej, słownej ekwilibrystyki.

Ogólnie rzecz biorąc jednak jest to książka niezła. Osobom zainteresowanym tematem w prawdzie radziłbym zacząć od jakiegoś, nowszego i bardziej aktualnego opracowania, aczkolwiek sam uważam, że skorzystałem na jej lekturze.

Niebo ze stali:

Ocena: 8,5/10

Trzeci tom Opowieści z Meechiańskiego Pogranicza. Tym razem spotykają się ze sobą postacie Wchodu i Północy, a losy poszczególnych bohaterów zaczynają się powoli splatać. Główną osią fabuły jest jednak powrót zamieszkującego wozy ludu Verdano na ich rodzime stepy oraz trudne relacje łączące ich z innymi plemionami koczowników.

Ponownie Wegner bardzo dobrze łączy motywy i wątki znane już z twórczości Feliksa Kressa (moralnie ambiwalentni bohaterowie i twarde, żołnierskie życie, próby wydarcia tajemnic z otaczającego bohaterów, nie do końca rozumianego świata) z tymi z prozy Davida Gemmelna (epickie bitwy, bohaterstwo i poświęcenie).

Główną atrakcją książki jest więc pełne rozmachu starcie między Verdano, a Sekoliatczykami, będące, podobnie jak walki w poprzednich tomach prawdziwym „gunpornem”. Do tomu czwartego przeszedłem więc prawie płynnie, z niewielką przerwą na inną lekturę.

Władca pierścieni: Drużyna pierścienia

Ocena: 10/10

W tłumaczeniu Marii Skibniewskiej (czyli klasycznym).

Nie jest to w moim wypadku nowa lektura. Przeciwnie: Władcę pierścieni czytałem już przynajmniej osiem razy (co najmniej trzy razy w podstawówce, najmniej dwa razy w liceum, w tym raz w wydaniu prawdziwie-Łozińskiego, jak wchodził film, najmniej raz na studiach, oraz najmniej raz po studiach, gdy kupiłem sobie wreszcie własnego), jednak ostatni raz musiało mieć to miejsce z 10 lat temu. Potem brak czasu sprawił, że nie wracałem do lektury więcej. W sumie to nawet trochę się bałem, tym bardziej, że zeszłoroczna powtórka trylogii filmowej byłem raczej rozczarowany.

Niedawno wróciłem. Spowodowane było to wyrwą w planie czytelniczym spowodowaną tym nieszczęsnym problemem z „Kotłem”. I muszę powiedzieć, że…

O Jezu! Jakie to dobre!

„Władca pierścieni” jest, nawet po dziś dzień książką inną. Koncentruje się raczej na budowaniu świata, niż na szybkiej akcji i pogoniach, nie korzysta z ogranych, hollywoodzkich chwytów dramatycznych, ma raczej powolną, stateczną fabułę.

Jednocześnie z każdym czytaniem znajduje w nim coś zupełnie nowego, co wcześniej mi umknęło. Czy zauważyliście na przykład jak duszna, toksyczna atmosfera panuje w Shire? Albo jakim romantykiem jest Gimli? Lub też że Sam to taki trochę nieśmiały intelektualista, a nie żaden wiejski prostaczek, jak go często malują?

Strasznie mi się ta książka podoba. A to dopiero pierwszy tom. Ten najsłabszy w dodatku.

 

Post pochodzi z Bloga Zewnętrznego.

muszonik

Science fiction posługuje się bardzo bogatym zbiorem fikcyjnych technologii, z których wiele służy do odbierania życia innym ludziom. Pytanie brzmi, jak wiele z tego typu ekwipunku faktycznie by się na polu walki sprawdziło? A jaka część, nawet gdyby została skonstruowana, to pozostałaby najpewniej tylko ciekawostką techniczną?

Pomijając wynalazki w rodzaju „mocniejszych materiałów wybuchowych”, „lepszej amunicji” czy „wytrzymalsze materiały” przyszło mi do głowy dwanaście, bardzo często spotykanych „technologii przyszłości”. Tak więc:

1) Pola siłowe

Tarcze energetyczne, czy to przeznaczone dla pojazdów, czy też osobiste na pierwszy rzut oka wydają się przedmiotami bardzo przydatnymi. To po prostu dodatkowy pancerz, znajdujący się nad pancerzem, a co więcej: prawdopodobnie nie mający masy prawdziwego pancerza. Moim zdaniem mają bardzo duże szanse wejść do użycia z prostej przyczyny: życie ludzkie ma wartość niewymierzalną.

Widzę z nimi tylko jeden, choć duży problem: baterie. Pytanie brzmi z jakimi źródłami energii będzie miała do czynienia przyszła cywilizacja i jak długo będą w stanie one pracować na polu walki. Otóż: liniowe oddziały typu piechoty lekkiej czy zmechanizowanej muszą robić to nierzadko bardzo długo, broniąc stanowisk gdzieś w lesie czy na bezdrożu całe dnie lub tygodnie (teoretycznie po dwóch tygodniach powinny zostać zluzowane, ale…), względnie patrolując teren, gdzie niekoniecznie musi być dostęp do źródeł energii.

Jeśli więc typowa wydajność tarczy wynosiłaby mniej niż kilka godzin to sprzęt taki byłby umiarkowanie przydatny. Żołnierze pozostający dłużnej w polu nie mogliby bowiem z niego skorzystać, bowiem za szybko by się wyłączył. Przenoszenie dodatkowych baterii mogłoby ich nadmiernie obciążyć, tarcza uruchamiana natomiast dopiero w momencie nadejścia niebezpieczeństwa byłaby natomiast mało efektywna. Obecne trendy są bowiem takie, że niebezpieczeństwo najczęściej przybiera postać bombardowania lub nawały artyleryjskiej, która uderza całą mocą jednocześnie, właśnie dlatego, żeby zaalarmowany wybuchem pierwszego pocisku przeciwnik nie mógł znaleźć schronienia.

Nawet wtedy jednak broń taka mogłaby trafić w ręce formacji przeznaczonych do krótkich, intensywnych walk jak oddziały antyterrorystyczne, grupy szturmowe atakujące budynki, czy oddziały powietrzno-szturmowe, które działają na zasadzie „jest problem, przylatują śmigłowce, rozwalają problem, jeśli to nie starczy: wyskakuje z nich piechota, robi dożynki i powrót do bazy”. Ostatnia grupa odbiorców to oczywiście saperzy, narażeni na wybuchy min i niewypałów.

Wyżej wymieniony problem nie dotyczy pojazdów, które siłą rzeczy i tak muszą pozostawać albo włączone, albo wyłączone, albo zatankowane, albo niezdolne do walki.

2) Pancerze wspomagane

O pancerzach wspomaganych mówi się już od lat 90-tych i pewnie dziś wszyscy już by w nich biegali (wszyscy, nie tylko wojsko) gdyby nie jeden, zasadniczy problem: baterie. Pancerze, a raczej sam egzoszkielet podnoszący wydajność organizmu to marzenie wielu dziedzin życia: straży pożarnej, firm magazynowych i przeprowadzkowych, inwalidów…

Gdyby sprzęt taki trafił na rynek wojsko dostałoby pewnie orgazmu. I niekoniecznie w pierwszej kolejności dostałyby go oddziały liniowe, choć możliwość przenoszenia dodatkowego sprzętu, elektroniki, amunicji, sensorów i płyt pancernych bardzo by się chyba im spodobała. Myślę, że najbardziej zachwycone byłyby jednak wojska inżynieryjne i artyleria. Przykładowo obecnie używana amunicja artyleryjska ma zazwyczaj kaliber około 150 milimetrów (155 w NATO, 152 w ZSRR i spadkobiercach), gdyż jest to największy kaliber, jakim mogą wydajnie posługiwać się ludzcy ładowniczy.

Gdyby ładowniczy dostali nagle dodatkowej siły, to pewnie zaczęto by używać mocniejszej amunicji.

Tak samo w piechocie zobaczylibyśmy zapewne zespoły z uniwersalnymi karabinami maszynowymi jako główną bronią, do tego dźwigające granatniki automatyczne i inne zabawki dla naprawdę dużych chłopców.

3) Teleportacja

Oj… Ta technologia miesza wszystko. Tak naprawdę niezależnie od tego, jak by funkcjonowała poważnie zmieniłaby nie tylko pole walki, ale też życie codzienne.

To, do jakiego stopnia by się to odbyło zależałoby w dużej mierze od szczegółów technicznych: na jak duży zasięg możemy się teleportować, jak dużą masę, czy musimy mieć odbiornik, czy wystarczy tylko nadajnik, ile energii to pochłania etc.

W skrajnym przypadku myślę, że teleportacja sprawiłaby, że znikłyby linie frontów, artyleria, lotnictwo i być może wojska zmechanizowane straciłyby na znaczeniu, natomiast wojnę toczono by usiłując namierzać wrogie nadajniki teleportacji, obozy, składy, elektrownie i centra dowodzenia, a następnie teleportując tam grupy ludzi (albo po prostu bomby) z ręczną bronią, które robiłyby z nimi porządek. Po rozbiciu sił wroga już klasyczną drogą wprowadzono by oddziały liniowe, które opanowałyby teren i złamały wolę walki ewentualnych partyzantów.

4) Androidy

Pomijając tradycyjny już problem z zasilaniem: nie do końca jestem pewien, czy humanoidalny robot bojowy jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Ogólnie nasze ciało, z punktu widzenia biologii jest dość mocno skopane i nie jest to najlepsza inżynieria pod słońcem. Być może dużo wydajniejsze byłyby więc jakieś pająki, albo coś w tym guście?

Niemniej jednak widzę kilka i to sensownych zastosowań robotów, nawet niekoniecznie androidów. Po pierwsze: szturmy na silnie bronione obiekty oraz walki w mieście. Oba te rodzaje walki generują bardzo duże straty, a androidy na dłuższą metę prawdopodobnie będą mniej kosztowne niż ludzie, choćby dlatego, że da się je seryjnie produkować, zamiast czekać aż dorosną (choć tu w grę wchodzi problem klonowania), można też je zaprogramować, zamiast szkolić, a wreszcie: zniszczone pewnie do jakiegoś stopnia da się naprawiać. Tak więc rozsądne jest, że do generujących największe straty ataków należy posłać właśnie maszyny. Opinia publiczna też bardziej będzie się cieszyć z tego rozwiązania.

Drugie zastosowanie, to dziedzina do której obecnie używa się robotów. Czyli prace saperskie. Rozbrajanie bomb, usuwanie min i niewybuchów, usuwanie przeszkód przed atakującym wojskiem… Wszystko to są prace bardzo trudne, bardzo żmudne i nierzadko dużo niebezpieczniejsze, niż zwyczajna walka. Lepiej więc, by ginęły maszyny, niż ludzie.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

„Nie wiem, jak będzie wyglądała III Wojna Swiatowa, ale IV będzie na maczugi” - to słynne słowa Alberta Einsteina, będące odpowiedzią na pytanie o przyszłość ludzkości. Przy okazji poprzedniego wpisu o postapokalipsie przyszło mi do głowy zastanowić się trochę nad tym jak daleko, społecznie i technologicznie moglibyśmy się cofnąć, gdyby faktycznie doszło do globalnej zagłady.

Na pewno nie będzie to epoka kamienia łupanego:

Po pierwsze (i udowodnieniu tej tezy poświęcę cały ten wpis) nie uważam, by możliwe było cofnięcie się do epoki kamienia łupanego, jak popularnie się uważa. No, chyba, że jedynymi ocaleńcami okazaliby się jacyś Indianie z amerykańskiej dżungli lub ktoś podobny, kto zwyczajnie nie miałby wcześniej do czynienia za wiele ze współczesną cywilizacją. Jeśli natomiast przy życiu pozostaliby przedstawiciele wysoko rozwiniętych społeczeństw półkuli północnej, to nie wydaje mi się prawdopodobne, byśmy byli w stanie cofnąć się aż tak daleko. Najprawdopodobniej regres techniczny nastąpiłby do poziomu wieku XIX, aczkolwiek niektóre, specjalistyczne dziedziny mogłyby cofnąć się bardziej lub wręcz zniknąć.

Powód takiej sytuacji wynika z tego, że nie ma ekonomicznego uzasadnienia wykorzystywania technik paleolitycznych czy neolitycznych zamiast późniejszych. Nawet koszt konieczny do wynalezienia ich od podstaw jest wyższy, niż ewentualny koszt wdrożenia lub ponownego opracowania późniejszych technologii (lub ich ekwiwalentów), a efekty marne. Przykładowo: celem ścięcia za pomocą stalowej siekiery drzewa trzeba poświęcić maksymalnie kilka godzin pracy. Ścięcie go za pomocą kamiennego toporka to natomiast około 2-3 tygodni pracy i to dość skomplikowanej (proces polega na tym, że pod drzewem pali się ognisko i za pomocą toporka usuwa się zwęgloną tkankę rośliny, aż drzewo runie). Samo nawiercenie dziury do mocowania drążka w kamieniu zajmuje około miesiąca żmudnej pracy, toporek można wykonać tylko z określonych typów kamienia, które występują tylko w niektórych miejscach (w Polsce: pod Sandomierzem i w okolicach Iłży), w dość mocno już wyeksploatowanych złożach. Żelazo natomiast, choćby nawet pod postacią złomu jest wszędzie (istnieje też możliwość eksploatacji łatwo dostępnych rud darniowych, które są w zasadzie wszędzie, aczkolwiek ich zasoby obecnie zmniejszają się).

Po drugie wiele ze zdobyczy nauki to tak naprawdę rzeczy proste, które obecnie rozumie każde dziecko: mycie rąk przed jedzeniem i gotowanie wody zmniejsza ryzyko chorób, koło można wykorzystać, żeby toczyć przedmioty, jeśli zasiać ziarno i je podlewać, to wyrośnie coś jadalnego, energię wody i wiatru można wykorzystać do poruszania maszyn, podobnie jak moc pary i prądu...

Nie sądzę, by wiedza ta zamarła.

1) Najnowocześniejsza technologia:

Nie znaczy to, że regres nie nastąpi, choć prawdopodobnie dość dużo rzeczy uda nam się ocalić. W pierwszej kolejności jednak stracimy i to zapewne dość dokładnie większość zdobyczy ostatnich 50 lat. Mimo ogromnego wpływu, jaki wywierają na ludzi te przepadną z prostego powodu: ich produkcja jest relatywnie niewielka, odbywa się w małej ilości fabryk, a zasad działania tych przedmiotów najczęściej nikt nie rozumie.

Drugim problemem jest niewielka produkcja: takie rzeczy, jak leki najnowszej generacji, mikroprocesory, optykę etc. często produkuje tylko jedna fabryka na całym kontynencie lub wręcz na świecie. Przykładowo: gdy całkiem niedawno pogłębił się kryzys na Półwyspie Koreańskim całkiem poważnie obawiano się o globalny rynek elektroniki, bo w Korei Południowej wytwarza się 90 procent procesorów.

Takie rzeczy niestety maja poważne szanse ucierpieć w trakcie zwykłego, ograniczonego konfliktu między dwoma państwami.

Problemem będzie też wiele zapomnianych dziś dziedzin. O ile kowalstwa, szewstwa, krawiectwa, ciesielstwa etc. ludzkość prawdopodobnie dość szybko się nauczy ponownie metodą prób i błędów, tak poważnym problemem będzie brak bardziej skomplikowanych zawodów. Przykładowo: obecnie jest już bardzo niewielu zegarmistrzów i drukarzy, bowiem popyt na ich usługi coraz bardziej maleje. Obecnie nawet zegarków elektronicznych nikt już nie używa, a do druku stosuje się urządzenia poligraficzne.

2) Zapis elektroniczny:

Zapis elektroniczny prawie na pewno szlag trafi: wystarczy, żeby nie było prądu, a nie będziemy mogli korzystać z tak zgromadoznych danych. Podobnie niestety wygląda sytuacja z danymi zapisanymi na różnego rodzaju nośnikach. Dyski optyczne tracą trwałość po około 10 latach, dyskietki i dyski twarde po podobnym czasie, zresztą te pewnie wyzeruje gong elektromagnetyczny…

Co gorsza im bardziej polegamy na nośnikach elektronicznych, tym tak naprawdę wrażliwsi jesteśmy. Wystarczy, żeby bomba trafiła w serwerownie, a wszystkie szlag trafi.

Na tym tle papier jest doskonały: jeśli nie zostanie spalona książka może przetrwać tysiąclecia czekając, by ktoś ją przeczytał.

3) Repozytoria wiedzy: książki i głowy

Mimo to cały czas pozostają na dwa wielkie repozytoria wiedzy: książki i głowy.

Należy zauważyć jedno: w wypadku większości scenariuszy globalnej katastrofy - czy to będzie wojna atomowa, najazd z kosmosu, pandemia czy inwazja zombie – co najmniej okresowo utracimy dostęp do największych zbiorów wiedzy. Jedyny wyjątek stanowią katastrofy naturalne w rodzaju uderzenia asteroidy czy wybuchu superwulkanu, które owszem zniszczą część świata, ale resztę pozostawią nienaruszoną. W wypadku pozostałych najbardziej ucierpią najludniejsze miasta, czyli miejsca gdzie działają uniwersytety i największe biblioteki, oraz gdzie przebywa większość specjalistów i uczonych…

Nie zmienia to faktu, że papierowych książek jest zwyczajnie bardzo dużo: głupie biblioteki powiatowe mają zbiory sięgające 20-100 tysięcy tytułów (dla porównania: w Bibliotece Aleksandryjskiej, zależnie od szacunków, przechowywano między 40 do 400 tysiącami książek), z czego pewna część to książki techniczne, poświęcone budowie maszyn, materiałoznawstwu, mechanice, elektryce, elektronice etc.

