Jump to content
Sign in to follow this  
  • entries
    11
  • comments
    55
  • views
    8,334

About this blog

Entries in this blog

 

Filmomaniak # 11: Zwierzogród

Tytuł: Zwierzogród
Gatunek: Animowany/Kryminał/Komedia
Reżyseria: Byron Howard, Rich Moore
Scenariusz: Jared Bush, Phil Johnston
Zdjęcia: Kiko de la Rica
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj/Rok produkcji: USA2016
Czas: 108 min.   Zwierzogród to animacja specyficzna. Na pierwszy rzut oka (zwłaszcza gdy się zerknie na polski tytuł i plakat) to „baja” dla dzieci. W trakcie seansu okazuje się jednak, że dzieci może niekoniecznie są głównymi adresatami filmu Disneya, zwłaszcza jeśli zna się pewne smaczki dotyczące pierwotnego scenariusza (o tym później). Oto mamy bowiem świat bez ludzi, w którym ssaki wyewoluowały intelektualnie do poziomu ludzi, porzucając dawne, pierwotne, dzikie instynkty. Stworzyły więc zaawansowaną cywilizację taką jak nasza. Jednak pewne rzeczy wciąż tkwią w tradycji, czy też raczej genach. Więc lisy to w głównej mierze oszuści, krętacze i złodzieje, króliki zaś zajmują się handlem warzywami i owocami, głównie marchewką Jednak Judy Hopps, młoda króliczka, neizbyt interesuje się handlem. Chce zostać policjantką i to pomimo tego że rodzina patrz na to z przerażeniem, gdyż żaden królik do tej pory się tym nie zajmował. Judy jest uparta i pomimo początkowych niepowidzeń dostaje się do Policji. W wyniku pewnych perypetii z początku służby, związuje swoje losy z przypadkowo napotkanym lisem, Nickiem Bajerem, drobnym cwaniaczkiem. Razem z nim musi rozwiązać kryminalną zagadkę, jeśli chce „zagrzać” miejsce w Policji na dłużej. Od początku widać że film garściami czerpie z klasyków gatunku kina sensacyjnego i gangsterskiego (np. „Ojciec chrzestny” czy „48 godzin”), ale robi to albo w sposób subtelny, albo całkowicie jawny, jednak w sposób arcymistrzowski. Nie obraża inteligencji widza, nie pozwalając rozwikłać zagadki nawet dorosłemu widzowi w zasadzie do samego końca filmu, biorąc miejscami co najlepsze z thrillera jak i filmów noir. Oczywiście, film ma sporo komediowych sytuacji, w wyniku czego traci dużo ze swej powagi, przypominając tu takie filmy jak wspomniane wyżej „48 godzin”. Jednak początkowy scenariusz filmu zakładał film typowo dla dorosłych (pomimo że animowany), z mroczną fabułą i zdegenerowanym, niebezpiecznym miastem w świecie anty-utopii. Z tego zrezygnowano na rzecz bardziej rodzinnej rozrywki, co uważam za ogromny minus, bo chciałbym zobaczyć ten film w wersji pierwotnej, jednak nie wszystko z początkowych założeń zniknęło. Jest kilka sytuacji, miejsc czy też postaci, które mogą wystraszyć, zwłaszcza młodszego widza (oglądanie tego filmu przez dzieci kilkuletnie uważam za nieporozumienie – jest zbyt straszny, a poza tym nic z niego nie zrozumieją). Można się doczepić, że w w bodajże dwóch sytuacjach bohaterowie ratują życie poprzez ogromne zbiegi okoliczności, swoiste deus ex machina, jednak w perspektywie całej historii, wypada na to przymknąć oko. Zwierzogród uważam za najlepszą animację jaką oglądałem od czasów Króla Lwa. Wszystkim, którzy nie oglądali gorąco polecam, bo to jest praw dziwa filmowa uczta.    

