Mała książniczka

  • wpisy
    38
  • komentarzy
    76
  • wyświetleń
    32075

O blogu

"Pisanie i czytanie są czynnościami wykonywanymi w samotności i przez to intymnymi".

Wpisy w tym blogu

9kier


99906332964.jpg
 


Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.

 

Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.

 

Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.

 

Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.

 

Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

11 lipca 2017

@@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@

9kier

 

99906332964.jpg
 

Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.

 

Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.

 

Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.

 

Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.

 

Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.

 

Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

2 maja 2017

 

9kier

Paulo Coelho, Szpieg

99906332964.jpg

 

Mężczyzna w takim stanie ducha jest jak rana krwawiąca na oczach tłumu. Szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość”.
 

Lata minęły, od kiedy ostatni raz miałam w ręku jakąkolwiek powieść Paulo Coelho. W tym czasie autor „Alchemika” stał się memem – karykaturą ni to pisarza, ni to coacha. Za przedni żart uchodzi wystawienie przed drzwi księgarni tabliczki z informacją, że nie sprzedaje się tam książek Coelho. W dobrym tonie jest śledzić na Facebooku „Żenujący cytat Paulo Coelho” (15 tysięcy fanów), a potem lajkować bez zastanowienia nad tym, czy opublikowany cytat rzeczywiście nie ma sensu. Kiedy ktoś wspomni o brazylijskim autorze w czasie spotkania towarzyskiego, należy unieść brwi, przywołać na usta pogardliwy uśmieszek i wyśmiać rozmówcę jako mało ambitnego czytelnika.

 

Nie uważam, aby Coelho zasłużył sobie na takie traktowanie. Po świecie pałętają się (lub pałętały) setki gorszych pisarzy, którzy jakimś cudem nie zostali okryci tak złą sławą. Lovecraft pisał fatalne, nienaturalne dialogi, Masterton kiepskie horrory – zwłaszcza zakończenia i żałosne sceny seksu – a choć King od dłuższego czasu nie jest w formie, jego ostatnie kryminały sprzedają się jak pączki w tłusty czwartek (nigdy nie zrozumiem tego pędu po tłuste, lukrowane bułki). Dodam do tego mnóstwo debiutantów – których nazwisk nie wymienię, ponieważ przeczytałam ich dzieła i wyparłam je, aby móc dalej funkcjonować – zwłaszcza w gatunku fantasy, przedstawiających wyświechtane schematy w sposób naiwny i pozbawiony redakcji. Czy autor bezwartościowej „Smugi krwi” (z perełkami pokroju „my drepczemy w miejscu w zaczarowanym kręgu, nie mogąc się z niego wydostać, podczas gdy elfy bawią się na łąkach”) zasługuje na więcej szacunku niż Coelho tworzący może „przeduchowione”, ale lekkostrawne i pisane z doświadczeniem powieści, od czasu do czasu próbujące przekazać jakieś uniwersalne prawdy? Nie sądzę. Szczególnie istotnym elementem mojej przygody ze „Szpiegiem” okazało się właśnie zdystansowanie do „powszechnej” opinii na temat Coelho. Mając pewien sentyment do jego starszych tekstów, które czytałam w dzieciństwie („Pielgrzym”, „Alchemik” czy „Demon i panna Prym”), starałam się spojrzeć na powieść bez uprzedzeń.

 

Szpieg” okazał się zabijaczem czasu, literaturą płytką, ale nie okropną. Jej największym problemem jest przeciętność i brak pomysłu, który mógłby zaowocować powstaniem powieści gładkiej i spójnej. Nie jest to ani biografia Maty Hari, ani wyobrażenie o niej. Skazana za domniemane szpiegostwo tancerka nie ma charakteru, co nieustannie kłóci się z jej wizerunkiem – nie czuć jej oczytania, wyrachowania i uwodzicielskiej natury, nie czuć też cech przeciwnych. Niezależnie od tego, jaka była w rzeczywistości, kreacja Coelho jest nijaka, papierowa, pozbawiona trójwymiaru, bezrefleksyjna i – takie odniosłam wrażenie, gdy szybko zapomniała o dziecku czy kobiecie, która zastrzeliła się na jej oczach – pozbawiona wspomnień, co niestety odnosi się również do innych, niezapadających w pamięć postaci. Nie pomaga tu raczej „suchy” język oraz fakt, że znacząca większość powieści napisana została w formie listów, w perspektywie pierwszoosobowej – ten zabieg miał zapewne ożywić akcję i uplastycznić wydarzenia, ale ta próba się nie powiodła. Nie rozumiem też, dlaczego autor zdecydował się na wprowadzenie niektórych scen – jak choćby tej z cebulkami kwiatów, które Mata Hari otrzymała w dzieciństwie od matki. To wprawdzie jeden z niewielu obrazów, jakie być może zapamiętam na odrobinę dłużej, ale jak się okazało, był oderwany od reszty fabuły i nie przyniósł żadnych konsekwencji.

 

Wzrok po akapitach prześlizguje się szybko, ale tracą, gdy weźmie się je pod lupę. Wtedy okazuje się, że w „Szpiegu” pojawia się wiele pozbawionych sensu i/lub tandetnych fragmentów, z których pozwolę sobie kilka wymienić: „Mężczyzna w takim stanie ducha jest jak rana krwawiąca na oczach tłumu. Szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość” (nie wchodząc nawet w stereotypy płciowe – w końcu Mata Hari żyła na przełomie XIX i XX wieku – od kiedy krwawiąca rana szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość?!); „Wiedziałam, że umrę, nie zaznawszy prawdziwego uczucia, ale jakie to miało znaczenie? Miłość i władza smakowały tak samo” (skąd wie, skoro nie zaznała miłości?); „Dobry fortepian nie powinien wydać ani jednej fałszywej nuty. Grzechem nie jest to, czego uczą nas w szkole, ale życie pozbawione harmonii. To w harmonii tkwi siła potężniejsza od prawd i kłamstw, z których utkana jest nasza codzienność”;„Czy musiałam pogrążyć się w mrokach własnej duszy, stanąć bezbronna w lesie pełnym wilków i innych dzikich bestii, bez żadnej pomocnej dłoni?”; „Byłam egzotycznym ptakiem, unosiłam się nad ziemią niszczoną przez upadłe ludzkie dusze”. To nie tak, że czepiam się zbyt górnolotnych metafor – pustosłowie bywa niezrozumiałe i „Szpieg” na pewno by zyskał, gdyby ktoś usiadł do rękopisu z ostrymi nożyczkami.

 

Nawet jednak gdyby podkręcić język, powieść wciąż byłaby co najwyżej średnia. Choć przewijają się tu, zwykle bardzo powierzchownie, różne motywy, z feministycznym i wojennym włącznie, brakuje tu dominanty kompozycyjnej, która uczyniłaby ze „Szpiega” tekst godny zapamiętania. W tej chwili ten „niedzielny” miks romansu i powieści sensacyjnej nie ma nic do zaoferowania – i nie ratuje jej nawet delikatna filozoficzna i średnio smaczna posypka, bo tekst nie próbuje przekazywać ani interesujących obserwacji, ani, przeciwnie, żadnej uniwersalnej prawdy.

 

28 lutego 2017

9kier

Maja Lunde, Historia pszczół

Lunde_Historia%20pszczol_m.jpg

 

Lunde obłożona kserokopiami artykułów w lokalnej bibliotece. Lunde odwiedzająca starsze małżeństwa dbające o swoje pasieki. Lunde pochłaniająca książki o CCD w ulubionym miękkim fotelu, pijąca herbatę i głaszcząca kota. Tak wyobrażam sobie norweską autorkę w tygodniach poprzedzających napisanie pierwszego rozdziału Historii pszczół. Doświadczenie w pisaniu książek dla dzieci – bo tym zajmowała się wcześniej – sprawiło, że potrafiła następnie przekazać prostym językiem coraz bardziej rzucającą się w oczy prawdę: pszczoły wymierają.

Tak jest. Stąd ule na dachach budynków. Stąd akcje w rodzaju „Adoptuj pszczołę”. Stąd konieczność ręcznego zapylania kwiatów w niektórych miejscach na świecie, np. w chińskim Hanyuanie, gdzie pszczół nie ma już od ponad trzech dekad. Stąd szukanie substytutów i, między innymi w Polsce, projektowanie mechanicznych owadów. Pszczoły miodne odpowiadają za zapylanie 70-80% roślin owadopylnych, więc w przypadku katastrofy naturalnej, jaką byłoby ich całkowite wyginięcie, horrendalnie wzrosłyby ceny żywności, bo kwiaty warzyw i owoców należałoby zapylać ręcznie za pomocą cieniutkich pędzelków. Ta czarna wizja wcale nie jest nierealna – kilka tygodni temu na listę zagrożonych wpisano siedem gatunków pszczół występujących na Hawajach, ale i europejskie nie mają się najlepiej. Wśród „ludzkich” przyczyn CCD (colony collapse disorder, czyli zespół masowego ginięcia pszczół) wymienia się stosowanie środków chemicznych w rolnictwie, zanieczyszczenie powietrza i zbytnie eksploatowanie owadów. To jeden z wątków, które Lunde umieściła w swojej powieści – osadziła CCD (zaobserwowane już w 1918-1919) w historii rozgrywającej się w 2007 roku, w momencie kulminacji syndromu prowadzącej do ogromnych strat pszczelarzy.

Widmo katastrofy naturalnej autorka umieściła jednak w tle, bo też właściwa fabuła śledzi losy trzech rodzin, których życie w jakiś sposób jest ze pszczołami związane. Powieść Lunde – nagrodzonej zresztą Norweską Nagrodą Księgarzy – konstrukcyjnie przypomina nieco Atlas chmur, jednak przeskakuje między zaledwie trzema wątkami. W 1852 przyrodnik William opracowuje projekt nowego ula mogącego zrewolucjonizować branżę, ale nie jest jedynym, który próbuje tego dokonać. W 2007 George próbuje namówić syna, by przejął po nim interes, podczas gdy na terenie Stanów Zjednoczonych zaczynają wymierać pszczoły. W 2098 Tao, będąca trybikiem w państwowej maszynie zaprzęgającej obywateli do pracy przy ręcznym zapylaniu, traci dziecko w niewyjaśnionych okolicznościach i próbuje je odnaleźć. Atmosferze nie brakuje różnych odcieni – motywu depresji, przedkładania społecznego zadowolenia nad szczęście jednostki w kraju totalitarnym, uderzających zmian pokoleniowych czy wreszcie nieuchronnej, nadciągającej powoli katastrofy naturalnej. Jednak każda z tych historii sprowadza się ostatecznie do relacji między bohaterami i ich dziećmi. W każdej z nich przewija się też pogoń za marzeniami, która ostatecznie zostaje z różnych powodów przerwana lub musi obrać inny tor. I tak William, wspierany przez córkę, musi zmierzyć się nie tylko z konkurentem, który przed nim stworzył i opatentował podobny projekt ula, ale także z rozczarowaniem własnym synem. George chciałby, by Tom kontynuował jego dzieło, ale ten początkowo wcale nie ma na to ochoty. Kiedy opuszczają go pszczoły – dzieci, które były posłuszne i kierowały się „wolą” roju, a nie, jak Tom, egoistycznym pragnieniem zostania pisarzem – przeżywa załamanie, co ostatecznie prowadzi do ponownego zdefiniowania relacji z synem. Również Tao nie czeka szczęśliwe zakończenie, przynajmniej nie z perspektywy jednostki. Mimo szaleńczej wyprawy do zrujnowanego Pekinu traci synka, stając się jednak nie tyle narodowym symbolem, ile nadzieją dla ludzkości.

Fabuła wciąga, ale nieprzesadnie – mimo prostego, dopracowanego języka nie jest to powieść, od której nie można się oderwać. To jednak bardzo wartościowa literatura, która w dojrzały, nienachalny i pozbawiony moralizatorskiego tonu sposób przypomina, że ludzkość jest być może najbardziej dominującym i inteligentnym gatunkiem na Ziemi, ale nie jest gatunkiem samowystarczalnym. 


18 listopada 2016

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

M.R. Carey, Pandora

M.R.%20Carey,%20Pandora.okladka.jpg

 

Tak, Mike Carey porusza przeorany już wzdłuż i wszerz przez twórców wszelkiej maści temat zombie apokalipsy. Tak, nader często zdarza mu się korzystać z frustrujących, bo wytartych i naiwnych sformułowań. Tak, główna bohaterka irytuje od samego początku, ale nie w sposób, w jaki irytują dobrze zaprojektowani antybohaterowie, którym i tak kibicujemy do ostatniej strony. A jednak byłam zaintrygowana przez pierwszych kilkadziesiąt stron, bo...

