ReadyToFallBlog

  • wpisy
    19
  • komentarzy
    112
  • wyświetleń
    11610

O blogu

jest zbędny

Wpisy w tym blogu

ReadyToFall

Doktorze, ratuj!

f44b1814c13618636b35883ab9d432e80b1dc9fa.jpg

Chciałbym napisać, że cały ?Doktor Sen? Kinga to taki trochę ?Enter Sandman*? Metalliki ? ciężki, klimatyczny skurczybyk. Jednak to porównanie bardziej pasowałoby do poprzednika ?Doktora?? ? ?Lśnienia?. Sam King mówi o tym, że ?Lśnienie? i ?Doktor Sen? to książki pochodzące od trochę innego autora. To pierwsze napisał alkoholik, a to drugie napisał człowiek, hmm? szczęśliwy?

Osobiście nie życzę Kingowi źle, niech mu się wiedzie i szczęści, ale wydaje mi się, że w całym tym szczęściu i sielance istnieje cały problem. Wszystko to przelewa się na papier, na jego książki. W ?Doktorze? czuć klimat, ale jest to klimat nowych książek Kinga, które zalatują, o ironio, lekkością. Pomysły Kinga są naprawdę ciekawe, typowe tylko dla niego, wydawać by się mogło, że jest w nich materiał idealny na mocną, oldschoolową powieść, ale niestety potencjał nie zostaje wykorzystany.

King w swojej powieści wyjaśnia co stało się z Danem Torrancem ? synem Jacka z ?Lśnienia?. Mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, w tym przypadku było podobnie, lecz nie do końca, gdyż Dan zdołał się otrząsnąć z alkoholowego nawyku. Mimo to często przeczytamy przemyślenia Kinga na temat alkoholizmu oraz ?przeżyjemy? niejedno spotkanie AA wraz z Danem. Główny temat przewodni stanowi jednak to, co w tej książce jest najlepsze ? dar jasności. Dan pomimo swojej dojrzałości nie stracił swojego daru, który z resztą chciał zagłuszyć przy pomocy alkoholu, z biegem lat jego jasność jedynie delikatnie zbladła. Dzięki temu poznał wyjątkowo mocno jaśniejącą dziewczynkę ? Abrę. Abra od najmłodszych lat była dzieckiem niezwykłym, telepatia, telekineza czy przewidywanie najbliższej przyszłości było czymś całkiem normalnym w jej życiu, na tyle, że zdołała przyzwyczaić do tego swoich rodziców. Jako inteligentna i ciekawska dziewczynka dzięki swojemu nietypowemu darowi wpadła w kłopoty. Ukazała swoją jasność Prawdziwemu Węzłowi, który żywi się nią (jasnością), przez co ?ludzie? należący do Prawdziwego Węzła są długowieczni. Dla Prawdziwego Węzła nastały ciężkie czasy, w których każda okazja pożywienia się jest na wagę złota, dlatego Abra jest dla nich jak ?wygrana w totka?. Od tego momentu rozpoczyna się polowanie na Abrę, walka toczy się zarówno w umysłach Abry i Rose Kapelusz ? przywódczyni PW, jak i na płaszczyźnie realnej. Jest to klasyczna walka dobra ze złem, walka kilkunastoletniej dziewczynki, której na pomoc przychodzą: Dan, emeryt Billy, doktor John oraz ojciec David, przeciwko Prawdziwemu Węzłowi ? bandzie pozorowanych, kilkuset letnich emerytów. Coś takiego mógł wymyślić tylko King. Za to należą się brawa.

Braw ode mnie niestety jednak King nie dostanie za wykonanie oraz kreację bohaterów. Ustalmy jedno ? mistrz jest mistrzem - wiadomo, profanacji nie będzie. Jest jednak coś we współczesnym kreśleniu bohaterów i klimatu, co mocno zmienia moje podejście do książki oraz jej odbiór. Mogą to być źle dobrani bohaterowie, o łagodnym, dowcipkowatym sposobie bycia. Kolejny już raz King stosuje postać emeryta, starca, który zgrywa bohatera. Pierwsze skojarzenia jakie mnie dopadają na myśl o staruszkach: Billym Freemanie z ?Doktora?? lub Billu Hodgesie z ?Pana Mercedesa? to staruszkowie z familijnego, niedzielnego filmu komediowego, którzy starają się udowodnić, że jeszcze coś znaczą. Kiedy dodamy do tego dość przypadkową postać doktora Johna i ojca Abry, to powoli tworzy nam się parszywa, każualowata ekipa wsparcia.

Robiąc notatki potrzebne do napisania tej recenzji, napisałem, że początek jest lekko przynudny, przydługi i brakuje jakiejś akcji ? głównie królowały opisy obyczajowe. Zaznaczyłem 105 stronę, ot tak, żeby zobaczyć jak długo King będzie trzymał mnie w tej niezręcznej sytuacji. Z wielkim bólem dopisałem ?strona 200 ? wciąż?, ze łzami w oczach i bólem serca nakreśliłem kolejne trzy cyfry ? 310. Zaniechałem dalszych badań i obserwacji, gdyż coś zaczęło się dziać, ale na Boga, to połowa książki! Połowa książki bez zakreślonej konkretnie osi fabularnej, bez konkretnego problemu i zadania. Kiedy nastąpiła wyczekiwana akcja i konkretne działania, byłem już zbyt głodny by w pełni móc cieszyć się tym, co mam.

Wypadałoby jeszcze zahaczyć o korelację między ?Lśnieniem?, a ?Doktorem Snem?. To zdanie ma dość niechlujny i przypadkowy wydźwięk, bo taka relacja zachodzi też pomiędzy wspomnianymi książkami. Istnieje kilka nawiązań, ale właściwie to tyle. Z pewnością znajomość ?Lśnienia? nie jest niezbędna, by móc cieszyć się (lub nie) ?Doktorem??. Czytanie obu tych książek, w odwrotnej kolejności również nie gryzie się jakoś specjalnie, poza zdradzeniem finału ?Lśnienia?. Jednak czy pozostała część tego kultowego horroru nie jest mimo to warta przeczytania? Mówiąz już o nawiązaniach, King zaczął wspominać o dziełach dzisiejszej popkultury takich jak: Gra o Tron, Harry Potter (?Doktor Sen? w niektórych aspektach jest do niego podobny), Władca Pierścieni czy Synowie Anarchii, co cieszy.

Pomimo moich gorzkich słów, które przeważały w recenzji, czytelnik wciąż sporo otrzymuje od mistrza gatunku. Może nie tyle, co na przykład po przeczytaniu kolosalnego, kultowego ?To?, które może na własny sposób zmienić sposób patrzenia na przeszłość, ale wciąż jest to cenny prezent. Z resztą zapewne każdy może odebrać tę książkę inaczej i co innego z niej wyciągnąć ? a jestem pewien, że jest co. Bo właśnie to w Kingu jest piękne, może straszyć, może nudzić, może napisać fenomenalną książkę, albo wprost przeciwnie, ale zawsze jest w niej coś, co zapamiętujemy, choćby to jedno przemyślenie, choćby to jedno zdanie.

*Skojarzenia nasuwają się same z oczywistych względów ? Sandman to postać, która sypie piachem w oczy ludzi, przez co zasypiają. Dan Torrance ma z nim coś wspólnego.

ReadyToFall

Futu.re - recenzja

futu_re.jpg

Dobrze, że Glukhovsky nie pisał w ?Futu.re? o ludziach potrafiących latać, bo bym mu uwierzył i spróbował tej sztuki. Pisał natomiast o nieśmiertelności ludzi? póki co nie miałem okazji przekonać się o tym, jednak gdy oglądałem ?Grę o Tron? stwierdziłem, że teraz to i tak już nie ma sensu bo bohaterowie są nieśmiertelni. Chyba pierwszy raz dałem się tak zmanipulować i wsiąknąć w świat wykreowany w książce.

Za to właśnie należą się ogromne brawa dla Glukhovsky?ego. Stworzył on żywy, futurystyczny, ale i tak znajomy nam świat, mimo, że przenosimy się w czasie o jakieś 400 lat w przyszłość. Miejsce akcji toczy się w bliżej niesprecyzowanym miejscu zwanym Europą. Gdzieś tam pod fundamentami wszechobecnych wieżowców zdychają dzisiejsze państwa i miasta. W świecie ?Futu.re? nie ma sensu ich wyznaczać, skoro wszystko wszędzie jest takie samo. Wszelkie dobra kultury stały się nic nieznaczącymi ciekawostkami. Masowość, industrializm, anonimowość i nieśmiertelność to słowa klucze.

Najważniejszym z nich jest jednak nieśmiertelność. Ludzie zapanowali nad życiem, możnaby ich nazwać ?królami życia?. Jednak z biegiem książki bliższe prawdy staje się stwierdzenie, że ludzie zapanowali jedynie nad śmiercią. Długowieczność ludzi przyczyniła się do wzrostu populacji, a następnie do wielkiego przeludnienia naszej planety. W efekcie pięknemu, wiecznemu życiu ludzi zaczęły towarzyszyć ograniczenia. Poczynając od bardzo ciasnych pokoi mieszkalnych, przez zakaz płodzenia dzieci, po odbieraniu ludziom nieśmiertelności za złamanie wspomnianego zakazu. Tak właśnie wygląda wspaniałe, wieczne życie!

Kontrola narodzin stała się fundamentem funkcjonowania świata opisanego przez Glukhovsky?ego. Za kontrolę odpowiedzialna jest organizacja Nieśmiertelnych, a główny bohater, Jan Nachtigall jest jednym z jej członków. Oddziały Nieśmiertelnych zajmują się wykrywaniem niezarejestrowanych i nielegalnych narodzin, po czym jednemu z rodziców mają za zadanie zaaplikować zastrzyk przyśpieszający starzenie się i śmierć w ciągu 10 lat. Nie ma co ukrywać, dość przykra robota, ale członkowie organizacji w młodości przeszli długoletni kurs. Ten kurs i właściwa praca Nieśmiertelnego to dwie różne płaszczyzny czasowe, jednak jedna z drugą jest połączona w jakiś sposób i nie mogą bez siebie istnieć. Tak więc dzielnie towarzyszymy Janowi podczas kursu i jego lat młodzieńczych, a Janowi jako Nieśmiertelnemu zostaje zlecone zadanie specjalne przez osobowość z wyższych sfer, które oczywiście szybko się komplikuje.

Pośród fabuły i całej akcji kryje się wiele wątków, które interesują każdego współczesnego człowieka. Naturalną rzeczą jest to, że Futu.re stało się również książką o Bogu, bo komu potrzebny jest Bóg skoro ludzie nie umierają? Jeśli byłbym ojcem odebrałbym całą historię jeszcze inaczej, bo rodzicielstwo również odgrywa tutaj sporą rolę. Glukhovsky nie snuje długich rozmyślań, przeważnie zaledwie zaznacza kwestie aborcji, religii czy ojcostwa, ale jak on to robi! Czyni to w sposób zwięzły, ale bardzo trafny, sposób i perspektywa myślenia tego autora jest unikalna. Glukhovsky stosuje różne metafory, posiłkuje się porównaniami, które na pozór do siebie nie pasują, a jednak oddziałowują na czytelnika. To wszystko pozwala spojrzeć na coś bardziej z boku, a czasami olśniewa odmiennym podejściem do tematu. Mówi się, że coś zmusza do myślenia, ale tutaj to się dzieje po prostu samo. Kiedy miałem ochotę myśleć to rozmyślałem, a kiedy nie czułem takiej potrzeby, nie byłem do tego zmuszany.

W trakcie czytania ?Futu.re? byłem już po maturze, w perspektywie kilkamiesięcy odpoczynku i względnego spokoju, a jednak ta książka wzbudziła we mnie uczucie jakiegoś wybrakowania, braku spełnienia. Prawdopodobnie zadziałała na mnie marzycielskość i tęsknota Jana za dawnym, normalnym światem, pełnym kolorów, natury, dzikiej przyrody i człowieczeństwa. Do mojej nostalgii z pewnością przyczynił się też wątek miłosny. Zdaję sobie sprawę, że jedni mogą go nazwać tanim lovestory, innym może się on zaś spodobać. Ja należę do tych drugich, gdyż to ?romansidło? całkowicie mnie pochłonęło. Glukhovsky trafił do mnie przede wszystkim prostymi, ludzkimi emocjami, które w jakiś fantastyczny sposób udało mu się umieścić na kartach swojej powieści.

Rzadko zdażało mi się czytać książki, w których narrator bezpośredni mówiłby o sobie, że jest ?wieśniakiem?. Narracja często jest dobitna, pełna sceptyzmu i w niektórych fragmentach przypomina niedoścignioną narrację rodem z Max Payne?a. Bardzo podobały mi się niedopowiedziane myśli, które łatwo można było samemu sobie ?domyślić?, czerpiąc z tego satysfakcję i nie gubiąc się w wycieczkach umysłowych autora. Pozostając jeszcze przez chwilę w temacie gier, w niektórych momentach akcja przypominała mi gry przygodowe, szczególnie Runaway. To wszystko świadczy o dużej różnorodności i wielu zawartych nawiązaniach do przeróżnych znanych nam zjawisk kultury. Najbardziej zaskakującym z nich jest serial o życiu Jezusa, który stał się wielkim hitem.