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #10: Dragon Ball Super

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOJLERY! Dragon Ball. Seria, która stała się klasycznym dziełem anime i mangi, znakomicie reprezntując rzadki nurt fantastyki zwany science – fantasy (do tego gatunku zaliczyć można także Gwiezdne Wojny czy serie gier Wizardry i Might and Magic). Znakomicie koegzystują tutaj magia, kosmici, smoki, statki kosmiczne, zaświaty, podróże w czasie i pistolety laserowe. O ile Dragon Ball był po prostu dobry o tyle Dragon Ball Z był (czy też jest) czymś wybitnym. Zawsze uważałem jednak że nie należy tworzyć kontynuacji „Zetki”, nawet te naście lat temu gdy chodziłem gimnazjum i pojawił się Dragon Ball GT. Wtedy miałem rację. GT okazało się rzeczą przeciętną, z mizerną fabułą, dziwnymi pomysłami (Goku ponownie jako dziecko), odsunięciem na bok wielu bohaterów. Ów ostatni punkt był łatwy do przewidzenia. Już w Z widać było powolne odsuwanie części głównych postaci na tor dalszy, wojownicy ludzi jeszcze trzymali poziom do Sagi Androidów, od Cella (Komurczaka) zasadzie się nie liczyli, jeszcze Piccolo (Szatan Serduszko) jako tako się trzymał, no ale on nie był człowiekiem. W Sadze Buu liczyli się tylko Sayanie, było więc do przewidzenia że jakakolwiek kontynuaca wymusi stworzenie przeciwników potężniejszych od Buu. I oto po latach pojawia się Super. Do tej pory obejrzałem wszystkie 39 odcinków i dwa powiązane filmy kinowe więc mogę się wypowiedzieć. Po kolei. Co mi się podoba? Na pewno plusem jest to że nastąpił powrót „starych” postaci, nawet tych, które były odsuwane na plan dalszy już w początku Zetki bo swoje lata chwile chwały miały w starym pierwszym Dragon Ball. Tak więc wszyscy przyjaciele Goku co chwila się pojawiają, gadają, uczestniczą w wydarzeniach. I to jest ok. Fajnie, że np. podczas ataku Frezera walczą też genialny Żółw (nie chce mi się szukać jego oryginalnej nazwy), Tenshin czy Krilan/Kuririn.. No i to jak do tej pory byłoby niestety tyle dobrego. Największym mankamentem DBS jest toi że tutaj po prostu niewiele się dzieje. Gadają trenują, czasem ktoś kogoś walnie, ale nie za mocno i tyle. Dopiero od kilkunastu odcinków na turnieju (o tym za chwilę) serial nabiera tempa. Ok, wcześniej Goku i Vegeta poznają Beerusa i Whisa, czyli Boga Zniszczenia i jego towarzysza, który jest kimś jeszcze potężniejszym. Czyli dwóch największych kozaków we Wszechświecie. Japończycy nie byliby jednak sobą, gdyby nie dodali im pewnych głupich cech typowych dla anime. Oto wielki Bóg Zniszczenia jest po prostu humanoidalnym kotem rodem z mitologii egipskiej, w dodatku większość życia zajmuje mu spanie i jedzenie. Nie ukrywam że nie tak wyobrażałem sobie Boga Zniszczenia i jest to nieco irytujące. W ddoatku widać że Toriyama chyba ma już wielką sklerozę i nie pamięta Zetki. Goku jaki był głupi taki jest nadal, ale w trakcie walki nagle go olśniewa i uczy się piekelnie szybko (patrz: walka z Hitem). Vegeta odnosi się do Goku gorzej w Zetce tuż po Sadze Frezera. Wyzywa go, wręcz nieznosi. A chcę przypomnieć że w Zetce, na sam koniec widać że są pogodzeni, jest ok, Vegeta pojawia się na przyjęciu u Goku i Chi-chi. A teraz znowu gryzą koty. Bez sensu, nawet jeśli miało to uatrakcyjnić fabułę Super, to jednak się nie udało. Skoro już przy postaciach jesteśmy: dlaczego z Gohana, który miał być najsilniejszym Sayaninem o wręcz nieograniczonej mocy, zrobiono takiego fajtłapę? Zasłanianie się nauką i rodzina to nie jest wytłumaczenie by aż tak stracić formę. Kolejna sprawa na minus to filmy kinowe. Po co były tworzone skoro jest w nich to samo co w serialu z małymi różnicami ? Dragon Ball nie byłby Dragon ballem gdyby nie było naparzania po gębach. No to ok. Buu, wcielenie jednego z bogów, którego moc i ciało przejął nawrócony na dobro potężny demon piąty w kolejności najsilniejszy wojownik atakuje Beerusa, prawdopodobnie drugiego najsilniejszego fajtera. I co? Ano nic. Parę zablokowanych ciosów, Beerus oddaje, Buu przegrywa, koniec. To wyglądało jak pojedynek jakichś leszczy od Mr Satana/Herkulesa a nie najsilniejszych wojowników we wszechświecie! Podczas turnieju też to jakoś wybitnie nie wygląda zwłaszcza jeśli porównamy to do czegokolwiek w Zetce, zwłaszcza Sagi Frezera (kiedy np. Piccolo walczył z Frezerem, ziemia się trzęsła, rozstępowała, planeta się wręcz rozpadała, przy każdym uderzeniu było słychać grzmot, czuć było zderzenie dwóch wielkich mocy; tutaj tego nie ma a walczą wojownicy znacznie silniejsi). Sam zaś turniej w koncu rozkręcił anime, jednak sam w sobie pomysłem jest sztampowym i trochę nudnym, zwłaszcza że w idiotyczny sposób wykluczyli (tzn. scenarzyści) Buu z walki. Nie będę się wypowiadał zbytnio o techniznej stronie, bo kreska dla mnie może być, a muzyka jest nijaka i nie zapadła mi w pamięć wcale, ale nie zwracam na to uwagi zbytnio w anime. Jak do tej pory oceniam Dragon Ball Super ? Cóż, przeciętnie. Obejrzeć można, to jest poziom minimalnie wyższy od niesławnego GT. Jednak powstało to wg mnie niepotrzebnie, byle by wcyiągnąć kasę od starych fanów a oglądalność nabijać na ich nostalgii. Szkoda, do Dragon Ball Z pewnie wróce w życiu nie raz. Do Super pewnie nigdy.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #9: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