 

Problemem Pandory jest to, że jeśli zdradzę, która scena z początku podobała mi się najbardziej, pozbawię czytelnika jedynej prawdziwej przyjemności z czytania tej książki. Na szczęście nie zależy mi na tym, by ta ze wszech miar przeciętna powieść wpadła komukolwiek w ręce, zwłaszcza że na temat rozmaitych epidemii zmieniającej ludzi w bezmyślne kreatury napisano już tysiące stron oraz przeznaczono na to kilometry filmowej taśmy. Również Pandora – tytuł, który w zasadzie z treścią niewiele ma wspólnego, przez co dziwi mnie to, że Wydawnictwo Otwarte zrezygnowało z oryginalnego The Girl with all the Gifts – doczekała się w tym roku kinowej adaptacji, a rzeczona scena pojawia się w pierwszej połowie zwiastuna, więc czuję się rozgrzeszona.

Dziewczynka siedząca w celi zostaje przykuta przez żołnierzy do specjalnego wózka i wyprowadzona – przy zachowaniu najwyższej ostrożności – do specjalnej sali. To pomieszczenie zaadaptowane na klasę, w której, po wypełnieniu jej podobnie unieruchomionymi dziećmi, odbywa się zwykła, wydawałoby się, lekcja. Nauczycielka traktuje uczniów z troską, co nie podoba się jednemu z żołnierzy. Zbliża się on do chłopca, zbliża rękę do jego twarzy i czeka. Po chwili mały Kenny przestaje się kontrolować: zaczyna się ślinić, prycha, kłapie zębami. Już w tym momencie, po zaledwie 20 stronach, nawet najmniej bystry czytelnik domyśla się, po co te wszystkie środki bezpieczeństwa. Grupa dzieciaków to tak naprawdę grupa Głodnych – bo takim mianem określa się tu zombie.

Z przykrością stwierdzam, że to jedyny naprawdę intrygujący fragment. Po nim poziom fabuły znacznie się obniża i niestety nie wzrasta przez prawie 400 stron. Gdy dochodzi do sytuacji, w której grupka osób, w tym tytułowa Melanie, opuszcza placówkę, rozpoczyna się sztampowy scenariusz postapo, w którym bohaterowie – ciągle w drodze – zmuszeni są nieustannie się ukrywać i uzupełniać zapasy. Nie ma w tym nic odkrywczego, a poznawanie historii opisywanej z perspektywy różnych, mało interesujących postaci było tylko trochę mniej męczące niż moja wcześniejsza przygoda z Tengu. M.R. Carey zapewne bardzo chciałby, by Pandora nie była kolejną opowieścią o życiu po katastrofie, lecz o wartości ludzkiego życia, a także wewnętrznej walce, jaką toczy Melanie. Próbuje pokazywać jej jednocześnie człowieczą i zwierzęcą naturę (choćby ukazując, jak nieproszona oddala się od samochodu, by nie czuć zapachu ludzi w pobliżu i nie powodować zagrożenia), ale robi to bez pomysłu, a co gorsza, nie jest w stanie pociągnąć czytelnika za emocjonalne struny. Nie pomaga język, jakiego używa: wytarte środki wyrazu („Teraz Melanie ma dziesięć lat i skórę królewny z bajki, białą jak śnieg”), pozbawione polotu zdania pozbawione ciekawych spostrzeżeń (o zabawne nawet nie proszę, w końcu to zombie apokalipsa, więc musi być superpoważnie) czy zbędne, działające na szkodę całości sceny pokroju naprawdę słabego, niczym nieuzasadnionego wątku romansowego między osobami, które nawet się nie lubią.

Najciekawszym, choć cichym bohaterem powieści był będący przyczyną apokalipsy grzyb, ale tego poznałam już i w grze The Last of Us, i w kinie przy okazji The Hallow, więc nieco mi się, nomen omen, przejadł.

29 października 2016

Recenzja w Portalu Księgarskim

 

9kier

Śledziłam przypadek Billy'ego Milligana przez ponad pięćset stron i styl powieści Keyesa ani razu nie zasugerował mi, że dawno przekroczyła trzydziestkę. Wydawnictwo Wielka Litera nie chwali się tym na okładce, ale Człowiek o 24 twarzach – trudno mi pozbyć się wrażenia, że tytuł został zainspirowany 50 twarzami Greya – to  polska wersja wydanej w 1981 roku The Minds of Billy Milligan. Na szczęście dobry reportaż się nie starzeje.

Historia Billy'ego Miligana – mężczyzny cierpiącego na rozszczepienie osobowości – to rzetelny, nasycony faktami, przepełniony akcją dokument napisany jak niezły kryminał. Ten rozpoczyna się, gdy tytułowy bohater zostaje oskarżony o napady i gwałt, choć szybko okazuje się, że w przeciwieństwie do klasyki gatunku na pytanie „kto dokonał przestępstwa?” nie trzeba długo czekać. Daniel Keyes niczego nie owija w bawełnę i już na dzień dobry opisuje wszystkie 24 osobowości zamieszkujące w różnych okresach lat 70. ciało Billy'ego. Oczytany Arthur jest inteligentnym Brytyjczykiem, Ragen to skłonny do agresji komunista z Jugosławii, Allen pali, maluje portrety i jako jedyny jest praworęczny, a Christene to 3-letnia dyslektyczka. Aktywne w danym momencie osobowości nieustannie się zmieniają, więc niektóre poznasz bardziej, inne mniej – i polubisz w różnym stopniu. Bywały momenty, w których bardzo drażniła mnie ich stereotypowość – że jak jest Żyd, to od razu pojawia się „aj waj!”, a jak przestępca, to mówi ze słowiańskim akcentem, zupełnie jakby wymyślił je pisarz bez polotu. Wtedy jednak przypominałam sobie, że to książka oparta na faktach, a tę powinnam przeanalizować pod tym względem nieco dokładniej. 

Przede wszystkim osobowość wieloraka –935e47ddbe.jpg zaburzenie dysocjacyjne tożsamości – jest tematem bardzo kontrowersyjnym, a powieść doskonale to ilustruje, ukazując walkę o to, by lekarze i sędziowie w ogóle uznali chorobę Milligana. Choć od jej premiery minęło 36 lat, zaburzenie wciąż dzieli specjalistów, którzy nie są zgodni w kwestii choćby przyczyn jej powstawania. Jedną z najpopularniejszych teorii jest ta mówiąca, że choroba najczęściej pojawia się wskutek przebytej w dzieciństwie traumy, związanej np. z molestowaniem seksualnym. Osoba chora oddala od siebie trudne przeżycie tak, jakby przydarzyło się komuś innemu, a konkretne osobowości powstają z konkretnych powodów. Tak jest i w Człowieku o 24 twarzach – Ragen jest strażnikiem nienawiści, 8-letni David pojawia się, gdy trzeba przyjąć na siebie ból, a Tommy to specjalista od ucieczek. Osobowości przejawiają różne cechy, przydatne w różnych momentach życia Billy'ego, i mają nawet wewnętrzną hierarchię – w tym postać dominującą i takie uznawane za niepożądane. Za „prawdziwością” teorii o traumie w przypadku Milligana przemawia choćby jego trudne dzieciństwo. Jeśliby nią podążyć, okazuje się, że istnienie stereotypowych, jakby niekompletnych osobowości da się bardzo łatwo wytłumaczyć tym, że zostały stworzone przez nieświadomy umysł w konkretnym celu.

Autor przeprowadził dziesiątki rozmów z Milliganem w czasie leczenia pacjenta w różnych ośrodkach i przez lata śledził jego historię. Choć używa prostego, żołnierskiego stylu – krótkich, dynamicznych zdań, bez nadmiaru przymiotników czy wtrąceń – traktuje poszczególne osobowości jak oddzielne osoby („Tommy w czasie, kiedy nie otwierał zamków, malował pejzaże. Danny malował martwe natury. Allen portrety. Nawet Ragen próbował tworzyć, ale ograniczał się do czarno-białych szkiców. To właśnie wtedy Arthur odkrył, że Ragen nie rozróżnia kolorów i, przypomniawszy sobie skarpetki nie od pary, wydedukował, że to Ragen je włożył”). W ten sposób pomiędzy wierszami uznał zaburzenie Milligana – i to na warunkach chorego – a jeśli doda się do tego fakt, że z pomocą specjalistów analizował wyniki badań pacjenta (np. nieprawidłowe elektroencefalogramy), śmiało można wyciągnąć wniosek, że cały czas stał twardo po jego stronie. Nic zresztą dziwnego, poświęcił na zgłębianie i opisywanie historii Billy'ego kawał życia: w 1981 światło dzienne ujrzała powieść The Minds of Billy Milligan, a w 1994 The Milligan Wars: A True Story Sequel. Opisywany przez niego pacjent przeżył go, ale zaledwie o kilka miesięcy – Daniel Keyes umarł na powikłania po zapaleniu płuc w czerwcu, a Milligan w grudniu 2014 roku na raka, niedługo przed pojawieniem się polskiego tłumaczenia.

Amerykański autor, znany głównie z opowiadania Kwiaty dla Algernona, tworzył powieści, a nie reportaże, ale Człowiek o 24 twarzach to pierwszorzędna literatura faktu – Keyes włożył ogrom energii w pracę researcherską i naprawdę czuć to na każdej stronie. Jedyne chwile, w których pozwala sobie na odrobinę więcej luzu (czytaj: lania wody), to fragmenty listów, artykułów czy raportów. Zwięzły styl Keyesa w niektórych momentach może odbić się czkawką, ale przede wszystkim dlatego, że w powieści przeplatają się dwa motywy: życie codzienne Milligana i jego walka z szeroko pojętym systemem. Pod tym względem rozdziały są raczej mało zróżnicowane – to w większości opisy metod leczenia i wrażeń poddanego im bohatera, braku komunikacji pomiędzy poszczególnymi osobowościami, wspomnień z dzieciństwa oraz radzenia sobie z medialną, lekarską i sądową nagonką. Mimo prostych, nieporywających formą, nastawionych na informowanie zdań udzieliło mi się emanujące spomiędzy słów zaangażowanie autora w sprawę Milligana, nawet jeśli niektóre osobowości powodowały u mnie rozdrażnienie (nie wierzę też w to, że zostały wymyślone na potrzeby ucieczki przed organami sprawiedliwości czy lepszej sprzedaży książki). Z tych powodów zresztą przez fabułę bardziej się przelatuje, niż w nią brnie. Zdarzały się tu momenty, w których tempo zwalniało, ale nie spotkałam jeszcze autora, który byłby w stanie napisać ponad 500 stron bez choćby jednego słabszego fragmentu. I wcale tego nie oczekuję, zwłaszcza że nie jestem w stanie nawet wskazać dłużących się akapitów czy rozdziałów. 


16 marca 2016

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą, która dała się złapać na okładkę Dziewczyny z pociągu. Z jednej strony wygłoszony przez Stephena Kinga pean, z drugiej – "najszybciej sprzedający się debiut dla dorosłych w historii brytyjskiego rynku". Szkoda, że oba elementy mijają się z prawdą.

Przede wszystkim wbrew temu, co mówi King ("znakomity thriller. Nie mogłem się od niego oderwać przez całą noc"), Dziewczyna z pociągu to nie thriller, tylko coś na pograniczu kryminału i powieści sensacyjnej. Nie tylko mnie nie przestraszył, ale też nie wywołał we mnie specjalnego napięcia, co po kipiącej od emocji rekomendacji niegdysiejszego króla horroru naprawdę mnie rozczarowało – w tej "znakomitości" dużo jest przesady. Pozycja jest wprawdzie dobrze napisana i ponad 300 stron, jakimi uraczył polskich czytelników Świat Książki, wystarcza na jedno, maksymalnie dwa posiedzenia, ale brakuje jej czegoś prawdziwie unikatowego. To jeden z tych niewybijających się tytułów, które są przyjemne w momencie lektury, ale za kilka lat możesz przeczytać je jeszcze raz, bo niewiele pamiętasz.

Zdecydowanie większym problemem jest druga część okładki, bo Świat Książki ewidentnie wyłożył się merytorycznie na czymś, co dało się bardzo łatwo sprawdzić. Pisanie o debiucie, podczas gdy Paula Hawkins wydała wcześniej pod pseudonimem Amy Silver aż cztery powieści, jest bardzo nie w porządku wobec odbiorców niezależnie od tego, czy wynika z niewiedzy, czy z chęci złapania czytelników na świeżą przynętę. Zostawmy jednak Kinga (którego "Bazar złych snów" zniechęcił mnie ostatnio w połowie) i słabe zagranie wydawnictwa (bo z tym autorka nie miała nic wspólnego), a skupmy się na samej treści, czyli historii opowiadanej z trzech perspektyw.

Wydarzenia obserwujesz oczami trzech bohaterek – Rachel, Anny i Megan. Bez dwóch zdań najciekawszą i, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, najbardziej wyeksponowaną jest ta pierwsza, będąca tytułową dziewczyną z pociągu. To ona otwiera powieść, to jej zdarza się olśniewać naturalnością, a w innych momentach niemożebnie drażnić. Choć Hawkins nie brakuje talentu do kształtowania wielowymiarowych bohaterów, nie w każdej scenie się to udało, przez co podczas lektury odnosiłam wrażenie, że naprawdę interesujące momenty przeplatają się z płytkimi fragmentami. Dotyczy to zresztą wszystkich postaci, również tych pobocznych. Każda z trzech wymienionych kobiet ma swoją mroczną stronę – traumatyczną przeszłość, nałóg czy toksyczny charakter – i jak przypadłość Rachel bardzo do niej pasowała, tak Anna to bohaterka jednego kontrastu, a Megan jest raczej nijaka. To, że książka jest dobrze napisana, częściowo to rekompensuje, ale nie do końca – nie było fragmentów, przez które musiałabym się przedzierać, ale zdecydowanie pojawiło się kilka takich, w których napięcie siadało całkowicie. Lubię pierwszoosobową perspektywę, bo wprowadza do powieści dynamizm, i cieszę się, że Hawkins się na nią zdecydowała, zwłaszcza że autorka nie przeciąga dialogów i, co wcale nie jest w tej branży bardzo częste, konstruuje całkiem niezłe monologi.