Nie będę kłamał: reaktora atomowego się na tej podstawie nie zbuduje (choć diabli wiedzą, co leży w domowych bibliotekach, gdzieś, całkiem niedaleko nas może żyć jakiś nauczyciel fizyki pasjonujący się fizyką jądrową i mający odpowiednie publikacje). Jednak do zaprojektowania prymitywnego pojazdu napędzanego silnikiem spalinowym, wodociągu, elektrowni etc. wiedza ta zapewne wystarczy. Tym bardziej, że nawet w małych miastach są lekarze, farmaceuci, elektrycy, mechanicy, architekci oraz szkoły techniczne kształcące pracowników wykwalifikowanych. Obecny trend, by przenosić się na wieś prawdopodobnie ułatwi im przetrwanie armageddonu.

Oczywiście można twierdzić, że w chwili, gdy ludzie będą walczyć o przetrwanie nie będzie czasu, żeby czytać książki. Będzie trzeba znaleźć rozwiązania tu i teraz. Pytanie brzmi jednak: czy lepiej jest na nowo wymyślać nieskuteczne rozwiązania, czy też poświęcić trochę czasu, by odtworzyć łatwe do wykonania rozwiązanie, które będzie około 100 razy wydajniejsze?

Tym bardziej, że zwykłe podręczniki szkolne zawierają zasób wiedzy, o którym nie śniło się dawnym filozofom. Wystarczy tylko, żeby wpadły w ręce utalentowanych osób. Lub też takich, które maja motywacje, aby ich użyć.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Ukończenie Wiedźmina 3 zachęciło mnie do rozważań nad tym, dlaczego tyle czasu zajęło mi zabranie się za tą grę. Przecież wiele lat temu cRPG należały do moich ulubionych gier. Wydaje mi się, że moja podejrzliwość wynika z tego, że gatunek nie do końca rozwinął się w stronę, która mi odpowiada. A doświadczenia, jakie wyciągnąłem z innych gier z tego gatunku zniechęcały mnie do dalszych z nim przygód.

Może to dziwne u człowieka, który wychował się na Isharach, Amberstarze, Might and Magic, Baldur's Gate czy Diablo, ale współczesne gry cRPG za bardzo mnie nie pociągają. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele.

1) Bestiariusz

W zasadzie to w grach cRPG zawsze bardzo lubiłem trzy motywy: zgraną drużynę przyjaciół, bicie potworów i rzucanie czarów.

Pierwsza rzecz, która uwiera mnie w tego typu grach to marny bestiariusz. Otóż: we współczesnych grach cRPG, w odróżnieniu od starych walczymy z wrogami mało zróżnicowanymi, zarówno pod względem taktycznym, czyli posiadanych umiejętności oraz zachowania (co i w starych cRPG się zdarzało) jak i graficznym. Dobrym przykładem może być tu Dragon Age 1, w którym w praktyce 90 procent walk przypadało na jeden typ nieprzyjaciela: humanoidów. Bo powiedzmy sobie szczerze: to czy potykaliśmy się akurat z ludźmi, nieumarłymi, czy goblinoidami, znaczy się: pomiotami, tak naprawdę robiło niewielką różnicę. Nasi wrogowie mieli bowiem miecze, topory, łuki i najczęściej jakiegoś czarownika.

Było to zwyczajnie nudne.

Z biegiem lat znikły gdzieś fantazyjne, groteskowe, czy choćby śmieszne monstra, a zastąpiły je coraz większe grupy ludzi i istot człekokształtnych.

Właściwie pierwszym od dość dawna programem, który w tym względzie mnie nie rozczarował był właśnie Wiedźmin 3, gdzie faktycznie monstrów było tyle, ile należało po grze o zabójcy potworów oczekiwać.

W zasadzie rozumiem dlaczego tak to wygląda: koszta. Zaprojektowanie każdego potwora to zapewne wiele godzin pracy grafików, która kosztuje miliony monet. Tymczasem ludziom wystarczy rzucić inny kolor skóry, inne ciuszki i już gotowe. A wszystko to na od dawna gotowym modelu.

2) Magia

Nie tylko potwory są zjawiskiem wymierającym we współczesnych grach cRPG. Także magia jest zjawiskiem wygasającym.

W takich grach, jak Amberstar, Might and Magic, Wizardy czy Baldur's Gate mogliśmy poznać nieraz i dobrze ponad 100 zaklęć. Owszem, często były to zwykłe bolty, działające na zasadzie „słaby, silniejszy, dużo silniejszy, niesamowicie silny”. Owszem, czasem zdarzało się, że czary te się nie przydawały, jak znaczna część zaklęć w Realms of Arcania czy część w Baldur's Gate. Ale były.

Jeśli porównać to z drzewkami zdolności Maga z Dragon Age 3, to widać niestety różnicę.

Po drugie: wśród zaklęć ze starych gier zdarzały się czary pomysłowe, dość mocno wzbogacające rozgrywkę, jak Lewitacja, Chodzenie po wodzie, zaklęcia niszczące ekwipunek przeciwników, Niewidzialność, duplikujące lub tworzące przedmioty w inwentarzu… Dziś wszystko to popadło w zapomnienie.

W zasadzie przyczyny takiego stanu rzeczy łatwo odgadnąć. Ponownie: są to koszta grafików oraz konieczność grzebania się w silniku gry i całej jej fizyce.

Co nie znaczy, że ten fakt akceptuje.

3) Questy

Po trzecie: poboczne, dodatkowe questy, które w zasadzie nie są dodatkowe, tylko obligatoryjne.

W samej idei questów pobocznych nie ma nic złego. Problemy są dwa. Po pierwsze: balans gry i jej fabuła często są tak pomyślane, że przynajmniej część questów pobocznych trzeba zrobić, bo bez tego mamy za mało doświadczenia, żeby cokolwiek począć.

Po drugie: w większości gier questy poboczne są liczne, nudne i głupie, podobnie jak nagrody zań. Wyjątek stanowi Wiedźmin, gdzie questy są naprawdę z jajem, aczkolwiek większość innych gier niestety takowych nie posiada. Zamiast tego otrzymujemy kolejne warianty tego samego: „Idź na pocztę, odbierz dla mnie przesyłkę, a w drodze powrotnej kup jajka i mleko! Tylko nie zapomnij”.

No i oczywiście poczytaj grafomanię. Albo jej posłuchaj, bowiem w niektórych programach przydałaby się opcja nagrywania stanu w trakcie dialogów, tak długie są bowiem.

4) Niekiedy nadmiernie rozległe światy

Zlecenia tego typu pojawiły się po raz pierwszy w grach takich jak Elder Scroll czy Baldur's Gate 1. Ta ostatnia gra zawierać miała jakoby 100 zleceń pobocznych, z których większość polegała niestety właśnie na „znalazłem przedmiot, zanoszę go do właściciela”. Wtedy to jednak nie przeszkadzało. Raz, że było to nowe, dwa, że pierwszy Baldur to raczej nieduża gra. Przejście Edycji Rozszerzonej z pominięciem Wieży Durlaga zajęło mi trochę mniej niż 25 godzin. Większość tamtejszych lokacji czyści się w 20 minut, bowiem tak naprawdę są one maleńkie.

Niestety współczesne gry mają często dużo większe lokacje, tak więc bywa, że samo przejście z jednego krańca na drugi, a nie jej oczyszczenie zajmuje dwadzieścia minut. W efekcie w niektórych grach zamiast grać chodzimy godzinami od domu do domu. Przykładem może być tu pierwsze Dragon Age, gdzie celem zrobienia najgłupszego questa nierzadko musieliśmy przemaszerować między kilkoma lokacjami, wchodząc po parę razy do domów i za każdym razem oglądając pasek postępu.

Z tego samego powodu odpadłem też od Drakensang II, gdyż gra, zaraz na wstępie napadła mnie dziesiątkiem questów w rodzaju „Idź do wieży w innej dzielnicy, wejdź na trzecie piętro i porozmawiać z czarodziejem, potem idź do portu, też pogadaj i wróć (serio)”.

 

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

 

 

muszonik

Wiecie co? Turbosłowianie naklikali mi strasznie dużo odsłon w tym miesiącu. A, że dawno nikt mnie nie zwyzywał od sługusów Watykanu i papistów oznacza to, że wybiła pora, aby napisać kolejny tekst o pseudonauce i pseudouczonych.

Dziś zajmiemy się natomiast częściami składowymi, z których złożona jest ich ideologia.

Turbosłowianstwo jest bowiem zjawiskiem bardzo złożonym, na które zlewa się wiele, często pozornie sprzecznych elementów, które były tak długo naginane i łączone, że stworzyły nowy, pseudologiczny system, nie pasujący do żadnego ze swoich poprzedników.

Składniki te to:

1) Głupota:

Pierwszym elementem turbosłowiaństwa jest albo zwykła głupota, albo kliniczne choroby umysłowe. Niestety, krótka lektura komentarzy na blogach turbo, albo też samych blogów dowodzi, że ludzie ci są dość specyficzni. Najczęściej więc, jeśli gdzieś pojawiają się turbosłowianie, to od razu są oni nie tylko wyznawcami new age, ale też płaskiej ziemi, antyszczepionkowcami i altmedowcami, a do tego też często negacjonistami ewolucji, ufologami i tropicielami ludzi-jaszczurów oraz ich biorobotów. Także lista prominentnych turbosłowian obfituje w zaskakujące osobowości. Ta obejmuje:

  • Wynalazcę diety leczącej AIDS oraz odkrywce zaginionego plemienia słowiańskiego żyjącego w Tajlandii

  • Ekonomistę, twórce metody odnajdywania źródeł historycznych poprzez oglądanie filmów na Youtube.

  • Pisarza science fiction, znanego głownie z inwektyw i gróźb karalnych

  • Innego pisarza science fiction, znanego z cyklu książek autobiograficznych, w których opisywał swe przygody przeżyte na obcych planetach.

  • Jednego z autorów gry fabularnej Zły Cień: Kruki Urojenia, w latach 1995-2009 uznawanej za najgorszą, wydaną w Polsce grę fabularna (obecnie, po ukazaniu się Horyzontu i Charakternika: zepchniętą na trzecie miejsce).

  • Tak zwany „pierwszy, polski prepers”, wynalazca prawosłowiańskiego jabola, człowiek, który zasłynął jako pierwszy polski SWAT-er i pierwsza polska ofiara SWAT-ingu zarazem (facet nielegalnie nabył pistolet, chwalił nim na Youtube, a potem dziwił się, że mu policja na dom wpadła).

  • Jednego z członków zespołu Wardaha, będącego pośmiewiskiem polskiej sceny metalowej od późnych lat 90-tych i twórcę najważniejszego źródła do badan nad Imperium Lechickim: Księgi Popiołów, którą własnoręcznie napisał na zeszycie w kratkę.

Oczywiście prócz wyżej wymienionych szeregi turbosłowian zasilają też ludzie nauki, predysponowani i dysponujący fachowym warsztatem do badania pradziejów ziem polskich, zatrudnieni na licznych uniwersytetach: socjolog z UJ-otu, wuefista z Uniwersytetu Rzeszowskiego i matematyk z Uniwersytetu Wrocławskiego. To prawie tak dobrze, jak ta pani geolog, która okazała się polską ekspertką od szczepień.

Owszem, to naturalne, że w każdym, wystarczająco dużym środowisko można znaleźć świrów, gdyż taką sytuację zwyczajnie dyktuje statystyka. Problem w tym, że powinni być tam też i ludzie normalni. Tymczasem turbosłowiaństwo składa się niemal wyłącznie z jednostek – mówiąc delikatnie - zaburzonych.

2) Potworne kompleksy:

Po drugie: turbosłowianie są ludźmi potwornie wręcz zakompleksionymi. Bo kim innym musi być człowiek, któremu faktycznie ból sprawia fakt, że Egipcjanie mają piramidy, a Polacy nie... Albo, że Niemcy (znaczy się: Germanie, ale dla niektórych to to samo) walczyli z Cesarstwem Rzymskim, a Polacy nie... Albo, ze Żydzi występują w Biblii (i to w dodatku jako naród wybrany), a Polacy nie...

Widać to nawiasem mówiąc w argumentacji. Jeśli Turbo już na taką idzie, to najczęściej zamiast argumentami rzeczowymi zaczyna posługiwać się emocjonalnymi typu „Tak, tak! Kiedy wszyscy się budowali, to Słowianie żyli w chatkach z [beeep]” albo „A dlaczego wszystkim można mieć, tylko Słowianom” zupełnie tak, jakby historia była szwedzką pomocą społeczną, która rozdzielana musi być wszystkim po równo…

Zupełnie tak, jakby dokonania narodu wyrażała jego starożytność.

3) Nacjonalistyczny mesjanizm:

Trzecim elementem składowym Turbosłowiaństwa jest dziewiętnastowieczny, narodowy mesjanizm. Ten zaczerpnięto trochę od poetów romantycznych, trochę od pisarzy z tego okresu, a trochę od żyjących w XX wieku, młodopolskich twórców ugrupowań neopogańsko-nacjonalistycznych pokroju Stanisława Szukalskiego, Zermatyzmu czy Jana Stachniuka i Zadrugi.

Przekonanie o wybitnych cechach osobowości, które w szczególny sposób wyróżniają Polaków, czy raczej: Lechitów jest w tym ruchu silne. A skoro dowodów na takowe brak zarówno w świecie współczesnym, jak i przeszłym, to uciekają w świat urojony.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Kilka dni temu szukałem czegoś w starych Secret Service. Przy okazji natrafiłem na felieton luźnie związany z tematyka Star Treka, w którym autor mądrymi słowy udowadniał, że dwa wynalazki z tego uniwersum: tricordery i komunikatory są skrajnie nierealistyczne i nigdy nie powstaną. Mi osobiście koncepcja tych urządzeń kojarzy się ze Smartphonem naszym codziennym, a jedyne, co mnie dziwi, to to, że potrzebowali aż dwóch sprzętów do wykonywania tych zadań.

Natchnęło mnie to do zainteresowania się tym, jak (w sumie nie tak dawno temu) wyobrażano sobie przyszłość. I co z tego wszystkiego wyszło.

Tricorder ma każdy:

Artykuł do którego się odnoszę powstał w roku 1996 czyli trochę ponad 20 lat temu. Poruszane w nim urządzenia: tricorder i komunikator atakowano z dwóch powodów. Komunikator dostawał z powodu jego miniaturyzacji, autorowi nie mieściło się bowiem w głowie, że może powstać tak małe urządzenie komunikacyjne, by można było je nosić wpięte w klapę, podobnie jak odznakę. Tricorder to natomiast wielozadaniowy analizator, odpowiadający w zasadzie na każde pytanie zadane przez bohaterów.

Tricorder miał nie powstać, gdyż autor uważał, że tak małe urządzenie zwyczajnie nie będzie w stanie posiadać wystarczająco dużej pamięci, by przechowywać te dane. To, że może przechowywać je na zewnętrznym serwerze jakoś nie przyszło mu do głowy.

Dziś tricorder i komunikator ma każdy. Bo wystarczy tylko wyjąć z kieszeni telefon i wpisać Wikipedia, albo nawet Google i bazowo otrzymamy to samo. Co więcej telefony są niesamowicie uniwersalnymi urządzeniami, mogącymi służyć za wszystko: od aparatu fotograficznego, zegarka, radia i telewizora poczynając, na latarce, zestawie map, kalkulatorze balistycznym, wykrywaczu metalu, dalmierzu, mierniku decybel i liczniku Geigera kończąc. Tylko gwoździ nimi nie da się wbijać (pomijając niektóre, stare Nokie).

Tak więc: a jednak się dało.

Badania genetyczne:

Ciekawą zdobyczą współczesności są badania genetyczne. Dziś, o ile mi wiadomo jest to niezwykle istotna dziedzina kryminalistyki, bez której często nie sposób sobie wyobrazić śledztwa, używana w zasadzie na co dzień, w każdej niemal sprawie: od ustalenia ojcostwa, po wszystkie zabójstwa, włamania, przestępstwa seksualne i z użyciem przemocy…

Tymczasem dość długo trzeba było czekać, aż technologia ta przeniknie do świadomości twórców science fiction. Przykładowo w napisanych w 1996 roku Opowieściach Łowców Nagród (uniwersum Star Wars) celem rozpoznania sprawcy trzeba było szukać świadków i zaciągnąć ich przed oblicze sądu.

Ogólnie wszelkie formy genetyki upowszechniają się bardzo szybko. Przykładowo ponoć w Polsce działa już nawet firma produkująca transgeniczne rośliny do akwarium.

Roboty też nadchodzą…

W podobnym czasokresie, co o Tricorderach czytałem też o tym, że nie ma też szans, by kiedykolwiek powstały roboty (tym razem w kontekście droidów ze Star Wars). Roboty bowiem miały nie mieć sensu: drogie, zawodne, pozbawione praktycznych zastosowań i w ogóle bez sensu. I co? Drony masowo wykorzystywano już 10 lat temu. Kiedy zaczynałem pisać „Tego, co walczy z potworami” zastanawiałem się, czy uzbrojenie w nie Wojska Polskiego nie będzie zbytnim krokiem do przodu. I co? W zeszłym tygodniu w Lidlu była promocja na drony (a zarówno Wojsko Polskie jak ich nie miało, tak nie ma, a „Ten co walczy” leży u wydawcy jak leżał).