Do tej pory wszystko co napisałem było tęczowo-kolorowe, moje ?ochy? i ?achy? być może nawet były słyszalne z kolejnych akapitów. Nic nie jest jednak idealne, w każdej pięknej melodii znajdzie się jakiś fałsz. Tutaj fałszem jest końcowa faza książki. Niesposób napisać co konkretnie nie zagrało, bez zdradzania ważnych wydarzeń, ale ja dostrzegłem niekonsekwencję, nieumotywowanie poczynań bohatera. Poczułem się odrobinę oszukany przez autora. Nie było to bolesne, nie odłożyłem książki przed ostatnią stroną, dalej czytałem z ciekawością, ale już z mniejszym podziwem.

Ciekawym dodatkiem i przerywnikiem od perypetii Jana są ilustracje, które pojawiają się co 160 stron. Jeśli ktoś nie obejrzał ich od razu, a nie warto, gdyż mogą być w nich spoilery, to te ilustracje stają się swego rodzaju ?checkpointami? w całej podróży przez książkę. Obrazki wykonane są w specyficznym stylu, który pasuje do klimatu powieści*. Odniosłem wrażenie, że motyw budynków pojawia się na nich trochę zbyt często, przez co przestają one być czymś naprawdę ciekawym. Odwrotnie natomiast jest z postaciami Nieśmiertelnych, którzy noszą maski. Pojawiają się one stosunkowo rzadko, ale zakapturzona osoba nosząca twarz Apollina czy Zeusa robi duże wrażenie. Cały ten motyw masek obecny jest w całej książce, a nawet na okładce? i bardzo dobrze, bo chwyta on czytelnika i sprawia, że opowieść nabiera więcej charakteru.

Paradoksalnie do głównego wątku Futu.re nie opowiada o nieśmiertelności czy śmierci, przeciwnie, mówi o życiu i jego sensie. Czytając odniosłem wrażenie, że obecny świat choć jest zepsuty, to jest w nim wiele piękna i zawsze może być gorzej. Wydaje się, że może być to książka ponadczasowa. Jaki temat pozostanie wiecznie aktualny, jeśli nie ludzkie życie i jego sens?

* Wspomniane obrazki, bez szczególnego spojlerowania możecie zobaczyć pod adresem www.futu.re/#pl

ReadyToFall

199019-pennywise.jpg

Gadając z kolegą o książkach i mówiąc mu już po raz któryś od 3 miesięcy, że czytam "To", zdenerwował się na mnie i zażądał, bym normalnie mówił tytuł, nie uciekając do żadnych skrótów i gierek słownych. Stwierdził bowiem, że używając zwrotu "To" prawdziwy tytuł tej książki uczyniłem tematem tabu. To trochę tak jak z imieniem Sami Wiecie Kogo. Teoretycznie mój przyjaciel Błażej mylił się bo dość oczywistym jest, że "To" to tytuł obszernego tomiska, które zamieszkuje klown Pennywise, autorstwa Stephena Kinga. Jednakże patrząc z innej perspektywy, świetnie określił on nastrój jaki mi towarzyszył podczas czytania tego... Tego.

Nie było łatwo. Było cholernie długo. Opowieść o Tym czytałem od lutego, aż do 22 maja. Usprawiedliwiam to między innymi tym, że w tym czasie miałem maturę i czas poświęcony na książki wybrane przeze mnie był mocno ograniczony. Z drugiej strony, czas na seriale miałem zawsze. Sądzę, że to rozmiar powieści stanowił przeszkodę. Miało to być dla mnie wyzwanie, które zawsze chciałem podjąć. "To" wydawało się idealne do tego. Napisane przez Kinga, sam, wielki Pennywise w roli głównej, to musi się udać! Coś jednak nie zagrało, przytłoczyło mnie TO. Nigdy nie czytałem dłuższej książki. Nie wiem ile konkretnie moja wersja miała stron, gdyż była podzielona na 3 tomy. 3 rozpadające się na części tomy. Internet sugeruje liczbę 1100-1200 stron.

Bez obrazków co najgorsze. Ale cóż to, kiedy podczas lektury sam je stwarzasz! Największą zaletą Tego są dla mnie wspomnienia. Najważniejszym dla mnie jest samo ukończenie. Kolejne to sceny, które mnie przeraziły i wryły się w pamięć. Mnie prześladuje lodówka. Jestem pewien, że każdy, kto przeczyta "To" znajdzie swoją scenę, która go obrzydzi, którą zapamięta. Nie jestem jednak pewien czy jak na tak obszerną ilość stron będzie to dla kogoś satysfakcjonujące.

Dlatego cieszę się, że udało mi się odnaleźć moją własną naukę płynącą z tego tytułu. Jak już wspomniałem, czytałem "To" w maturalnej klasie. Nauki i stresu miałem pod dostatkiem, tak jak nigdy wcześniej w życiu. Było ciężko, głównie psychicznie. Wtorkowa godzina 19 była dla mnie przekleństwem, o tej porze chodziłem na korki z matematyki. W tym okresie marzyłem tylko o tym, żeby napisać tę [beeep] maturę, nie przejmować się tym nigdy więcej i mieć w końcu nieograniczony czas na własne przyjemności. To było marzenie, które wiedziałem, że się ziści, więc czekałem na ten moment nieomal bliski erekcji. Dobra, wszystkie egzaminy napisane, ustne pozdawane. Wolne! To ten moment! No i jest fajnie, było warto. Co mnie zdziwiło? Gdy już miałem kompletnie wolne i przyszedł wtorek, kompletnie go nie zauważyłem, nie mówiąc o znienawidzonej godzinie 19. Jak się okazało, nie tylko nie zauważam już tego, że we wtorek o godzinie 19 nie muszę nigdzie iść i mogę robić co tylko zechcę, ale też powoli zapominam cały trud i mękę przygotowań do matury. To, co było kiedyś dla mnie straszne, trudne czy przykre traci znaczenie, traci w ogóle swoją postać. Tylko dlatego, że teraz jest inaczej, że jest już po wszystkim. Pewnie za jakiś czas rozmawiając o "To" nie będę myślał o miesiącach i trudnościach czytania, tylko o przeczytaniu w ogóle. Nie jestem pewien czy zdołałbym to zauważyć bez pomocy Kinga.

"To" czyta się ciężko, topornie, zdaje się nie mieć końca. Nie będę wdawał się w szczegóły fabuły, nie to mam na celu w swoim wpisie. Chciałbym tylko uświadomić potencjalnych czytelników na co się piszą. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi "To" uważa za arcydzieło, jeszcze inni pochłonęli książkę w tydzień lub dwa. Nie sposób ocenić ani zarekomendować tę powieść komukolwiek. Osobiście nie żałuję poświęcenia tej książce kilku miesięcy mojego życia, aczkolwiek nie jestem pewien czy drugi raz dokonałbym takiego samego wyboru. Wydaje mi się, że z czytaniem i zadowoleniem z Tego jest tak jak na loterii - nie ma absolutnej pewności ani gwarancji na "wygraną".

Może złotym środkiem byłoby tutaj obejrzenie filmu/mini-serialu? Nie wiem, jeszcze nie oglądałem. Wiem natomiast, że warto zapoznać się z samą postacią Pennywise'a, którą wielu uważa za najbardziej przerażającą. Całkiem słusznie. Posłużyłem się tym jegomościem do przyciągnięcia Was, a może przeciwnie - odstraszenia?

ReadyToFall

Tym razem trochę inaczej, trochę o nas samych, a trochę o mnie. Piszcie na dole jak Wy na to patrzycie! :)

Lubię oceniać ludzi po wyglądzie. Całkiem możliwe, że przez to zdanie w kilka sekund straciłem Waszą sympatię lub szacunek. A może oba naraz? Jednak kompletnie nie o to mi chodzi, abyście mnie znienawidzili, któż z nas tego chce. Wielu z nas pragnie za to zrozumienia, mi zaś wystarczy, że być może po przeczytaniu poniższych słów, nie pomyślicie o mnie jako o bezuczuciowym zwierzaku.

Dlaczego miałbym tego nie robić? Człowiek ma już taką naturę, że najpierw patrzy, potem słucha, a na końcu ewentualnie myśli. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, to i tak nasz instynkt bierze górę nad rozsądkiem. Nie wierzę nikomu, kto mówi mi, że nigdy nie ocenia ludzi po wyglądzie. Ja to robię i robią to też inni, jednak nie każdy umie przyznać się przed samym sobą. Czy takie ocenianie jest złe? Skądże, to jest dla nas zdrowe, w końcu nie robimy niczego wbrew sobie i swojej naturze, przeciwnie - postępujemy zgodnie z nią. Dlaczego w sytuacji gdy spotykam kogoś po raz pierwszy, to nie może mi się ta osoba nie podobać, bo np. nie ma gustu, źle wygląda, źle jej z oczu patrzy, krzywo się uśmiecha lub cokolwiek innego?? Uszczęśliwianie siebie na siłę nigdy nie skutkuje. Nie widzę więc w tym nic złego, dopóki nie jestem w stanie zmienić swojego zdania o tej osobie, gdy już ją poznam, sugerując się jedynie pierwszym wrażeniem, jakie na mnie wywarła. W takim wypadku jest to już cholernie niesprawiedliwe i szkodliwe dla obu stron. Wiele razy byłem pozytywnie zaskoczony osobowością wcześniej negatywnie ocenionych przeze mnie osób. Takie niespodzianki są bardzo miłe, spontaniczne i przede wszystkim - zdrowe.

Na co spogląda się widząc po raz pierwszy daną osobę, w szczególności u płci przeciwnej? To zależy właśnie od płci. Mogę zgadywać, że kobieta patrzy na oczy, wzrost, budowę ciała, ubranie ? może trafiłem, a może kompletnie spudłowałem. Nie wiem, nie mam doświadczenia. Choć nie chcę uogólniać, to u facetów sprawa jest dużo prostsza. W dużej mierze badawcze wzroki samców zatrzymują się na tych okrąglejszych częściach ciała dam. Okropne w nas jest to, że potrafimy skreślić dziewczynę tylko dlatego, że przykładowo ma nieodpowiedni rozmiar stanika, albo niezbyt zgrabne nogi. Cóż, brnąc dalej w tym kierunku musiałbym zacząć pisać o zwierzętach. Jednak nie chodzi o to, by nie patrzeć, ale by robić to uczciwie. Poza obserwacją gabarytów ciała istnieje jeszcze obserwacja ubioru naszego obiektu zainteresowania. Osobiście uwielbiam zwracać uwagę na to, jakie ktoś ma obuwie. To zaskakujące, jak wiele informacji można wykrzesać spoglądając tylko na buty. Tym sposobem nie tylko najłatwiej jest rozpoznać jakiej ktoś słucha muzyki, ale zależnie od konkretnego przypadku można wywnioskować pewną cechę charakteru, usposobienia i nastawienia do życia czy choćby stanu społecznego. Następnie, patrząc na koszulkę która reprezentuje jakiś pogląd, dostaję kolejną informację, o jej osobowości, poglądach czy zainteresowaniach. Biżuteria, makijaż lub ich brak ? kolejne wiadomości, które są pomocne. Możliwości jest wiele, szkoda tylko że zamiast pomyśleć, wielu ludzi idzie na skróty i wie, że nie warto się kimś zainteresować tylko przez nieodpowiedni kształt ?siedzenia? czy wielkość piersi. Takie zachowanie zaobserwowałem u ludzi z przedziału około 18 lat, z którymi najczęściej mam styczność. Mam nadzieję, że to nie jest choroba przewlekła i z wiekiem ustępuje.

Warto odstawić na bok dzikie, kosmate myśli o pięknych kształtach, spojrzeć na buty, nadruk na koszulce, popatrzeć w oczy, powiedzieć ?cześć? i prawdziwie kogoś poznać, tak po ludzku, bez pożądania.

ReadyToFall

"Zniewolony" - recenzja

zniewolony-12-years-a-slave-b-iext24420658.jpg

Jeśli narzekasz na zbyt twarde i niewygodne łóżko i zastanawiałeś/aś się nad kupnem nowego, wstrzymaj się. Zamiast tego, przeczytaj książkę ?Zniewolony. 12 Years a Slave?. Być może zaoszczędzisz okrągłą sumkę, bo po tej lekturze posłanie jakimś magicznym sposobem staje się kilkukrotnie bardziej komfortowe.

Dzieje się tak dlatego, że ta książka opowiada o trudach niewolniczego życia, pokazuje jak bardzo przykra może być ludzka egzystencja i pozwala docenić wygodę dzisiejszych czasów. ?Opowiada? w tym wypadku jest dobrze użytym słowem. Historia dotyczy Solomona Northup?a, który jako czarnoskóry, wolny obywatel Stanów Zjednoczonych, w 1841r. przez podstęp popadł w niewolę na 12 lat. Tuż po odzyskaniu wolności spisał swoje wspomnienia, które w efekcie stały się książką sygnowaną jego nazwiskiem. Nieco zadziwił mnie ten fakt, ale nie wyobrażam sobie, by stworzył ją ktokolwiek inny, niż główny zainteresowany ? Solomon.