Na tylnej okładce znalazłam wypowiedź amerykańskiej pisarki Lisy Gardner – "pomysłowa, pełna napięcia i porywająca! Nie mogłam się domyślić zakończenia do ostatniej strony" – i trudno mi się bardziej z nią nie zgodzić. Przede wszystkim na ostatniej stronie już nic się nie dzieje, bo zagadka morderstwa została rozwiązana znacznie wcześniej, więc nie bardzo rozumiem, o co jej chodziło. Chyba że miała na myśli podziękowania, chociaż Hawkins naturalnie wspomina tam o rodzicach, redaktorach i wydawcach. Tak czy siak, traktujcie przez palce psalmy na temat Dziewczyny z pociągu. To przyjemna lektura – idealna, by zabić czas w pociągu – ale nic więcej i nazywanie autorki Alfredem Hitchcockiem nowego pokolenia (co zrobił scenarzysta Terry Hayes) to gruba przesada.

9 grudnia 2015

=24552&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=3600c04235"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Keri Smith, To nie książka

Nie wiem, jak to się dzieje, ale tego typu książkopodobne twory wydają się znajdować do mnie drogę. Pierwszą, jaka wpadła mi w ręce ? Zniszcz ten dziennik ? dostałam na święta i wtedy też spotkałam się z fenomenem tytułów Keri Smith. To nie książka wyświetliła mi się na liście debiutów, gdy akurat szukałam czegoś ciekawego do recenzji. A dosłownie kilka dni temu przyjaciółka niespodziewanie sprawiła mi polski odpowiednik autorstwa Roberta Trojanowskiego.

Cała seria ? czy serie, w końcu zaprojektowanie 200 stron z dziwacznymi zadaniami zajmuje tak mało czasu, że nietrudno o naśladowców ? to dowód na to, że nie trzeba umieć pisać, aby zbić fortunę na wydaniu książki. Wystarczy, nie wiem, zrobić rajd po przedszkolankach, posłuchać dzieciaków i poobserwować, jak się bawią, pobawić się trochę słowami. Te tomy są zbiorem zadań do zrobienia i jak w przypadku zorientowanego na destrukcję Zniszcz ten dziennik pogięłam okładkę ? czułam się dziwnie, bo normalnie bardzo dbam o ksiażki ? zapaćkałam jedną ze stron różnokolorowymi lakierami do paznokci, a na innej rysowałam głupie rzeczy razem ze swoim chłopakiem, tak To nie książka zniechęciła mnie już pierwszym wpisem. ?To jest niedogodność. Zabieraj nie-książkę wszędzie ze sobą przez cały tydzień. Musi być widoczna przez cały czas? ? serio? Do toalety też? Na rozmowę kwalifikacyjną? A jak będę ćwiczyć z hantlami, to mam ją sobie przykleić do czoła?

Dalej wcale nie było lepiej. Kilka stron dalej znalazłam ?To jest test wytrzymałości. 1. Trzymaj nie-książkę nad głową tak długo, jak to możliwe. 2. Wpisz tutaj swój wynik: ___?. Pomyślałam wtedy, że to ogromna strata czasu. Takie choćby rysowanie czy niszczenie mogą być bardzo relaksujące i bywają naprawdę angażujące, a trzymanie książki nad głową nie należy, przynajmniej w moim przypadku, do żadnej z kategorii. Nie mogę powiedzieć, że w To nie książka nie ma naprawdę ciekawych, przyjemnych pomysłów (jak wykreślanka albo strony rozwijające kreatywność, wiedzę i zachęcające do destrukcji), ale odnoszę wrażenie, że jest zbyt przekombinowana, a przez to zniechęcająca. I to do tego stopnia, że nie wypełniłam chyba ani jednej strony ? sporo zadań wymagało albo zbyt dużo czasu, albo zbyt dużo energii. Albo nożyczek czy kleju, których akurat nie miałam pod ręką. Albo innych ludzi. Albo zwyczajnie brakowało mi w nich celu. Jak Zniszcz ten dziennik jest zorientowany na ostateczną katastrofę, tak To nie książka próbuje być wszystkim i niczemu nie służy. Jest tylko zabijaczem czasu, i to wcale nie tak dobrym, bo wycinanie, rysowanie czy klejenie w autobusie wcale nie jest superwygodne.

Być może gdybym była dzieckiem i miała cały czas tego świata, zgłaszanie użytkowania strony do centralnego rejestru (czytaj: wypełnienie dziwnego formularza) sprawiłoby mi mnóstwo frajdy, podobnie jak przyklejanie na różne przedmioty wyciętych wąsów czy ust. Zniszcz ten dziennik był genialny w swej prostocie, konkretny, a przede wszystkim połowę zadań dało się wykonać raz-dwa. ?Stań tu, wytrzyj nogi i podskakuj?, ?oblej, rozlej, nakap, napluj, chluśnij kawą tutaj?, ?zadźgaj tę stronę ołówkiem?, ?żuj to?, ?wykonaj naprawdę ohydny rysunek. Użyj obrzydliwych substancji: gumy, odchodów, martwych organizmów, kiepsko narysowanego ptaka, wydzieliny, brudu?, ?zbieraj tutaj owocowe naklejki. Naklejki, które znajdziesz na kupionych owocach? (nalepiłam dwie!), ?weź tę książkę ze sobą pod prysznic?, ?rozetrzyj tutaj brud?, ?zrób nagły, destrukcyjny, nieprzewidywalny ruch dziennikiem?. Cudowne, nie? Nawet teraz łapię się na tym, że mam ochotę przepisać połowę zadań z wcześniejszej pozycji Keri Smith, podczas gdy w przypadku To nie książka nie czuję takiego ?wow?. Gdybym miała ją opisać w dwóch słowach, powiedziałabym ?za dużo?: za dużo wysiłku autorki, za dużo obrazków, za dużo zachodu. I za mało zabawy.

16 września 2015

=23805&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=189507ab17"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Graham Masterton, Tengu

Tengu został napisany pięć lat przed moimi narodzinami, w roku, w którym na rynku pojawiła się Christine Stephena Kinga. Ktoś mi wyjaśni, dlaczego książkę Króla łyknęłam jakiś czas temu w dwa wieczory, a do klasyków Mastertona sprzed ponad dwóch dekad muszę się zmuszać?

Jest w nich coś takiego, co sprawia, że podczas lektury od czasu do czasu muszę zacisnąć zęby, by móc przebrnąć przez kilka następnych stron. Reszta kartek też nie jest jazdą po autostradzie, to raczej podróż w błocie po kostki w mokrych butach, a w najlepszym przypadku spacer po gorącym, topniejącym asfalcie. Ani razu, przez grubo ponad 300 stron Tengu, nie poczułam jakiegokolwiek napięcia. Ani razu serce nie zabiło mi mocniej. Ani razu nie poświęciłam mu całego wieczoru, zamiast tego odliczając kolejne rozdziały do końca tej ciągnącej się jak flaki z olejem powieści o zemście za Hiroszimę.

Nie wiem, czy chodzi o powierzchowną japońskość konwencji, przegadane, wymuszone dialogi, czy może zwyczajnie mało ciekawą, nieangażującą fabułę, która odkrywa karty już na samym początku i przerzuca detektywów od jednej błędnej poszlaki do drugiej. Tak, Tengu bez dwóch zdań nie jest horrorem, nie nazwałabym go też kryminałem, a jeśli już, to odmianą sensacyjno-awanturniczą. Bohaterowie ? zamieszani w dziwne morderstwa po obu stronach barykady ? dają się czytelnikowi poznać od różnych stron, ale osobiście dość szybko miałam dość niewiele wnoszących do fabuły opisów tego, co jedzą, gdzie dzwonią, z kim uprawiają seks (przeważnie są to kobiety o olbrzymich piersiach i w niewiarygodnie obcisłych wdziankach), dość ich mało znaczących, często sztucznych dialogów.

Mimo to niektóre postacie są nawet ciekawe ? podobał mi się pomysł na Kappę, czyli głównego złego, a także relacje Gerarda z kobietami ? podobnie jak osadzenie tytułu w japońskiej demonologii. Z ciekawością przebrnęłam przez tych kilka akapitów tłumaczących kami czy makabryczne opętania przez tytułowego Tengu (szkoda, że po krótkim researchu przekonałam się, że nie miało to za dużo wspólnego z tradycyjnym folklorem, zgodnie z którym Tengu przedstawiany był jako ptak). To jednak wszystko. Największą radością, jaką sprawiła mi ta antywojenna zresztą książka, było zamknięcie jej po przeczytaniu ostatniej strony. Nie dlatego, że jest zła ? naprawdę źle napisane książki często są tak komiczne, że czyta się je fantastycznie ? ale dlatego, że jest tak przeciętna. Technicznie nie mam jej nic za dużo do zarzucenia, ale to za mało, by wzbudzić we mnie jakiekolwiek emocje.

12 września 2015

=23755&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=ca13f73e2a"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Mało jest rzeczy, które są w stanie zniechęcić mnie do lektury tak bardzo jak fakt, że wszystkie zamieszczone w książce opowiadania pojawiły się wcześniej w innym zbiorze. Tak jest z Kulminacjami ? większość tekstów można było przeczytać 13 lat temu w Zespołach napięć. Kolejny przedruk nie byłby problemem, gdyby nie to, że na okładce nie ma na ten temat ani słowa.

Autor S@motności w sieci miał to szczęście, że Zespoły napięć ominęły mnie kompletnie, wskutek czego o niecnym czynie, jakiego dopuścili się wydawcy, nie miałam podczas lektury pojęcia. Czytałam więc kolejne opowiadania, zastanawiając się nad tym, jak to jest, że po prawie 1,5 dekady od debiutu 61-letni Wiśniewski nadal daje radę pisać opowiadania erotyczne bez wywoływania poczucia zażenowania. Teraz wiem, że z lektury Kulminacji na temat obecnej kondycji pisarza nie jestem w stanie nic wywnioskować. Podobnie jest zresztą z także wydanymi w tym roku Moimi historiami prawdziwymi, które stanowią zbiór tyleż bogaty, co nieświeży, stanowiący przypomnienie rozmaitych opowiadań. Nie chciałabym być czarnowidzem, ale nie wygląda to dobrze. Wypuszczone na rynek w 2014 Ślady to tylko 96 stron, a powstawały ? na potrzeby miesięcznika ?Pani? ? przez dwa lata. Intymnie. Rozmowy nie tylko o miłości to koprodukcja. Na szczęście już taki Grand, również z tamtego roku, to pełnoprawna powieść, a nie opowiadanka, z których każde można by przy dobrych wiatrach napisać w jeden wieczór.

Piszę o tym wszystkim po to, by podkreślić, że Zespoły napięć były jego drugą publikacją, na którą po sukcesie S@motności w sieci czekały najpewniej dziesiątki ludzi. Zauważony i doceniony, Wiśniewski mógł w spokoju kontynuować czy raczej rozpędzać swoją działalność pisarską, bo świat nie czuł jeszcze przesytu jego stylem. Z jakiegoś powodu, mimo że Zespoły napięć powstawały w tak stymulującym okresie, a autor dwoił się i troił, by opowiadania były różnorodne ? jest więc i historia o klątwie Ondyny, i tragiczna opowieść osadzona w sercu III Rzeszy ? czytając je kilkanaście lat później w Kulminacjach, nie chłonęłam ich nawet w połowie tak jak niegdyś powieść o cybermiłości. Choć warsztatowo nie mam im nic do zarzucenia i widać, że mamy tu do czynienia z kimś o czystym stylu i dobrym redaktorze nad głową, fabularnie to zbiór niezapadających w pamięć miłostek i po przeczytaniu zbioru wcale nie czuję się bogatsza.