UWAGA: Spojlery są małe, ale są, jeśli ktoś nie oglądał niech nie czyta! UWAGA 2: To nie jest recenzja tylko opinia i coś w rodzaju obrony filmu przed niezasłużonym hejtem. Film ma kilka błędów logicznych, ale te występowały we wszystkich odsłonach SW, nie mówiąc już o innych filmach sf wliczając w to takie klasyki jak Terminator czy Na skraju jutra (pomijając szmiry typu Dzień niepodległości). Fabularnie jest tak jak we wszystkich SW czyli...przeciętnie. Znów mamy wariację nt. klasycznych baśni i sztampowego fantasy w otoczce science -fiction. Tak to jednak od początku sagi wyglądało i ma wyglądać. I sprawdza się świetnie. Czepianie się fabuły w SW ma taki sam sens jak czepianie się fabuły w Diablo albo Icewind Dale. Siła tych produkcji tkwi gdzie indziej. Tutaj zawsze siła w ciekawych postaciach (zarówno Rey jak i Finn są naprawdę ciekawi, zwłaszcza ten drugi), fajnych lokacjach, widowiskowych walkach, muzyce i ogólnie pojętej....atmosferze. Nie ukrywam że wszelkie narzekania że film jest kolejnym dziełem Hollywood a la Marvel bawią mnie. Marvel tworzy filmy taśmowo ale dobrze. Ani od Marvela ani od SW nikt nie powinien oczekiwać głębi, rozterek filozoficznych i fabuły a la Planescape Torment. Jeśli ktoś oczekuje ambitnego sci-fi to źle trafił. Od tego są takie filmy jak 12 Małp czy Grawitacja. Natomiast SW: Przebudzenie mocy jako film "z duszą" "klimatem", ale jednak o charakterze rozrywkowym spełnił swoją rolę. Kilka uwag do "krytyków": "Rey jak równy z równym walczy z Kylo Renem na miecze świetlne" No walczy bo zna się na walce wręcz, więc to czy walczy kijem, toporem czy mieczem specjalnie dużego znaczenia nie ma a Ren wciąż jest młokosem w trakcie treningu. "Kylo Ren jest śmieszny" Ken jest taki jaki być powinien. Czy to ma być kolejna wersja Vadera/Saurona/Królowej Śniegu? Fajnie że jest młody, że ma rozterki, to pozwoli postać rozwinąć, udoskonalić. "kolejna wersja Gwiazdy Śmierci i atak myśliwców" W sumie czy można sobie wyobrazić potężniejszą broń? Co mieli wstawić? TIE z niukami? Statki z polem siłowym? Galactusa, pożeracza gwiazd? Oczywiście, są to rzeczy które mogą irytować (podobnie jak np. motyw z wysysaniem energii ze słońc - co się dzieje z planetami wokół niego - czy kolejna wersja rozbitków na pustynnej planecie a la Tatooine) ale na część trzeba przymknąć oko, inne da się logicznie wyjaśnić. Uważam nowe SW za film ciut gorszy od "starej" trylogii a lepszy od "nowszej". Moje oczekiwania zostały spełnione i wystarczy jeśli pozostałe filmy z tej trylogii zachowają taki poziom. Ocena: 8+ (na filmwebie dałem 9, naciągane, ale niech tak już zostanie:))

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #8: Na skraju jutra

Tytuł: Na skraju jutra Gatunek: Akcja/sci-fi Reżyseria: Doug Liman Scenariusz: Christopher McQuarrie, Jez Butterworth, John-Henry Butterworth Zdjęcia: Dion Beebe Muzyka: Christophe Beck Kraj/Rok produkcji: Australia, USA/ 2014 Czas: 1 godz. 53 min. Kosmici przeprowadzili bezlitosny atak na Ziemię. Są jak szarańcza. Jako pierwsza zaatakowana została Europa. Na Starym Kontynencie tylko Rosja i Wielka Brytania jeszcze stawiają opór. Amerykanie i Brytyjczycy szykują się do odbicia Francji, Rosjanie i Chińczycy mają w tym samym czasie odbić Europę Wschodnią. Jeśli ten atak zakończy się porażką będzie to koniec ludzkości. Major Cage (Tom Cruise) jest tchórzem i nie pali się do walki, którą zna głównie z TV. Zmuszony, siłą wcielony do armii szybko przekonuje się, jak wszyscy pozostali żołnierze, że atak Ziemian to pułapka i nieuchronnie zakończy się klęską. Jednak przez przypadek (tego spojlerować nie będę) Cage wpada w pętlę czasu rodem z ?Dnia Świstaka?: kiedy tylko zginie, budzi się ponownie dzień przed atakiem Ziemian. ?Wieczne? odradzanie się sprawia że Cage z żółtodzioba zmienia się w zawodowego żołnierza. Trzeba jednak będzie w końcu znaleźć sposób: zarówno na pokonanie wroga jak i wyrwanie się z pętli czasu. ?Na skraju jutra? nie jest sci-fi z filozoficznym ?sosem? jakie ostatnio parę razy nam serwowano. To solidne, krwiste sci-fi z wartką akcją i efektami specjalnymi. Jednak prezentuje ciekawe, świeże spojrzenie na motyw inwazji i samych Obcych, a także samego głównego bohatera. Widz jednak razem z bohaterem stara się rozwiązać zagadkę tajemniczych Obcych i z każdym ?nowym? tymsamym dniem odkrywa kolejne puzzle układanki. Więcej nie będę pisać żeby nie psuć zabawy tym, którzy filmu nie widzieli. Ja tylko chcę powiedzieć że to jedna z najciekawszych sci-fi jakie widziałem i zaliczam go do Ulubionych:) Polecam wszystkim fanom gatunku.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #7: Dragon Ball