O istnieniu Northupa dowiedziałem się, oglądając trailer filmu opartego na jego historii. Media dość intensywnie promowały tę ekranizację, która jest również zdobywczynią kilku oscarów, podczas gdy o powieści niewiele wiadomo. Ekranizacja ponoć wypadła bardzo dobrze ? czego jestem bardzo ciekaw, ponieważ książka nie ma wybitnie wartkiej akcji i rzadko zaskakuje przewrotami w fabule. Co nie znaczy, że źle się ją czyta!

Początek, w którym Solomon opisuje swoją drogę do niewolnictwa, jest niewątpliwie zaskakujący i ciekawy ? tę część nazwałbym częścią ?filmową? lektury. A teraz wyobraźcie sobie, że macie za zadanie opisać ostatnie 12 lat swojego życia. Byłoby ciężko, zwłaszcza, gdybyście przez cały ten czas byli niewolnikami. Dlatego Northup wybrał tylko najważniejsze wydarzenia i aspekty jego życia w tym okresie. Od tego momentu zmienia się sam charakter powieści ? z dynamicznego i fabularnego - na bardziej opisowy. Wszyscy wiemy, że niewolnictwo kiedyś tam było, może nawet całkiem niedawno, ale w większości to tyle. Opis życia Solomona całkowicie rozświetla tę kwestię, uświadamia, czym tak naprawdę było niewolnictwo i na czym polegało. Momentami ten opis jest bardzo brutalny, motyw biczowania czarnoskórych czy różnego typu kar i tortur często przewija się przez strony. Jednak tym, co pozostanie mi w pamięci po lekturze, nie będą tortury, lecz kilka innych niesamowitych scen. Jest to przede wszystkim całonocny, morderczy i sztuczny taniec (a raczej jego parodia), do którego byli zmuszani niewolnicy (wśród nich również Solomon) dla swojego pana. Ten ?taniec?, jak i sytuacja, w której Northup ucieka przed swoim panem, obiecującym, że roztrzaska mu głowę trzymaną w dłoni siekierą, wydają się wręcz wyjęte z jednej z książek Kinga. Jednakże tego typu momentów nie jest dużo, a książka często daje okazje do wytchnienia, choćby poprzez dość szczegółowy opis produkcji trzciny cukrowej lub uprawy bawełny. Miło przeżywa się wzloty Solomona, smucą zaś jego niepowodzenia czy śmierć któregoś ze znajomych. Tajemnica współczucia dla jego osoby tkwi w tym, że był miłym, pomocnym i po prostu dobrym człowiekiem, którego spotkała wielka niesprawiedliwość. Solomon zdecydowanie nie jest egoistą i wiele miejsca poświęca na opisanie historii swoich przyjaciół oraz znajomych. Niekiedy można odnieść wrażenie, że jego historia jest zaledwie pretekstem do przedstawienia niewolniczego życia. To życie wydaje się być ukazane bardzo sprawiedliwie, widać ciemne i jasne strony niewolnictwa, sprawiedliwych właścicieli i tyranów bez uczuć.

Zastanawia mnie, w jakim stopniu osoby trzecie ingerowały w język tego utworu, bo jest bardzo specyficzny. Na początku razi on dziwną składnią i równie dziwnymi konstrukcjami zdań, sprawia wrażenie pewnej niedbałości. Po kilkudziesięciu stronach, gdy przywykniemy, ten karkołomny styl staje się naturalny i przyjemny w odbiorze, chwilami można odnieść wrażenie, że słucha się opowiadania. Doszło do tego, że w którymś momencie, czytając jedno ze zdań, byłem zachwycony kunsztem literackim autora. Nie brakuje niestety potknięć, najczęściej są to nieciekawe i nic nie znaczące opisy drogi, jaką przebywa Northup ? w ciągu 12 lat niewoli mało interesującym wydaje się fakt, w którym miejscu skręcił przykładowo w lewą stronę. Występuje wiele charakterystyk różnych postaci, które, przyznam szczerze, od czasu do czasu mieszały mi się i nie zawsze zapadały w pamięć. Dialogów jest bardzo mało, co prawda fakt ten nie sprawia, że odbiór lektury jest bardzo męczący, ale mogłyby występować trochę częściej.

Zawiodłem się na samej końcówce ? wyobrażałem sobie ciekawy opis przeżyć i uczuć związanych z powrotem do rodziny po 12 latach, czekałem na ten moment z niecierpliwością. Niestety jest on bardzo krótki, zajmuje zaledwie mniej więcej stronę. Zamiast tego otrzymałem szczegółowo opisaną drogę do wolności, informacje o tym, jakie formalności musiały zostać spełnione i najgorsze ? sceny w sądzie pomiędzy Northupem a jego byłymi prześladowcami. Być może komuś wyda się to interesujące, zwłaszcza, że w przypisach znajdują się oficjalne listy i pisma, dzięki którym Northup odzyskał wolność.

Patrząc na tę pozycję jako na całość, ciężko jest szukać tutaj szybkiej akcji, zaskoczeń i napiętej atmosfery, ale jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś o świecie na przykładzie prawdziwej historii, jest to dobry wybór. Lektura ?Zniewolony. 12 Years a Slave? nie sprawiła, że oburzam się słysząc kolejny rasistowski żart, ale spowodowała, że nie odbieram go bezmyślnie, tylko dostrzegam w nim coś więcej niż pretekst do śmiechu.

ReadyToFall

978-83-7722-460-1.jpg

Cholerna książka. Pamiętam, że miałem z nią ogromny problem. Ostatkiem sił przebrnąłem przez prawie 500 stron, później męczyłem się pisząc recenzję, a na końcu przerwała działalność mojego bloga, na którym regularnie pojawiały się teksty. Cóż, pora przerwać tę drogę przez piekło. Miejmy to już za sobą!

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że ?Droga przez piekło? to książka fabularna opisująca losy rodziny Wasilewskich podczas II Wojny Światowej. To właśnie forma wyróżnia ją spośród innych tego typu historii, ponieważ najczęściej są one spisane w postaci pamiętnika, wywiadu czy wspomnień. Twórcą ?Drogi przez piekło? jest Stefan Wasilewski ? jeden z członków wspomnianej rodziny. Nie wiadomo jednak, jakie są w utworze proporcje prawdy i fikcji literackiej, ponieważ poza jedynym frazesem ?powieść pisana życiem? nie ma żadnych informacji o jego autorze ani genezie powstania.

Opowiadając o fabule bardzo ważne jest, by nie zdradzać istotnych wydarzeń, gdyż może to skutecznie popsuć radość z lektury przyszłemu czytelnikowi. Na szczęście tym razem nie będę miał nikogo na sumieniu. Nie dlatego, że jej nie opiszę, ale przez to, że właściwie nie ma czego ukrywać. Śniłem o jakimś elemencie zaskoczenia, ale sen okazał się zbyt przewidywalny. Zaczynając lekturę byłem zdania, że Wasilewski uczył się od Hitchcocka, gdyż na początku rzeczywiście było typowe dla jego twórczości ?trzęsienie ziemi?. Zachęcony czekałem na dalszy rozwój wypadków, jednak przeliczyłem się, bo z każdą kolejną stroną napięcie stale spadało, zamiast rosnąć.

Historia rozpoczyna się mocnym akcentem - bombardowanie Kresów Wschodnich pochłania wiele niewinnych ofiar. Następnie autor przez dziesiątki, a może i setki stron, opisuje w nudny sposób wiejskie perypetie członków rodziny Wasilewskich. Brzmi banalnie? Tak też jest. Czytelnik musi przebrnąć przez wiele opisów stopniowej utraty mienia rozgrabianego przez Rosjan i białoruskich sąsiadów. Majątkiem są głównie konie i krowy, ale osobiście nie przywiązałem się do nich na tyle, by wzruszał mnie ich los. Monotonię przerywa opis wysiedlenia Polaków z ich ówczesnych rodzimych ziem do pracy w łagrach na terytorium Rosji. Część z nich nawet nie docierała do miejsca przeznaczenia, bo ciężko było przeżyć długą podróż pociągiem w nieludzkich warunkach. Według mnie jest to bardzo istotna i ciekawa część książki. Te fragmenty najlepiej wspominam, bo dzięki nim wręcz odczuwałem razem z postaciami powieści niepewność następnego dnia. Pomiędzy okresami tułaczego życia Wasilewskich znajduje się miejsce na okres ?stabilizacji?. Ma on miejsce podczas kilkuletniego pobytu w łagrze Sund-Oziero. Jest to czas, w którym ?nasza? rodzina stara się żyć normalnie, stopniowo zdobywa pozycję, poznaje nowych ludzi, zawiązuje przyjaźnie, które później okazują się przydatne. Poza tym, ów fragment wypełniają opisy życia i pracy w łagrze. Ta druga przedstawiona jest bardzo dokładnie, wraz z następującymi po sobie czynnościami, które niekoniecznie są interesujące. Opis dojenia krowy czy załadunku drewna? Proszę bardzo! Problem tkwi w tym, że na tak prozaiczne zajęcia autor poświęca wiele miejsca, a np. dwutygodniowe koczowanie w kościele podczas przesiadek zawiera w kilku zdaniach. Po kolejnej godzinie spędzonej nad lekturą zastanawiałem się - do czego autor dąży, jaki jest cel Wasilewskich? Brak jasno nakreślonego kierunku nie zachęca do dalszego przerzucania stron. Brzmi dość krytycznie, prawda? Tylko od naszego punktu widzenia zależy, czy uznamy to rzeczywiście za wadę, czy może za zaletę. Na tym polega specyfika II WŚ, że ludzie żyli jak w transie, dając traktować się jak rzeczy, które można przestawiać, układać i niszczyć. Nie wierząc w to, co się dzieje, ciężko jest świadomie żyć. Jeśli autor rzeczywiście chciał osiągnąć taki efekt, to zdecydowanie mu się to udało. Autentyzm w podobnym wydaniu może denerwować, dlatego trzeba mieć albo dużo wyrozumiałości i cierpliwości, albo odłożyć książkę na półkę. Wielkim absurdem jest fragment promujący tę powieść, który wprowadza czytelnika w błąd i nie daje rzetelnej wiedzy o zawartości. Zawiera on streszczenie krótkiego wątku, pojawiającego się i znikającego w jednym rozdziale, a dotyczącego historii miłosnej Janki Wasilewskiej. Takich urwanych i wyjętych z kontekstu historii jest więcej. Domyślam się, że służą one przekazaniu czytelnikom wiedzy o ZSRR i atmosfery panującej na tych terenach. Niestety te rozdziały kompletnie nie łączą się z główną treścią książki, a jest wiele innych pozycji które zdecydowanie lepiej spełniają tą rolę.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytał tak kiepsko napisaną powieść. Nie życzyłbym sobie również czytać kolejnych niespełna 500 stron w tak banalnym języku. Zakrawa on o kompletnie amatorski poziom, momentami czułem się, jakbym czytał tekst dla kilkuletnich odbiorców. Narracja nie jest do końca taka zła, względem innych elementów wypada najlepiej, choć i tak bardzo przeciętnie. Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego autor przez pół strony malowniczo, wręcz poetycko opisuje przyrodę i zachwyca się nad jej pięknem, a za chwilę pisze o śmierci i ludzkiej nędzy. Dialogów jest dużo, ale niestety stosunek ich ilości do jakości wypada mizernie. Często nic z nich nie wynika, a prowadzone są w sposób niesamowicie banalny i amatorski. To właśnie one najbardziej uwydatniają brak umiejętności literackich autora. Kreacja bohaterów także stoi na niskim poziomie. Mimo że głównym bohaterem zbiorowym jest rodzina Wasilewskich, to przeważnie opisywane są poczynania Ludwiki - głowy rodziny. Swoją drogą, to ona jest jedyną postacią, którą zapamiętałem ? przez wzgląd na jej poświęcenie dla dzieci i wolę przetrwania; jest ona także najmocniejszym punktem w całej historii. W książce brakuje jednak głębszych przemyśleń, a te, które znajdujemy, najczęściej zawierają się w jednym zdaniu i wręcz uderzają swą przewidywalnością oraz sztampowością. Czytając ?Drogę przez piekło? zachodziłem w głowę, czy nie powinna nosić nazwy ?Droga przez literówki?. Takiej ilości błędów - choć małych, to mocno psujących przyjemność z lektury, nigdy nie uświadczyłem w żadnej pozycji. Po zakończeniu obawiałem się, czy nie zostałem analfabetą. Na szczęście obawy okazały się zbędne. Może tak się stanie po drugiej części - ?Śladami tułaczy? ? Na domiar złego błędów rzeczowych również nie udało się autorowi ani korekcie uniknąć. Dowiedziałem się, że po lutym następuje styczeń? Ciekawa teoria.

Głównym problemem ?Drogi przez piekło? S. Wasilewskiego jest forma, jaką książka przybrała. Autor kompletnie nie poradził sobie ze stworzeniem powieści fabularnej. Książka napisana w takim stylu i w tak chaotyczny sposób jest zdecydowanie ?niejadalna? i odradzam lekturę, gdyż może skończyć się to niestrawnością. Istnieje jednak wiele pozytywnych i ciepłych opinii na jej temat, co mnie szczerze zaskoczyło. Należy wyciągnąć z tego wniosek, że jest to prawdopodobnie jedna z tych książek, które albo się kocha, albo nienawidzi.