Obecnie największym problemem jaki mają roboty, jest to samo zjawisko, które bardzo mocno powstrzymuje cały rozwój elektroniki mobilnej: baterie. Niestety w tej chwili posiadamy ogromne trudności z wyprodukowaniem wydajnych akumulatorów. Gdyby to dało się obejść, to pewnie cuda już by się działy. Bo w tej chwili większość z nich ma czas pracy mierzony w minutach.

Równolegle do rozwoju mainframe ma miejsce też rozwój sztucznych inteligencji i sieci neuronowych. Na razie te są raczej głupie. Nauczyły się interpretować obrazki, oceniać odległości, do pewnego stopnia tłumaczyć teksty etc. Do poziomu intelektu, jaki posiada mrówka lub pszczoła daleko im bardzo. A nie są to szczególnie bystre stworzenia. Prawdę mówiąc to myślą one głównie układem limbycznym, czyli tym, co odpowiada za poruszanie się. Intelekt u nich polega na działaniu bodziec-reakcja. Zwierzęta te nie mają np. pamięci.

Niemniej jednak to wystarcza, by zastąpić pracę wielu ludzi. Ocenia się, że każdy robot likwiduje 6 miejsc pracy.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Dziś będzie na nieco inny temat. Coraz więcej osób z mojego otoczenia zaczyna spędzać czas na świeżym powietrzu, chodząc to tu to tam po ścieżkach turystycznych. Można powiedzieć, że robi się to wręcz modne. Do tego typu aktywności niezbędny jest jednak aparat fotograficzny. Dziś zajmiemy się więc tematem: jaki aparat wybrać dla początkującego i niezbyt zaawansowanego, na początek wiedźmińskiej przygody?

Ludzie pytają się mnie o to, bo ponoć się znam. Ja nie przypominam sobie, żebym coś takiego mówił, ale: zasadniczo istnieją trzy typy aparatów fotograficznych. Są to:

Lustrzanki:

Lustrzanki z racji swojej budowy wykonują najlepsze zdjęcia, w efekcie czego wielu fotografów nie potrafi sobie wyobrazić pracy z czymkolwiek, co lustrzanką nie jest. Faktycznie jeszcze kilka lat temu różnice w jakości zdjęć wykonywanych aparatem kompaktowym, a lustrzankom były kolosalne. Obecnie jednak różnice miedzy niezłym zdjęciem z kompaktu czy nawet telefonu, a lustrzanki nie są już tak duże, choć różnice między bardzo dobrym zdjęciem wykonanym za pomocą lustrzanki, a kompaktu są już dostrzegalne na pierwszy rzut oka. W skrócie: wykonanie bardzo dobrego zdjęcia za pomocą kompaktu może okazać się trudne lub wręcz fizycznie niemożliwe.

Wynika to z konstrukcji aparatów. Lustrzanki składają się bowiem z dwóch elementów: aparatu właściwego, który dalej będę nazywał „korpusem” oraz wymiennego obiektywu. Zwykle w zestawie jest jakiś, podstawowy obiektyw, który niestety zazwyczaj właściwościami przypomina obiektyw aparatu kompaktowego. Prócz niego można kupować dodatkowe obiektywy o rożnych właściwościach oraz nakładane nań filtry. Z racji posiadania wbudowanego obiektywu aparaty kompaktowe nie posiadają takiej możliwości (na niektóre modele można jednak nakładać filtry, ale też nie jest to regułą).

Lustrzanki maja też dużo większe możliwości manipulacji obrazem poprzez liczne, lepsze opcje kadrowania, manipulacji szybkością pracy przesłony, długością naświetlania, głębią ostrość etc. czego większość kompaktów nie posiada. Na kompakcie zwykle zdani jesteśmy na tryb autofocus.

Z drugiej strony lustrzanki są dużo bardziej skomplikowane w obsłudze i co nie jest bez znaczenia: cięższe od kompaktów. A kiedy przejdziecie wam przemaszerować 20-30 kilometrów czuć będziecie każdy gram.

Do czego się nadają?

Zasadniczo, przy odpowiednim zestawie obiektywów lustrzanki nadają się do wszystkiego. Szczególnie predysponowane są jednak do:

- fotografii krajobrazowej i fotografii wnętrz: zarówno dobre zdjęcia wnętrz jak i krajobrazów są bardzo trudne do osiągnięcia zarówno za pomocą aparatów kompaktowych jak i telefonów komórkowych. Wynika to z tego, że stworzenie obiektywu, który pozwalałby zarówno na duże przybliżenie obiektu jak i szeroki kont postrzegania jest niemożliwe (tryby panoramy natomiast mają swoje ograniczenia). W efekcie więc większość kompaktowych aparatów ma węższe od nas pole postrzegania. Rezultat jest prosty do przewidzenia: ani fotografii wnętrz, ani krajobrazu nie da się za ich pomocą dobrze zrobić, bowiem po prostu wyglądają one inaczej niż w rzeczywistości. Co innego lustrzanka z obiektywem szerokokątnym.

- fotografii makro bez płoszenia obiektu: fotografia makro to zdjęcia małych obiektów jak owady, krople wody, etc. Teoretycznie jest wykonalna nawet za pomocą zwykłego kompaktu, warunkiem jest położenie aparatu zaraz obok naszego celu. Co niestety często kończy się to jego wypłoszeniem. Obiektywy makro pozwalają nie tylko na fotografowanie z większej odległości, ale też dużo bardziej szczegółowo.

- fotografii ujęć dynamicznych: przy czym należy zauważyć jedno: nie każda lustrzanka będzie robiła dobre fotografie dynamiczne (aczkolwiek we współczesnych czasach znalezienie takiej, która będzie to potrafiła nie jest trudne). Celem wykonywania dobrych zdjęć dynamicznych, takich, jak jadące samochody, lecące paki, fotografia sportowa etc. potrzebny jest jasny obiektyw, aparat z szybko pracującą przesłoną oraz bardzo szybko rejestrujący zdjęcia. Coś takiego łatwiej będzie znaleźć wśród lustrzanek.

- fotografii kulinarnej: wynika to z tego, ze fotografia kulinarna jest po prostu bardzo trudna. Fotografujemy małe obiekty, często o rożnych, nieciekawych właściwościach (same z siebie niezbyt ładne, bardzo szczegółowe, lub bardzo jednorodne, często też odbijające światło). Wymaga wyspecjalizowanych narzędzi, których zwykłym kompaktom zwyczajnie brakuje.

Do czego się nie nadają?

Zasadniczo lustrzanki nie nadają się dla nikogo, kto chce fotografować tanio, a dobrze. Przy czym mówię tu „tanio” dla ludzi normalnych, takich jak ja, a nie np. lekarzy z prywatną praktyką i czterema gabinetami. Ogólnie rzecz biorąc w wypadku lustrzanek opcja „tanio” nie istnieje. Jest tylko drogo i dobrze, drogo i bardzo dobrze oraz drogo i genialne.

Oraz oczywiście bardzo drogo i bardzo niedobrze, co w wypadku osób o niewielkim doświadczeniu i wiedzy będzie najprawdopodobniejszym scenariuszem. W skrócie: aparat lustrzany z niskiej półki będzie kosztował zwykle tyle, co kompakt z najwyższej. Warto o tym napisać, gdyż nagminnie widuje ludzi z aparatami wartymi po 10 tysięcy, którzy nie potrafią nawet wyłączyć w nim lampy błyskowej lub nastawić ostrości.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Ostatnimi czasy, to jest od jakichś 10 lat anime dręczy plaga. Nazywa się słodkie dziewczynki (często z kocimi uszkami) robiące słodkie rzeczy (na ten przykład: kawę). Większość tego typu produkcji jest (przynajmniej dla mnie) do tego stopnia niestrawna, że już lepiej wyjść na dwór, pooddychać poliaminami. Zastanawiało od dłuższego czasu, jakiego typu osoby oglądają tego typu anime, bo odpowiedz „Japończycy” mnie nie zadowala. Przecież tam też mieszkają ludzie. Oraz dlaczego wyparły one serie przygodowe i normalne, zdrowe komedie romantyczne.

I dzięki wywiadowi z panią doktor Moniką Ksieniewicz na temat współczesnych, japońskich kobiet już chyba wiem.

Kilka slow o tym, kim jest Mio:

Mio Akiyama jest jedną z bohaterek choroby zwanej K-On!, która to choroba dotknęła anime już jakiś czas temu, bo w roku 2007. Przez wielu data ta uważana jest za symboliczną, bowiem wyznaczającą początek ery moe. Moe, które ongiś występowały głównie w ekranizacjach gier hentai rozpełzły się podówczas też po normalnych seriach. Dziś dojrzałego anime niemal nie uświadczysz.

K-On opowiada o perypetiach szkolnego klubu muzycznego. Klub ten z braku członków upada, jednak pewnego dnia trafia tam energiczna dziewczyna, która postanawia go rozkręcić W tym celu ona oraz przyciągane przez jej (pożal się Boże) osobowość inne dziewczyny jedzą ciastka, kupują żółwia morskiego, jedzą ciastka, kupują gitary, jedzą ciastka, kupują gitary w innym kolorze, jedzą ciastka, biegną do szkoły w deszczu, tak, żeby nie zmoknąć, jedzą ciastka, udają sie na zakupy do galerii handlowej, jedzą ciastka, w markecie podziwiają sukienki i (koniec końców) jedzą ciastka.

W dalszych częściach na Japonię spada klęska humanitarna, w efekcie czego ciastka się kończą, dziewczęta wyjeżdżają wiec do Londynu, by tam konsumować. W trakcie wyprawy jednej z nich zdarza się opalić.

Problemem serii z mojego punktu widzenia jest brak w zasadzie wszystkiego. Intrygi nie ma, akcji nie ma, fabułę streściłem. Brakuje też czegokolwiek innego, choćby poczucia humoru, albo nawet erotyzmu. Po prostu widzimy grupkę dziewcząt, która robi coś słodkiego, jest uśmiechnięta i wiedzie jakiś dialog w rodzaju

- „Ja mam dwa ciastka, a ty tylko jedno, czy ci nie kupić drugiego”.

- „Tak, rzeczywiście chętna byłabym też posiadać dwa ciastka”

- „Dobrze wiec kupie ci drugie ciastko i wówczas będziesz szczęśliwa, a ja też będę szczęśliwa twoim szczęściem”

- „Zaprawdę faktycznie będę szczęśliwa, ale tylko pod warunkiem, że drugie ciastko będzie z truskawką, ale bez czekolady”

- „Ajajaj! Cukiernik-san twierdzi, że ciastka z truskawkami się skończyły, ale zamiast tego nabyłam z kremem!”

- „Aczkolwiek krem to nie to samo, co truskawka, jednak teraz mam dwa ciastka i faktycznie jestem szczęśliwa”

Najbardziej rozlazła z tych bab jest właśnie tytułowa Mio.

I to nie jest seria adresowana do grupy wiekowej 6-9.

 

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Chmury obliczeniowe to technologia, która przerzuca cały ciężar usługi z jej nabywca na serwer, umożliwiając korzystanie z niej niezależnie od tego, czy mamy dostęp do własnego komputera, czy nie. Wystarczy mieć tylko dostęp do netu, pamiętać swój login i konto. Wszyscy doskonale znamy je z takich usług, jak Steam, GoG, Netflix czy Dokumenty Google. Z jednej strony znacząco zwiększa to bezpieczeństwo naszych danych, przyśpiesza i ułatwia pracę. Z drugiej strony…

Zastanawiał się ktoś, co się stanie, jeśli usługi te nagle znikną?

Na przykład dlatego, że provider zbankrutuje?

Upadek chmur obliczeniowych to dość częsty temat na blogach technologicznych (zwłaszcza Antyweb chętnie o tym pisze). Odpowiedź na nie jest bardzo prosta:

Nasze zasoby również znikną

Myślę, że oczywistym jest, że nie należy pytać, „czy chmury znikną”, ale raczej „kiedy znikną” oraz w jak gwałtownych okolicznościach będzie się to odbywało. Bo powiedzmy sobie szczerze: technologia to technologia. Kiedyś wyjdzie z użycia, zmniejszy się na nią zapotrzebowanie lub w najlepszym razie zastąpiona zostanie przez coś lepszego.

Myślę, że niestety najprawdopodobniejszym scenariuszem w takim układzie będzie permanentna utrata danych, jakie przechowujemy w naszych zbiorach.

W zasadzie możliwa jest ona do uniknięcia tylko w trzech sytuacjach:

  • jeśli upadający provider zostanie wykupiony przez jakąś firmę zewnętrzną, która zechce kontynuować jego dzieło.

  • Jeśli pozwoli on na pobranie danych, do których mieliśmy dostęp (a nam zechce się je archiwizować).

  • Jeśli usługa zostanie zastąpiona przez inną, nowocześniejszą, która zachowa wsteczną kompatybilność z tym, z czego korzystaliśmy.

Jeśli żadna z tych sytuacji nie będzie miała miejsca, to niestety: nasze zbiory znikną.

I to tak, jakby ich nigdy nie było:

Co więcej będzie to permanentna utrata, która kosztować nas będzie znaczną część danych zmagazynowanych także na różnego rodzaju nośnikach. Wynika to z prostego faktu, że obecnie kupując grę czy program użytkowy często nie nabywamy jej kopii na płycie, tylko jakiś klient Steama albo podobnego sklepu, ważący kilka megabajtów, służący do tego, żeby dany program pobrać z netu.

Nawiasem mówiąc jest to irytujące. Wkładasz płytkę do napędu, masz nadzieję, że zaraz sobie pograsz, a tu przed tobą pół dnia pobierania.

Jeśli chmury znikną, to tego typu nośniki będą mieć wartość wyłącznie sentymentalną.

 

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

 Velahrn podpowiedział mi bardzo ciekawy temat: życie z hobby. Czy da się to zrobić? Czy możliwy jest sukces? Czy w ogóle to może się udać? Oraz jakie przynosi to dochody?

Historie klęski:

Osobiście jestem pewien, że ze swojej pasji można czerpać całkiem niezłe dochody, a w niektórych przypadkach może ono stanowić (pośrednio lub bezpośrednio) główne ich źródło. Powiedziałbym, że człowiek wręcz powinien postępować tak, żeby swoją pasję przekuć właśnie w sposób zdobywania pieniędzy.

Niemniej jednak tradycja tego typu tekstów nakazuje, by rozpocząć je od jakiejś historii sukcesu, która zachęci czytelników do dalszych wysiłków. Nie będę jej kontynuował. Większość ludzi ponosi bowiem klęskę. Powody są rożne: najczęściej porażka wynika z prostego faktu, że osoby takie nie szukają pracy, tylko bezpiecznej, leniwej przystani, gdzie nie będą musiały pracować i użerać się z innymi, nieodmiennie złymi ludźmi, a zamiast tego będą mogły leniwie i komfortowo pędzić życie wśród kwiatków, motylków i wiecznej wiosny.

Faktycznie należy przygotować się raczej do pracy jak na dwa albo trzy etaty, w tym jeden – przynajmniej przez kilka lat – praktycznie za darmo. Oraz na szereg, bardzo stresujących sytuacji.

Po pierwsze: jeśli źle znosisz krytykę, to raczej nie odniesiesz sukcesu. Podobnie jeśli przejmujesz się niepowodzeniami. Jeśli będziesz przejmował się tym, że twoje prace zbierają negatywne oceny, to raczej nie jest to zajęcie dla ciebie. Podobnie jeśli będziesz przejmował się każdym odrzuceniem pracy. Z własnego doświadczenia wiem, że w większości przypadków 40 procentowy poziom akceptacji jest dobrym wynikiem.

Będą się zdarzać sytuacje, gdy wyślesz 1.000 prac, a przyjęte zostaną 3. Będą się zdarzać sytuacje, gdy usłyszysz od osoby kwalifikującej prace, że „To najlepsza pozycja, jaką miała w ręku od kilku lat. Jest pewna jej sukcesu. Niestety, nie mogą jej przyjąć, bo akurat ponieśli klęskę na innym polu i chwilowo nie stać ich na Twoją propozycję więc życzą szczęścia u konkurencji”.

Będzie tak, że będziesz tracić czas i okazje tylko dlatego, że ktoś inny coś spierniczy.

Po drugie: jeśli słuchasz krytyków, w szczególności w sieci, to najpewniej nie odniesiesz sukcesu. Większość ludzi po prostu nie wie, o czym mówi. Z innej strony: możesz być po prostu nienormalny, a twoje dzieło może faktycznie być tak kalekie, jak mówią o nim inni.

Po trzecie: aby prace zaczęły przynosić rezultaty należy poświecić im bardzo dużo czasu. Przygotuj się mentalnie na projekty, które będą trwały rok, nim w ogóle osiągną taki poziom, by pokazać je ludziom.

Po czwarte: przygotuj się, że nagroda (a przynajmniej ich pierwsze dziesięć) Cię rozczaruje. Przykładowo: jedyna moja komercyjna praca, która nie osiągnęła poziomu ocen rzędu 9-10/10 jest „Gambit mocy”. Żadna nie osiągnęła jednak poziomu sprzedaży adekwatnego do poziomu ocen. Wychodzi na to, ze 10/10 to zwyczajnie za mało.

W większości przypadków kluczem do sukcesu jest wytrwałość. Przygotuj się mentalnie na to, że wytrwały będziesz musiał być przez 10 czy 20 lat.