W przypadku ogólnie pojętej fantastyki zazwyczaj wymienia się dwa nurty: fantasy i science ? fiction. Ok, jest jeszcze horror, ale ten nie zawsze musi zawierać element fantastyczny. Ja co prawda zdecydowanie preferuję fantasy nad science ? fiction (zwłaszcza w przypadku książek) i to fantasy w wydaniu jak najbardziej klasycznym (Le Guin, Tolkien, Vance itd.), ale najbardziej lubię nurt zwany science ? fantasy. Ja wiem. Nie każdy wie, że coś takiego istnieje. W tym rzadkim nurcie fantastyki elementy sf i fantasy są wymieszane. Niekoniecznie po równo. Przykładami takich dzieł są twórczość takich pisarzy jak Gene Wolfe, Roger Zelazny czy Jack Vance, ale też gry cRPG: Albion, a także serie Wizardry i Might and Magic. A filmy ? Cóż, tu raczej słabo. Nie znam takich tytułów z wyjątkiem właśnie Dragon Balla, choć podejrzewam, że nawet najwięksi fanatycy serii nie znają tego terminu i albo przypinają łatkę sf albo fantasy. A dlaczego piszę teraz o DB ? Cóż, od premiery minęło ponad 20 lat, serial od dawna nie gościł w polskiej TV i chyba trochę został przykryty kurzem zapomnienia. Inna sprawa że właśnie przypominam sobie ów serial;) W lutym 1986 r. pojawił się więc pierwszy odcinek anime Dragon Ball (wcześniej była manga). Serial o chłopcu z kosmosu, adoptowanym przez człowieka początkowo miał bardzo komediowy charakter. Perypetie Songa (będę używać polskich tłumaczeń, choć czasem były one debilne) i towarzyszy, którzy poszukują magicznych smoczych kul mających moc przyzywania smoka spełniającego zyczenia, po drodze bijąc się z różnymi oponentami (którzy później czasem stają się sojusznikami) i braniem udziału w turniejach sztuk walki, mogą początkowo wydawać się mangą dla dzieci, ew. komediowym serialem z luzackim klimatem i wartka akcją. Z czasem jednak bohaterowie poważnieją, scen humorystycznych ubywa, zaś przeciwnicy stają się coraz bardziej poważni i coraz mniej sympatyczni. Dragon Ball to pierwsza seria z trzech opowiadających o przygodach Songa i spółki. I w zasadzie do pojawienia się pod koniec złego Piccolo (niecierpię polskiego tłumaczenia Szatan Serduszko) jest tym czym napisałem wyżej: komediowo ? przygodowym anime ze sztukami walki w roli głównej uzupełnionymi elementami fantasy w postaci smoka, magicznych kul i energii ki, dzięki której w zasadzie wszyscy bohaterowie (tak dobrzy jak i źli) używają do tworzenia specjalnych ataków, które dla mnie są w zasadzie takimi odpowiednikami czarów z typowego fantasy. Po zakończeniu pierwszej serii, czyli po prostu Dragon Ball, w 1989 r. pojawia się Dragon Ball Z. Najbardziej kultowa i popularna z serii obejmująca 291 odcinków. Elementów komediowych niewiele, cała historia choć wciąż prosta jak konstrukcja cepa (czytaj: wielki zły chce zawładnąć lub zniszczyć świat lub wszechświat a my musimy mu skopać cztery litery), ale zdecydowanie poważniejsza, miejscami zaskakująca i o wiele bardziej trzymająca w napięciu. Ze względu na długość fani dzielą serię na kilka sag, w zależności od tego z kim akurat Songo i ekipa leja się po mordach. Są też inne zmiany. Poprawia się ?kreska?, ścieżka dźwiękowa staje się wręcz kanoniczna dla fantastyki i zapada w pamięć, pewni istotni bohaterowie dokonują zmian....osobowości, akcja w dużej mierze rozgrywa się też poza Ziemią (tu widać mnóstwo elementów typowych dla sf: podróże międzyplanetarne, kosmici, superzaawansowana broń i urządzenia, itp.) Ogólnie to co trzyma widza przy ekranie to to co powszechnie nazywamy klimatem. Swoje robi też mnogość postaci występujących w serii (liczonych na pewno w ponad setce, nie licząc tła). Obecnie znów jestem w trakcie oglądania ?zetki? i ta mimo wszystko, po tylu latach wciąż się broni (mam zwyczaj oglądania DB Z średnio raz na dwa lata, oczywiście pomijając co nudniejsze fragmenty bo całą sage nagrałem sobie na DVD). Oczywiście po Dragon Ball Z pojawiła się trzecia seria, czyli GT. Nie tworzona jednak przez autora, Akirę Toriyamę, zawiera mnóstwo błędów fabularnych, ?zapomina? o wielu istotnych postaciach z DB Z i po prostu...nuży. Wielu fanów Dragon Balla uiważa GT za nieporozumienie i nie wlicza jej w skład sagi. W 2009, w dwudziestolecie Dragon Ball Z pojawiła się seria Kai, czyli odnowione Z. Ładniejsza kreska, dźwięk i usunięcie ?nudnych? scen. Niestety, jak dla mnie zbyt duże bo z 291 odcinków zostało nieco ponad 100. Ja zostaję więc przy starej wersji, emitowanej na RTL7/TVN 7. To wciąż klasyka gatunku, lubiana także przez ludzi stroniących od mangi i anime.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #6: Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć

Tytuł: Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć Gatunek: Sensacyjny/Wojenny Reżyseria: Patryk Vega Scenariusz: Władysław Pasikowski,Przemysław Woś Muzyka: Łukasz Targosz Kraj/Rok produkcji: Polska/2012 Czas: 107 minut Nigdy nie byłem fanem seriali. No dobra, są wyjątki ? Z Archiwum X i seria Dragon Ball. Jednak polskie seriale nigdy mnie nie interesowały, zwłaszcza polskie, ale muszę przyznać że przypadkiem kilka odcinków Stawki większej niż życie jednak przypadkiem obejrzałem. Niedawno po namowach dziewczyny obejrzałem filmową wersję przygód Hansa Klossa. Czy było warto? Kloss (Tomasz Kot) wpada na trop nazistów, którzy transportują jakiś tajemniczy ładunek. Skarb? To z początku trudno ustalić. Atmosfera przypomina nieco filmy o Indianie Jonesie, choć nie ma co ukrywać że trochę klimatu jednak brakuje, jednak twórcy filmu robią co mogą by było szybko, efektywnie, z rozmachem, niczym w najlepszym kinie przygodowym. W całą akcję ze skarbem zamieszany jest Hermann Brunner (Piotr Adamczyk), ale Kloss nie jest sam. Pomaga mu głównie dzielna siedemnastolatka, Elsa (Marta Żmuda ? Trzebiatowska). Akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych. W czasie wojny oraz w 1975 roku. W czasach PRLu Kloss (starszego Klossa gra Stanisław Mikulski) wpada na trop tajemnej kryształowej komnaty. I znów będzie miał do czynienia z Brunnerem (Emil Karewicz). I w zasadzie problem mam z tym filmem. Z jednej strony akcja gna do przodu, pościgi, strzelaniny, wybuchy, z drugiej zaś to co się dzieje na ekranie nie potrafi przykuć do ekranu tak jak powinno, tak, żeby człowiek siedział przykuty do ekranu i oczekiwał co nastąpi dalej. Nie że nie przykuwa wcale bo troszkę jest tu tej atmosfery tajemnicy, przygody, ale czuję straszny niedosyt. Nie mówiąc już o muzyce, której nie pamiętam i słabiutkich, marniutkich wręcz efektach specjalnych. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać Vedze że wiedział, kogo zatrudnić przy obsadzie najważniejszych ról. Sentymentalnie ? Mikulski i Karewicz. Na pewno ich pojawienie się spodoba się fanom serialu. Razem z nimi plejada młodych aktorów. Kot co prawda średnio mi pasuje na młodego Klossa, ale mogło być znacznie gorzej. Adamczyk zagrał świetnie, to chyba jedna z jego najlepszych ról. No i jest Żmuda ? Trzebiatowska. Z nią mam problem, bo niezbyt patrzę na jej grę, a bardziej na urodę ? nie ukrywam że to moja ulubiona polska aktorka i chyba jedyna, na widok której świecą mi się oczy a dziewczyna wali mnie wtedy w łeb:D No ale starając się patrzeć obiektywnie: zagrała dobrze. Czy więc Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć jest filmem wartym obejrzenia? Cóż, jeśli lubisz kino przygodowe ? daj filmowi szansę. Jest średniakiem, ale obejrzeć można. Jeśli tego typu kino to nie jest to co lubisz najbardziej ? możesz sobie darować.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #5: Kroniki portowe

Tytuł: Kroniki portowe Tytuł oryginalny: The Shipping News Gatunek: Obyczajowy (wg filmwebu to dramat obyczajowy, ale dramat to wg mnie nie jest) Reżyseria: Lasse Hallström Scenariusz: Robert Nelson Jacobs, Ronald Bass Muzyka: Jerry Goldsmith , Christopher Young Kraj/Rok produkcji: USA/2001 Czas: 111 minut Nie miałem pojęcia, że żyje sobie taka pisarka jak Annie Prouloux. O tym że istnieje książka pod tytułem Kroniki portowe nie wiedziałem tym bardziej:) I o jednym i o drugim dowiedziałem się czytając opis na opakowaniu z płytką z filmem pod ww. tytułem, opartym na prozie pani Prouloux. Poznajcie Quoyle'a (Kevin Spacey). To człowiek, którego życie nie oszczędzało, ojciec dawał mu na każdym kroku do zrozumienia że jest nikim i do niczego nie dojdzie. Nudna praca w drukarni tylko pogłębia marazm i brak chęci do życia. Jednak oto pojawia się nadzieja na zmiany. Quoyle poznaje piękną Petal (Cate Blanchett), w której zakochuje się zabój; wkrótce biorą ślub, pojawia się córeczka Bunny i...wszystko jest super? No nie. Żonka lubi imprezować, ma mnóstwo kochanków, których sprowadza do domu nie bacząc na męża, który wszystko jej wybacza. Petal chce rozwodu, zaś Quoyle nie chce o tym myśleć. Jednak pewnego dnia Petal z nowym przyjacielem trochę zbyt szaleją na drodze i kończy się to tragicznie. Śmierć żony, mimo tego że była złą żoną, załamuje naszego bohatera. Los jednak czasem i w takich sytuacjach lubi się uśmiechnąć, nawet do życiowych nieudaczników i pechowców. Oto pojawia się z wizytą siostra ojca Quoyle'a, ciotka Agnis (Judi Dench). Proponuje mu wyjazd w rodzinne strony, do małej rybackiej mieściny, gdzieś w Nowej Fundlandii. Nie mając i tak nic do stracenia Quoyle wyrusza z córką i ciotką do nowego miejsca. Miejsca, które zmieni jego życie. Teraz tak naprawdę Quoyle zacznie żyć. Pozna przyjaciół, znajdzie nową pracę jako dziennikarz w miejscowej gazecie i choć z początku wyda mu się to zajęciem trudnym i nie dla niego, ostatecznie przyniesie mu ona satysfakcję i to w pewnym sensie wokół pracy Quoyle'a będą toczyć się wydarzenia filmu. Będzie musiał uporać się z przeszłością ? swoją i swojego rodu, mieszkając w mrocznym, starym domu z równie dziwną i niewesołą przeszłością. Ów dom jest niczym wciąż prześladująca Quoyle'a przeszłość i wyrzut sumienia jego rodziny o niezbyt chwalebnej przeszłości z którą trzeba się będzie uporać. Film toczy się dosyć powolnym tempem, jak to bywa w filmach obyczajowych, nie oznacza to jednak że jest nudny. Ciekawa fabuła, dobra muzyka, śliczne zdjęcia Nowej Fundlandii i wspaniała gra aktorska sprawiają że Kroniki portowe stały się jednym z najciekawszych i najbardziej klimatycznych filmów jakie widziałem w ostatnim czasie.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #4: Zły mózg z kosmosu