ReadyToFall

pearl-jam.jpg

Zanim przystąpiłem do lektury ?Pearl Jam & Eddie Vedder?, wspomniana książka leżała na moim biurku zdecydowanie za długo, a spoglądający z okładki Eddie błagalnym wzrokiem krzyczał do mnie: ?Zacznij mnie czytać!?. Bardzo chciałem to zrobić, ale zarówno ja, jak i Eddie musieliśmy wykazać się cierpliwością, gdyż byłem w trakcie czytania kompletnie innej książki. Aby nie zasmucać Eddiego, a siebie pocieszyć, od czasu do czasu przeglądałem czarno ? białe zdjęcia, które znajdowały się na kartkach wytęsknionej biografii. Nadszedł w końcu ten dzień chwały, gdy mogłem ?oko w oko? stanąć z Eddiem Vedderem...

Znajomość zawierana przy dobrej muzyce musi być udana. Dlatego albumy Pearl Jam towarzyszyły mi od początku do końca lektury. Pierwsze stronice nawiązuje do dzieciństwa Eddiego, czyli ważnego okresu życia, który wywarł bardzo duży wpływ na jego późniejszą twórczość. Z tą fazą rozwoju Eddiego wiąże się wiele nieścisłości i plotek, które wspomniane są w tej publikacji, ale oczywiście mają one charakter pomówień, a nie rzeczywistych faktów. Kwestia młodzieńczych lat wydaje się być sprostowana, ale na pewno nie została wyczerpana, co wynika z enigmatyczności Eddiego. Dalej przedstawione są po krótce losy naszych ?bohaterów? ? członków zespołu ? poznajemy drogę jaką musieli przebyć, aby wspólnie grać. Wyjaśniona jest również geneza nazwy kapeli, która zawsze była dla mnie zagadką, jak dotąd, nierozwiązywalną. Naturalną koleją rzeczy po założeniu bandu jest nagranie pierwszego albumu. Można go przewrotnie nazwać ?Ten?. Właśnie ten debiutancki krążek przyniósł Pearl Jam sukces i sławę, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest najważniejszym w całym ich dorobku muzycznym. Widać to również w biografii, gdyż autor, Martin Clarke, spośród wszystkich płyt najwięcej czasu poświęca właśnie tej. Odetchnąłem z ulgą, gdy upewniłem się, że Clarke nie zamierza opisywać muzycznego brzmienia charakterystycznego dla albumu, a dotyka głównie warstwy tekstowej i merytorycznej. Taki sposób przedstawiania i przekazywania informacji znacznie ułatwia zrozumienie konkretnej piosenki. Chociaż kolejnym płytom nie poświęcono już tyle uwagi, to poziom ich deskrypcji nadal jest zadowalający. Zwykle po nagraniu materiału kapela rusza w trasę koncertową, by promować krążek. Normalny zespół cieszyłby się z sukcesów i ogromnego zapotrzebowania na koncerty, jednak nie Pearl Jam!

Specyficzny charakter muzyków nastręcza niemało problemów, z którymi muszą sobie poradzić. Książka przepełniona jest gorzkimi emocjami muzyków, wynikającymi głównie ze sławy oraz tego co i kto ich otacza. W międzyczasie autor dotyka kolejnych problemów które pojawiały się na drodze zespołu wraz ze zmianami zachodzącymi w świecie i podczas tras koncertowych. Eddie jest niezwykłym człowiekiem, który namiętnie angażuje się w sprawy społeczne, są to m.in.: aborcja, polityka czy choćby spór z Ticketmaster o niższe ceny biletów dla fanów. Zdecydowanie jednym z mocniejszych punktów jest fragment, który dotyczy Nirvany i pewnego sporu z nią oraz śmierci Kurta Cobaina, która zaskakująco mocno dotknęła Eddiego. Byłem zdumiony osobowością frontmana Pearl Jam, jego zdolnością do empatii i wrażliwością. Biografia skupia się głównie na dokonaniach, problemach i ideologii Pearl Jam, a życie prywatne tych artystów jest zdecydowanie na dalszym planie.

Podczas lektury towarzyszyły mi różne emocje, na szczęście w większości pozytywne. W zależności od danego fragmentu czasem chciałem złapać za gitarę, by skomponować kolejny hymn rocka, i robiłem to, a innym razem miałem ochotę zmieniać świat? Spróbowałem. Występują również momenty w których można mieć wrażenie, że czyta się książkę fabularną, głównie za sprawą postaci Eddiego. Niestety występują też fragmenty mające charakter chronologii trasy koncertowej, ale na szczęście są krótkie i nie nadużywają cierpliwości czytelnika.

Trzymając tę książkę zamkniętą w rękach i spoglądając z góry na strony można pomyśleć ?a co one takie czarne??. Z kolei przyglądając się chwilę dłużej łatwo dostrzec, że końcówka jest przerażająco biała. Jeśli ktoś uważnie czytał powyższe słowa, to łatwo wywnioskuje że, kolor czarny oznacza zdjęcia, a biały - ich brak. Wszystkie fotografie są czarno ? białe, przeważnie zajmują całą stronę i oznaczają koniec rozdziału. Przytoczona owa ?przerażająca biel? to rozdział ? nieporozumienie pod nazwą ?Riot Act?. Wszystkie inne mają po kilka(naście) stron, poruszają różne, oddzielne sprawy, a ten ma ponad 60 i ma w sobie mieszaninę treści, która spokojnie wystarczyłaby na kilka solidnych epizodów. Pearl Jam został założony w roku 1990 i Martin Clarke przez 197 stron opisywał jego dzieje do roku 1997. Na kolejne 12 lat i 5 studyjnych płyt poświęcił aż 63 strony. Coś tutaj ewidentnie nie gra. Z jednej strony jest mi szkoda, bo z chęcią kontynuowałbym lekturę w takiej formie jaka była przez większość książki, ale z drugiej strony jeśli druga połowa miałaby być tylko informatorem koncertowym i przeglądem list przebojów, to może rzeczywiście jest to dobre wyjście? Niestety nie posiadam szklanej kuli by to sprawdzić.

Językowo autor nie zaskakuje wyszukanymi frazami czy majestatycznymi opisami, ale w końcu to nie o to chodzi. Ma być zrozumiale i przejrzyście ? tak też jest. Dużą część tekstu stanowią całkiem długie cytaty (niektóre są wyeksponowane co kilka stron przez znaczne zwiększenie czcionki i wplecenie gdzieś w kompozycję), najczęściej Eddiego, a czasami członków zespołu. Raczej nie jestem zwolennikiem przewagi cytatów w książkach biograficznych, ale akurat tutaj wydaje mi się że są na właściwym miejscu. Głównie dlatego, że Eddie mówi mądre i ciekawe rzeczy, a autor parafrazując te słowa nie oddałby ich charakteru. Ponadto zapewniają rzetelność faktów, co w przypadku Pearl Jam jest dosyć ważne. Oczywiście tak jak to bywa z tłumaczonymi krótkimi tekstami z języka angielskiego ? czasem można się zmęczyć i w efekcie docenić polską literaturę.

Osobiście nigdy nie zagłębiałem się w twórczość Pearl Jam, znałem kilka pojedynczych kawałków i pewnie byłoby tak nadal. Dzięki tej biografii, która zgrabnie poprowadziła mnie przez dokonania zespołu i jego ideologię, lektura stała się zaledwie początkiem długiej, dobrze rokującej znajomości. Z autopsji wiem, że taka znajomość okazuje się pełna wartości, sprawia, że oczy otwierają się odrobinę szerzej. A dla starych wyjadaczy i fanatyków? Oczywiście, pozycja obowiązkowa, choć nieidealna i nie do końca wyczerpująca temat.

ReadyToFall

Tym razem o zwierzaku, który był naprawdę miłym gościem :)

Niedzwiedz-Wojtek-Niezwykly-zolnierz-armii-Andersa_Aileen-Orrimages_big15978-83-7674-100-0.jpg

Czy kiedykolwiek siedząc w knajpie zapragnęliście napić się piwa z niedźwiedziem, poczęstować go papierosem, a później iść z nim na ?podryw?? Jeżeli tak to najprawdopodobniej troszeczkę ?zasiedzieliście się? i powinniście w tamtym momencie opuścić bar. Jeśli jednak wcześniej czytaliście ?Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły Żołnierz Armii Andersa? lub chociaż słyszeliście historię o tym niezwykłym misiu, to możecie jeszcze spokojnie posiedzieć.

Autorką książki jest Aileen Orr, założycielka fundacji ?The Wojtek Memorial Trust?, która prowadzi akcję na rzecz postawienia Wojtkowi pomnika w Szkocji. Z należytą miłością i sympatią do Wojtka upamiętniła jego życie, dokonania i zasługi ? tego z pewnością nie można jej odmówić. Cała niezwykłość niedźwiadka polega na jego oswojeniu z ludźmi i miłości do nich. Warto zaznaczyć, iż wszystkie wydarzenia, postacie, a w szczególności sam niedźwiedź, są w pełni autentyczne. Jego marną przyszłość w 1942r. biorą we własne ręce polscy żołnierze Armii Andersa. Przebywając w Persji odkupili go od biednego chłopca za kilka drobiazgów wyciągniętych z kieszeni. Ta nieprzemyślana i spontaniczna decyzja opłaciła się ? nie finansowo, lecz moralnie. Wkrótce okazało się, że Wojtek ma na żołnierzy zbawienny wpływ ? oddaleni od rodziny oraz pozbawieni wszelkiego kontaktu z bliskimi mogli zająć swą uwagę niedźwiedziem. Z kolei ten nie dawał odczuwać nudy swym kolegom, bo tak ich traktował - jako równych sobie. Lubił uprawiać z nimi zapasy, udawane walki, tak jak oni starał się ładnie wyglądać, a w nocy szukał ich ciepła wchodząc do ich łóżek. Podczas bitwy pod Monte Cassino zasłynął ze swego bohaterskiego czynu, gdy z własnej woli zaczął nosić pociski do ciężkich moździerzy. Nic więc dziwnego, że wkrótce z maskotki stał się pełnoprawnym żołnierzem posiadającym wojskowy stopień i numer ewidencyjny. Muszę przyznać, iż tak przywiązałem się do Wojtka korzystającego z wolności pełną garścią, a raczej łapą, że kiedy zacząłem czytać o decyzji oddania go do zoo, to musiałem przerwać lekturę i odstawić ją na jeden dzień. W całym dokumencie zawarta jest jeszcze cała masa ciekawostek i anegdot, które uzupełnione są kilkunastoma zdjęciami. Nie jest ich zbyt dużo i pozostaje pewien niedosyt, ale od czego mamy dziś internet?

Wojtek jest głównym elementem tej publikacji, jednak autorka wprowadza wiele dygresji, które naturalnie wynikają z jego postaci. Często porusza różne płaszczyzny życia związanego z wojną, występuje m. in. temat diaspory Polaków podczas i po II Wojnie Światowej oraz ich stosunków ze Szkotami, z którymi musieli obcować, by zacząć życie od nowa. Znajduje się również miejsce na dość szczegółowy opis sławnej bitwy pod Monte Cassino. Zdecydowanie nie jest to książka monotematyczna, skupiająca się wyłącznie na Wojtku, o czym w szczególności świadczy kilkudziesięciostronicowy epilog Neala Aschersona. Zawiera on dzieje Polski od czasów rozbiorów do szczegółowo opisanej II WŚ. Osobiście byłem delikatnie znużony czytaniem czegoś, co jest mi znane, więc z pewną ulgą przerzuciłem ostatnią kartkę. Niestety korekta musiała poprawić wiele faktów, gdyż Ascherson był najwidoczniej dość słabo poinformowany. Z drugiej strony nie są to błędy karygodne, a jedynie różnego typu uproszczenia. Nie sądzę jednak, by ten epilog był niepotrzebny. W zrozumieniu historii Wojtka ważną rolę odgrywają Polacy, autorami książki są Szkoci, a odbiorcami w dużym stopniu obcokrajowcy. Zapoznanie się ze skróconymi dziejami Polski na pewno pozwoli lepiej zrozumieć pewne sytuacje i wydarzenia. Dodatkowo śpiącym Polakom na lekcjach historii których, jak myślę, nie brakuje, dobrze zrobi taka dawka wiedzy. W tym wszystkim tkwi jeden problem ? to wstyd, że obcokrajowcy piszą książki o naszym, polskim niedźwiedziu i żołnierzach, podczas gdy my niewiele na ten temat wiemy.