Najważniejszym powodem, dla którego nie wieszam zbyt wielu psów na wydawcach, jest fakt, że Kulminacje to nie tylko przedruk, lecz osiem kontropowiadań autorstwa rozmaitych polskich autorek, które połączone w duety z oryginalnymi tekstami uzupełniają je, zmieniają punkt widzenia, a czasami ? tutaj przykład ostatniej, bez dwóch zdań najlepszej historii stworzonej przez Joannę Jodełkę ? wybornie bawią się formą zaproponowaną przez Wiśniewskiego. Te kobiece opowieści są zdecydowanie najsłabszą częścią zbioru. Ze względu na bardzo nierówny poziom przez większość przebrnęłam bez większego entuzjazmu, ale też bez trudu, ale w przypadku takiego choćby ?Nie umrzesz we śnie? Magdaleny Witkiewicz, gdy czytałam ograne dziesiątki razy, sztampowe fragmenty pokroju ?Czy to nie piękne, że całą kobiecość można utożsamić z kwiatem? (...) Każdego dnia czuł, jak rozkwitała. Jak kwiat?, czułam zażenowanie. Z jakiegoś powodu podczas czytania kolejnych historii niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że autorki starały się na siłę poetyzować, przez co przekraczały jakąś niepisaną granicę, za którą czai się tandeta. Większość historii nie była innowacyjna (choć tu i ówdzie zdarzały się ciekawe sceny) i czasami miałam poczucie, że mam do czynienia z amatorską, w zależności od tytułu przeintelektualizowaną lub rozemocjonowaną pisaniną. Jestem przekonana, że wyparują z mojej głowy szybciej, niż Wiśniewski znowu wyda coś, co nie będzie przedrukiem starych tekstów.

Tego ostatniego nie mogę jednak powiedzieć o wspomnianej Joannie Jodełce. Brawa dla osoby, która zadecydowała, że jej opowiadanie pojawi się na samym końcu, bo jako jedyna odważyła się wyjść poza utarty schemat liniowej historii miłosnej. Naprawdę z chęcią przeczytałabym zbiór Jodełki i Wiśniewskiego, pozbywając się innych autorek, których nazwiska i tak nic mi nie mówią. Co więcej, dzięki Kulminacjom najprawdopodobniej sięgnę po jej nagradzany kryminał, Polichromię* Zbrodnię o wielu barwach z 2009 roku, i mam nadzieję, że będzie dobry, bo inaczej okaże się, że przedzierałam się przez Kulminacje na marne.

4 maja 2015

=22681&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=a166bcb44c"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Nową pozycję Miller reklamuje się jako ?kontynuację bestsellerowej książki?, lecz w rzeczywistości to reedycja z paroma świeżymi historiami. Na okładce, na czerwonej winiecie, widnieje dumny napis ?bestsellerowy poradnik?, który jest tylko chwytem marketingowym, bo w Królowych życia i królu szczątkowych porad trzeba szukać z lupą.

Ci, którzy mają na półce oryginał z 2013 roku ? to naprawdę niedawno, więc nie rozumiem takiego ruchu ze strony wydawnictwa Zwierciadło ? nie mają po co jej kupować. Historię Ewki, która ?może mieć każdego?, można było przecież przeczytać dwa lata temu, podobnie jak opowieść o oszukanej Uli, której bezczelny policjant powiedział, żeby się poszła leczyć. W nowej wersji osiemnaście rozdzialików o zakompleksionych, uzależnionych, niespełnionych i smutnych rozrosło się do dwudziestu trzech, z czego ostatni poświęcony jest mężczyźnie ? rodzynkowi w zestawie.

Nie za bardzo rozumiem, do kogo skierowana jest ta książka. Pozytywne historie będące wyimkami z rozmaitych terapii prowadzonych przez Miller mogą dać nadzieję tym, którym się nie układa, i zmotywować ich do zmian. To obecnie modny trend, gdy z wystawek salonów prasowych gapią się na nas tytuły pokroju Sekret. Tom 4. Bohater, które są dokładnie tym samym, co Królowe życia i król, ale zahaczają jeszcze o duchowość i pozytywne nastawienie. Nie rozumiem, po co przedstawiać pozytywne historie bez podawania recepty na to, jak samemu osiągnąć szczęście. Chyba że remedium jest terapia u Miller, bo to ona jest elementem wspólnym dla wszystkich rozdziałów. Jedyną radą, jaką wywnioskowałam z lektury, była ta, że warto się dopieścić, jeśli ktoś pochodził z biednej rodziny, i na przykład kupić sobie kilka czekolad ? zapamiętałam ją dlatego, że opowieść o pozornie zadowolonym mężczyźnie różniła się od poprzednich.

Inną ciekawą opowieścią była ta, w której zdradzana przez męża żona weszła z nim w układ pozwalający mu na spotykanie się z obiema kobietami na zmianę. Cała reszta wydaje się bardzo podobna, a przez to niezbyt interesująca. Część z nich bazuje na psychologicznych stereotypach, ucząc, że dążenie do perfekcji nie daje szczęścia, a większość problemów w dorosłym życiu wynika z dzieciństwa: dysfunkcjonalnej rodziny, przeżytej tragedii czy relacji z rówieśnikami. Przeczytałam kilka pierwszych z ciekawością, ale przy kolejnych odliczałam strony do końca. Ba, po paru dniach od przebrnięcia przez całość nie pamiętałam połowy z nich i nie jestem pewna, czy za pół roku zostanie mi w głowie cokolwiek. Rozdziały nie są też wybitnie napisane ? to żołnierski, choć charakterystyczny dla Miller styl ? co tutaj uderza bardziej niż w jej opartych na rozmowach tytułach, bo dialogów jest niewiele i brakuje dynamiki. Te wzięte z życia historie czyta się jak reportaże.

Katarzyna Miller ma na koncie dużo przyjemnych, rozwijających książek, ale ta nie należy do żadnej z tych kategorii. Królowie życia i król wyglądają jak typowy skok na kasę ? zarówno ze strony autorki, jak i wydawnictwa. Nie nazwałabym tego poradnikiem, a nawet jeśli komuś spodobała się oryginalna wersja sprzed dwóch lat, nie sądzę, aby warto było kupować reedycję dla paru historyjek więcej. Zwłaszcza że nawet w odsłonie rozszerzonej to i tak rozrywka na dwie godziny.

22 kwietnia 2015

=22545&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=4565e50844"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Zdobiący okładkę stempel ?bez cenzury? kusi. Spodziewałam się baśni w wersjach, na widok których policzki Disneya oblałyby się purpurą. Pełnych seksu, przemocy, a przynajmniej zbyt skomplikowanej dla paroletniego czytelnika intrygi. Dostałam 50 opowieści, z których większości ? a może i wszystkich ? nie bałabym się pokazać dziecku.

Zwłaszcza że napisane są tak samo jak klasyczne baśnie: język jest prosty (cytując poetę Jamesa Merrilla, ?ton wylizany do czysta?), postacie odpowiednio papierowe (mądry król, biedny młynarz), a tempo duże. Pullman ? autor trylogii fantasy Mroczne materie ? wypunktował te wszystkie charakterystyczne dla gatunku elementy we wstępie i nie sposób się z nim nie zgodzić: bohaterowie nie mają życia wewnętrznego, przeszłości ani bogatych osobowości, a jeśli coś nie posuwa scenariusza do przodu, w baśni szkoda na to miejsca. Takie choćby niemające znaczenia fabularnego opisy przyrody ? w Baśniach braci Grimm... pojawia się tylko jeden, w Jorindzie i Joringelu ? opowieści przejawiającej wyraźne cechy romantyzmu. Nieco dziwi mnie to, że edytorska gilotyna Pullmana nie wycięła tego fragmentu, bo jak pisze we wstępie, ?zamierzałem przedstawić najlepsze, najciekawsze z nich, oczyszczając je ze wszystkiego, co utrudnia swobodny bieg narracji?.

Chwilę po ukończeniu Baśni braci Grimm... zabrałam się za ponowne czytanie Baśni tysiąca i jednej nocy i różnice są kolosalne. Nie chodzi nawet o to, że każdy ze zbiorów osadzony jest w innej kulturze ? u Grimmów są młynarze, królestwa, motywy słowiańskie i chrześcijaństwo (ale w śladowych ilościach, nie tyle, ile u Andersena), na Bliskim Wschodzie ifrity, wezyrowie, niewolnictwo i Allach (nawet kogut krzyczy ?na Allacha!?). Przede wszystkim widać różnicę w narracji: w Baśniach tysiąca i jednej nocy język, zwłaszcza dialogów, pełen jest ozdobników i powtórek i trudno znaleźć opowieść, w której nie byłoby żadnego, choćby najkrótszego wiersza (a przecież ?słowa poety? potrafią się tam ciągnąć przez wiele, wiele wersów, czasami bez rzeczywistego związku z fabułą). Jeśli dodać do tego szkatułkową budowę i egzotyczny krąg kulturowy, nie dziwi, że czyta się je znacznie trudniej niż ich niemieckich kuzynów. Baśnie braci Grimm... są raczej krótkie ze względu na zwięzłe, celne zdania opisujące to, co najważniejsze. W prawie 500-stronicowym tomie Pullmana zmieściło się dzięki temu aż 50 opowieści, każda opatrzona odautorskim komentarzem.

Tu zresztą pojawia się moje kolejne, po dodanej na wyrost metce ?bez cenzury?, zastrzeżenie ? dopiski Pullmana są powierzchowne i niespecjalnie ciekawe. To z reguły tło historyczne lub odczucia autora (patrz: ?Muzykanci z Bremy?) plus metryczka zawierająca elementy w rodzaju ?typ baśni: ATU130, Zwierzęta nocujące w domu?. Zdarzają się interesujące aspekty, np. kwestia tego, na ile części przecięto węża w ?Trzech wężowych liściach?, czy doklejonej, wydawałoby się, na ślinę i w zasadzie zbędnej postaci Henryka w ?Żabim królu i żelaznym Henryku?. Czasami Pullman porównuje kilka wersji danej baśni lub wyjaśnia jakiś zastosowany przez siebie zabieg, ale ogółem notki te czytałam bez przyjemności w przeciwieństwie do podobnych komentarzy w ostatnim wydanym w Polsce zbiorze opowiadań Jeffreya Forda. Jeśli ktoś ma ochotę na analizę co ciekawszych bajkowych scenariuszy, zalecam zajrzeć do Bajek rozebranych Katarzyny Miller i Tatiany Cichockiej, choć tam pojawiają się głównie historie Andersena.

Na szczęście, mimo że bajki Grimmów nie są przesadnie zróżnicowane, połykałam je jedna po drugiej i miejscami nadziwić się nie mogłam szalonym zwrotom akcji. Połowa opowiadania o dziewczynie, a potem w jednym zdaniu rodzina wyrzuca ją przez okno i zabija? W porządku. Dziewczyna, która jest tak posłuszna ojcu, że pozwala mu uciąć jej obie ręce? Jest. Mysz, ptak i kiełbasa mieszkające w jednym domu? Jak najbardziej. Pod względem gnającego scenariusza bez dwóch zdań wygrywa ?Śpiewający, skaczący skowronek? ze swoim ?na prawym brzegu zobaczysz kępę wysokich trzcin. Policz je starannie i zerwij jedenastą, a potem uderz nią węża. Wtedy lew go pokona i oboje znowu staną się ludźmi. W pobliżu zobaczysz gryfa mieszkającego nad Morzem Czerwonym. Wraz ze swoim ukochanym usiądź na jego grzbiecie (...). Weź ten orzech. Kiedy znajdziecie się na środku morza, wrzuć go do wody? itd.

Jednocześnie z przyjemnością ponownie zapoznawałam się z baśniami, które czytałam kiedyś w innych zbiorach ? takim choćby ?Rybakiem i jego żoną?, który jest jedną z moich ulubionych opowieści. Nie zabrakło też klasyków w rodzaju ?Roszpunki? czy ?Królewny Śnieżki?. Trudno oceniać wartość literacką znanych opowieści, które mniej lub bardziej utrwaliły się w kulturze. Wprawdzie Pullman przepisał je na nowo, ale nie ma tu mowy o zbytniej kreatywności. Brytyjski pisarz udowodnił już jednak, że tej mu nie brakuje.

8 marca 2015

=22100&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=29a2071242"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Stephen King, Przebudzenie

Dosyć mam już pisania o Kingu. Nie dlatego, że czuję przesyt recenzowaniem książek tego samego autora, lecz dlatego, że w każdym tekście mam ochotę napisać to samo. Wśród elementów, jakie powinny się znaleźć w rzetelnej recenzji nowej powieści Kinga, powinny znaleźć się kolejno:

1. Wspomnienia. King ma na koncie dziesiątki pozycji, z czego wiele, zwłaszcza tych najstarszych, czytałam z wypiekami na twarzy. Wracanie myślami do niektórych, takich jak To, po latach wciąż wprawia mnie w zachwyt i sprawia, że kupuję kolejne powieści niegdysiejszego mistrza horroru, choć wiem, czego mogę się spodziewać. King jest jednym z tych autorów, którzy znacząco wpłynęli na moje preferencje czytelnicze ? dorastałam z nim i bardzo cenię jego literaturę, stąd tym trudniej przechodzić mi do punktu drugiego.

2. Rozczarowanie. W ciągu ostatnich 18 miesięcy zrecenzowałam kolejno Joyland, Doktora Sen oraz Pana Mercedesa i Przebudzenie jedynie potwierdza moje wcześniejsze obserwacje: muza Kinga, o której (czy raczej o którym) wspominał w Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika,uciekła z jego piwnicy. To smutne, ale być może nieuchronne. Takiemu Gaimanowi uciekła dawno temu. Taki Masterton nigdy muzy nie miał. Stephen King robi wszystko, by udawać, że płodny etap jego życiu nadal trwa, lecz przypomina to okłamywanie listonosza, że martwa babka jest chora, by dostać jej rentę. Boli mnie to, bo nie cierpię pożegnań, i wciąż mam nadzieję, że muza na powrót zasiedli piwnicę jego domu w Bangor. Tylko z każdą kolejną książką coraz trudniej mi w to wierzyć.