Tytuł: Zły mózg z kosmosu Tytuł oryginalny: Evil Brain from Outer Space Gatunek: Science - Fiction Reżyseria: Koreyoshi Akasaka, Teruo Ishii, Akira Mitsuwa Scenariusz: Ichirô Miyagawa Muzyka: Michiaki Watanabe Kraj/Rok produkcji: Japonia/1965 Czas: 78 minut Amerykanie mają wielu bohaterów. Najpopularniejszym z nich jest Superman. Japończycy postanowili że też będą mieć swojego bohatera. I stworzyli. W roku 1965 pojawił się Starman. Podobnie jak Superman pochodzi z planety z drugiego końca galaktyki co wcale nie przeszkadza mu wyglądać jak zwykły człowiek (tym razem jak Japończyk). Nie nosi majtek na spodniach. Gorzej. Nosi je na głowie. No dobra, na głowie nosi biały czepek, ale na upartego mogą to być majtki jak ktoś chce:D Są one uzupełnieniem białego lateksowego stroju Starmana. Cóż jednak takiego musi zrobić Starman? Cóż, sytuacja jest poważna. Zły Mózg z Kosmosu przybywa w walizce na Ziemię z zamiarem jej zawładnięcia. Galaktyczna Rada złożona z przedstawicieli ras inteligentnych, w tym istot z żarówkami w miejscu głowy, humanoidalnych tosterów i kolesi w obcisłych strojach mających udawać wielkie kosmiczne rozgwiazdy postanawia wysłać na Ziemię Starmana by powstrzymał Złego Mózga i jego popleczników! A Starman to nie byle kto. Niech was nie zmyli jego strój. Nasz hero potrafi latać. Ba, Superman też potrafi. Starman jest też niebywale wytrzymały. Nie na ciosy, bo w zasadzie żaden z jego upośledzonych rywali nie jest w stanie go dobrze trafić. Jest odporny na strzały z pistoletów! Inna kwestia że żaden z oponentów nie strzelał w głowę tylko w korpus. Może gdyby któryś inteligent strzelił w głowę Starman by zginął? Ale gdzie tam! Ba, na Starmana nie działają nawet płomienie, którymi atakuje go kosmiczna wiedźma (!). Starman oprócz tych super mocy potrafi też świetnie się bić. Zarówno on jak i jego przeciwnicy są tak drewniani i sztuczni, że kłoda drewna ma więcej finezji. Uwierzcie mi, walki Starmana z ludzkimi poplecznikami Mózga to upośledzona wersja walk Power Rangers z kitowcami. Starman czasem nawet nie musi ich dotykać, by ci już znaleźli się na ziemi. Nieważne ilu ich jest, Starman pokona wszystkich! W dodatku w walce z kosmicznym złem pomaga mu dwójka przedszkolaków (poważnie!) i dzielni policjanci, którzy jakoś zawsze wiedzą, gdzie jest Starman i jego oponenci, więc gdy nasz hero znudzi się oklepywaniem ich po pysku, policjanci przybywają kiedy trzeba i ich zaaresztują To jednak nie koniec mocy kosmicznego bohatera! W chwilach kiedy nie walczy, wygląda jak zwykły człowiek w garniaku, by nagle kucnąć, zniknąć "pod ekranem" i po sekundzie wynurzyć się już w pełnym stroju! Jak on to robi?! Wracając jednak do rzeczy istotniejszych. Starman walczy ze słabymi sługusami Mózga. Wszyscy oni niewiele różnią się strojem od Starmana, tylko że zamiast stroju białego noszą strój czarny i też mają czepek na głowie, w dodatku salutują swym przywódcom niczym naziści Hitlerowi. A ludzcy zastępcy Mózga to też hardkorzy. Albo mają szrame na gębie, albo groźnego ptaka na ramieniu zaś główny boss nosi czarny płaszcz, prawie jak Batman:D I co najlepsze: wszyscy mają w domach super tajne przejścia do Bazy Zła:D Mózg jednak jest przygotowany na Starmana i oprócz ludzkich sługusów wysyła też mutanty. Owe mutanty miały być straszne, udaje im się nawet bić biednych policjantów, ale nie zmienia to faktu, że ich wygląd może wywołać co najwyżej głośny śmiech. Owe mutanty mają wygląd tak kuriozalny i sztuczny, że pasują bardziej do cyrku w charakterze klownów lub jakiegoś biednego wesołego miasteczka do ubogiego domu strachów;) I o czym chcecie żebym wam jeszcze napisał? O irytującym narratorze, który non stop komentuje wydarzenia na ekranie i w zasadzie nie trzeba się zastanawiać co się będzie dziać bo od razu to wiemy? O irytującej muzyczce, która miała tworzyć napięcie, a jest taka że najlepiej aby jej nie było? Czy też o beznadziejnych efektach specjalnych, robionych chyba w piwnicy metodą chałupniczą bo takiej żenady nie widzieliście nigdzie indziej? Podsumowując. Zły Mózg z Kosmosu to film beznadziejny. Jeśli ktoś mnie spyta o zalety to powiem: tak są. Nie jest zbyt długi;) No a po drugie...Cóż. Tytuł Jest śmieszny, choć pewnie miał być straszny:D Twórcy filmu chcieli zrobić poważny film sci-fi o superbohaterze walczącym ze złem, a wyszło....Wyszła komedia, parodia kina sf. I jeśli tak będziecie podchodzić do tego filmu, możecie nie żałować spędzonego z nim czasu:D Co ciekawe, film ma jakiś kuriozalny urok, klimat; często jest to dzieło pokazywane na różnych maratonach filmowych typu "Najgorsze filmy świata". Z tego co jednak widzę w internecie na portalach filmowych i forach, istnieją filmy (nawet z XXI wieku) znacznie gorsze. Aż mnie przeraża perspektywa ich oglądania:)