Otwierając po raz pierwszy swój egzemplarz ?Niedźwiedzia Wojtka?, poza militarną kolorystyką rzucił mi się w oczy opisowy charakter książki. Obawiałem się go zanim przystąpiłem do lektury, ale okazało się, że całkiem bezpodstawnie. Aileen Orr posługuje się ciekawym językiem i stara się aby narracja była możliwie najciekawsza. Pomimo braku dialogów, strony przerzuca się szybko i bez zmęczenia, a dłuższe opisy nie nużą. Oczywiście zdarzają się potknięcia, najczęściej w postaci zbyt długich, skomplikowanych zdań lub literówek, ale nieznacznie wpływają na czerpanie przyjemności z lektury. Natomiast jeśli chodzi o epilog, jest on napisany przystępnym językiem, lecz ma chaotyczną formę. Mógłby zostać udoskonalony o lepszą chronologię wydarzeń, większą rzetelność i zwięzłość pomiędzy faktami. Mimo tego nadal jest to dobrze napisany kawałek historii naszego narodu.

Moim zdaniem wielu z nas powinno zainteresować się Wojtkiem, niezależnie od wieku i stanu wiedzy. Ta pozycja jest dobrą okazją do zawarcia z nim znajomości, ale nie jedyną ? dostępne są filmy dokumentalne na temat Wojtka, a w internecie można znaleźć jeszcze więcej informacji. Szczególnie Nam, Polakom powinna być bliska ta historia. Należy mieć świadomość, że Wojtek był wspaniałą istotą, ale jest przede wszystkim alegorią mostu łączącego ludzi, miłości, empatii i radości z życia. Choć już od dawna nie ma Go z Nami, to jednak mam nadzieję, że będzie żył w pamięci wielu ludzi, bo na to zasługuje.

ReadyToFall

trzeci-dzien.jpg

Kolejny odcinek mojej książkowej serii, zapraszam do lektury! smile_prosty.gif

?Trzeci dzień? to książka która ma postać nieco epistolarną? Nie, taki początek nie jest tutaj odpowiedni. Mógłbym w tym miejscu wypisać kilka suchych terminów, opisujących budowę i ogólny kształt tej pozycji, ale kłóciłoby się to z jej rzeczywistym charakterem. Najtrudniej jest zacząć, a ja doprowadziłem do tego, że muszę to zrobić drugi raz. Czytając ?Trzeci dzień? Michała Głombiowskiego miałem ochotę założyć okulary przeciwsłoneczne. Nie tylko przez jasno-pomarańczową okładkę, która może imitować słońce, ale głównie przez to, jak się czułem podczas lektury. A czułem się szczęśliwy, że w połowie zimnego listopada mogłem odbyć podróż po upalnych Hiszpanii i Maroku.

Tak naprawdę ciężko jest zakwalifikować do konkretnego gatunku dzieło Michała Głombiowskiego. Na pewno nie jest to ani typowa książka podróżnicza, ani fabularna, nie jest też ona pamiętnikiem, jednak zawiera elementy wszystkich tych gatunków, które są doprawione ciekawym, czasami wręcz poetyckim językiem autora. Swoją nietypowość pozycja ta zawdzięcza brakowi ciągłości pomiędzy rozdziałami. Oznacza to tylko i aż tyle, że biorąc pierwszy raz do ręki ?Trzeci dzień?, możemy przeskoczyć na - przykładowo środek książki, odnaleźć początek rozdziału i zacząć czytać tak, jakby były to pierwsze strony całej publikacji. Konsekwencja w trzymaniu się takiej formy wpłynęła bardzo pozytywnie na całość, ponieważ każdy nowy rozdział to jakaś ciekawa, odmienna historia, z innym morałem.

Pomyślałem jednak, że nie ma sensu eksperymentować i zacznę lekturę ?po bożemu? - od początku. Tym, co mnie zaskoczyło był fakt, że od razu zostałem rzucony na głęboką wodę. Przez kilka stron byłem lekko zdezorientowany. Autor nie pokusił się o żaden wstęp, który wyjaśniałby np., po jakich miejscach będzie podróżował, zamiast tego znalazłem się w samym środku jego wycieczki. Nie uznawałbym tego za wadę, bo taki początek pozwala wczuć się w dość specyficzny klimat książki już od pierwszych kartek. Później jest już tylko lepiej. Jak wspomniałem wcześniej, Michał Głombiowski odbywa podróż samochodem po Hiszpanii i Maroku. Jego towarzyszką jest tajemnicza ?M.?. Oba te kraje są przedstawione w sposób dość nietypowy. Autor posługuje się krótkimi historyjkami napotykanych osób, opisem ich życia codziennego, lubi także wpleść w tekst swoje przemyślenia. Na osobne zdanie zasługuje zaznaczenie obecności szczegółów i jedzenia. Te pierwsze sprawnie nadają autentyzmu przytaczanym sytuacjom, a sam opis smaków i zapachów ?przyprawia? danie główne. W pewnym momencie przestał mnie już dziwić opis robienia prania przez miejscowych czy dumanie nad losem pustych puszek. Osobiście taki sposób przedstawiania świata uznaję za ogromną zaletę, gdyż często wyjeżdżając za granicę mieszkamy w kurortach i nie mamy szansy poznać codzienności żyjących w danym kraju ludzi. Warto dodać, że trasa wytyczana przez autora szerokim łukiem omija większe miejscowości (choć i takie się pojawiają), by skupić się na tych mniej popularnych, a nawet i w ogóle nieznanych.

Dialogów jest mało, tak jak i stron. Pytanie, czy za mało? Według mnie wystarczająco. Rozdziały są krótkie i absolutnie nie męczą małą ilością rozmów między bohaterami. Co do samej długości książki, mam mieszane uczucia. Z jednej strony na początku dozowałem sobie czas lektury, by nie skończyć jej za szybko i móc dłużej przebywać w Hiszpanii, a z drugiej gdy akcja przeniosła się do Maroka, to radość z czytania spadła i zbliżający się koniec nie sprawiał mi wielkiej przykrości.

Jeśli byłbym miłośnikiem kawy, to napisałbym, że ?Trzeci dzień? jest idealną lekturą do poczytania przy kawie i ciastku w jakiś deszczowy wieczór. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że przy herbacie czyta się ją równie dobrze, a i bez tych afrodyzjaków lektura na smaku nie traci, bo jest smaczna sama w sobie.

ReadyToFall

Pierwsze skojarzenie na hasło ?AC/DC?? Szaleństwo, energia, radość, zabawa ? niepotrzebne skreślić, potrzebne natomiast dodać wedle własnego uznania. Muszę przyznać, że z każdą kolejną przeczytaną stroną ?AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem? utwierdzałem się w przekonaniu, że mam ochotę wykreślić wszystkie, wyżej wymienione określenia. I oczywiście nie chodzi tu o twórczość panów z AC/DC, a o wątpliwego Neil?a Daniels?a. Przyznam, że nigdy nie byłem fanem muzyki tworzonej przez Szkotów, a poprzez lekturę chciałem głębiej zapoznać się z materiałem serwowanym przez zespół. Takie stanowisko pozwoliło mi spojrzeć obiektywnie na tę pozycję, bez względu na to, czy jestem nastawiony sceptycznie czy też pozytywnie do żywej legendy hardrocka.

Pierwsze zdanie, rozpoczynające biografię brzmi: ?czego nie powiedziano jeszcze o AC/DC?!?, po czym kilka stron dalej znajdujemy stwierdzenie, że książkami o tym zespole można wypełnić bibliotekę. Po co więc komukolwiek ?AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem?? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Co więcej ? książka nie pomaga w odnalezieniu odpowiedzi? Nawiązując do tytułu, bo ma on spore znaczenie, treść tej publikacji skupia się na latach 1973-1980, a więc na okresie w którym Bon Scott był wokalistą i frontmanem zespołu. Przedwczesna śmierć Szkota nie kończy jednak książki, a jedynie jej pierwszą część ?Wczesne lata?, oraz rozpoczyna dużo krótszą drugą część ?Następstwa?. Czytając ?część II?, można wpaść w głęboką zadumę nad sensem marnotrawstwa papieru na świecie, w celu powielania czegoś, co zostało napisane już dziesiątki razy. Jak łatwo się domyślić, w tej części w ogromnym skrócie opisane zostały losy AC/DC po roku 1980, trwające do dziś.

Przyszły czytelnik musi wiedzieć, że nie będzie miał do czynienia ze stricte biografią. Jeśli tak owej szuka, to ją znajdzie. Z tym że, gdzieś indziej, nie w tej publikacji. ?Część I? z biografią wspólny ma jedynie początek. Zawiera krótką genezę powstania zespołu, skrócone życiorysy poszczególnych członków, by w końcu dojść do opisu pierwszego albumu kapeli. Od tego momentu lektura staje się ekstremalnie monotonna. Na początku przytoczona zostaje sytuacja, w jakiej grupa wchodziła do studia, kilka informacji na temat tego w jaki sposób i w jakim składzie grupa pracuje nad swoim nowym dzieckiem, po czym przychodzi pora na niesamowicie nudny i sztampowy opis albumu. Tutaj zaczyna się prawdziwy koszmar, który prześladuje mnie już nocami. Każda piosenka z każdej płyty opisana jest jakimś banalnym frazesem, typu ?riff wgniata w ziemię?, ?noga sama rwie do wybijania rytmu? etc. Uwierz, Drogi Czytelniku, że czytając ciągle te same zwroty, można nabawić się białej gorączki. Efekt znużenia i irytacji potęguje fakt, że opisywanie muzyki za pomocą słów najzwyczajniej w świecie się nie sprawdza. Nie wiem więc, do kogo kierowane są opisy albumów. Wytrawny słuchacz każdy utwór dobrze zna i nie trzeba mu tłumaczyć, że riff miażdży, a przy kawałku ?X? należy tupać nogą. Mniej obeznani czytelnicy mogą zaś na własne uszy przekonać się, czym ta muzyka pachnie, bez konieczności ufania autorowi ?na słowo?. Po mini-recenzji-opisie albumu przychodzi czas, na podanie statystyk odnośnie sprzedaży i popularności na listach przebojów na całym świecie. Następnie autor zajmuje się rozbieżnością pomiędzy wydaniami na poszczególnych kontynentach. Całe to porównywanie i doszukiwanie się różnic może naprawdę znużyć czytelnika, zwłaszcza że proces ten powtarza się przy każdej płycie do 1980 roku. Zainteresowani mogą być wyłącznie wierni i oddani fani, zwłaszcza, że na końcu publikacji znajduje się podana w przejrzysty sposób dyskografia, najważniejsze wydarzenia z historii zespołu czy spis kolejnych teledysków. Stanowi to zgrabnie zebrane i uporządkowane informacje, których podczas wieloletniej działalności AC/DC jest cała masa.

Pomiędzy różnymi elementami opisu płyt, wplecionych jest wiele długich cytatów wyciągniętych z kilku wywiadów. Najczęściej pojawiają się fragmenty z tych samych rozmów, z zaznaczeniem, gdzie możemy znaleźć daną publikację. Czytając kolejną kartkę która zawiera cytat, można poczuć się troszeczkę oszukanym. Zapoznanie się z całością kilku z nich dostarczyłoby nam nie wiele mniej informacji od tych, zawartych w książce. Co poza tym? Wielokrotnie wałkowane historie typu: ?podczas nagrywania solówki wzmacniacz zaczął się palić?. W ramach odskoczni pojawia się też kilka stron ze zdjęciami, ale nie są to egzemplarze nigdy dotąd niepublikowane, a jedynie, w większości, kadry z sesji zdjęciowych. Nic nadzwyczajnego, ale dobrze komponują się z całością. Warto zwrócić uwagę na samo wydanie książki, które sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Czarna, matowa okładka w twardej oprawie, która na oko jest nieco większa od klasycznego rozmiaru książek, mieści w sobie, niespodzianka, zadrukowane czarnym drukiem kartki! Diabeł tkwi w szczegółach, bo są to naprawdę dobrej jakości stronice, a więc chociaż one uprzyjemniają lekturę. Wszystkie te, wątpliwej jakości informacje, spisane są przeciętnym, tuzinkowym językiem. Nie byłoby jednak źle, gdyby nie tak duża ilość literówek i temu podobnych wpadek, ze strony tłumaczenia/korekty/wydawcy.

Reasumując, stanowczo odradzam tę pozycję osobom, chcącym zapoznać się z twórczością AC/DC, oraz tym, którzy Szkotów po prostu lubią. Zdecydowanie nie do tego grona odbiorców skierowana jest ta książka. Kolekcjonerzy jednak będą zadowoleni, bez względu na jej przydatność. Dla fanatyków natomiast, powinna być druga, kilkunastostronna wersja, zawierająca ten sam spis wydarzeń, chronologię albumów etc. co ostatnie strony całej publikacji.

---------------------------------------------------

Powyższą pracę, jak i wcześniejszą recenzję "Rosji w Łagrze" przygotowywałem z myślą o portalu www.debiutext.eu. Można tam również znaleźć kolejne recenzje sygnowane moim nazwiskiem, które co tydzień będę tutaj publikował.