Po piąte: należy pogodzić się z prostą prawdą. Na świecie są rzeczy przyjemne i nieprzyjemne. Ludzie pobierając pieniądze za to, że pozwalają innym ludziom robić rzeczy przyjemne i płacą im nimi, żeby ci robili za nich rzeczy nieprzyjemne. Tak samo działa to na rynku hobbystycznym.

Zawód = pasja:

Istnieją jednak sposoby na to, by komercyjnie zajmować się swoim hobby. Pierwszym z nich jest znalezienie pracy zgodnej ze swoją pasją, talentami i zainteresowaniami. Jest to całkiem możliwe, choć w dużej mierze zależy od tego, jakie masz pasje, talenty i zainteresowania. Powiedziałbym wręcz, że większość ludzi, odnoszących sukcesy w swoich zawodach, w tym tych, wymagających najwyższych kwalifikacji jest jednocześnie absolutnymi nerdami swojej dziedziny. Nie wyobrażam sobie, jak w innym wypadku mieliby siły, by raz odnieść sukces, dwa wkładać całego siebie w pracę, a trzy stale podnosić kwalifikacje na ciągle zmieniającym się rynku. Osoby, które nie maja serca do swojej dziedziny lub leniwe zwykle kończą na jakichś podrzędnych stanowiskach..

Z mojej osobistej obserwacji wynika, że poza najbardziej poszukiwanymi na rynku zawodami jak lekarze, zgodnie ze swoim kierunkiem edukacji pracuje miedzy 10 a 25 procentami absolwentów. Przy czym, niezależnie od kierunku od 50 do 80 procent absolwentów zwyczajnie nie nadaje się na studia, które podjęło i raczej jej w zawodzie nie znajduje, bo nie ma ku temu odpowiednich kompetencji.

Podejmując studia niezgodnie z zainteresowaniami lub po prostu z przymusu mamy ogromna szanse, ze znajdziesz się w tej 50 do 80 procentowej grupie, która zwyczajnie się nie nadawała.

W wypadku najbardziej poszukiwanych zawodowa też tak to działa, choć konsekwencje nie są tak drastyczne. Pasjonaci zostają informatykami w Google, ludzie którzy poszli na informatykę z przymusu: uczą jej w szkołach lub instalują Windowsy. Lekarze z pasją koczą kardiochirurgię. Ci, którzy jej nie mieli zostają sprzedawcami leków, gdzie zarobki są mniejsze, niż na kasie w Lidlu, a poziom uciążliwości pracy podobny.

Oczywiście to, że jesteś pasjonatem nie oznacza, że nie skończysz na podrzędnym stanowisku. Jednak istnieje różnica między szansami na sukces z przedziału 50 procent, a tych z przedziału 10-25 procent.

Zawód = koszmar:

Z drugiej strony wymarzona praca nie zawsze okazuje się taka wymarzona. Pomijając fakt, że wiedza, doświadczenie, talent czy nawet znajomości nie zawsze ukazują sie kluczowe, w odróżnieniu od zwykłego szczęścia zauważyć trzeba, że wiele zawodów po prostu polega na czymś innym, niż mogłoby się wydawać. Przykładowo: znaczny odsetek osób z mojego otoczenia, które probowaly kariery naukowej lub akademickiej odpadła z tego zawodu nie z powodu braku zdolności, pasji etc. tylko dlatego, ze prace naukowa prowadzili w zasadzie w domach, hobbystycznie. 90 procent czasu na etacie natomiast poświęcali na pisanie podań o granty. A nie tego chcieli od życia.

Podobnie ja nie jestem już dziennikarzem, gdyż dziennikarstwem zajmowałem się głownie w domu. Mój normalny dzień pracy wyglądał bowiem tak: zebranie redakcyjne (2,5 godziny), opowiadamy o tym, co zamierzamy dziś zrobić. Przerwa śniadaniowa. Zebranie redakcyjne (2 godziny): opowiadamy o tym, co powinniśmy właśnie robić. Przerw obiadowa. Zebranie redakcyjne (2,5 godziny): tłumaczymy się, dlaczego znowu nie wykonaliśmy żadnej pracy.

Raz kolega się wściekł i powiedział co o tym myśli. To naczelny zwolnił go dyscyplinarnie, bo „podważa jego autorytet”.

Czasem zebrania trwały tak długo, że trzeba było rezygnować z innych zebrań.

A potem ludzie tworzą teorie spiskowe na temat tego, czemu Agora bankrutuje.

Pracoholizm: choroba zawodowa:

Należy zauważyć jeszcze jedno: osoby, które wykonują prace będącą ich pasją najczęściej prędzej czy później popadają w pracoholizm. To jedna z rzeczy, które część mojego otoczenia nie rozumie. Dla tego typu ludzi każdy dzień w pracy jest po prostu wakacjami (jeśli nie liczyć zebrań, życia biura i tym podobnych przerywników). To przerwy w niej są dyskomfortem, podobnie jak powroty do domu. W okolicznościach takich człowiek musi zajmować się jakimiś, zupełnie trywialnymi rzeczami, zamiast rozwiązywać fascynujący problem.

Zjawisko to jest powodem z którego wiele osób zrezygnowany ze swoich, wcześniejszych hobby.

Ale pytanie brzmi: czy da się zarabiać na swoim hobby, jeśli nie jest ono jednocześnie pracą na etacie, wynikająca z wykształcenia?

Blogi i vlogi:

Pierwszym i obecnie najmodniejszym sposobem na zarabianie na własnej pasji jest prowadzenie dochodowego bloga lub vloga. Niedawno materiał na ten temat nakręcił Kopyra, pozwolę sobie go wkleić.

 

Ze swojej strony dodam, że swego czasu zajmowałem się reklamami na stronie mającej 2 miliony wyświetleń. Udawało nam się na niej zarabiać 50 dolarów miesięcznie. Niemniej jednak było to prawie 10 lat temu, od tego okresu bardzo dużo się w Intrnecie zmieniło. Marne skutki tych działań w dużej mierze wynikały też niestety z naszej winy, w szczególności w skutek ze sprzecznych komunikatów wysyłanych przez redakcję i jej momentami histerycznego zachowania (O Jezu! Na stronie będą reklamy! Będą wyskakiwać okienka! A w okienkach będzie porno! I będzie grało i śpiewało!) przez które jakakolwiek merytoryczna dyskusja nie była możliwa. Ile pieniędzy mógłby zarabiać zgrany zespól lub dobry bloger nie wiem.

Niemniej jednak 50 dolarów miesięcznie, dla pojedynczego blogera w polskich realiach mogłoby stanowić całkiem zacny zastrzyk dodatkowej gotówki , zwłaszcza, że w skali rocznej to około 2400 złotych.

Minusem tej sytuacji jest fakt, że doprowadzenie bloga do stanu, w którym w w ogóle jest w stanie generować dochody to (przy dobrych wiatrach) minimum 2-3 lata pracy.

Warto zrozumieć też jedno: w Internecie zarabia się grosze. Rzecz w tym, ze niektórzy zarabiają kilka groszy, inni kilkadziesiąt, jeszcze jedni zarabiają ich setki, tysiące lub miliony.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Kwiecień dla mnie był nadspodziewanie dobrym miesiącem czytelniczym, choć ogólnie było średnio. Takie wrażenie wynikło z tego, że zasadniczo nie spodziewałem się przeczytać nadmiernie wielu książek w tym czasie.

Spowodowane to było blokadą jakiej na czytanie doznałem po zakończonej lekturze „Lenn i wasali”. Blokadzie, którą na szczęście szybko udało się przełamać.

Kawaleria kosmosu

Ocena: 7/10

Sławna, czy też może raczej: niesławna powieść Heinleina oraz jedna z książek, które zrodziły nurt military fiction.

„Kawaleria” pisana jest z perspektywy Juana „Johnnego” Ricko, młodego rekruta, potem żołnierza, podoficera i koniec końców oficera ziemskich sił zbrojnych w trakcie międzygwniezdnej wojny, jaką ludzkość toczy z insektoidalnymi obcymi. W międzyczasie autor snuje społeczno-filozoficzne rozważania na naturą cnót obywatelskich, wojny, powinności etc.

Mocną stroną książki są opisy służby wojskowej i walki. Co interesujące, zwłaszcza jak na tak starą pozycje (Heinlein napisał ją bowiem 1955 roku) powieść praktycznie się nie zestarzała. Jest to o tyle ciekawe, że opisywany przez niego trening wojskowy, używany sprzęt etc. musiały być już wówczas skrajnie awangardowe, a po dziś dzień budzą podziw dla jego wyobraźni. Zaryzykowałbym, że autor miał większe rozeznanie w temacie współczesnej technologii militarnej, niż większość żyjących obecnie pisarzy.

Wadą pozycji jest natomiast moim zdaniem główny bohater. Ricko jest postacią tak naprawdę mało charyzmatyczną, z którą trudno się identyfikować. Przeciwnie: sprawia wrażenie osobnika raczej płytkiego i dość głupiego, a na pewno gamoniowatego, pozbawionego głębszych przemyśleń.

Warto napisać też kilka słów o ideologii książki. Otóż: „Żołnierze kosmosu” są jedną z najbardziej kontrowersyjnych powieści science fiction, jakie kiedykolwiek zostały wydane, a autora oskarżano o rasizm, faszyzm i militaryzm.

O ile oskarżenia o ten pierwszy z całą pewnością są nietrafione i oparte wyłącznie o grę słów, tak także myśli faszystowskiej tak naprawdę w książce nie widać. Rozumiem, co denerwuje w niej osoby o lewicowych poglądach, bo autor faktycznie bardzo mocno skrytykował w powieści ich poglądy. Jednak sam idei faszystowskich nie głosi. Ba! Gdyby pisał w kraju faszystowskim, to za „Żołnierzy kosmosu” pewnie trafiłby co najmniej do więzienia. Natomiast książka z całą pewnością jest silnie militarystyczna. Mam też poważne wątpliwości, czy wymyślony przez Heinleina system by faktycznie działał. Prawdopodobnie skończyłby jak każda inna oligarchia.

Drobna przysługa

Ocena: 7/10

Akta Dresdena, tom niepotrzebny – tak w zasadzie można byłoby streścić tą książkę.

Otrzymujemy do naszych rąk 10 już tom przygód maga-detektywa z Chicago. Tom, który tak naprawdę mógłby nie istnieć, gdyż w żaden sposób nie popycha do przodu fabuły ani nie rozwija postaci, a w szczególności głównego bohatera. Bohaterowie więc jeżdżą, strzelają, walczą z kilkoma różnymi rodzajami potworów o odmiennej proweniencji. Wszystko niby jest w porządku, ale w zasadzie nic z tego nie wynika. Ich sukcesy natomiast ostatecznie zostają zaprzepaszczone przez spryt nieprzyjaciół.

Wygląda to trochę tak, jakby Butcher nie miał pomysłu na ten tom.

Wicked bronze ambition:

Ocena: 8/10

Czternasty i ostatni wydany (oraz napisany) tom Akt Garretta. Wiele dziesięcioleci temu w mieście Tun Faire odbywał się tak zwany Turniej Mieczy, w trakcie którego magicznie uzdolnione dzieci zabijały się, by zwycięzca rozgrywek mógł przejąć ich moce. Ostatnie jego wydanie zostało jednak sabotowane przez uczestników, a organizatorzy wycięci w pień. Niestety w czasach dzisiejszych turniej został uruchomiony ponownie. Uczestnicy, obecnie będący już emerytowanymi dziadkami zwracają się do Garretta, by pomógł im chronić życia wnuków…

O ile osobiście uważam Akta Garretta za słabszy cykl niż Akta Dresdena, to ten tom znacznie bardziej przypadł mi do gustu. Po pierwsze: Glen Cook odchodzi od komediowej atmosfery rodem z Pratchetta, której to oddawał się od kilku poprzednich książek. Zamiast tego wraca do mroczniejszych tematów z początków cyklu.

Po drugie: o ile Cook ma jednak gorszy warsztat niż Butcher, tak Garrett jest postacią dużo lepiej rozwijaną, niż Dresden. Bohaterowie obydwu powieści są dość podobni: są w podobnym wieku (Garrett w „Ambicjach” jest prawdopodobnie po czterdziestce, Dresden w „Drobnej przysłudze” jej powoli dobiega), trudnią się podobnymi zawodami w podobnych okolicznościach, to Dresden w zasadzie się nie rozwija, mimo że wszystkie inne postacie w tym uniwersum rozwój przechodzą. W efekcie nasz mag pozostaje osobnikiem mało szanowanym, niedojrzałym abnegatem klepiącym biedę w dużej mierze z własnej winy: bo tylko narzeka i przepuszcza mijające go okazje. Źle, oj źle to się dla niego skończy.

Garrett już po pierwszej powieści kupił dom, potem wynajął służącego, z czasem jego usługi zaczęły polecać sobie coraz bardziej wpływowe osoby, dzięki czemu został specem od bezpieczeństwa w największej w mieście sieci browarów. Miał ofertę stałej pracy od lokalnego szefa mafii (Dresden też taką otrzymał), od lokalnej policji (Dresden był konsultantem, ale koniec końców ją stracił), od kontrwywiadu i to ust kogoś, kto w zasadzie był premierem kraju. Wszystkie trzy odrzucił, bo za bardzo lubił swoją pracę. Koniec końców, wraz z szefem wzmiankowanego browaru oraz szefem manufaktury szewskiej został współudziałowcem dużej fabryki, a z byłym skrytobójcą Morleyem Dotesem: sieci modnych restauracji. Wżenił się w zamożny ród czarnoksiężników, szefuje agencji detektywistycznej współpracującej z kilkunastoma świetnymi specjalistami oraz licznymi pracownikami tymczasowymi...

O sztuce kulinarnej ksiąg dziesięć:

Ocena: 8/10

Apicjusz był żyjącym około 50 roku przed naszą erą, rzymskim patrycjuszem oraz utracjuszem. Odziedziczywszy po swym ojcu majątek w wysokości 200 milionów sestercji, przetracił go na uczty, po czym, zorientowawszy się, że zostały mu już tylko resztki miał popełnić samobójstwo. Zanim jednak się zabił napisał książkę.

Tak się składa, że książka ta jest jedynym (aczkolwiek kilka przepisów pojawia się też w zachowanych pracach o agronomii) zabytkiem starożytnego, bardzo ongiś rozwiniętego piśmiennictwa kulinarnego (znamy nazwiska nieco ponad 750 imion autorów książek kucharskich, jednak żadna z ich prac się nie zachowała). Apicjusz jakim dysponujemy prawdopodobnie jest jakąś późną wersją dzieła, bowiem zawiera przepisy sygnowane nazwiskami osób, które żyły po śmierci autora.

Ogólnie rzecz biorąc mamy tu do czynienia z wydaniem źródła. Tak więc książka składa się z dwóch części: strony parzyste zajmuje łaciński oryginał, nieparzyste: jego tłumaczenie i przypisy. Wydanie jest straszne. Nie przypomina książki wypuszczonej na rynek relatywnie niedawno (tzn. w 2012 roku), pod względem edytorskim przypomina te kilka książek pochodzących z wydawnictw podziemnych, jakie mam w swojej kolekcji.

Jeśli natomiast chodzi o treść to jest to lektura bardzo ciekawa i pouczająca, w szczególności dla historyków-amatorów i rekonstruktorów.

Od Abydos do Akcjum: wojny morskie w czasach hellenistycznych:

Ocena: 7/10

O wojnach morskich toczonych w starożytności mam niewielkie pojęcie. Miałem więc nadzieję, że książka ta poszerzy moją wiedzę w tym temacie i do pewnego stopnia tak się stało. Dowiedziałem się z niej bowiem, że wojny morskie miały w tym okresie głównie znaczenie pomocnicze w stosunku do walk toczonych na lądzie. Tzn. głównym celem działań na morzu były: blokady portów i oblężonych miast, transport żołnierzy, sprzętu i prowiantu do wojska, odcięcie przeciwników od możliwości rekrutowania najemników z Hellady i Wielkiej Grecji oraz odcięcia Egiptu i / lub Rodos od dostaw drewna, które pomogłyby im zbudować flotę.

Dowiadujemy się też całkiem sporo o statkach używanych w tym okresie i ich budowie, choć moim zdaniem brakuje trochę wykresów i grafik, które pomogłyby zrozumieć o czym pisze autor.

Przyczepić się należy też do warstwy edytorskiej, w szczególności zaś korekty, którą robiono chyba maszynowo (tzn. w Microsoft Wordzie), książka jest bowiem pełna typowych dla tego edytora błędów, w rodzaju podstawień jednego „poprawnego” wyrazu w miejsce drugiego, zupełnie nie pasującego do kontekstu (typu „po”, „bo”, „może”, „noże” etc.) dodanych zapewne przez autokorektę.

W ostatecznym rozrachunku książka niestety dość nudna, nawet jak na opracowanie historyczne. Połowę treści da się streścić do „bili się głównie na lądzie, przy okazji trochę pływali po morzu”.

 

Post drugi raz przeczytać można na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Jakiś czas temu Velahrn zaproponował napisanie tekstu o życiu ze swojego hobby. Postanowiłem pociągnąć temat, zaczynając od studiów w kierunku, który się lubi, a potem przejść do innych dziedzin. Niemniej jednak pierwszy punkt rozrósł się tak bardzo, że postanowiłem wpis rozbić na dwie części.