3. Nadzieje (lub ich brak). Nie jest tak, że Przebudzenie jest fatalne. To poziom Joylandu, Doktora Sen czy Dolores Claiborne, z odrobiną alchemii i odrobiną herezji ? o kilka długości wyprzedza tragicznego Pana Mercedesa, do którego czytania musiałam się zmuszać. Problemem Przebudzenia jest to, że nie porywa, nie straszy i nie zaskakuje, a więc nie ma tego, za co kochałam prozę Kinga kilkanaście lat temu. Na ten rok planowane są przynajmniej dwie nowe powieści, zbiór opowiadań The Bazaar of Bad Dreams oraz Finders Keepers, czyli druga część trylogii rozpoczętej Panem Mercedesem. O tej ostatniej powiem tylko tyle, że nie wierzę w nią kompletnie ? jeśli King nie pójdzie za przykładem Stiega Larssona i nie zmieni choć trochę konwencji kontynuacji, potraktuję Finders Keepers oraz jej następczynię jako powieść do odbębnienia i zapomnienia, bo z kryminałami autorowi ewidentnie nie po drodze. Jednak jako że krótsze formy wychodzą mu nieźle, widzę w The Bazaar of Bad Dreams potencjał do tego, by w przeciwieństwie do Przebudzenia porywać, straszyć i zaskakiwać. Chwilę przed premierą udam więc, że ostatnie książki Kinga napisał ktoś inny, po czym zaszyję się pod kocem, włączę muzykę z BioShocka i skrzyżuję palce na szczęście.

10 stycznia 2015

=21631"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Graham Masterton, Sekta

Być może w ciągu ostatniej dekady wpadła wam w ręce książka Święty terror, z metką Albatrosa przyklejoną w Polsce cztery lata po premierze oryginału. Wydana przez Replikę Sekta okazuje się tą samą pozycją wypuszczoną na rynek pod innym, równie słabym tytułem.

Fanów horrorów od razu informuję: horroru w tym tyle samo co w Panu Mercedesie, czyli zero. Sekta jest wprawdzie odrobinę lepsza niż wydana w tym roku powieść Stephena Kinga, ale niewiele, a w 1999 roku, gdy Masterton tworzył tę słabą historię o wrobionym w przestępstwo byłym policjancie Conorze, King opijał sukces Worka kości i dopieszczał Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Niestety lata Sekcie nie pomogły, a fakt, że wypada jedynie trochę korzystniej niż świeże dzieło konkurencji, która ewidentnie nie jest w formie, nie świadczy o książce za dobrze.

Czytając Mastertona, zauważyłam, że trudno mi już znosić komiczne sceny akcji, kiedy to podczas bójki przestępca potyka się chwilę przed naciśnięciem spustu. Wkurzają mnie zadufani w sobie, podstarzali bohaterowie, którzy zachowują się jak trzynastolatkowie. A już oczy wyszły mi z orbit, kiedy autor zaczął malowniczo opisywać podpalone, wybuchające jeden po drugim samochody. Całą stronę poświęcił opisom słupów dymu i temu, jak oddaleni o kilkadziesiąt metrów ludzie musieli zakrywać twarze przed żarem, a ktoś został odrzucony. Zwyczajne auta nie wybuchają. To głupota, która pojawia się w co drugim filmie i co drugiej grze, ale tam przynajmniej można zobaczyć widowiskową eksplozję. Taki absurd nie przystoi autorowi, który w chwili pisania Sekty miał 25-letnie doświadczenie pisarskie i na pewno niejednokrotnie podpytywał specjalistów o szczegóły techniczne ? tu wystarczyłby prawdopodobnie jeden nauczyciel chemii.

Śmieszy mnie też podręcznikowość powieści, która składa się z czterech następujących po sobie w różnej kolejności elementów: dramatu, pościgu, strzelaniny i nudnej, wymuszonej sceny erotycznej. Masterton uczy mnie, że jeśli mój niewinny mąż postanowi zbiec przed siedzącą w salonie policją przez okno sypialni, powinnam zacząć się rozbierać tak, by odbijać się w lustrze i odwrócić uwagę służb. Chciałabym, aby dialogi i sytuacje w książkach były naturalne (może poza wtrąceniami typu ?yyy?) ? na pewno nie służą im wymyślane w pocie czoła zwroty akcji, niewynikająca z niczego brawura ani podniosły styl rozmów.

Muszę przyznać, że jest coś, co się Mastertonowi udało: koniec pierwszego rozdziału (niepotrzebny prolog przemilczę) naprawdę intryguje. Jaka szkoda, że to, co naprawdę przydarzyło się Conorowi w biurze, tak szybko wychodzi na jaw... Okazuje się, że autor liznął absolutne podstawy hipnozy i postanowił uczynić jej mistrzami kilkoro bohaterów. Ciekawe jest to, że przedstawia nawet pewne bazowe techniki ? choćby tę, że jeśli rozmówca odpowie na kilka moich pytań twierdząco, prawdopodobnie przytaknie na następne. Niestety uczynienie z protagonisty wirtuoza manipulacji w ciągu kilku dni wydaje mi się bardzo nieprzekonujące. Autor nie tłumaczy też, na czym dokładnie polega trans ani jak ludzki mózg reaguje na nagłe przerwanie wzorca, np. dotknięcie nadgarstka podczas podania ręki, choć pojawia się to w książce. Co więcej, postacie niczym marionetki wykonują sugestie posthipnotyczne bez żadnego wahania, nawet jeśli te ostatnie są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Mam wrażenie, że Masterton ledwie przeczytał wstęp jakiejś klasycznej pozycji na temat hipnozy i już postanowił stworzyć z Conora drugiego Derrena Browna, przez co finałowa scena na dachu zakrawa na żart. (Swoją drogą, główny zły też nie jest zbyt mądry).

Nigdy nie byłam fanką autora Manitou, bo znaleziona w dzieciństwie na strychu Kostnica i przeczytani później Drapieżcy udowodnili mi, że choć potrafi budować klimat, pisze fatalne zakończenia. Tutaj przynajmniej nie odział go w nieumiejętnie wykonane fantasy, ale i tak Sekty nie polecam, bo poprawnych, ciągnących się jak flaki z olejem książek jest wiele i zamiast się przez nie przedzierać warto szukać takich, które wywołują rzeczywiste napięcie.

14 listopada 2014

=21226&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=4e87e108fc"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Od czasu do czasu lubię sobie poczytać Miller. Zazwyczaj Kaśka porywa w jakieś odludne miejsce jedną bądź kilka kobiet i gadają bez przerwy ? o facetach, dzieciach, marzeniach, błędach i emocjach. Tym razem do znanej psychoterapeutki trafiła dziennikarka Tatiana Cichocka, a rozmawiały o baśniach.

Powstała z tego lektura napisana dokładnie tak, jak wiele poprzednich książek Miller ? w formie dialogu, któremu najbliżej chyba do Chcę być kochana tak jak chcę. Kobiety przerywają sobie wzajemnie, żartują, prowokują dziesiątki dygresji, rozmyślają, odkrywają i właśnie ten luz sprawia, że Bajki rozebrane relaksują, mimo że nie brakuje w nich analizowania ciężkich motywów znanych z oryginalnych wersji prawdziwych baśni ? Sinobrodego z jego piwnicą pełną martwych żon czy obcinania stóp w Czerwonych trzewiczkach i Kopciuszku. W książce pojawiają się najczęściej przekazywane bajki, w rodzaju Brzydkiego kaczątka, Calineczki, Królewny Śnieżki czy Jasia i Małgosi, ale również te mniej znane, jak Dzikie łabędzie.

Jest coś szalenie fascynującego w tym, że w kulturze obecne są ich wygładzone wersje, nieraz okrojone z symboliki. Kiedy po przeczytaniu książki Miller myślę o niektórych historiach, trudno mi zrozumieć, jak mogłam wcześniej nie zinterpretować w ten sam sposób niektórych motywów. Ot, trzynasta, niechciana wróżka w Śpiącej królewnie okazuje się przynosić dziewczęciu w darze kobiecość, co symbolizuje chociażby krew związana z ukłuciem się wrzecionem. Podobnie zresztą ze wspomnianymi czerwonymi trzewiczkami, które według autorki symbolizują nie tylko kobiecą energię, ale i piętnowany przez społeczeństwo indywidualizm.

Nietrudno zauważyć zresztą, że feminizm to jeden z ulubionych motywów Miller. Niemal każda interpretowana baśń okazuje się w końcu historią o kobiecej sile kryjącą się bądź to w jej wrażliwości, bądź to w seksualności. Gerda z Królowej śniegu przemierza pół świata, by uratować swojego brata. Bohaterka Dzikich łabędzi kaleczy się pokrzywami, szyjąc z nich koszule, by zmienić swoich braci z powrotem w ludzi. Małgosi udaje się wystrychnąć czarownicę na dudka, podczas gdy Jaś siedzi w klatce, a Morgana nieraz ratuje skórę Ali Babie. Jednocześnie autorka prawie zawsze przedstawia tę seksualność jako coś, komu ktoś chce zagrozić. Czarownica próbuje pozbyć się Śnieżki w obawie przed zmianą istniejącego porządku, świat podejmuje wszystkie decyzje za Calineczkę, a otoczenie Śpiącej Królewny jest tak przerażone jej potencjalnym wkroczeniem w dojrzałość, że nie tylko próbuje ją tego pozbawić ? zmieniając symboliczną śmierć dziecka w sen ? ale niemal wierzy, że to nigdy nie nastąpi. Dokładnie z tego samego powodu Czerwonemu Kapturkowi matka każe się trzymać ścieżki. Odnoszę wrażenie, że miejscami Miller przesadza, a jej słowom niedaleko do niestrawnego feministycznego manifestu nawołującego do przeciwstawienia się kulturze, ale chyba właśnie od tego jest Cichocka ? zazwyczaj tylko przytakuje, zachwyca się spostrzeżeniami psychoterapeutki i dopytuje, ale jednocześnie dba o balans, odciąga od nadmiernego psychologizowania. Nie jest też na szczęście tak, że każdemu rozdziałowi przysługuje jedna słuszna interpretacja ? kobiety prześcigają się w obserwowaniu tematu z różnych stron, choćby kojarząc Calineczkę z rodziną alkoholików.

W Bajkach rozebranych pojawia się również odrobina symboliki zwierząt, choćby w Calineczce czy Kocie w butach, ale zdecydowanie najbardziej podoba mi się odwoływanie do mechaniki wypierania. Sinobrody, który sugeruje, że każdy człowiek ma swoją piwnicę z trupami przeszłości ? ekspartnerów, nierozwiązanych spraw, fantazji nieaprobowanych przez społeczeństwo, negatywnych cech. Kopciuszek, którego siostry oraz macocha symbolizują ? uwaga! ? wyparte cechy charakteru, wszystko to, czego się w sobie czy w rodzicach nie akceptuje. Nawet ogon syreny może być tym, co chciałoby się pochować na dnie morza ? aspektem zwierzęcym, którego należy się pozbyć, by rozpocząć rozwój duchowy.

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, byłam przekonana, że napiszę, iż większość tych przemyśleń nie jest specjalnie innowacyjna i co jakiś czas ktoś po prostu przypomina sobie o tym, że Jaś i Małgosia może być opowieścią o niepohamowanym konsumpcjonizmie. Tak rzeczywiście jest, ale ? pomijając nawet niesamowicie ciekawe perełki w rodzaju daru trzynastej wróżki ? Bajki rozebrane to przede wszystkim narzędzie. Gdzieś po drodze czytelnik nabywa umiejętność rozbijania tych archetypowych historii na części, a od świadomego spojrzenia na ulubioną opowieść z dzieciństwa niedługa droga do zrozumienia powtarzających się w życiu schematów czy określenia swojej postawy wobec występujących w niej ról.

29 października 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Alice Munro, Jawne tajemnice

Kiedy zaglądam do mojej poprzedniej recenzji Munro ? Za kogo ty się uważasz? ? trudno mi uwierzyć w to, że określiłam jej twórczość mianem lekkiej. Jest trudna nie wskutek używania neologizmów czy wielosylabowych słów, lecz przez to, że kanadyjska noblistka jest konserwatystką i w treści, i w formie.

W jej literaturze dziewczęta ocenia się pod kątem dobrego wychowania i opłacalnego zamążpójścia, mężczyzn pod względem wykonywanej pracy, zarobków, miejsc, w których bywają. O seksie nie mówi się wcale albo mówi się lakonicznie, bo jest zazwyczaj dla kobiety nieprzyjemnym i poniżającym obowiązkiem. Najbardziej konserwatywny jest jednak w twórczości Munro sposób, w jaki pisze ? długie opisy ogrodu Ladnera przywodzące na myśl Orzeszkową, szczegółowe deskrypcje wystrojów wnętrz, nieistotnych czynności, bohaterów, nawet tych trzecioplanowych, oraz relacji między nimi.