ReadyToFall

"Rosja w Łagrze" - recenzja

Rosja-w-Lagrze_Iwan-Soloniewicz,images_big,23,978-83-7705-316-4.jpg

?Rosja w Łagrze? to zapis wspomnień Iwana Sołoniewicza, rosyjskiego dziennikarza i przeciwnika komunizmu, z łagrowej codzienności komunistycznej Rosji oraz ucieczki za granicę sowieckiego ?raju?. Określenie ?zapis wspomnień? to dalece ubogie określenie, tego co znajduje się w książce. Gdyby zostawiono w niej same wspomnienia autora, to pokaźna liczba ponad 550 stron znacznie uszczupliłaby się, a zostałby bogaty opis Rosji z lat międzywojennych, aparatu który nią rządzi, mechanizmów politycznych i wreszcie głębokich przemyśleń autora. Książka reklamowana jest jako ?świadectwo brawurowej ucieczki?, aczkolwiek jest to kwestia, która wymaga sprostowania. Z pewnością przesadą i nietaktem byłoby porównywać tę pozycję do przychodzącego na myśl klasycznego ?Skazani na Shawshank?, czy popularnego ?Prison Break?. Nie tylko dlatego, że czas i miejsce akcji są inne, ale choćby z takiego trywialnego powodu, że w tym tworze jest mało ucieczki w ucieczce. Osoby sięgające po ?Rosję w Łagrze? z nadzieją przeżycia szczegółowo opisanej, brawurowej ucieczki mogą poczuć się nieco zawiedzione. Ucieczka z Kombinatu Białomorsko ? Bałtyckiego jest jedynie dodatkiem do całej treści, a nie tematem przewodnim. Oczywiście ? od początku jest o niej mowa, a główny bohater nie wychodzi z założenia, że miałby przesiedzieć w łagrze 8 lat, jednak przez większą ilość czasu wątek ten jest gdzieś z boku, by dopiero w zakończeniu historii wyjść na pierwszy plan. Iwan Sołoniewicz ?Rosję w Łagrze? tworzył tuż po odzyskaniu wolności w 1934 roku i pisał ją jako świadectwo aktualnej sytuacji Rosji, która była skutecznie przekształcana przez działania propagandowe. I w ten sposób należy traktować tę pozycję ? nie jako powieść sensacyjną, a źródło wiedzy na temat rzeczywistości rosyjskiej w okresie międzywojennym.

Tych kilkaset stron nie jest łatwe w odbiorze. Rzeczywistość rosyjska, ta teoretycznie wolna i ta łagrowa, przedstawiona jest w pełni autentycznie, bez cenzury, a zatem bardzo brutalnie. Nie raz można poczuć się głodnym i zmarzniętym podczas lektury, nie raz można zadumać się nad losem setek tysięcy zniszczonych przez system ludzi, nie raz uczucie głębokiego współczucia przepełnia duszę, by zaraz stłamsiła je nienawiść, do ludzi rządzących ówczesnym światem. Są fragmenty które łapią za serce i nie chcą puścić, wiercą dziurę w mózgu i zakorzeniają się w naszej świadomości. Wiele razy żałowałem, że autor pisząc ?Rosję w Łagrze? korzystał ze swoich wspomnień, obserwacji i przeżyć, a nie swojej wyobraźni.

Proces tworzenia miał miejsce pod koniec lat 30. co nie oznacza, że w tekście występuje wiele archaizmów i czytelnik odnosi wrażenie, jakby czytał Bogurodzicę bez przypisów. Sołoniewicz miał wprawne i lekkie pióro, przez co jego zapiski czyta się bardzo przyjemnie. Przyjazny czytelnikowi język to również zasługa wydawnictwa ?Karta?, które uwspółcześniło pisownię, nie niszcząc jednak charakteru książki. Dialektyczne słownictwo znakomicie oddaje klimat i koloryt sowieckiego ?raju?. Dialogi prowadzone są w sposób naturalny i ciekawy, pozwalają dobrze wczuć się w sytuacje, choć chciałoby się, by czasem były odrobinę dłuższe. Ciekawe portrety i analizy psychologiczne poszczególnych postaci nadają im wiele charakteru i każda postać na swój sposób jest inna. Co prawda kłamstwem byłoby mówić, iż przywiązujemy się do niektórych napotkanych osób, gdyż przeważnie są to postacie jedynie epizodyczne, aczkolwiek sposób traktowania pojawiających się postaci jako jednostkę autonomiczną, a nie zbiorową wywołuje przynajmniej minimum zainteresowania nimi. Pomimo beznadziejnej rzeczywistości i ogólnego, dość patetycznego stylu książki, autor okazjonalnie zaskakuje zabawnym komentarzem czy dialogiem. Teoretycznie nie jest to powieść sensacyjna, ale częste zdradzanie przyszłego biegu wydarzeń przez twórcę, nad którym przed chwilą zastanawialiśmy się, po czym dopiero go opisując, odrobinę psuje radość z lektury. Sołoniewicz często wyraża sądy czysto subiektywne, ale jego przemyślenia nie przeszkadzają w lekturze. Okazjonalnie natomiast przeszkadzać mogą mało zgrabnie wplecione dygresje, które wybijają z rytmu czytania. Lektura wymaga skupienia i myślenia. ?Rosję w Łagrze? porównałbym do nauki matematyki ? wszystko się ze sobą łączy, a przegapiając jeden element, możemy mieć problem ze zrozumieniem następnego. Nie ma się jednak o co martwić, czytelnicy mniej obeznani z historią, z odrobiną wysiłku umysłowego z pewnością poradzą sobie z lekturą, a dla osób interesujących się dziejami świata, może to być pasjonująca lektura.

?Rosja w Łagrze? nie jest książką, którą pochłania się w jeden wieczór, od której nie można się oderwać, jest nieco nierówna? ale co z tego? Teoretycznie każda książka jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju i opowiada inną historię, ale jak to się odnosi do rzeczywistości? Wszyscy wiemy. ?Rosja w Łagrze? naprawdę taka jest, nie tylko przez prawdziwą, ale przede wszystkim (miejmy nadzieję) niepowtarzalną historię. Głównym celem przyświecającym autorowi, w tworzeniu ?Rosji w Łagrze? było ukazanie rzeczywistości sowieckiej i uświadomienie ludzi poza granicami kraju. Pomimo upływu ponad 70 lat od opisanej sytuacji, nadal ma ona wartość uświadamiającą i to jest jej największa zaleta ? historia którą znamy, staje przed nami w nowym, zobrazowanym obliczu. Czyż książka, która niesie ze sobą wartości uświadamiające, uczące człowieka czegoś nowego o świecie, nie jest wyjątkowa?

ReadyToFall

Będąc bacznym obserwatorem własnego środowiska, tego co i kto mnie otacza, zauważyłem pewne dziwne zjawisko. W dodatku sam się na nim złapałem. Być może po przeczytaniu tego tekstu, sam się złapiesz na tym samym drogi czytelniku. Mam na myśli odcinanie się od tego, co staje się popularne, co każdy zna, i każdy lubi. Może to być piosenka, film, książka, serial - byle pojawiało się w mediach, i było ogólnie kojarzone. Czasami mam wrażenie, że wszyscy tak w głębi duszy jesteśmy hipsterami. Jeszcze jakiś czas temu nie było tzw. hipsterstwa, i żyło się dobrze. Aktualnie ono jest, i bardzo często się przejawia. No trudno, jakoś to przeżyjemy. Chyba. Pisząc ?odcinanie? myślę o osądzaniu z góry jakiejś rzeczy tylko dlatego, że jest modna. Widziałem piosenkę w tv? Pewnie słabe! Każdy gada o tej książce? Wyczuwam kicz. etc. etc. Celowo użyłem wyrażeń określających niepewność, gdyż w takich sytuacjach często osądza się z góry, bez zapoznania z danym materiałem. Nie chcę uchodzić za obrońcę popkultury, ponieważ sam nie jestem jej miłośnikiem, ale sądzę, że oceniając coś, dobrze jest poświęcić minimum uwagi. Posłuchaliśmy/obejrzeliśmy/przeczytaliśmy, dobra, zrobiliśmy co należało zrobić by ocenić. Dno! Za każdym razem będzie to dla nas dno, bo co znane nie jest fajne, i nie należy poświęcać temu więcej uwagi, niż czemuś czemu nie warto poświęcać uwagi. Skoro mamy już wyrobioną niepochlebną opinię, to możemy śmiało hejtować i denerwować się napotykając dany materiał. Wedle znanego powiedzenia, aczkolwiek oczywiście beznadziejnego, zamiast nienawidzić wroga lepiej go polubić. Osobiście dotarło to do mnie przy piosence ?Blurred Lines?. Ilekroć ją słyszałem dostawałem szału. Wykluczone, nie będę nucił tego pod nosem, mam swoje zainteresowania, swój gust muzyczny, nie jestem masą innych pop-robaków, to sprawa honoru. Nie wiem dlaczego, nie wiem w jaki sposób, ale dostałem właśnie wyżej opisanego olśnienia, że nie warto nienawidzić tylko tak dla zasady, czegoś co nas otacza. Są rzeczy których nadal nie jestem w stanie znieść, ale o wiele łatwiej żyje się w zgodzie z popkulturą, gdy choć troszeczkę się ją polubi. Dodam tylko, że moja męskość nic na tym nie straciła.

ReadyToFall

Konkurs niewypał

Tytułowy konkurs niewypał odbył się w mojej szkole, jednakże w swoim zasięgu miał wszystkie szkoły znajdujące się w mieście. Miał on charakter literacki, a dopuszczalne formy to opowiadanie, reportaż lub felieton. Moim zdaniem wrzucanie do jednego wora opowiadań, reportaży i felietonów jest z lekka krzywdzące. Przyznam, że prace (tylko opowiadania) które zostały nagrodzone były bardzo porządne, jednak ocenianie opowiadania na wspólnej płaszczyźnie z felietonem czy reportażem to chyba nie jest najlepsze rozwiązanie. Nie odbierzcie tego jako żal, moja poniższa praca nie jest mistrzostwem świata, albo czymś co oprawiłbym w złotą ramkę i powiesił na ścianie. Żałuję jedynie, że ocena prac przebiegała w taki sposób, a nie inny. Zapraszam do przeczytania mojego konkursowego felietonu, w którym należało się zainspirować hasłem "Gdzie nie posieją mnie -wyrosnę, nigdzie mnie nie ma, jestem wszędzie?.

Słowa Kazimierza Wierzyńskiego, a zarazem konkursowe motto ?Gdzie nie posieją mnie -wyrosnę, nigdzie mnie nie ma, jestem wszędzie? głęboko zainspirowały mnie do napisania felietonu poświęconego książkom i szeroko pojętemu słowu pisanemu. Ten aforyzm wydaje się idealnie pasować do sensu czytania, pisania i fenomenu przetrwania książek w XXI wieku.

Osobiście w książkach najbardziej kocham to, że dzięki nim podróżuję. Nie muszę być podróżnikiem, sławnym piosenkarzem czy dziennikarzem by odwiedzać różne zakątki świata (bądź galaktyki). Napisałem, że nie muszę być tymi postaciami? owszem, ale mogę się nimi stać, chociażby na chwilę. Czemu więc nie skorzystać z drugiego życia? Dla mnie jest to oczywisty układ ? otwierając książkę zaczynam kolejną przygodę w moim życiu. Martwi mnie natomiast to, iż ogromna część osób odrzuca taką umowę, nie zwracając uwagi na rubryki pt. ?wynagrodzenie? czy ?premia?, patrząc jedynie przez pryzmat ?nudy? zawartej na wszystkich pozostałych stronnicach odnośnie warunków. Do podjęcia tej umowy wystarczy przecież tak niewiele, czemu więc boimy się podjąć stałe zlecenie o?pracę?? Opowiadając na lekcji w szkole o swoich zainteresowaniach wymieniłem zamiłowanie do literatury? po czym wszyscy wybuchli śmiechem. Spodziewałem się innej reakcji po uczniach o podobno umysłach humanistycznych, na podobnym profilu. Humanizm wynika z pasji do nauki, zainteresowania człowiekiem i sztuką, w dzisiejszych czasach nic z tego nie pozostało, a każdy kto nie rozumie matematyki nazywa się humanistą. Myśl że przeciętny uczeń książkę pozaszkolną widział tylko z odległości witryny w księgarni przeraża mnie. Kolejna sytuacja szkolna uświadomiła mi jeszcze jedną rzecz. Na lekcji pomyliłem tytuł książki, miałem ją w planach przeczytać, ale właściwie na tym moja wiedza o niej się kończyła. Później, po przeczytaniu wiedziałem, że nigdy w życiu nie zapomnę jej tytułu, bo dyskretnie wdarła się do mojego umysłu i zostawiła w nim ślad. Nigdy nie zapomnę Orwell?owskiej wizji świata z ?Roku 1984?. Po takiej lekturze rzeczywistość wydaje się już nieco inna.

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że osoba która nie czyta, to osoba która nie żyje. Muszę przyznać, że po części się z tym zgadzam - można żyć bez książek, ale? co to za życie? Można myśleć w sposób prosty, przed oczami mieć tylko wąską, prostą drogę, chociaż jest szeroka i pełna ciekawych szczegółów. To najciekawsze, czego nie zauważamy blokuje niećwiczona wyobraźnia. Człowieka bez wyćwiczonej wyobraźni (to znaczy nie czytającego książek) można porównać do konia maszerującego przez miasto z zaślepkami przy oczach - idzie bo widzi jedną drogę której kurczowo musi się trzymać, nic go nie rozproszy, ani nic nie zauważy, bo widzi tylko na wprost siebie. Książki pozwalają rozglądać się na boki. Czytając, bezlitośnie na zawsze niszczymy to co ogranicza nasz horyzont.