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #3: Hellraiser

Tytuł: Hellraiser/Wysłannik Piekieł Gatunek: Horror/Thriller sci-fi Reżyseria: Clive Barker Scenariusz: Clive Barker Zdjęcia: Robin Vidgeon Muzyka: Christopher Young Kraj/Rok produkcji: Wielka Brytania/1987 Czas: 94 min. Drobny opryszek, Frank (Sean Chapman), w dziwnym, nieco orientalnym sklepie, kupuje tajemniczą kostkę. W domu ją układa i...Cóż, pomysł to najlepszy nie był, bowiem oto otworzył bramy do innego wymiaru, skąd przybyli Cenobici. Istoty te ? jak same mówią ? badają uczucia człowieka/ Bez znaczenia przyjemne czy nieprzyjemne. Ekstremalnie przyjemne lub ekstremalnie nieprzyjemne dokładnie mówiąc;) Rozerwany na strzępy Frank wciąż egzystuje ? jego dusza przeniesiona do świata Cenobitów ma być tam uwięziona na wieki. Przypadek jednak sprawia że Frank być może wróci do świata żywych. Oto bowiem do jego domu wprowadzają się jego brat Larry (Andrew Robinson) wraz z druga żoną, Julią (Clare Higgins), która miała kiedyś romans z Frankiem. Aby jednak wrócić do świata żywych Frank potrzebuje krwi. A wciąż kochająca go Julia zrobi wszystko by jej ukochany powrócił i nie zawaha się w tym celu dokonać najgorszych zbrodni. Sytuacja się jednak komplikuje, kiedy w całą intrygę wplątuje się córka Larrego z pierwszego małżeństwa, Kirsty (Ashley Laurence). Dziewczyna będzie musiała znaleźć rozwiązanie problemu powracającego do świata Franka, spotka się także z Cenobitami i ich przywódcą Pinheadem (Doug Bradley). Właśnie. Pinhead. Postać tak samo kultowa jak sam film. Stał się jedną z ikon horroru i całej serii. Ten niesympatyczny facet z powbijanymi w głowę gwoździami budzi strach i zaciekawienie, to on jest głównym dostarczycielem ?uciech? w innym wymiarze, on też wyjaśni widzom (w jednym z dialogów) kim są Cenobici i skąd przybywają. Hellraiser jest uznawany za horror i czasem faktycznie potrafi wystraszyć (choć nie przerazić), zaś krew leje się tutaj niemal tak jak w niejednym slasherze (jak to się odmienia?). Dla mnie jednak jest to także świetny thriller sci-fi, ponieważ film niesamowicie trzyma w napięciu, zaskakuje, nie daje żadnych wskazówek co stanie się za chwilę ani co do tego jak cała historia się skończy. Ten film jest naprawdę dobry i dziś ? jak już napisałem wyżej ? to prawdziwy klasyk. Nie straszy bardzo mocno, mogą go więc oglądać ludzie mniej odporni na ten gatunek, ale atmosfera wgniata w fotel. Tytuł obowiązkowy do obejrzenia, choćby po to by wyrobić sobie o nim opinię i poznać jedną z najbardziej klasycznych postaci filmowego horroru.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #2: Śnieżka

Tytuł: Śnieżka Gatunek: Dramat/Niemy Reżyseria: Pablo Berger Scenariusz: Pablo Berger Zdjęcia: Kiko de la Rica Muzyka: Alfonso Vilallonga Kraj/Rok produkcji: Belgia, Francja, Hiszpania/2012 Czas: 98 min. Może się wydawać, że pewne tematy są już wyeksploatowane i nic nowego wymyślić się nie da, a każda próba stworzenia nowej wersji starego dzieła musi spalić na panewce. Królewna Śnieżka braci Grimm wydaje się być właśnie takim przykładem, dzieła, zekranizowanego tak w wersji aktorskiej jak i animowanej wiele razy i to nawet na dziwne acz ciekawe sposoby (patrz: Królewna Śnieżka i łowca) . Jednak hiszpański reżyser Pablo Berger tę klasyczną baśń odkrywa na nowo i doskonale znaną wszystkim historię prezentuje w nowej, zaskakującej formie. Nie ma magicznego królestwa. Jest Hiszpania lat 20 i 30 XX wieku. Nie ma króla, ale za to jest torreador, Antonio Villalta (Daniel Giménez Cacho), jeden z najlepszych w swoim czasie. Torreador, który uległ wypadkowi (żona w tym samym czasie umiera przy porodzie córki), a opiekę nad nim sprawuje pielęgniarka/Grimmowska Królowa (w tej roli znakomita Maribel Verdú, którą możecie pamiętać z roli Mercdes w Labiryncie Fauna). Oczywiście nie zależy jej na torreadorze, którego poślubia, tylko na jego majątku. A jedyną tak naprawdę przeszkodą do całkowitego szczęścia chciwej kobiety jest córka Antonio ? Carmen/Śnieżka (Macarena García). To co się wydarzy dalej jest w zasadzie zgodne z baśniową wersją,ale... No właśnie. Berger znaną nam historię nie tylko przenosi w przyszłość- do XX wieku. Kolejną rzeczą, którą robi jest...powrót do przeszłości. Przeszłości kina. Oglądając Śnieżkę mamy wrażenie cofnięcia się w czasie za sprawą użytej techniki filmowej. Film bowiem nie tylko jest niemy, ale też czarno-biały. Zamiast dialogów aktorów mamy więc ich tekst w ramce niczym w początkach kinematografii, zamiast dźwięków świata przedstawionego ? znakomitą muzykę w jakże hiszpańskim klimacie (flamenco!) Berger także często zaskakuje rozwiązaniami fabularnymi; niby wszystko się zgadza z oryginalnym pierwowzorem, ale pewne wydarzenia (np. wywóz Carmen do lasu przez kochanka macochy, w bajce: Śnieżki przez Myśliwego czy zakończenie, którego nie chcę zdradzać) i postacie (np. krasnoludki) mogą nie raz zaskoczyć widza. Berger stworzył filmową ucztę ? ze znakomitymi rolami Garcii i Verdu, znakomitą muzykę, ciekawą koncepcją przedstawienia znanej historii. To po części dramat, trochę komedia, trochę kino przygodowe w konwencji czarno-białego kina niemego. Dla każdego spragnionego filmowych wrażeń najwyższej próby. Jednak raczej nie znajdziecie tego filmu w wielkich multipleksach. Szukajcie w małych kinach studyjnych.