Wszystko to sprawiło, że przez połowę z ośmiu historii przedstawionych w zbiorze Jawne tajemnice przebijałam się może bez specjalnego trudu, ale również bez przyjemności. Odnoszę wrażenie, że są do siebie podobne ? no, może poza ciekawym Hotelem Jack Randa, w którym porzucona kobieta rusza tropem byłego męża do Australii i koresponduje z nim jako martwa osoba, Albańską dziewicą, gdzie porwana bohaterka uczy się życia w prymitywnym plemieniu, i dwoma opowiadaniami opartymi na pisaniu listów. Styl Munro jest niemal pozbawiony humoru, grzeczny, doskonale poprawny i przez to... nudny. Brakuje tu, w przeciwieństwie do Za kogo ty się uważasz?, jednej, spajającej historie postaci, przez co autorka za każdym razem w powolnym, moim zdaniem zbyt powolnym tempie wprowadza czytelnika w nową i w dodatku niezbyt porywającą rzeczywistość.

Nie oznacza to, że Munro nie próbuje grać formą ? buduje narrację na listach albo opowieści w opowieści, często bawi się chronologią ? ale nie jest to nic innowacyjnego, nic, co mogłoby porwać współczesnego czytelnika. (Czy raczej czytelniczkę ? odnoszę wrażenie, że literatura Kanadyjki kierowana jest raczej do kobiet, i to starszych). Zdarza jej się czasem czymś zaskoczyć i na pewno nie można jej odmówić kunsztu w oddawaniu emocji postaci ? przedślubnego niepokoju, niepewności co do własnych i czyichś uczuć, wyrzutów sumienia. Niestety brakuje tu prawdziwego napięcia czy humoru i nie wiem, co może przykuwać do książek Munro ? to, co jest ciekawe, podane jest w stylu tak trącącym myszką, że prawdopodobnie więcej po jej twórczość nie sięgnę.

24 sierpnia 2014

=20530&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=268bd6133f"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Stephen King, Pan Mercedes

Czytam Kinga od lat, ale wciąż istnieje cała masa powieści, które mnie ominęły. Wydaje mi się jednak, że potrafię go ?wyczuć?: rozpoznać jego charakterystyczny styl czy stwierdzić, kiedy jest w dobrej formie. Przy Panu Mercedesie czułam, jakbym czytała kogoś innego.

Oklaski należą się tym artystom, którzy szukają nowych form wyrazu, a nagana tym, którzy z każdą spłodzoną stroną pchają się do wydawcy. Eksperyment, jakim jest Pan Mercedes, ewidentnie się nie udał i zamiast psuć okazałe portfolio niegdysiejszego mistrza horroru powinien pozostać w szufladzie jego biurka. W ostatnich powieściach pisarz wyraźnie odszedł od literatury grozy na rzecz thrillera psychologicznego i można było się spodziewać, że autor prędzej czy później spłodzi kryminał ? problem polega na tym, że najnowsza opowieść nie tylko nie wnosi do gatunku nic innowacyjnego, ale jest najzwyczajniej w świecie słabo napisana.

Przez ostatnie cztery dekady King starał się straszyć. Wychodziło mu to raz dobrze (w pierwszej połowie), raz źle (pod koniec), ale nawet jeśli jakaś powieść była robotą wyrobnika, a nie artysty, nadrabiała przyzwoitym warsztatem ? wszystkimi tymi narzędziami, o jakich autor pisał w Pamiętniku rzemieślnika. Rzecz w tym, że King kompletnie nie zna się na pisaniu kryminałów, przez co gdyby Pan Mercedes nie był sygnowany jego nazwiskiem, zostałby zapomniany natychmiast po premierze. A przecież niektórzy przedstawiciele gatunku to arcydzieła. Pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania trylogii Millenium Stiega Larssona ? zaczęłam pierwszy rozdział przypadkiem, a potem natychmiast zaopatrzyłam się we wszystkie tomy i pożerałam je z wypiekami na twarzy. Przy nijakiej książce Kinga nie czułam nic.

Głównym winowajcą jest brak napięcia. Fabuła ? dotycząca nierozwiązanej sprawy mordercy z mercedesa ? rozwija się w ślimaczym tempie, a potem ciągnie się jak dobrej jakości mordoklejka, głównie z racji przedstawienia akcji w czasie teraźniejszym. Przede wszystkim jednak pozbawiona jest momentów, które mogłyby wryć się w pamięć lub wywołać jakiekolwiek poruszenie, choć autor umieścił w scenariuszu parę dramatycznych scen. Ten ostatni stanowi zresztą zbiór banałów ? głównymi bohaterami są popadający w depresję emerytowany policjant, którego uratuje Wielka Nierozwiązana Sprawa, oraz zabójca, którego skłonności mają związek z relacją z matką. Czytelnik poznaje historię z obu perspektyw, wiedząc od samego początku, wbrew kryminalnemu kanonowi, kim jest mężczyzna, który pewnego poranka rozjechał grupę bezrobotnych. King nie popisał się, jeśli chodzi o bohaterów, a przecież właśnie oni stanowili mocną stronę jego największych dzieł. Tutaj postacie są... płaskie, nudne, nie byłam w stanie związać się z nikim emocjonalnie. Drażnili mnie pomocnicy ekspolicjanta ? niestabilna kobieta i ciemnoskóry sąsiad ? drażnił mnie sam morderca, drażniło mnie wreszcie tło z koncertem boysbandu w roli głównej (?dzień się budzi jeszcze raz... pocałunki w lunaparku złączą nas!?).

Mam naprawdę olbrzymi sentyment do twórczości Kinga i trudno mi pisać źle o jego powieściach ? w końcu na nich właśnie się wychowałam. Jednak co jakiś czas zastanawiam się, co powinien zrobić autor niebędący w formie. Zakończyć działalność pisarską? A może pracować jeszcze więcej? Większość jego ostatnich powieści to średnia półka ? fakt. Pan Mercedes kompletnie mu się nie udał ? fakt. Jednak faktem jest również to, że gdyby Amerykanin przestał publikować, bardzo by mi jego twórczości brakowało. Zwłaszcza że nadchodzące Revival zapowiada się na kawał starego, dobrego Kinga.

22 lipca 2014

=20306&tx_ttnews[backPid]=1&cHash=2238bbc238"]Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Wiele lat przed tym, jak Daenerys Targaryen wydana została za khala Drogo, a młody Bran zapadł w śpiączkę, po Westeros podróżował Dunk ? wędrowny rycerz.

Sypiał najczęściej pod gołym niebem, brał udział w turniejach, bronił dam, a od czasu do czasu załapał się na jakąś ucztę, w międzyczasie naiwnie wpajając Jaju ? swemu pyskatemu, lecz bardzo lojalnemu giermkowi ? rycerskie ideały. Innymi słowy: robił dokładnie to, czym nie parali się główni bohaterowie sagi Martina, zazwyczaj urodzeni bądź wychowani w przepychu, a przynajmniej komfortowych warunkach. Nie planował skrytobójczych zamachów, ba, w przeciwieństwie do swojego giermka nie potrafił nawet czytać ani pisać, nie przehandlował też rycerskiego sumienia za oferowane przez lordów ciepłą strawę, wyczesaną klacz i miękkie łoże.

Jednocześnie Martin zadbał o to, by świat przedstawiony w trzech opowiadaniach, będących w zasadzie prequelem Pieśni lodu i ognia, okazał się równie zły. Wysoko postawieni spiskują, wykorzystują swoje pozycje, trwa nieustanna i nieczysta walka o władzę i bogactwo, trudno nie zauważyć zepsucia rycerstwa. Ta quasi-średniowieczna konwencja ? z intrygami, bękartami, politycznymi małżeństwami, etykietą, raczkującą medycyną ? lekko tylko zabarwiona fantasy, niezbyt do mnie przemawia, lecz kolejne strony przewracałam nadspodziewanie szybko. Nie tylko przez intrygujące sytuacje, w jakich stawia Dunka autor ? a to młody rycerz musi sprawdzić się w próbie siedmiu na Łąkach Ashford, a to pertraktować w imieniu lorda Osgreya z Czerwoną Wdową, a to znowu trafia na ślub, by podjąć próbę wygrania smoczego jaja. Martin na wylot zna stworzoną przez siebie konwencję i choć niejednokrotnie gubiłam się w tytułach i heraldyce, trudno mi nie docenić zręczności, z jaką żongluje nazwiskami, herbami i postaciami.

Naprawdę jednak za rok pamiętać będę głównie dwie rzeczy. Przede wszystkim przewijający się przez wszystkie rozdziały duet ? Dunk, niemal wyrwany z Pieśni o Rolandzie, jest rycerzem stereotypowym, a przez to bezbarwnym, jednak można to zrzucić na karb zdobywania przez niego pozycji i stawiania pierwszych kroków po śmierci swego mistrza. Jego giermek Jajo jest wyrazisty od pierwszej sceny: bezczelny, wygadany, dumny, zdecydowany ? trudno nie odnieść wrażenia, że to on w dużej mierze ?robi? zebrane w Rycerzu Siedmiu Królestw nowele. Ba, podczas lektury niejednokrotnie pojawiała się w mojej głowie myśl, że charakterem to Dunk bardziej nadaje się na giermka. Drugim pamiętnym elementem jest zakończenie środkowego opowiadania, które wywołało we mnie oburzenie tak silne, że mogę jedynie pogratulować autorowi. (Tych, którzy teraz obstawiają śmierć kluczowych postaci, muszę zmartwić albo ucieszyć ? wprawdzie na stronach zbioru trup ściele się gęsto, głównie wskutek zabaw kopią w czasie turniejów, lecz Martinowi udało się poskromić swój fetysz mordowania, kogo popadnie). I wymierzyć siarczysty policzek ? deus ex machina, nawet jeśli jak ulał pasuje do realiów świata, to wciąż deus ex machina.

Sięgając po Rycerza Siedmiu Królestw, na pewno nie należy nastawiać się na literacką ucztę czy zwroty akcji rodem z Gry o tron ani oczekiwać nader zawiłej fabuły ? to raczej Martinowski odpowiednik Opowieści o wiedźminie Sapkowskiego czy Hobbita Tolkiena: lekki, ciekawy i niespecjalnie wymagający. Dopiero w ostatniej z nowelek, Tajemniczym rycerzu, całość nabiera prawdziwego rozmachu, lecz to historia zdecydowanie najsłabsza z całej trójki ? po ukończeniu jej odłożyłam pozycję na półkę z mieszaniną ulgi i satysfakcji.

22/23 czerwca 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Minęło dobrych kilka lat, od kiedy Gruby Charlie Nancy (który wcale nie jest gruby), Spider i reszta mniej lub bardziej żywych, mniej lub bardziej pokręconych, mniej lub bardziej zwierzęcych bohaterów z Chłopaków Anansiego rozbawili mnie po raz pierwszy. Bałam się kolejnego spotkania ? na szczęście nic się nie zmieniło.

Żartom, które niegdyś powodowały spazmy śmiechu, zdarza się płowieć z czasem, a spotkania po latach mają to do siebie, że niejednokrotnie odbywają się w atmosferze krępującej ciszy, zażenowania, wymuszonej uprzejmości. Na szczęście Chłopaki Anansiego, dziełko fantasy stojące gdzieś między regałami z literaturą dla dzieci i dla dorosłych, po latach okazują się tak samo przyjemne, a może nawet przyjemniejsze niż w 2006 roku. Przyznaję, że jeszcze kilka dni temu podejrzewałam, że mój niegdysiejszy zachwyt powieścią ? niewątpliwie perełką, skoro ów zachwyt pozostał na posterunku ? wynikał z innych oczekiwań czytelniczych, przykładania mniejszej wagi do warsztatu autora, zachłyśnięcia się baśniowością i literaturą fantasy w ogóle. Spodziewałam się, że po latach wystawię Chłopakom Anansiego bardzo niską notę, miażdżąc tym samym pozytywne wspomnienia związane z tytułem Gaimana... Wbrew oczekiwaniom powieść okazała się nadspodziewanie zabawna, szalenie błyskotliwa i wciągająca. Po raz kolejny!

Chłopaki Anansiego udowadniają, że Neil Gaiman naprawdę potrafił kiedyś świetnie pisać. Budować niesamowicie plastyczne miejsca, a nawet całe światy, barwne, przemyślane postaci nakreślane w zaledwie kilku zdaniach, nasycać powieści licznymi nawiązaniami oraz żartami sytuacyjnymi i słownymi (choć opartymi raczej na języku Szekspira), a także wartką akcją. Historia o chłopaku, którego ojciec okazuje się bogiem, zaczyna się świetnie, prowadzi się bardzo dobrze i kończy się całkiem w porządku, co niekoniecznie da się powiedzieć o wszystkich tworach fantasy. Przede wszystkim jednak ma to, czego brakuje późniejszym tworom brytyjskiego pisarza ? tempo. Nie chodzi jedynie o odpowiednio częste zwroty akcji czy odpowiednie budowanie napięcia, ale wycięcie z gotowej powieści niemal wszystkiego, co ją rozwadnia. Jestem przekonana, że po ukończeniu Chłopaków Anansiego gotowa powieść przeszła bardzo ostrą redakcję. Dziesiątki cięć, jakich zabrakło w wydanym niedawno Oceanie na końcu drogi, sprawiających, że całość czyta się jak dobry żart ? budujący napięcie, ale nieprzegadany.