Odnosząc się do wcześniej wspomnianych słów Wierzyńskiego odczytuję je jako naukę płynącą z książek. Podczas gdy człowiek czyta, mniej lub bardziej utożsamia się z bohaterem, jego problemami i perypetiami. Jeśli poświęca tej czynności odpowiednio dużo skupienia i uwagi, to analizując położenie bohatera zastawia się jak on sam zachowałby się w danej sytuacji i jakie byłyby tego konsekwencje. Na szczęście autor przychodzi nam z pomocą i na dalszych stronach pokazuje skutki konkretnego zachowania. Uważnie czytając z lektury wyciągnąć można wiele wniosków i rad na przyszłość. Tak naprawdę można powiedzieć, że było się w danej sytuacji, nie uczestnicząc w niej. Parafrazując Willa Smith?a - świat jest już tak stary, a ludzi było tak wiele, że nie ma nowych problemów, takich których ktoś by już nie miał i nie napisał o tym książki, w której zresztą jest rozwiązanie. Pod jego stwierdzeniem gotów jestem podpisać się dwiema rękami i stopą? tak dla pewności.

Książki to ogromny skarb planety Ziemia, a jeśli kiedyś przyjdzie nam obcować z innymi formami życia, powinniśmy je potraktować jako towar eksportowy najwyższej wartości. Oby tylko te inne formy, nie okazały się wspomnianymi pseudohumanistami.

ReadyToFall

Nasza świadomość

Dawno tutaj nie pisałem, a w tym czasie wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy i wpadłem na kilka dość ciekawych przemyśleń, podzielę się jednym z nich z Wami. A co mi tam smile_prosty.gif.

Siłą człowieka jest świadomość - z takiego założenia wychodzę. Kiedyś tak nie myślałem, i w zasadzie nie zaprzątałem sobie tym głowy, bo po co? W gimnazjum wszystko robiono za nas. Wszyscy ludzie wpakowani byli do jednego wora - czy to humanista, czy to matematyk, czy też może margines społeczny z rodziny patologicznej. "Jestem w gimnazjum, bo w dzisiejszych czasach taka jest ścieżka edukacji" ok, nie ma nad czym się zastanawiać. Przyszła pora na szkołę średnią i po niespełna roku widać co ciekawego wnosi ona w życie człowieka. Przede wszystkim skłania do myślenia nad sobą. Być może powiecie, że jeszcze całego roku nie skończyłem w szkole średniej, a już obnoszę się z tym, jakie korzyści na mnie wywarła i głoszę, że gimnazjum to nie jest najlepsze miejsce dla człowieka. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że dla niektórych osób gimnazjum powinno trwać przynajmniej o rok czy dwa więcej. Człowiek świadomy jednak marnuje się w takim przytułku dla całej masy społecznej. Czemu piszę więc o szkole, mając na względzie naszą świadomość? Z bardzo prostego powodu - to świetny przykład. Szkoła średnia to czas w którym rodzą się nowe pytania, dlaczego właśnie tutaj jestem? Przecież mogłem pójść gdziekolwiek indziej. Czy to była dobra decyzja, czy chcę być tutaj gdzie jestem, a przez resztę życia robić to czego się teraz uczę? Obserwując przez długi czas kolegów i koleżanki z liceum dochodzę do wniosku, że większość przyszła tylko po to, by gdzieś pójść, byleby zdać do następnej klasy, a dalej to jakoś tam przecież będzie. Dobra, może i będzie, pytanie tylko jak. Odwołując się do szkoły dość znacznie ograniczyłem pojęcie świadomości ludzkiej, jednak jak już pisałem, był to tylko przykład. Ogólne pytania podczas obcowania ze światem to zwyczajne "po co?", "skąd?", "dlaczego?", "jak to się stało?" etc. etc; wydają się banalne, ale nie wiem do dziś dlaczego ludzie nie chcą ich używać. Taka świadomość której wielu z nas brakuje jest bardzo blisko, a mimo to niewielu ludzi po nią sięga. Nie chcę uogólniać tutaj do wszystkich dorosłych i niedorosłych, piszę głównie o moich rówieśnikach. Fajnie jest żyć beztrosko, w końcu kto myśli za dużo gorzej na tym wychodzi, szkoda tylko, że będąc nieświadomym samego siebie stajemy się jednolitą kupą g*wna. Wszyscy jesteśmy inni, trzeba więc to wykorzystywać, szukać zainteresowań, budzić głęboko drzemiący w nas potencjał i iść przez życie świadomym własnej osoby. Tymczasem mało kto poszukuje własnego ja. Świadomość polega również na interpretacji różnych sytuacji czy wiadomości. Mieć swoje zdanie, pogląd to jest sztuka której szukam i ciągle się uczę.

W dużej mierze do napisania tego tekstu skłoniło mnie zachowanie mojej klasy i innych znajomych. Wolałbym aby ten wpis nie musiał się pojawiać, ale no trudno, stało się.

Bądźmy architektami swojego losu oraz przyszłego świata który sami musimy zbudować. Na zachętę piosenka oddająca głębię moich przemyśleń.

ReadyToFall

O eutanazji

Prawdopodobnie nie napisałbym na tym blogu o czymś takim jak eutanazja. Niespodzianka! Napisałem. Dlaczego? No dobra, jeden powód znacie - chcę zostać dziennikarzem. Żeby nie było zbyt kolorowo to wiedzcie, że to nie jest mój główny motyw. Szukajcie dalej. Nic? Ach, tak, może mała podpowiedź. Byłem głodny nagród. Po skleceniu kilku zdań które przedstawię poniżej, ów głód

został zaspokojony smile_prosty.gif

Wypracowanie na temat:

Co sądzisz o eutanazji? Czy ludzie mają prawo decydować o momencie śmierci człowieka?

Czy ludzie mają prawo decydować o momencie śmierci człowieka? Otóż osoby trzecie na pewno nie mają takiego prawa. O tym może decydować tylko Bóg, albo... on sam, ale w konkretnych przypadkach. Dlaczego nie osoby trzecie? Ano dlatego, że podłość ludzka nie zna granic, a gatunek ludzki często, gęsto nie kieruje się dobrem bliźniego tylko swoim. Człowiekowi będzie prościej bez tej kuli u nogi, którą jest chory i w wielu przypadkach pozbędzie się go tłumacząc sobie, że tak będzie lepiej, bo w ten sposób zakończy męczarnie chorego. W ten sposób myśli człowiek egoistyczny. To straszne, ale niestety nader prawdziwe. Myślimy sobie, że to przecież nie o nas, my nie jesteśmy do tego zdolni... skądże. Cóż, aby tak powiedzieć z zupełną szczerością, to życie najpierw musi nas dogłębnie zweryfikować. Zatem nie powinno pozwalać się na eutanazję za zgodą osób trzecich, a nawet rodziny. Zakładając, że ktoś by się tego dopuścił powinien podlegać surowej karze.

Co się dzieje jednak, gdy człowiek chce się poddać eutanazji i jest gotowy przejść na drugą stronę, ale nie dostaje takiej możliwości? To proste, przestaje być człowiekiem. Człowiek któremu zostaje odebrana wolna wola przestaje być człowiekiem. Właśnie po to Bóg dał nam wolną wolę żebyśmy z niej korzystali. Wolna wola razem z uczuciami odróżniają nas od zwierząt i pozwalają być istotami wolnymi. To Bóg daje i odbiera życie, ale czy to odebranie życia zawsze musi występować w taki sam sposób - niespodziewanie, nagle? Nie wiemy co myśli człowiek stający przed takim dylematem, być może sam Bóg naprowadza go na tę myśl, być może w ten sposób wystawia go na próbę zaufania. Nie wszyscy ludzie wierzą w Boga, jakie wtedy są przeciwwskazania w odebraniu sobie życia, gdy wegetuje się jak roślina, bez perspektyw na jakąkolwiek przyszłość? Dobrze jest nam mówić siedząc wygodnie w domu przed telewizorem w ciepłych kapciach, że eutanazja to zło. Cóż za egoizm! Spróbujmy wczuć się w rolę cierpiącego człowieka. Co my byśmy zrobili na ich miejscu? Taka decyzja powinna być przemyślana kilkukrotnie z pełną świadomością konsekwencji. Czy są na to gotowi, czy czują że powinni to zrobić, czy tego chcą? Od nich samych to zależy, nikt nie powinien mieć na to wpływu. Załóżmy natomiast, że człowiek leży w ciągłej śpiączce, bez kontaktu z rzeczywistością. W takiej sytuacji nikt nie ma prawa o czymkolwiek decydować. Życie obfituje w wiele wspaniałych cudów. Dajmy im pełne pole do popisu. W tej sytuacji wykluczając wolną wolę chorego, zawsze pozostaje nadzieja, która jak się okazuje potrafi zdziałać cuda.

Wszystko jest dla ludzi, nie bójmy się z tego korzystać, korzystajmy jednak rozważnie.

Tym krótkim wypracowaniem, które na potrzeby wpisu troszeczkę poprawiłem, wygrałem książkę w konkursie (http://webook.pl - polecam tą witrynę dla osób lubiących literaturę). Nie jest to mistrzostwo świata, ani coś co oprawiłbym w złotą ramkę i powiesił na ścianie chwały, ale dało zastrzyk pozytywnych emocji smile_prosty.gif

ReadyToFall

Alan Wake. Recenzja!

Hej ho! Witam ponownie po dość długiej przerwie. Przyznam się szczerze, że ostatnimi czasy nie miałem weny do pisania, ani tym bardziej czasu przez szkołę. Święta się zbliżają, śnieg prószy - jest go co raz więcej.

Niedługo po premierze Alana Wake'a na PC napisałem jego recenzję, właściwie to moją pierwszą - super, jarałem się tym. Wysłałem ją do Action Maga, gdzie została nawet opublikowana na stronie głównej. Kurcze, to jest tak samo jak z przeglądaniem starego archiwum gadu-gadu. Człowiek sobie myśli "co ja pisałem, jaki ja głupi byłem!". Niewątpliwym plusem jest to, że po określonym czasie zauważyłem masę popełnionych błędów, choć wcześniej zastanawiałem się o co im wszystkim chodzi pisząc o tych powtórzeniach, których przecież nie ma, składni która jest napewno dobra. Na całe szczęście zajrzałem ostatnio do mojego "dzieła" i poprawiłem wiele baboli, coś wyciąłem, coś dodałem. Myślę, że jest lepiej. Zachęcam do lektury!

Alan Wake (PC)

Alan!

Alan Wake, tak jak sama nazwa produkcji wskazuje, jest głównym bohaterem i to nim przyjdzie nam odkrywać kolejne karty historii? ale to jakiej historii! Alan po kilku udanych książkach wyjechał z żoną, Alice, na zasłużone wakacje by odpocząć, a przy okazji poszukać inspiracji do nowej powieści, ponieważ jak się okazuje ? pisarz znajduje się na pustkowiu twórczości . Niestety, jak to w życiu bywa, sprawy się komplikują, a intryga zapoczątkowana od początku gry z każdym kolejnym wydarzeniem szepcze nam do ucha ?odkryj mnie!?. Cała historia będzie traktować o tym, ile jesteśmy w stanie poświęcić by uratować bliską sobie osobę. Nie bez przyczyny zacząłem pisać od głównego bohatera, bowiem Wake to bardzo ciekawa postać, jeśli nie jedna z ciekawszych w ostatnim czasie. Ta, ale też reszta równie interesujących postaci, nadaje charakteru i smaku tej skądinąd bardzo dobrej grze. W scenariuszu przewidziane są atrakcje dla fanów gatunku grozy, znajdą oni dla siebie bardzo dużo zgrabnie wplecionych odniesień i nawiązań do najpopularniejszych dzieł. Dla wielbicieli twórczości Kinga jest to pozycja obowiązkowa!

Światłem po oczach

Rozgrywka ma miejsce w małym mieście - Bright Falls. Mamy tam kilka fajnych i zróżnicowanych miejscówek. Wrażenie robi farma Andersonów ze sceną, gdzie niegdyś odbywały się duże koncerty rockowe, ośrodek dla chorych psychicznie, czy też kopalnia. Zapobiega to nudzie związaną z bieganiem po lesie z latarką w dłoni. No właśnie, ?z latarką w dłoni?, a może tak powinna nazywać się ta gra? Cóż, nigdzie indziej nie uświadczymy tak ogromnej roli światła, ponieważ większość rozgrywki toczy się w nocy, więc światło jest dla nas zbawienne niczym woda w Afryce. Ponadto dzięki niemu, i tylko z nim, możemy pokonać naszych napastników, co daje nam pewną innowację w zwykłym strzelaniu. By strzał był udany, najpierw należy nakierować na przeciwnika snop światła, a potem wycelować w oponenta. Taki sposób walki daje nam ogromną satysfakcję czy to z headshotów, czy z każdej pojedynczej ofiary. Walka jest odpowiednio wyważona i realistyczna - gdy tylko dopadnie nas kilku opętanych nie mamy szans na przeżycie, jedynie okazyjnie w celach ratunkowych możemy odpalić racę świetlną. Nie ma jednak mowy o bohaterze z tytanu z nadprzyrodzonymi zdolnościami który może pokonać całą armię napastników. Arsenał jakim się posługujemy jest całkiem przyjemny - z broni palnych mamy rewolwer oraz strzelbę, co w zupełności wystarcza i nie wykracza poza ramy realizmu. Natomiast dodatkowo możemy wspomagać się racami, granatami błyskowymi (ach, ileż radości może sprawić jeden granat rzucony w krąg umarlaków!) oraz rakietnicą, która swoją drogą jest strasznie toporna w działaniu, i jej używanie męczy.