Iselor

Iselor

 

Filmomaniak #1: Ghost in the Shell

Tytuł: Ghost in the Shell Gatunek: Thriller science fiction (anime) Reżyseria: Mamoru Oshii Scenariusz: Kazunori Ito, na podstawie twórczości Shirow Masamune Zdjęcia: Hisao Shirai Muzyka: Kenji Kawai Kraj/Rok produkcji: Japonia/1995 Czas: 83 min. Ghost in the Shell przenosi nas do przyszłości, do roku 2029. Świat jest zamieszkiwany zarówno przez ludzi jak i cyborgi. Odróżnić ich można tylko w jeden sposób - ludzie posiadają duszę. Pewnego razu okazuje się jednak, że istnieje pewien haker zwany Władcą Marionetek, który jest zdolny wnikać w ludzki umysł i nim manipulować... Tutaj do działania wkracza major Motoko Kusanagi z elitarnej Sekcji 9 - ma za zadanie schwytać owego hakera. Sama Motoko, co ciekawe (podobnie jak jej pomocnik) jest cyborgiem. I właśnie dzięki temu, że główna bohaterka to nie do końca człowiek film nabiera szczególnego wydźwięku. Przez cały czas Motoko zastanawia się czy ona, cyborg, ma duszę? Czy sama świadomość bycia żywą, samodzielną, świadomą własnego "ja" istotą, różniącą się od innych, określa ją jako istotę w pełni... żywą? Ghost in the Shell to film o wielu różnych możliwościach interpretacji, przeznaczony dla specyficznego odbiorcy. Ghost in the Shell to obraz przedstawiający nam o wiele bardziej prawdopodobny obraz przyszłości niż Akira. Wszechobecne komputery kontrolują każdy aspekt życia, mało który człowiek nie ma mechanicznie zmodyfikowanych przynajmniej niektórych narządów, a sama możliwość wnikania do pamięci człowieka bardzo przypomina Matrixa. I faktycznie, gdyby nie Ghost in the Shell, Matrix prawdopodobnie nigdy by nie powstał (przyznali to bracia Wachowscy). Ofiary Władcy Marionetek to ludzie nie pamiętający swojej przeszłości, a fikcyjne zdarzenia "zaprogramowane" w ich mózgach traktują jako coś w 100% pewnego. Oglądając scenę w której naukowiec tłumaczy kierowcy śmieciarki (którego pamięć została zmodyfikowana i który został wykorzystany przez Władcę Marionetek do jego osobistych celów), że nigdy nie miał ani żony ani córeczki i od dziesięciu lat naprawdę sam mieszka w kawalerce może przyprawić o... chwilę zakłopotania, współczucia dla tego faceta i chwili refleksji: co by było gdyby coś takiego było możliwe dzisiaj? Manipulacja ludzką psychiką, pamięcią, zachowaniem. To pewnie wkrótce nastąpi, prędzej czy później. Musimy uważać. A tym bardziej muszą uważać nasze dzieci i wnuki. Za ich życia komputeryzacja i rozwój prac nad Sztuczną Inteligencją może okazać się zagrożeniem dla ludzkości. I Ghost in the Shell przed tym ostrzega. Może się okazać że program, wirus, SI, czy jak to sobie nazwiecie, uzyska świadomość i zacznie się określać jako żywa istota. Skoro ma świadomość własnego "ja" to dlaczego ma nie być traktowany jako żywy organizm, nowy gatunek? No bo co nas ludzi, upoważnia do nazywania siebie istotami żywymi? Czym jest życie? Za pewnego rodzaju program można przecież uznać nasze DNA! Te problemy także są tematem rozważań bohaterów Ghost in the Shell. Gorąco polecam ten film wszystkim miłośnikom dobrego kina, najlepiej jeśli lubią podczas filmu jak i po nim, trochę pomyśleć i zastanowić się nad fabułą i przesłaniem, które w sobie niesie. Jest to widowisko dobre także dla tych, którzy mangi nie lubią - podobnie jak w Akirze nie uświadczymy tu wielkich oczu, itp. Dźwięk także stoi na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza muzyka. Ta, chociaż pojawia się tylko w wybranych momentach posiada znakomity klimat pasujący do filmu, jest spokojna, zmuszająca do chwili zastanowienia. Jednym słowem: świetna! Zastrzegam jednak, że nie jest to film przy którym dobrze jest się wyluzować. Trudno jest przy nim z kimś rozmawiać, czytać i "jednym okiem" oglądać. Trzeba się przy nim maksymalnie skupić aby dokładnie wszystko zrozumieć i niczego nie przeoczyć. Dla pewności, dobrze jest go obejrzeć chociaż dwa razy. PS. Dziś, po kilku latach od napisania tej recenzji (i bardzo delikatnych, kosmetycznych modyfikacjach) mogę się pod nią bez oporu podpisać. Ghost in the Shell pozostał moim ulubionym filmem science ? fiction, ba, chyba ulubionym filmem w ogóle. Oglądam go raz do roku bo po prostu go lubię do tego stopnia:) Absolutny klasyk i arcydzieło. Film doczekał się sequela zatytułowanego Ghost in the Shell 2: Innocence, który jednak jest już ?tylko? bardzo dobrym sf.

Iselor

Iselor

Sign in to follow this  
×