Pierwsza będzie traktowała o studiowaniu tego, co nas interesuje oraz o micie humanisty.

Otóż: jak powszechnie wiadomo studiowanie na kierunkach humanistycznych, jak stosunki międzynarodowe, archeologia, historia i historia sztuki, filozofia, wszelkiej maści filologie, dziennikarstwo, europeistyka, pedagogika etc. jest pewną drogą do bezrobocia.

Ile w tym jest prawdy?

Nie tylko humaniści:

Otóż: prawdy jest w tym wiele. We współczesnych czasach dyplom ukończenia szkoły wyższej nie gwarantuje ani zatrudnienia, ani też dobrej płacy. Zjawisko to dotyczy jednak nie tylko humanistów, ale też i absolwentów innych kierunków. Osobiście znam informatyka, który pracuje na kasie w supermarkecie, inżyniera lotnictwa, który jest nocnym stróżem, weterynarza, który pracuje w ZOO jako czyściciel wybiegów. Także znaczna cześć lekarzy zatrudniona jest w przychodniach zdrowia, jako lekarze pierwszego kontaktu, za pieniądze niższe, niż dostaje kasjerka w Biedronce czy Lidlu.

Przykra prawda o studentach:

Sytuacja taka wynika z kilku czynników. Pierwszym jest jakość materiału, który udaje się na studia. Bo powiedzmy sobie szczerze: „jaki człowiek, taki doktorat”. Niestety, należy stwierdzić to uczciwie: niezależnie od uczelni i kierunku około 50 procent absolwentów nie nadaje się do studiowanych przez siebie zagadnień (w wypadku obecnych uczelni humanistycznych powiedziałbym, ze jest to 80 procent, pogląd ten uzasadnię w punkcie o Pacanówce). Tak było zawsze i tak zawsze niestety będzie.

W dawnych czasach znaczna cześć studentów szła na uniwersytet, ponieważ uciekała przed wojskiem. Obecnie znaczna cześć idzie, bo rodzice każą, bo „będziesz pierwszym w naszej rodzinie bez dyplomu”, dlatego, że są przekonani, że tym sposobem zagwarantują sobie prace, dlatego, że ich pracodawcy chcą zaoszczędzić na opłatach, gdyż zatrudniając studenta mają ulgi. Wielu też idzie na studia dlatego, że nie mają pomysłu na życie.

Zawsze też na mniej prestiżowych kierunkach było wielu „spadochroniarzy”. Na kierunkach humanistycznych: ludzi, którzy nie dostali się na prawo. Na biologii: niedoszłych lekarzy. Na matematyce: informatyków. Na kierunkach artystycznych: nieudanych architektów.

Czasem przynosi to skutki zupełnie niezgodne z duchem danego kierunku. Przykładem jest psychologia, która przyciąga ludzi z nierozwiązanymi problemami.

Na kierunkach elitarnych, jak prawo, informatyka, farmacja, architektura, medycyna etc. z drugiej strony pełno jest dzieci bogatych rodziców, których tatuś i mamusia wepchnęli na studia, nierzadko mobilizując wszelkie zasoby i lejąc dzieciaka pasem, żeby tylko się dało. Ludzie tacy często nie mają serca do swojego kierunku lub też brakuje im odpowiedniej postawy psycho-intelektualnej, by mieć szanse się w swojej dziedzinie sprawdzić. Często wiec koniec końców trafiają na podrzędne stanowiska typu „kasjer w aptece kolegi tatusia”.

Prawda jest natomiast taka, że nikt nie chce ludzi z dyplomem, za to poszukuje ludzi z umiejętnościami. Których to osobnik, zainteresowany wyłącznie tym, by pięc lat pić na koszt rodziców raczej posiadać nie będzie.

Istnieją mniej i bardziej poszukiwane kierunki:

Po drugie: faktycznie kierunki humanistyczne nie należą do najbardziej rozchwytywanych. Problem w tym, że nie są one jedyne. Istnieje bardzo dużo innych, których absolwenci mają trudności ze znalezieniem pracy w zawodzie. Do tej kategorii zaliczyć można między innymi wszystkie kierunki artystyczne, wszystkie nauki przyrodnicze i o Ziemi, jak biologia, chemia, fizyka, geografia, geologia, astronomia etc. oraz znaczną cześć kierunków ekonomicznych, matematycznych i rolniczych.

Tak sam jest tez ze studentami AWF oraz mojej ulubionej turystyki.

Mimo buty ich adeptów problem dotyczy też kierunków inżynieryjnych, w szczególności takich jak metalurgia, górnictwo, informatyka w specjalizacji nauczycielskiej, ceramika czy przysłowiowe niemal odlewnictwo zwane też niekiedy olewnictwem.

Dlaczego więc to humaniści stali się symboliczni?

Humanistę wyprodukować łatwo:

Ponieważ, w porównaniu z powyższymi kierunkami humanistę wyprodukować jest łatwo. I – co równie ważne – łatwo jest walić ściemę, że coś takiego się robi. Wiecie: artysta musi umieć rysować lub śpiewać. Matematyk: liczyć. Informatyk: włączyć komputer. Celem wyprodukowania profesjonalnego olewnika potrzeba zbudować piec odlewniczy. Humanista, przynajmniej w teorii powinien być oczytany. W praktyce wiele elementów jest subiektywne. Tak wiec humanistę może zapytać na egzaminie „Czy kojarzy pan nazwisko Adolf Hitler” z jednej strony, lub też „Proszę wyłożyć trzy teorie pochodzenia państwa polskiego”. A potem udawać zachwyt nad jego wiedzą.

Po drugie: humanistom wystarczy troch książek, które zwykle gdzie i tak w mieście są. Nie trzeba im urządzać żadnych pracowni komputerowych, basenów, hal sportowych, pieców odlewniczych... Są tani.

Nadprodukcja studentów:

Efektem jest nadprodukcja humanistów, w szczególności na kierunkach maksymalnie subiektywnych i nieprzydatnych jak stosunki międzynarodowe, kulturoznawstwo czy etnografia. Uczelnia wyższa wyspecjalizowana w tych dziedzinach działa np. w Ciemnogrodzie.

W Ciemnogrodzie działają też dwa licea, dwie zawodówki i dwa technika. W moich czasach w obydwu liceach było 8 oddziałów, a w zawodówkach i technikach 16. Pod zawodówkami też non stop stał radiowóz i karetka, bo ich uczniowie dźgali się czasem nożami. Dziś radiowóz stoi pod „elitarnym” ongiś liceum (karetka niet, bo pogotowie znajduje się 100 metrów od niego), które nadal ma 8 oddziałów. To mniej elitarne tez ma 8 oddziałów, jedno technikum zlikwidowali, zostały jeszcze dwie zawodówki, z których jedna przy życiu trzyma się wyłącznie dlatego, że jej dyrektorka jest kochanką burmistrza.

Jako, że ludzie w tym czasie nie zmądrzeli wniosek jest prosty: cale matołectwo idzie do liceów, a potem na studia. Oba licea zresztą mają oddziały „A”, gdzie uczęszczają sami potomkowie lekarzy i dyrektorów, „B” gdzie jak twierdzi mój byly wychowawca i obecnie dyrektor jednego z liceów „Idzie taka młodzież, jaka kiedyś do nas chodziła” i pozostałe 6, gdzie idą inni absolwenci.

Którzy idą potem na studia. Najczęściej do Ciemnogrodzkiej Uczelni Wyższej.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Lany poniedziałek 17 marca 2017. Samotny nerd błotny przemierza ulice wymarłego miasta fotografując magnolie. Dzień jest ciepły i pogodny, jak na standardy obecnej wiosny (w każdym razie: śniegu niet). Nerd błotny jest suchy i szczęśliwy. Jest na rowerze trzecia godzinę, a jeszcze nie widział człowieka z wiaderkiem. Jeśli dobrze się zastanowić to w ogóle nie widział ani jednego człowieka. Najpiękniejszy dzień ever.

Nerd błotny nie wie jeszcze, ze jutro pójdzie do pracy i będzie musiał słuchać lamentów po lanym poniedziałku.

Lany poniedziałek umarł:

Lany poniedziałek jest już chyba martwą tradycją, podobnie jak sobótka (choć akurat sobótka, w odróżnieniu od niego była fajna). Może gdzieniegdzie jeszcze ludzie się oblewają, pewnie w większości domów rodziny się lekko popsikają wodą z pistolecików, ale też bez większego zapału, bo jak przesadzą, to mama będzie krzyczała, ze zniszczą dywany... Albo naprawdę je zniszczą i będzie trzeba za nie płacić...

Niemniej jednak, jak mówiłem: w zeszły lany poniedziałek nie widziałem by ktokolwiek się oblewał. Wręcz przeciwnie: w ogóle nikogo nie widziałem. Ludzie siedzieli zamknięci w domach, miasto było jak wymarłe. Zresztą dziwić to nie powinno: powody, by siedzieć w domu były. Powodów, by z domu wychodzić: nie było żadnych.

Bo dzieci dziś siedzą tylko przed komputerami:

Autorytety, które zgromadziły się w naszym pokoju socjalnym uważają, że przyczyna smierci tradycji jest fakt, że dzieci dziś, zamiast biegać wolą siedzieć przed komputerem i telefonem.

Jeśli tak, to moim zdaniem telefonom i komputerom należy postawić pomnik.

Niemniej jednak może jest w tym trochę prawdy, ale myślę, ze niewiele.

Normalni ludzie siedza w domach:

Pierwsza rzecz jest taka, ze Lany Poniedziałek to cześć tradycji wielkanocnej. Wielkanoc jest świętem. A powiedzmy sobie szczerze: normalni ludzie w święta siedzą w domu, z rodziną i jedzą. Ewentualnie siedzą u rodziny i też jędzą. Względnie gdzieś pojechali, albo poszli do kościoła.

A nie biegają po mieście z wiaderkami.

Myślę, ze to jest jedna z dwóch, podstawowych przyczyn upadku lanych poniedziałków. A nie Internet. Ludzie mimo wszystko się nieco wzbogaci i nauczyli organizować sobie czas inaczej, niż na działalności chuligańskiej. Po drugie: od lat 90-tych jednak sporo się poprawiło. Bezrobocie u nas jest blisko 3 razy niższe, tak więc sytuacje typu „siedzimy w domu, ale nie mamy za co świętować, więc przynajmniej się wodą polejmy” się skończyły.

Wielkanocny terror:

Drugim powodem jest zła sława w jaką lany poniedziałek obrósł.

Nie wiem, jak u was, ale u nas tradycja ta wyglądała tak, że po mieście biegały bandy hołoty, rekrutujące się z blokersów, meneli i innych alkoholików oraz zwykle bandyterki, w rodzaju kiboli lokalnej drużyny piłki nożnej (której raz udało się wejść do 3 ligi, ale jej kibiców bało się całe Podkarpacie, podobnie jak kibiców rożnych Górników Zagórz i Mostostali Falejówka), rożnych drobnych złodziei i dealerów…

Formacje pomocnicze stanowili domowi alkoholicy w wieku 40-50 lat, którym żony od święta pozwoliły się napić wódki, pod warunkiem, że zrobią to poza domem.

Obecnie problem się rozwiązał: cześć z tych ludzi dorosła i teraz ma dzieci, cześć wyjechała. Ci, którzy nie dorośli i nie wyjechali albo siedzą w więzieniach, albo zapili się na śmierć. Ciemnogród stał się w ciągu kilku ostatnich lat dużo spokojniejszym, ale i mniej ludnym miasteczkiem (nieoficjalnie populacja spadła o ¼).

W każdym razie: ludzie ci grasowali w bandach, często po 10-15 osób, uzbrojeni co najmniej w wiadra, niekiedy węże ogrodnicze i tym podobne rzeczy. Napadali na każdego, kto im się trafił, czyli zwykle tych którzy nie mieli sił uciec. Najczęściej były to starsze babcie. Z braku ofiar często wylewano wodę na maski jadących samochodów, czatowano na przystankach autobusowych, przy bramie cmentarnej, na samym cmentarzu etc. Największym przegięciem była jednak chyba myjka ciśnieniowa, którą jakiś idiota ostawił przy wyjściu z kościoła.

Dziś ludzie po prostu o tym pamiętają i w lany poniedziałek nie wychodzą z domów.

Z braku ofiar tradycja straciła na atrakcyjności i umarła.

Ach, jakże mi szkoda!

 

Post drugi raz przeczytać można na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Świat bez ludzi:

Postapokalipsa, zagłada ludzkości, upadek cywilizacji i światy, które gwałtownie się wyludniły są stałym motywem fantastyki. Czy zastanawialiście się, jak wyglądałby świat, w którym ludzie nagle by znikli? I czy byłby on bezkresną pustynia, czy też raczej kwitnącym ogrodem, gdzie nic nie przeszkadzałoby roślinom i zwierzętom w szczęśliwym życiu?

Świat roślin:

Analizę zacznę od świata roślin, gdyż ten jest (relatywnie) przewidywalny. Dzieje się to dzięki zjawisku nazywanemu sukcesją ekologiczną, które jest całkiem nieźle przebadane. Dzięki niemu można powiedzieć, jak będzie wyglądał proces odbijania przez rośliny nowego-starego świata. Tak więc:

1-5 lat po zniknięciu człowieka:

Flora odejmie w posiadanie ziemię niemal natychmiast, nawet, jeśli będzie musiała przecierpieć wojnę atomowa i trwającą dziesięciolecia, nuklearną zimę. Stanie się tak dzięki zjawisku zwanemu „glebowym bankiem nasion” czyli zasobowi tych ostatnich znajdujących się w uśpieniu w ziemi. Nasiona są bardzo wytrzymałe, w wypadku niektórych gatunków są w stanie przeżyć nawet kilka tysiącleci, tak więc na pewno coś się uchowa.

Na obszarach rolnych ślady bytności człowieka widać będzie nie więcej, niż 2-3 lata. Już w drugim roku pola zachwaszczą się, a w trzecim pokryją się trawami, zmieniając się w łąki. Wyjątek stanowić będą sady, stanowiska krzewów i bylin ozdobnych. Z własnej obserwacji widzę, że te mogą przetrwać nawet i ponad 50 lat (znam wioski w Bieszczadach wysiedlone w latach 50-tych, gdzie nadal kwitną malwy i inne rośliny ozdobne), jednak stopniowo będą one spychane przez chwasty.

Wyjątek stanowić będą miasta (o których napiszę niżej) oraz inne silnie odmienione przez człowieka miejsca, w tym duże, zaawansowane gospodarstwa rolne. Wiele z nich jest tak zlane środkami chwastobójczymi, ze w zasadzie stanowią one chemiczną pustynię. Tam ludzkie uprawy pozostaną dłużej, jednak z czasem, wraz ze słabnięciem działania środków ochrony roślin i one pokryją się chwastami. Naturalne procesy mogą też doprowadzić do erozji i trwalej dewastacji tych obszarów.

W takiej sytuacji obszary te zostaną jednak po jakimś czasie skolonizowane przez tak zwane rośliny pionierskie i po jakimś czasie, być może liczonym w tysiącleciach ponownie pokryją się zielenią.

5-30 lat po zniknięciu człowieka:

Jednocześnie wraz z trawami na tym samym obszarze zaczną kiełkować też nasiona krzewów i drzew. Jeśli lokalne zasoby (wystarczająco gruba warstwa gleby i dostęp do wody, brak naturalnych pożarów) na to pozwolą, to ziemia pokryje się formacjami krzaczastymi. W naszym klimacie te składać będą się głownie z: tarniny, jeżyny, maliny, głogu, dzikich róż, młodych wierzb i brzóz, głogu i sosen. Nad wodami z olchy. Znaczny odsetek drzew stanowić będą gatunki obce, w tym głownie inwazyjne czeremchy amerykańskie, klony jesionolistne oraz robinie akacjowe.

Jakiekolwiek ślady dróg nieutwardzonych znikną, pozostaną już tylko drogi asfaltowe. Te jednak także nie będą już w najlepszym stanie.

30-100 lat po zniknięciu człowieka:

Oryginalne stepy, prerie i półpustynie odzyskają swój zasięg po 5 latach. Po 30 królem ekspansji będzie lasostep, który obejmie wszystkie obszary dawnej ekumeny zdolne podtrzymać większe skupiska drzew. Zdominowany będzie on przez drzewa iglaste, w naszym kraju głownie młode sosny i świerki, modżewie a także szybko rosnące drzewa liściaste, jak wierzby, brzozy i te cholerne, amerykańskie czeremchy, które zepchną na drugi plan świat krzewów wszędzie tam, gdzie nie powstrzyma ich uboga gleba, brak wody czy periodycznie pojawiające się pożary.

100 lat po zniknięciu człowieka:

Około 100 lat po naszym zniknięciu nadal dominował będzie las, ale jego struktura się zmieni. Na terenach z bogatą glebą będzie to bowiem głównie las mieszany, bowiem przewagę zaczną zdobywać drzewa liściaste. Na terenach o glebie ubogiej drzewa iglaste nadal jeszcze nie zwyciężą nad swoimi kuzynami. Jednak zanim proces ten się zakończy będzie miało miejsce okres przejściowy.

300 lat po zniknięciu człowieka:

W okresie tym zakończy się sukcesja ekologiczna.