Przede wszystkim jednak to tytuł, z którego się nie wyrasta. Ma urok dobrego gawędziarza, który to wtrąci do opowieści kolejną opowieść, to sypnie jakimś celnym spostrzeżeniem na temat korporacji bądź związków, to przekaże coś za pomocą niebanalnej metafory ? takiego, którego można słuchać godzinami i nie zacznie się ziewać. Gaiman marnuje się w segmencie dla dzieci, a przecież zarówno Chłopaki Anansiego, jak i Sandman czy Amerykańscy bogowie udowadniają, że doskonale mu wychodzi ? a przynajmniej wychodziło ? uderzanie do czytelników starszych niż posiadacze pierwszych zegarków. Ci ostatni też będą się dobrze bawić, w wykreowanej przez Brytyjczyka mitologii, w której jest miejsca na Kobietę Ptaka, wpływające na rzeczywistość pieśni czy odwieczną walkę między Tygrysem a Pająkiem, znajdą jednak dużo mniej niż dojrzalsi odbiorcy. I również będą zaśmiewać się do rozpuku, wyobrażając sobie Charliego idącego do szkoły w przebraniu swojego ulubionego prezydenta czy wiedźmę zamieniającą składnik magicznej receptury na zioła prowansalskie. Albo czytając kilkanaście akapitów o wielogodzinnej próbie dojechania taksówką za róg. Całość jest niewymuszenie przezabawna i w zasadzie składa się z samych umiejętnie przymrużonych oczu.

Chętnie założyłam zieloną fedorę i towarzyszyłam ojcu Charliego w spadaniu ze sceny prosto w biust zagranicznej turystki. Typowa dla Gaimana baśniowość staje się zaletą dopiero wtedy, gdy niczym w Chłopakach Anansiego towarzyszy jej odrobina absurdu. Liczę na to, że brytyjski autor cofnie się po własnych śladach i odnajdzie to, co sprawiało, że jego literatura była niegdyś tak wyrazista i pełna życia.

25 maja 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Kiedy weszłam w powieść Kiernan po kostki, pomyślałam ?grafomania?. Kiedy weszłam po kolana, pomyślałam ?cofam?. Kiedy zanurzyłam się jeszcze głębiej, pomyślałam ?arcydzieło?.

Dzieło irlandzkiej autorki trafiło na polski rynek dokładnie 50 lat po jej narodzinach i wywołało we mnie emocje tak żywe, że aż bolesne: przerażenie, że nie pozostawię światu czegoś równie doskonałego. Z początku ten pamiętnik schizofreniczki Imp wydał mi się bełkotem, nieudolną próbą ukazania szaleństwa, lecz kiedy po kilkunastu stronach wczułam się w rytm ? strumienie świadomości głównej bohaterki i pisanie o pisaniu przeplatane z właściwym opisem wydarzeń ? utonęłam w lekturze. Powieść oczarowuje nie tylko unikatową konwencją łączącą w idealnych proporcjach realizm magiczny, mroczne fantasy z domieszką thrillera psychologicznego, ale również językową precyzją, dziesiątkami nawiązań do kultury, symboliką, wybornym warsztatem. Kiernan musiała włożyć mnóstwo pracy w pisarski research, gdyż z godną podziwu pieczołowitością dopracowała kolejne rozdziały. Nieustannie bawi się z odbiorcą ? umiejętnie i często stosuje suspens, świadomie wprowadza czytelnika w błąd, przedstawiając więcej niż jedną wersję wydarzeń i podrzucając mnóstwo fałszywych tropów, i pozbawia tym samym pewności co do prawdziwości przedstawionych sytuacji.

Świadomie nie piszę zbyt dużo o fabule ? tę w szczególności należy odkrywać samodzielnie, poza tym z racji niesamowitości i nieliniowości wydarzeń trudno ją opisać. Są syreny i wilki, jest rodząca się i stopniowo wzrastająca obsesja, jest trudna relacja damsko-damska i mnóstwo malarstwa. Są chwile, gdy atmosfera Providence (wśród inspiracji da się zauważyć mitologię Lovecrafta) staje się tak gęsta, że aż namacalna ? czasem dosłownie bałam się czytać dalej, bo akcja przyspieszała, dążąc do zgubnego finału, innym razem nie mogłam się doczekać powrotu do głównego wątku. Absolutnym majstersztykiem jest postać Evy Canning, którą czytelnik zmuszony jest budować ze strzępów informacji, a i tak jest to obraz wyrazisty i przerażający. Prawie 300 stron jak mało która książka naprawdę przykuwa do lektury, każe o sobie myśleć w domu i w pracy, poświęcać sobie każdą wolną chwilę, a fabuła drażni synapsy jeszcze długo po poznaniu zakończenia.

13 kwietnia 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Twórczość tego amerykańskiego pisarza ominęła mnie całkowicie. Nic dziwnego ? jego najbardziej znane powieści, Magiczne lata i Łabędzi śpiew, choć debiutowały w latach 80. i 90., dopiero niedawno doczekały się tłumaczeń.

Wydany w dwóch tomach Łabędzi śpiew często porównuje się z Bastionem. Wprawdzie fabularnie różnią się od siebie ? u McCammona przyczyną zagłady jest nie wirus, lecz użycie broni jądrowej ? lecz miejscami pierwszą część czytało mi się równie przyjemnie co starego, dobrego Kinga. I mimo że sceny opisano barwnie, z naciskiem na detale, głównych bohaterów jest zaledwie kilkoro i da się do nich przywiązać, fabuła jest dość wciągająca, a całość czyta się z przyjemnością, nie mogę z czystym sumieniem uplasować tytułu na tej samej półce co tworów mistrza z Portland. Powody są najpewniej dwa: dość stereotypowe, papierowe postaci oraz nieumiejętne wplecenie wątku fantasy w postapokaliptyczną rzeczywistość.

Autor przedstawia czytelnikowi równoległe historie ? które z pewnością zazębią się w drugim tomie ? grupek ocalałych. Kilkuletni Roland, przebywający akurat w podziemnej twierdzy przygotowanej na wypadek ataku nuklearnego, łączy siły z dowodzącym schronem pułkownikiem Macklinem. Bezdomna, szalona kobieta ledwo uchodzi z życiem gdzieś w opuszczonych tunelach metra, by ? z pomocą Artiego Wisco, producenta obuwia ? spróbować odnaleźć się w zrujnowanym Nowym Jorku. Mała Swan wraz z mamą, a także niezwiązany z nimi Josh Hutchins, były zapaśnik, witają nową rzeczywistość na stacji benzynowej w Kansas.

Problem w tym, że choć poszczególne sytuacje są interesujące, bohaterowie są raczej jednowymiarowi. Szaleństwo bezdomnej Siostry Nawiedzonej jest nieoryginalne i ? z racji bycia kalką ogranych motywów ? dość odpychające, a wraz z zagładą ludzkości kończy się jak ucięte nożem. Podobnie zresztą jest z Rolandem, który po zawaleniu się schronu odkrywa w sobie skłonności sadystyczne i nagle staje się maszyną do zabijania. Wszystko to dzieje się za szybko, brakuje płynnego przejścia ? takiego, które pokazywało stopniowe popadanie Jacka Torrance'a w szaleństwo, Arne Hilmena i bohaterki Tonącej dziewczyny w obsesję, a Adama Ewinga w chorobę. Resztę postaci również nietrudno określić za pomocą jednej czy dwóch cech ? Swan jest wrażliwa i blisko związana z naturą, Josh mimo brutalnej profesji łagodny, a Artie tęskni za żoną i bez przerwy gada o butach. Ciekawsza jest postać pułkownika Macklina ? jego charakter i zachowanie rzeczywiście stanowią odzwierciedlenie przeżytej niegdyś wojny, choć motyw towarzyszącego mu Widmowego Żołnierza wykorzystywany jest przez autora zbyt często.

Tym, co przeszkadzało mi najbardziej, był raczej wyświechtany, póki co niespecjalnie głęboki motyw fantasy wpleciony w postapokaliptyczną fabułę. McCammon zagładę ludzkości przedstawia realistycznie i interesująco, nie uciekając od szczegółowych opisów okoliczności wybuchów, zrujnowanych miast, warunków pogodowych, gwałtu, morderstw, walki o jedzenie, wodę i dach nad głową ? a to wszystko czyni z Łabędziego śpiewu poważną literaturę. Pojawiają się jednak również prorocze sny, nadnaturalne zdolności Swan, wiadomość przekazana Joshowi przez powstałe na chwilę zwłoki, znaleziony przez Siostrę magiczny pierścień (skojarzenia z dziełami Tolkiena nasuwają się same), a także ? co chyba najbardziej dotkliwe ? ucieleśnienie diabła chcącego doprowadzić do wytępienia resztek populacji, zresztą równie jednowymiarowego co pozostałe postaci. Te elementy skutecznie wytrącały mnie z postnuklearnego klimatu, na szczęście jest ich niewiele.

Pomimo wymienionych mankamentów opasłe dzieło McCammona ? pierwszy tom Łabędziego śpiewu oferuje ponad 500 stron ? określiłabym jako "niezły". Co więcej, przez prawie trzy dekady pozycja ta w zasadzie się nie zestarzała. Mam nadzieję, że w drugiej części zarówno autor, jak i jego bohaterowie nieco się rozkręcą, a wątki uda się sensownie połączyć.

8 marca 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Jeff Noon, Wurt

Po kilku dniach spędzonych na zapleczu Jeffa Noona, który sprzedał mi najprawdziwszą Żółć, wytoczyłam się z całodobowej Wurtciarni, zostawiając za sobą grupę Skitrowców. Cóż to była za jazda!

Rozklekotaną furgonetkę z widmodziewczyną Bridget, nową Mandy, Skrybą, Stworem-z-kosmosu i torbą z towarem na pokładzie przerzucał z ulicy na ulicę nasmarowany Vazem Żuk. Pieprzyć powolność, jak mawiał. Od pierwszej chwili widać było, że Skitrowcy znają się na prawdziwej wolności, bo prujące za nimi widmogliny mogły co najwyżej spoglądać z nienawiścią na zderzak ich fury. Żuk frunął, Skitrowcy frunęli, jakby składali się z piór. Wcale nie było to takie dalekie od prawdy, bo w torbie spoczywały Termoryba i kilka Miodopijawek. A może Angielskie Voodoo, Czaszkowe Szambo albo Błękitna Kołysanka? Sama nie wiem. Najlepsze było to, co stało się później.

Współczuję ci, chłopie, jeśli nie poznałeś nigdy, co to Wurt. Na świecie istnieje garstka takich jak ty, odpornych na działanie piór. Gdy ja wsadzam sobie w usta kolorowy towar, po kilku sekundach, ze znajomymi lub bez, przenoszę się do snu ? w zależności od wybranego pióra. W różowym Pornowurcie możesz sobie na przykład poobmacywać chętną człekosukę, Błękitna Kołysanka to leciutki, bezproblemowy scenariusz rozgrywający się na spokojnym osiedlu, a Hufnalowy atak... Zresztą nie ma co strzępić sobie języka, wszystkie przestały mieć dla mnie znaczenie, od kiedy Jeff Noon sprzedał mi bezimiennego Wurta, pióro nad piórami, fabularne arcydzieło, emocjonujący skok bez możliwości powrotu przed dotarciem do końca, uzależniający, śmiertelnie dobry.

W końcu, pierwszy raz od tak dawna, płakałam przez sen. Kilka dni, które spędziłam w Wurcie, zdawały się latami, podczas których przemierzałam wraz z Żukiem i resztą Skitrowców ulice, każdego dnia beztrosko i bezmyślnie pakując sobie w usta kolejne piórka, żyjąc z zasiłków, czerpiąc garściami z życia. A jednak mimo niepoważnej stylistyki Wurt Noona ? unikatowy i doceniony przez Wurtkrytyków towar powstały w 1993 roku ? to trudna opowieść o poszukiwaniu sensu życia, dojrzewaniu, poświęceniu i utracie, chociażby z racji tego, że Wurtotrip w końcu się kończy i trzeba stanąć oko w oko z rzeczywistością, z której nie da się odskoczyć. A w niej cierpiący i pełen poczucia winy Skryba poszukuje zagubionej w otchłani Wurta Desdemony, chcąc wymienić ją na hojnie obdzielającego świat wydzielinami Stwora-z-Kosmosu. Tymczasem: szalejąca na zakrętach furgonetka Skitrowców, kolorowe światła, grad sypiących się pocisków, brud dzielnic człekopsów, szalone technoimprezy w Wurtoparach i ciągły, coraz bardziej niebezpieczny flirt z Wurtem. Odlot!