Pustynie pozostaną pustyniami. Tereny suche obejma step i lasostep. Pozostałe opanuje las. Las ten będzie dość mocno różnił się od współczesnego. Otóż: o ile dziś dominują głownie uprawy leśne oraz formacje z jakiegoś powodu cenne dla człowieka widzenia, czyli lasy sosnowe, świerki hodowane na choinki oraz dęby i buki (które dostarczają dobrego drewna, ale na naszych terenach są reliktami epoki lodowcowej) tak nowy las będzie wyglądał inaczej.

Tereny o ubogiej glebie zdominują lasy świerkowe, prawdopodobnie mroczne i ciemne, o bardzo ubogim poszyciu. Las świerkowy często składa się z samych świerków: dorosłe obejmują we władanie piętro drzew, młode: ściółki, średnie wiekiem: krzewów. Do gruntu dociera niewiele światła, żyje tam tez często mało roślin i innych zwierząt.

Ze świerkiem konkurować będzie inwazyjna na naszym kontynencie i równie mało wymagająca robinia akacjowa. Te lasy będą wyglądać inaczej: robinie tworzą widne lasy, silnie też wpływają na otoczenie wysysając wodę z głęboki warstw oraz zatruwając je swymi liśćmi. Są jednak lubiane przez rośliny azotolubne, w efekcie więc w lasach tych będzie silna warstwa poszycia i krzewów, złożona między innymi z czarnych bzów, jasnot i pokrzyw.

Monokultury sosnowe, obecnie stanowiące jakieś 60 procent polskich lasów prawdopodobnie przestaną istnieć i to dosłownie. Lasy te są wynikiem niezbyt mądrej polityki leśnej z końca lat 40 i z 50-tych. Sadzono je gdzie popadło, bo rosną szybko i dają drewno, które da się drogo sprzedać. Niestety, mają ekologiczną wartość pola kapusty: zakwaszają glebę, przez co prócz drzew mało co tam rośnie, nie dają schronienia zwierzętom etc. Co gorsza jednolity skład gatunkowy sprawia, że są bardzo podatne na szkodniki oraz w suche lata: na wybuchy pożarów. W efekcie więc sosny wycofają się do swych naturalnych siedlisk, czyli na Pomorze. Gdzie indziej powstaną zapewne lasy sosnowo-mieszane. W niektórych miejscach, gdzie przetrwają w niezmienionym stanie lasy sosnowe pewnie istnieć będą aż do następnej epoki lodowcowej, jako relikt Ery Człowieka (i komunizmu).

W terenach bogatszych panować będą lasy liściaste, złożone głównie z jaworów, klonów i jesionów. Lasy takie prawdopodobnie stanowiły oryginalną szatę roślinna po epoce lodowcowej, dziś jednak stanowią rzadkość. Spowodowane to jest faktem, że należały do najbardziej tępionych przez człowieka, gdyż zajmowały (a raczej: uczestniczyły w tworzeniu) bardzo żyznych gleb brunatnicowych. W dużej mierze poszły one więc pod topór jeszcze w Epoce Brązu oraz Okresie Wpływów Rzymskich.

W dolinach rzek powstaną łęgi i olsy złożone z wiązów, jesionów, topoli, wierzb i olch. Wyżej położone obszary tychże dolin najpewniej we władanie obejmie inwazyjny klon jesionolistny z Ameryki. Formacje łąkowe przetrwają jedynie na obszarach gwałtownych i wysokich wylewów, albo na terasach rzecznych, gdzie woda nie stoi długo.

Tam, gdzie woda stoi długo utworzą się bagna, moczary i mokradła.

 

Ciąg dalszy + Fotografia ala Stalker (takie se, bo moje) na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

O skalach ocen

Internetowe recenzje najczęściej mają pod sobą oceny. Oceny te to najczęściej gwiazdki lub cyferki, które teoretycznie powinny streszczać werdykt recenzenta w jednym znaku, często jednak są powodem różnego rodzaju problemów i nieporozumień. Zajmiemy się dziś więc nimi, tym, jak czytać skale ocen, skąd wzięły się takie, a nie inne oraz jak bym ten system zreformował.

Jak (mniej-więcej) odczytywać 10 stopniową skalę ocen?

Najpopularniejsza skala ocen jest system 1-10, oraz jego wariant 1-5, choć czasem pojawiają się też inne, jak system 1-6 czyli system szkolny. Zajmiemy się tym pierwszym, pozostałe bowiem są tylko jego wariantami (1-5 to w zasadzie system 1-10 podzielony przez dwa, 1-6 to system 1-5 z dodaną kategorią na dzieła wybitne, której to kategorii zwykle się nie przyznaje). System dziesiętny należałoby odczytywać następująco:

10/10 – dzieło genialne

9/10 – bardzo dobre

8/10 – dobre

7/10 – średnie

6/10 poniżej średniej

5/10 – ocena niepotrzebna

4/10 – tragedia

3/10 – ocena niepotrzebna

2/10 – ocena nie potrzebna

1/10 – Zmiłuj się Jezusie.

Z punktu widzenia Recenzenta wygląda to tak:

Dziesięć: ocena nieużywana

Ocena 10/10 jest obecnie ocena z rożnych powodów nie używana. Jeśli już, to najczęściej przyznaje się ja za fabule. Zwykle interpretowana jest ona jako dzieło wybitne, coś w rodzaju oceny celującej, a o wybitność najłatwiej jest właśnie w dziedzinie fabuły (bo wystarczy talent i wolna ręka, a nie talentem i miliony dolarów). Ocena ta była chętnie używana w latach 90-tych, w dobie szybkiego rozwoju grafiki, gdy przełomy zdarzały się średnio co kwartał, przez co 10/10 mocno się zdewaluowało, a czytelnicy często oskarżają recenzentów o jej nadużywanie.

Pamiątką po tamtych czasach jest paradygmat nie wystawia dziesiątek. Obecnie recenzenci podchodzą do tej oceny z pewną nieśmiałością i przyznają ją bardzo niechętnie. Inna rzecz, że o prawdziwy przełom techniczny dziś jest dużo trudniej, niż kiedyś. Grafika osiągnęła taki poziom, że nieuzbrojonemu oku trudno jest zauważyć jakąś, wyraźną różnicę (aczkolwiek takie różnice istnieją).

Większość recenzentów dla dzieł, które ich faktycznie zachwyciły woli wystawiać asekuratywne oceny rzędu 9,5.

Osiem i sąsiedzi:

Właściwa ocena „Dobry” jest oceną 8/10. W zasadzie oznacza ona dzieło pozbawione błędów warsztatowych, nie zawsze imponujące oprawą, ale też nie rażące błędami i dopracowane.

Ocenę tą często otrzymują rzeczy pozbawione wybitności, wnoszące do gatunku niewiele: kolejne kryminały i powieści heroic fantasy, platformówki, RTS-y, FPS-y, sportówki, anime przygodowe, pod warunkiem, że są produkcjami na tyle udanymi i o nie zużytej tematyce, że można je obejrzeć z przyjemnością.

7/10 to już niestety inna bajka. Najczęściej jest to coś, do czego trudno się formalnie przyczepić: ani nie jest brzydkie, ani głupie, ani nieudane, jednak zwykle nie zaskakuje niczym, a powiela zużyte schematy, albo ślizga się płytko po temacie. Konsumpcja tego typu dzieła dla osoby obeznanej z gatunkiem bywa zwyczajnie nużąca, bowiem nie ma tam niczego, co by zaskakiwało.

Kiedyś mówiło się, że tego typu produkcje przeznaczone są dla „koneserów gatunku”, którzy po postu polubili dany rodzaj gier, książek czy filmów i zwyczajnie czują niedosyt.

Dziś powiedziałbym, że tego typu dziełami podniecają się najczęściej ludzie, którzy niewiele widzieli, nie dostrzegają więc stopnia zużycia danej produkcji.

9/10 to dzieło w jakiś sposób lepsze od typowych siódemek i ósemek, ale nie wybijające się Stanowice zdecydowany, ewolucyjny krok naprzód, w stosunku do typowych serii. Są to rzeczy, które wprowadzają do gatunku nowe tematy i motywy, nowe zabiegi artystyczne, nowe środki wyrazu etc. Aczkolwiek nie na tyle zdecydowane, zęby na stale go zmienić.

Dzieła które dostały 10/10 bardzo często re-definiują gatunek i często po ich stworzeniu nie da się już tak pisać książek lub gier, albo kręcić filmów tak samo jak kiedyś. Te, które dostały 9/10 tego nie robią. Jednakże wprowadzone przez nie elementy są kopiowane, a nagromadzenie nowatorskich cech z tego typu produkcji sprawia, ze gatunek się zmienia i po pewnym czasie nie może być postrzegany tak jak dawniej.

Dobrym przykładem może być opcja grupowania jednostek w RTS-ach. Jak wiadomo w tego typu grach można zaznaczyć jednostki jednym pociągnięciem myszki i wysłać wszystkie do przodu. W najstarszych grach tego nie było, a każdym żołnierzem trzeba było poruszać pojedynczo. Opcja ta nie jest jakimś wielkim postępem, ale bez niej nie da się dziś wyobrazić gry RTS. Podobnie jak bez paru milionów innych, małych udogodnień.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Dwa miesiące temu Wykop.pl przypomniał eksperyment, jaki Paul Miller, pracownik serwisu technologicznego The Verge przeprowadził w roku 2013. Podówczas osobnik ów zgodził się spędzić rok bez korzystania z sieci. Sam Miller uważał od dłuższego czasu, że przez sieć czuje się nieszczęśliwy, poświęca jej zbyt wiele czasu, przez co, w skutek skupienia się na znajomościach wirtualnych nie ma czasu na znajomości realne, nie chodzi do parku i nie rzuca frisbee, co z jakiegoś powodu było dla niego czynnością ważną (dla mnie jest głupią). Miał też nadzieję przeczytać mnóstwo książek i obejrzeć wiele dobrych filmów.

Miał nadzieję, że zdoła uzdrowić swe życie.

Efekt byl jednak inny. Zamiast zawrzeć nowe znajomości Miller zrujnował swoje życie towarzyskie, zamiast żyć zdrowo przytył, bo zamiast zażywać ruchu zaczął nałogowo oglądać telewizję... Przeczytał też dużo mniej książek i oglądał mniej filmów (za to głównie kiepskie) niż miał nadzieję.

Czyli skończyło się tak jak można by się spodziewać. Dlaczego?

Sztuczny podział na „Realne” i „Wirtualne”:

Pierwsza rzecz, jaka zawsze uderza mnie w tego typu tekstach jest podział na rzeczy „realne” i „wirtualne”, gdzie te drugie mają mniejszą wartość i traktowane są tak jakby nie istniały. Nie zrozumcie mnie źle: wykłócanie się na Facebooku z nieznajomymi o Tuska i Kaczyńskiego nie jest szczególnie wartościowym aspektem życia. Jednocześnie dziwi mnie to, że ludzie z jakiegoś powodu uznali, że np. wysłanie tej samej wiadomości mailem jest mniej „realne” niż wysłanie jej tradycyjną pocztą. Mimo, że wpływ na nasze życie pozostawia taki sam.

Tak, jakbyśmy korespondowali z robotem, a nie prawdziwym człowiekiem.

Obawiam się, że obecnie te światy bardzo mocno się przemieszały.

Wiecie: obecnie mam znajomych i członków rodziny, z którymi rozmawiam głownie przez internet lub telefon, znajomych internetowych, z którymi rozmawiam głownie w realu, do banku praktycznie nie chodzę, podobnie do większości rodzajów sklepów (wyjątek stanowią spożywcze i ciuchowe). Książki kupuję na Arosie, delikatesy w sklepach internetowych, gry na Steamie i Gram.pl. Czasem bywam w Komputroniku, gdzie jest punkt odbioru elektroniki. W stacjonarnym banku cale lata już nie bylem.

To jest element wirtualny czy realny?

Z bratem rozmawiam głownie przez net, bo ja mieszkam w Ciemnogrodzie, a on w Krakowie. Znajomość z bratem jest więc wirtualna czy realna?

Shutterstock, wydawca powieści, wydawca ebooków, giełda i parę innych miejsc, gdzie zarabiam pieniądze, którymi płace w realu to miejsca całkowicie wirtualne.

Prawdę mówiąc o ile mam poważne wątpliwości, czy kiedyś wirtualne od realnego dało się rozróżnić tak dziś jestem niemal pewien, ze w 90 procentach dziedzin miedzy światem wirtualnym i realem należny postawić znak równości.

Oczywiście można tutaj przywołać przykład ludzi, którzy tracą całe dnie lub tygodnie życia na granie w WoWa...

Ale można pokazać też kontrprzykład. W pracy mamy takiego specjalistę, który z komputerami nie ma nic wspólnego, za to czyta te wszystkie prawackie fanziny. Lektura ta sprawia, że robi się czerwony, macha pięściami, drze ryja, wydaje z siebie ćwieki, z których tylko trzy są artykułowane („Tusk”, „[beeep]” oraz „kanalia”) i wdaje się w głośne polemiki z jakimiś, urojonymi Żydami...

On żyje w świecie realnym, czy wirtualnym?

Tak wiec: same założenia eksperymentu moim zdaniem były sztuczne. Nie ma oczywistego podziału na świat „realny”, materialny i „wirtualny”, wygenerowany przez komputery. Tak samo, jak coś nie ulega odrealnieniu dlatego, że odbywa się za pomocą telefonu, tak samo nie zyskuje lub nie traci dlatego, ze odbywa się za pomocą Internetu.

Po drugie: obecnie „normalne”” społeczeństwo masowo wykorzystuje internet. Wczoraj, stojąc w kolejce w Biedronce słyszałem jak staruszki kłóciły się o to, co jedna wypisała o drugiej na Facebooku. Ciemnogrodzka polityka natomiast toczy się głownie w komentarzach na stronie eCiemnogród.

Prowadzi nas to do następnego punktu:

Efekt „Elendila”:

Elendil Voronda (nazwisko i imię zmienne) to jeden z moich „kolegów” z pracy. Jest to też pewnie najbardziej wkurzający człowiek, jakiego w swoim życiu spotkałem, wynika to z tego, ze na wszystko ma swoja filozofię, wszystko robi inaczej niż inni i chyba specjalnie tak, żeby ludzi wkurzyć. Przykładowo: Elendli lubi przyjść do zakładu 20 minut przed czasem, zamknąć się w budynku od środka, zając się otwieraniem drzwi i okien, podlewaniem kwiatków i takimi tam, drobnymi pracami porządkowymi, podczas, gdy reszta załogi czeka na zewnątrz, na mrozie, aż skończy i łaskawie nas wpuści do budynku.

Potem oczywiście Elendil ma pretensje do wszystkich, że mu nie pomogli. Próbowaliśmy przychodzić przed nim, ale facet zaczął przychodzić 40 minut przed czasem.

Jedna z bardziej wkurzających cech Elendila jest fakt, że nie używa telefonu komórkowego.

Tak więc, o ile w normalnych sytuacjach pracownika da się ściągnąć w razie jakiegoś alarmu (typu „księgowa wzywa”, „dyrektor urządza spotkanie” etc.) po prostu do niego dzwoniąc, tak Elendila trzeba szukać po całym kompleksie.

Obawiam się, że nasz bohater rezygnując z korzystania z Internetu samemu ustawił się w analogicznej sytuacji.

Po prostu: jeśli większość ludzi prowadzi życie osobiste z pomocą Internetu, czy to korzystając z Facebooka, czy maili czy innych tego typu udogodnień, ogląda filmy na Netflixie, kupuje na Allegro, o nowościach dowiaduje się z internetu, restauracje wybiera w necie, ich menu sprawdza w necie, lokalizacje znajduje w necie etc. (bo jak inaczej? Książki telefoniczne prawie już nie istnieją), to nie robiąc tego wykluczamy się poza nawias normalnie funkcjonującego społeczeństwa.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

...mimo, ze nie jestem fanem tego anime. A sam film w sumie mnie ani grzeje, ani ziębi.

Powód dla którego poszedłbym na GitS jest taki, że znów ożyły dyskusje wokół tego tytułu, a ja chciałbym zobaczyć, o co się ci ludzie kłócą. Bo co osoba, to zdanie. Już dawno nie widziałem takiego rozstrzału opinii, każdy w tym filmie widzi co innego. Jedni są zachwyceni. Dla innych to świętokradztwo japońskiego, genialnego oryginału. Kolejni widzą White Washing (ale to chyba jakaś głupota). A ostatni (cytuje) „film w swojej klasie średni, a poza nią słaby”.

Już dawno nie widziałem, żeby coś było tak dyskusyjne.

Koniec końców na GitS-a pewnie jednak nie pójdę. Po pierwsze: musiałbym jechać do Rzeszowa dwie godziny i drugie tyle wracać, bo w Ciemnogrodzie go oczywiście nie grają. I pewnie w tym kwartale nie zagrają. A prawdę mówiąc nie chce mi się tracić całego dnia na wycieczkę do miejscowości, w której nie ma nawet dobrych kebabów.

Po drugie: ten film najpewniej będzie (ogólnie rzecz biorąc) taki sam, jak Ghost in the Shell z roku 1995.

Czyli rozczarowujący.

GitS oglądałem kilka razy, z czego pierwszy raz w okolicach roku 1998. Podówczas... No powiedzmy sobie szczerze: nie wywarł on na mnie wielkiego wrażenia. Powiedziałbym więcej: zupełnie mnie rozczarował. W szczególności, jeśli porównać go z ochami i achami, jakie na jego temat słyszałem wcześniej. Skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się on nie podobał, bo było przeciwnie: dałbym mu jakieś 8/10 może 8,5/10. Jednak powiedzmy sobie szczerze: Aliens, Blade Runner albo Terminator podobały mi się dużo bardziej.

GitS owszem, zwłaszcza jak na swoją epokę był niesamowicie efektowny. To była epoka, gdzie narysować można było więcej, niż zagrać, a Japończycy zdołali to wykorzystać. Dziś filmy animowane w dużej mierze straciły tą zaletę (a filmy „aktorskie” stały się bardziej filmami animowanymi, niż klasycznym kinem).

Miał bardzo dobrą, jeśli nie genialną muzykę, tego nie zaprzeczę.

Na poziomie fabularnym, był to porządny film akcji z elementami science fiction. Owszem, niezła wizja, fajne sceny walki, fajna reżyseria. Niemniej jednak w tej klasie dożo większe wrażenie wywarł na mnie, jak pisałem Alien czy Terminator 2.

Z anime: to, co robił Miyazaki czy Shinkai, choć to oczywiście zupełnie inna tematyka.

Scena na łodzi, do którą tak często przytaczają GitS-tardzi, w mej opinii była dość nudna i płytka, jeśli rozpatrywać ją w charakterze filozofii. Bo niektórzy robią z niej filozoficzne rozważania na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną, tym, czym to, co żywe i prawdziwe różni się od tego, co sztuczne i iluzoryczne. Wiadomo: egzystencjalizm, mądrość.

Prawdę mówiąc to jak dla mnie scena ta wyglądała raczej jak przerywnik akcji. Takie przerzucanie się banałami w trakcie picia wódki, gdy dwie osoby znieczuliły się już na tyle, by nie rozumieć, jak bredzą, ale wciąż niewystarczająco, by nie być w stanie mówić w sposób artykułowany.

Raczej studium lekkiej depresji, może klinicznej, może wywołanej brakiem snu, światła lub stresem, a na pewno przemęczeniem, nie przełomowy moment dla kina. Prawdę mówiąc to tak ją potraktowałem, jako celowy spowalniacz, pokazujący, ze nasi bohaterowie zwyczajnie są śledztwem zmęczeni i sfrustrowani, nie osiągnęli nic, mimo ciężkiej pracy, nie wszystko im wychodzi, ale nie poddają się rezygnacji, mimo że ta w nich wzbiera. W zasadzie trudno mi przypisywane tej, w sumie krótkiej i pozbawionej znaczenia scence głębie traktować inaczej, niż nadinterpretacje.

Ponoć Wachowscy ukradli GitS-a i splagiatowali go tworząc Matrix. Tak przynajmniej chce wielu tardów.

Prawdę mówiąc szczerze w to wątpię.

Bo zupełnie w Matrixie nie widzę punktów zbieżnych z Ghost in the Shell. Owszem, filmy te łączy tematyka i pytanie o różnice miedzy maszyną, a człowiekiem. Jednak jest to kwestia wspólna dla całego cyberpunka. Równie dobrze można by się więc upierać, że GitS splagiatował Neuromancera.

Sceny walki są utrzymane w nieco zbliżonej stylistyce, ale kluczowym słowem jest tu „nieco”.

I nagle tak wielkie poruszenie.

Po prostu poszedłbym, zobaczyć o co chodzi.

Choć niestety pewnie nie pójdę. Zwyczajnie musiałbym się tłuc do Rzeszowa, na film, który okaże się pewnie dokładnie taką samą produkcją (w sensie ogólnym, bo z recenzji wiem, że szczegółami różni się dość znacznie), jak Ghost in the Shell z roku 1995. Czyli rzetelnie zrealizowanym filmem akcji osadzonym w realiach science fiction. Przy czym o ile w roku 1995 Ghost in the Shell był naprawdę widowiskowym dziełem, bo użyto w nim środków, które podówczas były niemożliwe do uzyskania w klasycznym kinie, a jedynie w animacji, tak dziś... Dziś nowy GitS okaże się pewnie zwykłą ekranizacją komiksu. Taką, jakie co tydzień trafiają do kin.

A w Rzeszowie nie ma nawet na tyle dobrych kebabów, które zrekompensowałyby mi stracony dzień.

 

Notka oryginalnie pochodzi z Bloga Zewnętrznego.

muszonik

W zasadzie odkąd pamiętam w Internecie toczy się dyskusja na temat tego, czy zamki w Fantasy maja sens. Jedni twierdzą, że jak najbardziej. Inni uważają, że nie, bowiem niemal natychmiast zostaną zniszczone za pomocą czarów, zdobyte przez istoty latające lub spalone przez smoki etc. Dziś zajmiemy się więc analizą tego tematu.

Jakie fortyfikacje historyczne są każdy widzi. Składają się z wysokich (choć nie aż tak bardzo, rzadkością są budowle wyższe, niż 5-6 pięter) i grubych murów z cegły lub kamienia, wzmocnionych za pomocą wież i baszt. Murów może być jeden lub więcej pierścieni, zwykle im bardziej te znajdują się na zewnątrz, tym niższe są, do tego często dochodzi jakaś fosa.

Typy zamków:

Zamki dzielą się na trzy typy. Są to zamki nizinne, zwykle budowane na pagórkach, często sztucznie usypanych. Drugi typ to zamki górskie, budowane na trudno dostępnych zboczach. Zamki takie zazwyczaj uchodzą za bardzo trudne do zdobycia, najczęściej dostęp do nich wiedzie po pojedynczej, wąskiej ścieżce, która uniemożliwia atak dużymi silami, tak samo, jak skalne podłoże uniemożliwia kopanie podkopów. Jednak to samo utrudnia tez gromadzenie w zamku zapasów żywności oraz wydrążenie studni. Powoduje to, że trudno je zaopatrywać, więc jak najbardziej możliwe jest wzięcie ich głodem. Typ trzeci to zamki wodne, charakterystyczne zwłaszcza dla Szkocji, Normandii, Bretanii oraz doliny Renu. Są to zamki budowane na jeziorach, morzu lub rzekach, zwykle na skalach, wyspach bądź cyplach, a czasem na sztucznie usypanych platformach. Są trudno dostępne z lądu, jeśli nie są budowane na morzu, to zaopatrzenie ich w wodę nie stanowi większego problemu. Transport wodny jest zwykle około 10-20 razy wydajniejszy i tańszy od lądowego, wiec wyposażenie w żywność też nie jest trudne. Jeśli zamek znajduje się na morzu lub rzece odbywać się to może wręcz na bieżąco.

Zamki drewniane i kamienne:

Po drugie: zamki dzielą się na te z drewna i te z kamienia. Fortyfikacje drewniane w zasadzie nadają się wyłącznie do odpierania krótkich rejz, najazdów mało zdeterminowanego przeciwnika oraz tyranizowania chłopstwa. Powód jest taki, że historycznie większość oblężeń takowych kończyła się podpaleniem zamku w ciągu tygodnia lub dwóch.

Zamki z kamienia są natomiast niepalne.

Role fortyfikacji:

John Keegan w swojej „Historii wojen” podzielił fortyfikacje na trzy typy. Są to: schrony, umocnienia strategiczne oraz twierdze. Keegan nie bawi się w takie subtelności, ja jednak podzielę twierdze na „państwowe” i „prywatne” (dla niego wszystkie były prywatne).

Schrony to miejsca, w które udaje się ludność, by tam bezpiecznie przeczekać zagrożenie lub wynegocjować bezpieczną kapitulację. Zwykle wznoszone są w okolicach trudno dostępnych, w miejscach, gdzie nie da się dostać, często są też zamaskowane. Ich głównym celem jest uniemożliwianie mało zdeterminowanemu przeciwnikowi dostanie się do środka i wymordowanie cywili. Ich fortyfikacje są głównie na pokaz, po to, by przeciwnik nie uderzył z marszu, tylko zaczął negocjować. Ich obrońcy mają głównie nadzieje, bezpiecznie złożyć bron lub przeczekać, w chwili, gdy ich dobytek będzie plądrowany.

Fortyfikacje strategiczne natomiast głównie mają za zadanie ograniczyć nieprzyjacielowi dostęp w głąb kraju. Zamykają więc drogi oraz ich skrzyżowania. Strzegą też zasobów przysłowo-produkcyjnych. Często w tej roli występują miasta, gdyż te znajdują się na skrzyżowaniach szlaków handlowych, ale tez górskie twierdze pilnujące przełęczy czy tez rzeczne, strzegące przesmyków i przepraw mostowych. Funkcje ta spełniają wreszcie same mosty, które z jednej strony służą do forsowania rzek, a z drugiej mogą być używane do zagradzania ruchu statków na rzekach.

Jeśli chodzi o zasoby to w czasach przed nowożytnych jest to głównie żywność. Do XIX wieku armie były nierzadko jednymi z największych skupisk demograficznych, często większymi od miast. Przykładowo: pod Grunwaldem po stronie polskiej walczyło nieco mniej niż 30 tysięcy ludzi. Największe, polskie i krzyżackie miasta w okresie, jak Kraków czy Gdańsk liczyły około 20 tysięcy mieszkańców.

Oczywiście była to jedna z największych bitew okresu, jednak i typowe miasta były mniejsze, rzadko przekraczając 5 tysięcy mieszkańców.

Zamki natomiast często stanowiły spichlerze. Ich zdobywanie było konieczne dla wojska, by móc się wyżywić w następnych partiach kampanii.

Rola twierdz państwowych to, mówiąc krotko, tyranizowanie chłopstwa. Ich głównym celem jest zapewnienie bezpiecznego miejsca żołnierzom, władzy i administracji, z którego nie da się owych żołnierzy i administratorów wykurzyć. Tworzą bezpieczne miejsce, gdzie urzędnicy i zbrojni mogą ściągać daniny, wydawać decyzje oraz bezpiecznie położyć się spać, bez obawy o to, że ktoś im wbije widły w plecy, strzeli do nich zza węgła lub poderznie gardło we śnie. Są to też miejsca, z których można zorganizować akcje odwetową w wypadku tego typu zajścia.

Twierdze prywatne, czyli zamki feudałów, rządzone przez rady, warowne miasta, ufortyfikowane klasztory, a w niektórych przypadkach tez fortece posiadane przez wspólnoty chłopskie, oprócz tyranizowania okolicznej ludności mają też drugie zadanie: uniemożliwienie władzy centralnej wymuszenie swoich decyzji na lokalnym możnym, bez zaangażowania bardzo dużych sił i środków. Prowadzą do powstania systemu władzy zwanego w nowszych opracowaniach monarchią stanową, a w starszych anarchią feudalną, w której rządy opierają się o dyskusję władcy z możnymi, oraz przekonywaniu ich, by słuchali jego poleceń, zamiast zamykać się w twierdzach i ogłaszać rokosze.

System ten przetrwał do powstania dział: broni zbyt kosztownej, by ktoś, poza królem mógł je licznie zgromadzić i na tyle skutecznej, by kruszyć mury.

Pytanie brzmi jednak: czy zamki byłyby w stanie którąkolwiek z tych funkcji wypełnić w świecie fantasy?

Klasyczna magia bojowa:

Jednym z powodów, dla których zamki straciły znaczenie była artyleria. W popularnym przekonaniu w światach fantasy role tej mogłaby spełnić magia.

Czy jest tak naprawdę?

Myślę, że zależy to głównie od tego, jaka to byłaby magia. Tak naprawdę w każdym świecie fantasy magia działa inaczej. W jednych zezwala na potężne czary w rodzaju ognistych kul, deszczy kamieni czy dezintegracji, gdzie indziej jest wiele subtelniejsza i nie aż tak potężna oraz widowiskowa w oddziaływaniu. Przykładowo czary z 7th Sea mogłyby nie być skuteczne, ponieważ ani splatanie losu, ani zmiennokształtność, ani moc baśni nie wydaja się szczególnie efektywne przeciw murom obronnym z kamienia (co innego umiejętność teleportacji).

W innych uniwersach... To zależy...

Większość standardowych zaklęć bojowych w rodzaju Błyskawicy, Ognistej Kuli i tym podobnych efektów z całą pewnością nie byłaby skuteczna przeciwko standardowym kamiennym murom obronnym. W prawdzie wydawać się może, że czary takie powinny uszkodzić mury samą siłą wybuchu, jednak jest to nieprawda. W normalnych okolicznościach bowiem samo położenie ładunku wybuchowego przy kamiennym obiekcie nie czyni mu większych szkód. Siła eksplozji bowiem rozchodzi się na boki, szukając ujścia tam, gdzie nie natyka oporu. By uszkodzić mur należałoby najpierw go nawiercić (lub wbić się w niego) i w tak powstałym otworze umieścić ładunek wybuchowy. Wówczas zniszczenia są znacząco większe.

Inną metodą jest rozpędzenie czegoś (np. żelaznej kuli) do dużej prędkości i sprawienie by uderzyło w mur przekazując mu energie kinetyczną. Jednak po pierwsze: nie widziałem takiego zaklęcia na żadnej liście czarów. Po drugie: wymaga to często i wielotygodniowego ostrzału.

Podobnie czar Kruszenie Kamienia z pierwszej edycji Warhammera prawdopodobnie nie byłby specjalnie skuteczny. Wynika to z prostego faktu, ze (wbrew pozorom) mury zamków rzadko były kamienne. Zwykle była to skrzynia z kamieni po prostu napełniona ziemią. Czar owszem, mógłby uszkodzić zewnętrza warstwę, ale wewnętrzna pozostałaby nienaruszona.

Podobnie Rozmiękczenie Ziemi z DeDeków również by nie zadziałało, bowiem mogłoby naruszyć tylko warstwę wewnętrzną, a nie zewnętrzną… I to też pod warunkiem, że nie byłaby ona wypełniona np. żwirem.

Problemem wielu typów magicznych ataków jest ich krotki zasięg. Warhammerowe Kruszenie Kamieni wymaga dotknięcia obiektu, Dezintegracja: zbliżenia się do niego na 70 metrów. A jest to czar o poziomie mocy przekraczającym większość Warhammerowych zaklęć (ogólnie magia w fantasy najczęściej jest odpowiednikiem 4 poziomu czarów w DeDekach, niektóre, rzadkie efekty osiągają 5 poziom... Dezintegracja jest czarem 6 poziomu).

Niemniej jednak to zaklęcie, powodujące rozpad kostki nieożywionej materii o boku 3 metrów wystarczyłoby, żeby, po kilku powtórzeniach zrobić wyłom w fortyfikacjach typu średniowiecznego.

Dużo skuteczniejsze byłyby zaklęcia w rodzaju Zabójczej Chmury lub Wicher Śmierci z Warhammera, które po prostu pozwalałoby niszczyć siłę żywą.

Z drugiej strony: zamek może być też przez czarowników broniony. Myślę, że przewaga dawana przez fortyfikacje (zwykle uznaje się, ze do ataku należy wyznaczyć siły pięciokrotnie silniejsze niż do obrony, w wypadku obrony obiektu ufortyfikowanego: 25 kronie większe) spowodowałaby, ze zdobycie takiego mogłoby być bardzo trudne nawet dla armii wspomaganej przez czary. Tym bardziej, ze wrodzy czarodzieje, bezpieczni za blankami swobodnie mogliby sprowadzać na swych nieprzyjaciół deszcze ognia i nawały błyskawic.

Magiczne osłony to natomiast inny wariant osłon z drewna. Większą przewagę dają obrońcom, niż napastnikom. Owszem, atakujący mogą otoczyć się polem chroniącym ich przed magia i strzałami. Obrońcy nadal mogą to samo zrobić, a do tego np. zmienić fosę we wrzątek, a sam zamek otoczyć ścianą płomieni. Czyli na jedno wychodzi.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

W zasadzie już w 2015 roku przestałem recenzować seriale, gdyż tekstów o nich nikt nie czytał. Dziś postanowiłem zrobić wyjątek i to pomimo że obecny sezon jeszcze się nie zakończył, ponieważ chcę zareklamować produkcję z jednej strony mało znaną, a z drugiej, przynajmniej moim zdaniem bardzo, bardzo dobrą, którą zwyczajnie warto obejrzeć.

Pora więc na jedno z najciekawszych, telewizyjnych widowisk science fiction ostatnich lat.

Świat przedstawiony:

Fabula „Expanse” przenosi nas w relatywnie bliską przyszłość, w okolice roku 2200. Ludzkość wyruszyła w kosmos, jednak nie zdołała (jeszcze) opuścić naszego układu planetarnego. Mimo to osiągnęła już spore sukcesy w podbijaniu gwiazd. Obecnie wiec przedstawiciele Homo Sapiens żyją nie tylko na Ziemii i Księżycu, ale skolonizowali tez Marsa, pas asteroid oraz niektóre księżyce gazowych gigantów jak krążący wokół Jowisza Ganimedes.

Jednak między ludźmi nie ma porozumienia. Ziemia, która dobrobyt (średnia długość życia: 120 lat) zbudowała dzięki mądrym inwestycjom i odwadze pionierów krytykowana jest z powodu rozleniwienia jej mieszkańców, żyjących dzięki rozdawnictwu i socjalowi. Glosy krytyki płyną w szczególności z Marsa, młodej, energicznej potęgi, gdzie ceni się kreatywność i pracowitość, a byt każdego zależy od tego, co sam dokłada do wspólnej puli. Podczas, gdy narody Ziemi jak zwykle dzielą małostkowe spory, relatywnie nieliczna populacja Marsa jednoczona jest wspólnym marzeniem o zielonej planecie, która powoli, lecz wytrwale Marsjanie budują. Ideologia ta jest na tyle atrakcyjna, że na Marsa ściągają specjaliści z całego układu. W efekcie planeta ma najlepszych żołnierzy, najlepszych inżynierów, najzdolniejszych naukowców i biznesmenów...