Podsumowując: to podróż jak żadna inna, dopracowana w każdym szczególe, bogata, rozbudowana i świetnie poprowadzona opowieść, rewelacyjnie przetłumaczona i po dwóch dekadach wciąż innowacyjna. Co więcej, z okazji wydania jubileuszowego Noon dorzucił do niej trzy świeżutkie opowiadania, Okruchy z Pałacu Snów. Nie tak dobre jak właściwy Wurt i bardziej przygnębiające, ale w planach mam już przeczytanie sequela, Pyłków.

9kier

Po 11 cięciach, 13 ranach i 15 bliznach na rynku pojawiło się 17 szram ? kolejny zbiór opowiadań z logo wydawnictwa Replika. W myślach przemianowałam go na Kilkanaście szmir, bo skutecznie zniechęcił mnie do zapoznawania się z wcześniejszymi antologiami.

Ten, kto postanowił otworzyć 17 szram opowieścią Aleksandry Zielińskiej, zbyt mocno wziął sobie do serca sformułowanie "odbijać się od dna". Jej Kompleks Kasandry ? tandetna reinterpretacja motywów biblijnych ciągnąca się nieprzyjemnie przez ponad 40 stron ? to męczący, nudny twór, który nie powinien był w ogóle trafić do tego zbioru, a już na pewno nie na sam początek. Zresztą nie tylko on ? niemal żadna z historii, która w zamierzeniu "zaskoczy was i przerazi", nie straszy. Zamiast przechodzących po plecach ciarek czytelnik spodziewać się może poczucia lekkiego zażenowania. Innymi słowy: w tej antologii historii z dreszczykiem dreszczyku trzeba szukać bardzo uważnie, bo łatwo przeoczyć jego szczątkowe ilości poukrywane między stronicami.

Obszerną część zbioru zajmuje szeroko pojmowana fantastyka. Znalazły się w nim niezbyt zajmująca opowieść o wilkołakach, historia silnie inspirowana dziełami Lovecrafta, a także rozdziały o demonie przybierającym cielesną formę, klonach dawcach powstałych na podstawie DNA Jezusa czy wywoływaniu duchów. Problem w tym, że mimo stricte horrorowych zabiegów ? takich jak osadzenie akcji na cmentarzu bądź obfitym podlaniu akcji krwią ? większość nie wywołuje żadnych emocji, co najwyżej rozczarowuje miałkością fabularną, słabo prowadzoną narracją lub zwyczajną niekompetencją językową autora. Nie chodzi nawet o błędy, które powinny zostać wyeliminowane najpóźniej na etapie korekty, ale przede wszystkim o grafomanię. Śmiałam się w głos, przeczytawszy otwierającą Biel łabędzia, biel łabędzia Krzysztofa Maciejewskiego frazę "uciekają mi ostatnio latawce słów, tracę nad nimi władzę" czy kiczowate zakończenie Ouija Roberta Cichowlasa: "Od autora... Drogi Czytelniku, Mam dla Ciebie prezent. Domyślasz się, jaki? Oczywiście, ręcznie rzeźbioną tabliczkę. Jest piękna. I zapewne bardzo kosztowna. Postanowiłem Ci ją podarować. Ot tak, z czystej sympatii" itd. Co ciekawe, antologii nie uratowały znane nazwiska: ani Graham Masterton (to akurat nie dziwi, to autor z niezbyt wysokiej półki ? tu udało mu się przynajmniej nie zepsuć zakończenia), którego króciutkie opowiadanie W obronie Rogera Herringsa wprawdzie się pojawia, ale chyba najmniej ze wszystkich pasuje do zbioru z dreszczykiem, ani Washington Irving, którego Legenda o Sleepy Hollow nomen omen usypia.

Klasę pokazał za to prawie 70-letni już Ramsey Campbell. Historia człowieka, który wraca w rodzinne strony, Z perspektywy czasu, jest świetnie napisana, garściami czerpie z klasyki gatunku i trzyma w napięciu przez wszystkie 17 stron. To jedyne opowiadanie w 17 szramach, które z czystym sumieniem polecić mogę fanom horroru. Co więcej, jeśli obniży się oczekiwania względem straszenia, okaże się, że w antologii uchowało się kilka ciekawych pomysłów. Wspomniany już Syreni śpiew Josepha Nassise sprawił, że poszerzyłam moją domową biblioteczkę o Zew Cthulhu Lovecrafta. Zarówno Empatron Jacka Rostowskiego, jak i Czerwony świat Carltona Mellicka III prezentują ciekawe wizje świata ? godna polecenia jest zwłaszcza ta druga pozycja, innowacyjna przedstawicielka nurtu bizarro.

Zaledwie kilka niezłych opowiadań nie sprawia jednak, by warto było 17 szram zakupić. Mam nadzieję, że kolejne edycje ? jestem przekonana, że w planach są już 19 skaz i 21 odleżyn ? przejdą przez gęstsze redaktorskie sito i zostaną solidnie oszlifowane przed pojawieniem się na rynku.

6 stycznia 2014

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Lubię absurd Gaimana. W jego historiach bez mrugnięcia okiem akceptuję ? podobnie jak robią to jego zwyczajni bohaterowie wrzuceni w niezwyczajne okoliczności ? rzeczywistość wywróconą na lewą stronę. O ile jest dobrze skrojona. Tym razem nie jest. I nie ma absurdu.

Scenariusz Sandmana bywał ciężki. Nie chodzi mi tylko o postać mrocznego Morfeusza, zamyślonego nieśmiertelnego o chmurnym spojrzeniu. Przez karty komiksów wydanych przez Egmont przewijały się śmierć, seks, brutalność, ból, strach i zemsta, co automatycznie plasowało je na półce dla dorosłych. Co więcej, Gaiman brnął w nich w reinterpretacje, obficie zalewał całość nawiązaniami, a to sprawiało, że fabuła stanowiła intelektualną przygodę obleczoną z racji specyfiki medium w przyjemną, obrazkową formę. Sandman, choć polskiego tłumaczenia doczekał się później, powstawał w latach 90. Od tej pory pisarz znacznie złagodniał i odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że przestał się liczyć w walce o umysły dorosłych czytelników.

Amerykańscy bogowie ? gdzie już w pierwszym rozdziale pojawia się boski, dosłownie, seks, a główny bohater słyszy "twoja żona umarła z fiutem mojego męża w ustach" ? stanowili moim zdaniem wyjątek potwierdzający regułę. Jednak ani Nigdziebądź, ani Gwiezdny Pył, ani nawet zawisłe gdzieś pośrodku Chłopaki Anansiego, moja ulubiona powieść Gaimana, nie były skierowane do odbiorcy z własnym mieszkaniem i etatem, nie mówiąc już o zbiorze M jak magia. Nie oznacza to, że dojrzały odbiorca nie ma w nich czego szukać ? wręcz przeciwnie, w tej baśniowości, pociągającej niezależnie od wieku, zwróci uwagę na inne elementy. Po przeczytaniu Oceanu na końcu drogi ze smutkiem stwierdzam, że z dawnego Gaimana, odważnego i kontrowersyjnego, pozostało niewiele, a ja chyba przestałam być targetem jego literatury.

Nie to jest jednak największym problemem. Wydana w tym roku powieść (jedna z dwóch ? na rynku pojawiło się też Na szczęście mleko..., ewidentnie pisane dla dzieci) mogłaby być niezłym opowiadaniem ? sam Gaiman pisze zresztą w podziękowaniach, że właśnie taki był zamysł. Lepiej dla autora i czytelnika byłoby, gdyby opowieść o tajemniczych kobietach Hemstocków i siedmioletnim chłopcu nie rozrosła się do ponad 200 stron, a skoro to już nastąpiło, należało za pomocą ostrej redaktorskiej brzytwy skrócić ją do 50 i zaoferować w formie skondensowanej, za to nasyconej akcją. Wprowadzenie się Ursuli Monkton, opiekunki głównego bohatera, zdynamizowało akcję ? gdybym miała wybierać, z których fragmentów zrezygnować, bez wahania pozbyłabym się początku i ostatnich kilkunastu stron. Ocean na końcu drogi to nadal strawa smaczna, lecz przegadana, zdaniom brakuje dopracowania, a całości szlifu ? jak gdyby chciano wydać ją pośpiesznie ? i charakterystycznej dla Brytyjczyka groteski, co skutkuje mniejszą ilością Gaimana w Gaimanie. W połączeniu z jednowątkową fabułą, która zachęca do dalszego czytania, ale nie rzuca na kolana, okazuje się, że tytuł nijak nie wybija się ponad standardowe fantasy dla młodzieży.

Ze względu na sentyment do serii o Morfeuszu i kilku innych tworów autora trudno mi pisać o nim niepochlebnie. Na szczęście tutaj żale się kończą. Jeśli czytelnikowi uda się na dwie-trzy godziny wrócić do czasów dzieciństwa, Ocean na końcu drogi okaże się pozycją przyjemną, gdyż zarówno farma Hemstocków, jak i jej właścicielki odmalowane zostały całkiem plastycznie, nadając całości oniryczny rys. Wciąż trzymam kciuki za Gaimana ? w ciągu kilkunastu lat od napisania scenariusza Sandmana na dnie umysłu pisarza na pewno osiadło wystarczająco dużo ciężkich refleksji mogących sprawić, że ponownie odważy się spłodzić coś, co nie trafi na regał z literaturą dla dzieci.

10 grudnia 2013

Recenzja w Portalu Księgarskim

9kier

Andrzej Sapkowski, Sezon burz

Białowłosy pogromca trapiącej lud prosty bestyi szkaradnej, co to z borów ciemnych nocą wyłazi i z tętnic mieszkańców krew ciepłą wysysa, powrócił w te strony. Taki jest niemalże, jakim go zapamiętał, mutant prawy, co to czytać umie i dziewką nie pogardzi, toć widły i baby nasze z dala od niego trzymamy, zwłaszcza że miecze i głowę ma wiedźmin nie od parady.

Powrót Geralta na karty całkowicie nowej powieści ? zresztą zapowiedzianej i wydanej nagle ? rzeczywiście wywołał burzę. Informacja o rychłej premierze rozeszła się natychmiastowo i spowodowała we mnie mieszane uczucia: z jednej strony bałam się zepsucia tak dobrej marki, z drugiej żywiłam nadzieję, że Sapkowski jest w formie i wie, co robi. O ile bowiem trylogię husycką wspominam całkiem miło, o tyle wydaną w 2009 roku Żmiję odradzano mi wielokrotnie (i skutecznie, nie sięgnęłam bowiem po ten tytuł). Sezon burz ? tak samo zresztą jak niedawny Doktor Sen Kinga ? mógł okazać się nieudolnym odgrzebywaniem bohatera, z którym autorowi trudno się było pożegnać, bądź wykorzystywaniem znanej postaci do napędzania sprzedaży. I choć zazwyczaj jestem przeciwna takim działaniom, przyznaję: Sapkowski nie tylko wyszedł z sytuacji obronną ręką, ale pokazał rodzimym twórcom literatury fantasy, jak się drzewiej pisało.

A pisało się lekko, z wyobraźnią i dla dorosłych. Gęsto nadziewało stronice subtelnymi nawiązaniami, charakterystycznymi postaciami, zabawnymi dialogami i dynamicznymi starciami, okraszając to smakowite danie wartką akcją. Miłośnik przygód Geralta w Sezonie burz odnajdzie się jak w ulubionych zimowych butach wyciągniętych z szafki po wakacjach, jako że nowy tom Sapkowskiego wszystkie te elementy zawiera. Co więcej, właśnie do fana jest skierowany. Ponownie spotka on Jaskra, z jego balladami i słabością do dobrego jadła, ktoś wspomni o Kaer Morhen, gdzieś w tle pojawi się ulubiona czarnowłosa czarodziejka Białego Wilka, wprowadzając do fabuły nutę bzu i agrestu. Czytelnik znów usłyszy szczęk oręża, wzniesie toast z krasnoludem i wzrokiem Geralta powiedzie po kobiecych krągłościach. Tym razem Gwynbleidd rozwiąże zagadkę morderstw w okolicy zamku Rissberg, ruszy na poszukiwania skradzionych ostrzy, a nawet uczestniczyć będzie w zamachu stanu.

Tylko osoba, która pamięta co nieco z krótkich form autora, będzie w stanie osadzić akcję Sezonu burz w czasie, bo dość subtelnie sugeruje on związek z wydarzeniami z poprzednich książek. Najświeższy tom (notabene przypomina on raczej rozbudowane opowiadanie ze względu na niewielką liczbę wątków) to całkowicie nowa jakość, która nie tylko nie żeruje na popularności dawniejszych dzieł autora, ale jest świetnie napisaną, wciągającą powieścią. Mimo kilku drobnych zarzutów ? głównie w postaci sporadycznej niespójności i nienaturalności stylizacji ? przyznać muszę, że stara formuła (intryga-walka-romans) mimo upływu lat absolutnie się nie wytarła, a 65-letni autor w końcu powrócił do tego, co wychodzi mu najlepiej. Mam nadzieję, że nie jest to tylko jednorazowy wybryk i kilka nowych pozycji z Białym Wilkiem w roli głównej trafi jeszcze na moją półkę.

8 grudnia 2013

Recenzja w Portalu Księgarskim