Stosunkowo najgorzej (przynajmniej na pierwszy rzut oka) mają mieszkańcy Pasa (średnia długość życia: 69 lat), którym zamożność zawdzięczają zarówno Ziemia jak i Mars. Tych nikt w prawdzie jakoś specjalnie nie prześladuje, ani nie wyzyskuje, jednak życie w Pasie jest bardzo ciężkie: woda jest reglamentowana, tlen też jest towarem deficytowym. Wielu „Pasiarzy” cierpi z powodu zwyrodnień spowodowanych złymi warunkami: niską grawitacją, niedotlenieniem, brakiem światła, życiem w środowisku skażonym w skutek górniczych awarii... W Pasie nie ma dobrobytu utożsamianego z Ziemią czy Marsem, a fakt, że Pasiarze często pracują na rzecz cudzego interesu (co widać choćby na Ceres, ongiś pokrytej lodem, a obecnie cierpiącej niedostatki wody, gdyż cały lód spożytkowano do terraformowania Marsa) tylko kole ich w oczy. Tym bardziej, że po kilku pokoleniach w kosmosie nie czują już związku ani z Ziemią, ani z Marsem i nawet mówią w we własnym pingliszowym języku „lang Belta” powstałym z połączenia hiszpańskiego, chińskiego, suahili, indyjskiego, polskiego i rosyjskiego. Ich separatyzm potęguje dodatkowo fakt, ze wielu z nich, na skutek dorastania w słabej grawitacji nie jest już w stanie żyć ani na Ziemi ani na Marsie, co samo w sobie ma wydźwięk symboliczny.

Zarys fabuly:

Fabula prowadzona jest podobnie jak w „Grze o tron” z punktu widzenia trzech, zdawałoby się niezwiązanych i geograficznie oddalonych gromad ludzi. Pierwszą i zarazem tą z którą spędzimy najwięcej czasu jest załoga statku Canterbury, holownika lodu dostarczającego wodę z planet zewnętrznych do koloni lezących w Pasie. Złożona z przypadkowo dobranych weteranów, wyrobników i życiowych rozbitków gromada przypomina bohaterów pierwszego Obcego. Bardziej zależy im na starczeniu towaru do portu i zgarnięciu premii za szybki transport, niż czymkolwiek innym, a polecenia „z góry” traktuje jak Boże dopusty.

Niestety, jak w wymienionym filmie rutynę rejsu przerywa jej przypadkowo odebrany sygnał S.O.S, który sprawia, ze „Canterbury” staje się elementem ogólnokosmicznej gry o władzę.

Jednocześnie na Ceres Josephus Miller detektyw łączący w sobie cechy chandlerowskiego Philipa Marlowa z Rickiem Decartem z Blade Runnera wynajęty zostaje do odnalezienia Julie Mao, zbiegłej z domu córki ziemskiego multimilionera.

Na Ziemi tymczasem pani podsekretarz Narodów Zjednoczonych Christien Avasaala staje przed koniecznością zażegnania największego kryzysu w jej karierze.

To, co geeki lubią najbardziej:

Już w pierwszym odcinku daje się zauważyć, że Expanse prowadzi bardzo otwarty dialog z klasyką gatunku. Jego przejawem jest twórcze wykorzystanie wielu, znanych i lubianych motywów, wykorzystanych jednak do stworzenia nowej jakości. Mamy wiec w fabule spiskujące korporacje, jak w Cyberpunku, atmosferę jak z Pamięci Absolutnej i Blade Runnera, kilka pomysłów wziętych z ich Dickowskich oryginałów, załogę rutyniarzy, zainteresowanych tylko tym, by na czas wykonać robotę niczym na Nostromo, potem pojawiają się też motywy z Żołnierzy Kosmosu i Wiecznej Wojny, zgrana załoga gwiezdnych kowbojów na bakier z prawem jak w Firefly, polityka jak w Grze o Tron oraz powoli narastające, tajemnicze zagrożenie jak w tejże.

Z powodu tych ostatnich elementów Expanse nazywane jest czasem „Grą o tron w kosmosie”, aczkolwiek jest to określenie nieusprawiedliwione. Serial, mimo, że potrafi być brutalny i okrutny jest dużo bardziej wyważony, niż produkcja HBO. Nie ma w nim tez tak wielu przegięć, jak w wzmiankowanej serii, taplania się w krwi i cyckach czy innych przejawów szczeniactwa.

Niemniej jednak każdy, kto jest obeznany z fantastyką znajdzie tu coś u siebie. Jednocześnie motywy te są zebrane z taką wprawą, że trudno tu o nudę czy wtórność.

Kosmos bez hipernapędów:

Jednym z tych elementów, jakie są świeże, w szczególności jak na serial telewizyjny było stworzenie świata przyszłości bez magicznych, ułatwiających autorom życie wynalazków. Trafiamy więc w przyszłość, gdzie ludzie muszą sobie radzić z podbojem kosmosu bez antygrawitacji, hipernapędu, podprzestrzeni, czarodziejskich reduktorów przeciążeń, wymienników atmosfery, laserów, szmaserów i tym podobnego crapu znanego z tysięcy innych produkcji science fiction.

Trudno mi oceniać, bowiem jestem tylko historykiem, a nie inżynierem, ale wizja przyszłości z Expanse wydaje mi się najbardziej wiarygodna, jakie widziałem do tej pory w telewizji. Wiele elementów, które pojawiają się w filmie to rzeczy, o jakich można przeczytać w książkach popularnonaukowych oraz obejrzeć na Discovery Science.

Do tego wszystko to jest bardzo pieczołowicie oddane. Wysadzone w powietrze statki kosmiczne nie znikają, tylko sypią na wszystkie strony gradem odłamów. Umieszczona na orbicie bomba atomowa jest straszniejsza, niż stacja kosmiczna z wielkim laserem, w każdym pomieszczeniu znajduje sie awaryjny zestaw do latania przedziurawionego poszycia okrętu. Przebicie pancerza sprawia nie tylko, ze zaczyna wypływać powietrze, ale tez, ze dookoła latają rykoszety...

Jest to nowe i takie nietelewizyjne, ze aż chce się oglądać.

Ksiazkowy oryginal:

Z „Grą o tron” Expanse łączy bardzo mocno jeden element: oparcie na książkowym oryginale. Cykl „Przebudzenie lewiatana” nie zrobił u nas furory i jego wydawanie zakończono po pierwszym tomie. Patrząc na internetowe komentarze, w których ludzie narzekają na błędy w tłumaczeniu, kiepską redakcję, czy takie wady jak pomylone tytuły rozdziałów jego klęska nie wydaje się dziwna. W Stanach jednak nie tylko doczekał się licznych kontynuacji, ale też nagród, w tym nominowany był do dwóch najbardziej prestiżowych odznaczeń, jakich cykl fantastyczny może się dosłużyć: Hugo i Locus jako najlepsza powieść science fiction.

Trudno się temu dziwić, bowiem Expanse jest nie tylko prawdziwym science fiction, które przynajmniej stara się oddawać możliwe realia, ale też świetnym serialem akcji i dramatem zarazem.

A w wypadku jego serialowej adaptacji także świetnym widowiskiem.

 

 

PS. Na Blogu Zewnętrznym można obejrzeć też embedowane trailery i opening.

muszonik

Dziś zajmiemy się tym jak grać w Gry Fabularne i nie odnieść w tej dziedzinie żadnych sukcesów. Z tym poradnikiem na pewno uda Wam się skopać każdą sesję i sprawicie, ze Gracze wyjdą od Was niezadowoleni i nigdy nie wrócą.

Zacznij z grubej rury: nie przeczytaj Podręcznika Podstawowego:

Sądząc po postach na PiPie, gdzie swego czasu często okazywało się, że ludzie z rzekomo kilkuletnim stażem nie wiedzą o swoim ulubionym systemie podstawowych rzeczy (np. jakie są grywalne rasy w Warhammerze, jak wykonuje się testy na atak, jak rzuca się czary w DeDekach) jest to praktyka nagminna.

Podręcznik Podstawowy to instrukcja do gry. A instrukcje są dla słabych.

Nikt nie będzie uczył cię, jak grać w grę, którą kupiłeś. Informacje o niej czerp, jak prawdziwy facet z plotek i Internetu!

Zresztą, kto by czytał biblie na 400 stron?

Każ graczom napisać historie postaci na kilka kartek A4.

Niech napracują się tworząc przez kilka godzin dokument, który byc może wykorzystasz raz, na pierwszej sesji.

Potem najlepiej zrobisz czytając długo tą historię, zakreślając rzeczy, które Ci się nie podobają i każąc je poprawić.

Tym sposobem na pewno odsiejesz niezdeterminowanych.

Wiedz lepiej od Graczy, jak powinni odgrywać swoich bohaterów:

Kiedy już dopuścisz do gry jakieś postacie nie pozwalaj nimi grać tak, jak Gracze chcą. Stwórz sobie w głowie jakiś własne wyobrażenia ich bohaterów i i trzymaj się ich z uporem maniaka. W końcu to ty jesteś Mistrzem i lepiej wiesz, jak powinien zachowywać się Zabójca Trolli, Space Marine czy Elficki Czarodziej. Wiesz też jak twój Gracz sobie go wyobraża. Oraz, ze wszyscy Gracze do twoich wyobrażeń muszą się dostosować.

Jeśli tych wyobrażeń ni spełnia: zabraniaj grać tą postacią, anuluj akcje Graczy, zmieniaj bohatera i karz za jego postępki.

Nie pozwalaj rozwijać umiejek, których się nie ozywało:

„Bo realizm”. Argumentów w rodzaju „ale to, co się dzieje a sesji nie jest całym życiem mojej postaci, mogła przecież doskonalić się w domu” nie akceptuj.

Nie ma lepszej metody, by spowolnić (a w nektarowych systemach, jak Warhammer) całkowicie zablokować rozwój postaci. W końcu: nie masz jakiejś umiejętności, to nie możesz jej ozywać. Nie możesz jej ozywać: to nigdy się jej nie nauczysz.

Dzięki temu Bohaterowie twoich Graczy nigdy nie wyjdą z pierwszego poziomu.

Zabijaj silne postacie:

Ktoś jednak osiągnie ten 2 poziom doświadczenia? To rozwal go z czołgu! Dobrym sposobem jest też przygoda w okolicy radioaktywnego krateru. Albo, cytując klasyka: „niech BG spotkają Diabła. Diabeł spełni ich wszystkie życzenia, ale warunkiem jest, żeby dowalili temu jednemu mocarzowi”. Bo ośmielił się rozwinąć postać!

Zmieniaj / ignoruj zasady, bo „realizm” lub „klimat”:

Teraz będzie trochę poważniej. Zmienianie zasad to temat dyskusyjny. Istnieją dwie główne szkoły: WoDziarska i Indiańska. „WoDziarze” twierdzą, ze zasady to rzecz zbędna i w dowolnym momencie można je zmienić lub zignorować, bo tak. Indianie natomiast, że są one wyznaniem wiary i dogmatem danym nam przez Autorów Systemu i zmienianie ich jest świętokradztwem. Faktycznie obie strony są w błędzie i obie maja trochę (tak ze 20 procent) racji zarazem.

Indianie błądzą, bowiem nie ma dowodów na to, że autorzy gier fabularnych myślą nad swoimi dziełami tak samo intensywnie, jak ich fani, a w niektórych przypadkach, że myślą w ogóle. W grach wiec zdarzają się błędy, zasady nieudane, niewygodne i niepotrzebne, które zwyczajnie nie zostały wystarczająco mocno wytestowane.

Z drugiej strony jednak znaczna cześć zmian i ulepszeń wprowadzanych przez Mistrzów Gry, zwłaszcza jeśli ich celem jest „zwiększenie realizmu” lub „poprawa klimatu” niczego do gry nie wnosi, prócz ewentualnego zaburzenia balansu, opóźnień, zamieszania i sprawienia, ze Mistrz Gry jest jedynym, który rozumie mechanikę.

Symptomatyczne jest to, ze za wprowadzanie zmian na rzecz realizmu biorą sie najczęściej ludzie, którzy ani w opisywanej przez nich sytuacji nie uczestniczyli (np. zasady walki na „bardziej realistyczne” zmieniają osoby, które nigdy się nawet nie biły), nie przeczytały o tym żadnej książki, ani nie obejrzały filmu.

Ewentualnie w drugą stronę: ludzie, którzy faktycznie mają jakąś tam wiedzę, ale nie czują ducha gier, w efekcie czego tworzą mechanikę tak zniuansowana, że nie da się za jej pomocą grać, takie jak tabele trafień krytycznych w różne części ciała, które to tabele ciągną się setkami stron.

Odnoszę jednak wrażenie, że najczęściej celem takich Mistrzów Gry jest co innego.

Zamaskowanie, ze nie przeczytało się Podręcznika Podstawowego.

Oszukuj / wykonuj „tajne rzuty”

Jeśli już przeczytałeś Podręcznik Podstawowy (po co?) i postanowiłeś grac wedle zasad, to nie możesz zapomnieć, ze jesteś ARTYSTĄ (patrz: niżej). Twój cel artystyczny nie możne ucierpieć tylko dlatego, że komuś udało się wyrzucić zbyt wiele na kostkach. Dlatego tylko ty możesz wykonywać rzuty. Najlepiej za zasłonkom tak, by gracze tego nie widzieli.

W ten sposób będziesz miał absolutną kontrole nad wynikami na kościach.

Włącz ręczne sterowanie:

Nie tylko kości mogą zaprzepaścić realizacje twojego Genialnego Zamysłu, ale też Gracze i ich głupawe pomysły na to, co ich postacie maja robić, jak się rozwijać i gdzie iść. Nie pozwól im na to. Wartość przedstawienia spadnie.

Dlatego tez postaraj się maksymalnie ograniczyć ich możliwości.

Jeśli wszystko zawiedzie, to zacznij odgrywać bohaterów za swoich graczy.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

muszonik

Temat stary, jak gry komputerowe i obecnie już rzadko się pojawiający. W dawnych czasach kiedy szczyt swej popularności przezywały gry strategiczne toczyła się wielka dyskusja miedzy zwolennikami czasu rzeczywistego, a zwolennikami gier z podziałem na tury. Apologeci tych ostatnich często wywyższali się nad tymi pierwszymi, twierdząc, ze ich gry są lepsze, bo pozostawiają czas na namysł, a poza tym bardziej realistyczne, bo w prawdziwej bitwie nie wygrywa ten, kto szybciej klika w swoje jednostki.

Jednocześnie z boku, w świecie planszówek i gier bitewnych zawsze toczyła się dyskusja między zwolennikami udziału czynnika losowego w grze, a tymi, którzy z niego rezygnowali, na rzecz „czystej strategii”.

Prawdę mówiąc zawsze unikałem tych rozmów, bowiem nie czołem się wystarczająco kompetentny. Dziś jednak pewnie jednak mógłbym z marszu napisać prace magisterska o wojskowości (zresztą jedną już napisałem), wiec jednak się wypowiem.

Bo w prawdziwej bitwie nie wygrywa ten, kto szybciej klika w swoje jednostki”:

Obawiam się, że osoba, która pierwsza napisała te słowa nigdy nigdy niczego o wojskowości nie przeczytała (o doświadczeniu bojowym nie wspominając, ale koniec końców jesteśmy tylko nerdami). Sądząc po lekturze jest dokładnie odwrotnie, jedynym znanym mi teoretykiem, który nie podkreśla znaczenia szybkości przekazu informacji i reagowania nań jest Sun Zi. Prawdopodobnie wynika to z faktu, ze Sun Zi opisuje mimo wszystko idealnego generała, który pewne cechy po prostu robi doskonale. Zamiast tego podkreśla on znaczenia prędkości w natarciu, co biorąc pod uwagę tradycję chińskiej filozofii, gdzie nie podaje się gotowych rozwiązań, tylko liczbę postulatów, nad którymi uczniowie mają dyskutować można interpretować podobnie.

Pozostali natomiast zwracają uwagę na znaczenie tempa przekazu informacji i rozkazów. Von Craveld w „Dowodzeniu na wojnie” posuwa się nawet do stwierdzenia, ze dowódca posiadający szybsze i precyzyjniejsze środki przekazu jest „jak gracz szachowy, któremu na jeden ruch przeciwnika można wykonać dwa własne posunięcia”.

Nie da się też ukryć, że współczesny system dowodzenia idzie właśnie w kierunku zmniejszenia dystansu między dowódcą, a podwładnymi: świadczą o tym kamery nahełmowe, odbiorniki i nadajniki radiowe na poziomie nie tylko każdej drużyny, ale wręcz każdego żołnierza i podobne sprzęty. W wypadu niektórych typów wojsk, jak lotnictwo, obrona przeciwlotnicza czy artyleria wymagania pola walki są tak duże, że przewyższają ludzką zdolność reagowania, oddawane są więc w ręce systemów elektronicznych, które człowiek możne co najwyżej włączyć lub wyłączyć.

Przykro mi, ale w prawdziwej walce przeciwnik nie czeka, aż podejmie się decyzję, jak w szachach. Przeciwnie: stara się doprowadzić do tego, byśmy nie byli w stanie podejmować owych decyzji by wykorzystać ten stan.

To, o czym mowa nazywa się „inicjatywa”.

 

O kościach na Blogu Zewnętrznym.