Gdzie moja kawa?

W odkrywaniu kolejnych terenów towarzyszy nam cały tabun znajdziek. Głównymi są kartki z maszynopisu, wokół których kręci się duża część fabuły, te ważniejsze są nam rzucane pod nogi i ciężko je przeoczyć, ale zdarzają się też bardziej ukryte. Oczywiście znalezienie ich wszystkich nie jest wymagane do ukończenia wątku, ale stanowi fajne wyzwanie. Poszukujemy również termosów z kawą, skrzynie z amunicją do których prowadzą nas strzałki, widoczne dopiero po oświetleniu, i wiele więcej ciekawostek. Naprawdę jest czego szukać! W przerwie od zabijania gra daje nam momenty wytchnienia, pakuje nas w samochód i? szerokiej drogi! Zaś kiedy przesiąkamy poczuciem samotności, to również o nas pamięta - podrzuca nam wtedy przyjaciół. Taki zabieg bardzo urozmaica rozgrywkę, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem, postacie w tej produkcji są bardzo ciekawe. Wielka szkoda, że przy tak ambitnej grze z ciekawą fabułą, nie zastosowano wyborów moralnych - w kilku sytuacjach gra prosi się o możliwość wyboru decyzji. Dałoby to więcej frajdy oraz mniejszą liniowość rozgrywki, która niestety jest nad wyraz duża, przez co gra właściwie nadaje się jedynie do jednorazowego przejścia.

Oglądamy serial

Produkcja jest przedstawiona w formie serialu podzielonego na 6 epizodów, gdzie na końcu każdego epizodu leci bardzo dopasowana klimatycznie muzyka, i nie raz oglądałem nudny napis ?Alan Wake? byleby posłuchać lecącego w tle utworu. Wraz z rozpoczęciem kolejnego rozdziału leci skrót poprzednich wydarzeń, nie ma więc obaw, że po dłuższej przerwie nie będziemy pamiętać co, gdzie, jak i dlaczego. Przerywniki filmowe występują dość często i są dobrze wykonane. najczęściej oglądamy w nich dynamiczne zwroty akcji, które często bywają zaskakujące. Oprawa graficzna jest bardzo przyjemna dla oka, mimo, że w mroku tego nie widać, to w dzień dostajemy podwójną porcję pięknych obrazków. Góry Bright Falls pięknie złocą się i rumienią, strumyki zaś rześko płyną? Niestety, w beczce miodu znajdzie się duża łyżka dziegciu ? optymalizacja jest potworna i potrafi mocno zmęczyć komputer? Na dużą pochwałę zasługują audycje radiowe (niestety samemu trzeba je odkryć), które brzmią bardzo naturalnie i przyjemnie. Dzięki nim możemy poczuć dosadniej klimat miejsca i zauważyć, że to miasto jest jak prawdziwa polska wieś ? każdy zna każdego. Duże wrażenie zrobił na mnie program TV w którym występował Alan w ramach reklamy książki (było to w momencie flashbacka, 2 lata wcześniej). Na szklanym ekranie ukazał się talk-show nagrany zupełnie na żywo z aktorem podobnym do Wake?a. Pokuszę się o stwierdzenie, że kilka minut nagranego show było lepsze niż masa innych programów, które serwuje nam Nasza rodzima TV!

?End

Stwierdzenie padające pod koniec ? ?Droga do światła jest długa, i wiedzie przez mrok? bardzo dobrze opisuje sens przygód Alana. PC-towcy mogą całować stopy Remady Entertainment za tak znakomitą grę i życzyć sobie tylko więcej. Warto nadmienić, że aktualnie Alan Wake kosztuje zaledwie grosze, a zapewniam, każdy jeden grosz warto przeznaczyć na tę produkcję.

Ocena: 9.5/10

ReadyToFall

Haloween po polsku

Nie, nie będę pisał o tym trendzie (przypuszczam, że za dekadę, albo dwie będziemy mówić o tradycji...) zaciągniętym z Ameryki. Napiszę o dzisiejszym święcie (spadaj Haloween!), które de facto w tym roku polubiłem, chociaż nie stało się nic szczególnego.

Co mogę napisać o dniu Wszystkich Świętych? Każdy chyba wie o co tutaj chodzi. Mogę jedynie opisać moje odczucia, jednak nie chciałbym żeby przypominało to pamiętnik, jak pisałem na początku... cóż, jeśli raz być może przybierze taką formę, to chyba nic się nie stanie. Zobaczymy jak to wyjdzie.

Generalnie mówiąc, to wcale nie odczułem w przed dzień 1 listopada, tego że jutro jest dzień inny niż wszystkie. Coś tam pożałowałem z kumplami, że w innych krajach ludzie podczas tego święta się cieszą, mają jakieś ciekawsze zwyczaje, tylko z nas są takie ponuraki. "Cudze chwalicie, swego nie znacie!". Piękna sprawa to Wszystkich Świętych. Przydaje się taki dzień w roku, w którym można spokojnie pomyśleć, powspominać i to nie samemu. Najfajniejsze jest to, że wszyscy się jednoczą. Nie jesteśmy sami, celebrujemy razem ten zwyczaj bez względu na wszystkie inne rzeczy. To jest strasznie fajne, że pogoda nie rozpieszczała, a jednak na cmentarzach było tyle samo ludzi, co rok, dwa, albo pięć lat temu. Niezależnie od warunków atmosferycznych, oraz wielu innych czynników. Każdy chce oddać pamięć zmarłemu, zapalić symboliczny znicz. Po prostu i tylko tyle. Jest w tym jednak coś więcej.

Ten dzień, jest również dniem bardzo polskim. Możemy spotkać się z dalszą rodziną, posłuchać jak to się wyrosło i że kiedyś było się "o takim małym!". Niemożliwe... Mówiąc metaforycznie (i troszeczkę nawiązując do samego tematu), cmentarze zamieniają się w rewię mody. Nowe kurtki, płaszcze, rękawiczki - to nie może stać w szafie do zimy! Trzeba się w tym pokazać, a jak, niech zazdroszczą. Ot, takie niezachwiane elementy polskości obowiązują. Istnieją również te mniej zabawne, ponieważ co trochę można usłyszeć o imprezach na grobach, czy kradzieży zniczy (ocb???!!!). Mam nadzieję, że ktoś kiedyś takim ludziom również zatańczy na grobie, ukradnie wszystkie znicze i wypije wodę z kwiatków smile_prosty.gif

"Ten dzień, dzień wszystkich świętych..." ależ dajmy spokój już temu dniowi! Jakże pięknie noc wygląda przy tylu rozświetlonych zniczach... Według mnie ten widok przebija pokazy sztucznych ogni, czy o zgrozo laserów na "energy 2000"... Tutaj po prostu jest włożone serce i cząstka siebie. Kto widział, ten wie. Kto nie, powinien zobaczyć.

Cała ta otoczka robi niesamowite wrażenie. Daje poczucie tożsamości narodowej, czegoś czego nic i nikt nam zabrać nie może, historia pokazywała to już niejednokrotnie. Dbajmy zatem o to, nie dajmy sobie robić ciasta z mózgu jakimś miałkim Haloween.

Jeśli moje marzenie zostania dziennikarzem legnie w gruzach... po prostu zapalę mu znicz.

ReadyToFall

Żółtodzioby w liceum

Zanim przejdę do meritum sprawy, chciałbym zaznaczyć, że tego bloga głównie prowadzę dla siebie i w jakimś celu. Nie przejmuję się tym, iż zacząłem od powitania, które to jest jakimś wielkim "faux pax". Chcę się czegoś nauczyć, a nie robić świetne wrażenie - kto wie, może to przyjdzie z czasem. Dziękuję natomiast za wytykanie błędów językowych i nieśmiało proszę o dalsze celebrowanie tego zwyczaju =)

Muzyka łagodzi obyczaje, to się chyba przyda na tym blogu smile_prosty.gif [media=]

A ta pasuje jak znalazł do dzisiejszych rozważań.

Tak, tak, liceum. Okres słodkiej edukacji w gimnazjum zakończył się z dniem 3 września, a zaczął czas nie tyle ciężkiej, co irytującej edukacji w liceum. Nie chcę wysnuwać filozofii na temat polskiego systemu szkolnictwa, lecz korzystania z tego szkolnictwa przez stronę bierną. W pierwszych dniach pobytu w nowej szkole zobaczyło się wiele uśmiechniętych buziek, póki lekcje były jedynie zapoznawcze, a im dalej w las tym bardziej wszystko wychodziło na wierzch. Naprawdę nie rozumiem ludzi. Jestem na profilu filologicznym, a połowa obecnej klasy po pierwszym cięższym zadaniu z języka polskiego bądź historii wylewa żale o okropnej treści. W gimnazjum zniósłbym to, ponieważ nie mamy na to wpływu. Tutaj jednak wybieramy czego chcemy się uczyć i co uważamy za przydatne. Natomiast treść tych żali to m. in.:

po co się tego uczymy?
gdyby nie polski to byłoby super

Nie wspominając o braku znajomości podstaw z historii, polskiego czy angielskiego. Nie robię z siebie tutaj alfy i omegi, bo jak mogliście zauważyć w poprzednim wpisie wcale nią nie jestem, ale tutaj chodzi o podstawy. Może ktoś zarzucić, że liceum ma niski poziom. Na pewno nie, zdawalność matur jest bliska 100%, a 234 miejsce w ogólnopolskim rankingu nie wypada najgorzej. To do czegoś zobowiązuje, przecież do liceum Idzie się uczyć. Oj, przydałoby się to powtórzyć wielu uczniom.

Nie wiem co takimi ludźmi w życiu kieruje, czy składali podanie z zamkniętymi oczami? Nie zdają sobie sprawy z tego co lubią, a czego nie? Nie koniecznie trzeba być w czymś świetnym, ale jak się coś lubi to i praca nad tym będzie dobrze szła. Mam silne wrażenie, że ludziom wydaje się, że jeśli nie są dobrzy z przedmiotów ścisłych, to są urodzonymi humanistami i tylko tam jest dla nich miejsce. Z kolei inni idą na kierunki matematyczne, w końcu to dobrze wygląda i jest bardziej szanowane pośród ogółu, chociaż nie specjalnie się nadają. "Do technikum iść wstyd, a do zawodówki jeszcze bardziej". Większego idiotyzmu nie znam. Każda szkoła jest dobra, ale zależy dla kogo. Szkoda, że ludzie tak namiętnie wierzą, że liceum jest najlepszym wyborem bez względu na wszystko. Jeden lepiej zrobi uczęszczając do zawodówki, a drugi idąc do liceum. Przy czym warto zaznaczyć, że liceum równa się z przymusowym pójściem na studia, co nie zawsze tak w 100% dociera do danej jednostki. Sam się przyznam, że dopiero w szkole zdałem sobie sprawę, że teraz już nie mam wyjścia i za 3 lata powitam któryś z uniwersytetów.

Cóż, potem "humaniści" idą na socjologię, albo jakieś inne kulturoznawstwo i wylęgarnia nierobów gotowa. W znalezieniu pracy bardzo ważne jest to, co wyniesiesz ze studiów (takie wnioski wysnuwam od ludzi starszych, sam oczywiście do tego nie doszedłem). Później rozpowszechnia się stereotyp, że humanista to idiota, a o pracy można pomarzyć. Kierunki humanistyczne, ścisłe czy też techniczne zostawmy tym którzy dobrze się w tym czują i chcą się ich uczyć, a nie "bo nie było gdzie iść".

Czy sytuacja u Was wygląda podobnie? A może to ja dramatyzuję?

ReadyToFall

Hej, cześć!

Przed kilkoma minutami przeczytałem tutaj, że powitanie w pierwszym wpisie nie jest zbytnio fajne, śpieszę więc z wyratowaniem się z tego błędu. Zrobiłem to, bo jak wszyscy wiedzą - początki są najtrudniejsze, a powitanie to prosty sposób na rozpoczęcie, do czego trudno było mi w ogóle się zmotywować. Ale już dobrze, oto jestem! smile_prosty.gif Mam nadzieję, że w miarę upływu czasu ten blog się rozwinie. No właśnie, blog. Co za blog, jaki blog, kolejny, nudny taki sam o wszystkim i o niczym? Wyjaśnienie - nie wiem. Nie potrafię tego ocenić obiektywnie, zwłaszcza gdy jeszcze nic konkretnego nie napisałem :- ). W tym wirtualnym pamiętn... wróć! Nie, nie, nie chcę by moje rozważania nabrały takiego charakteru (poświęcę temu wpis). Chcę żeby był to blog o przemyśleniach, tak, głównie o przemyśleniach na temat spraw przyziemnych i tych bardziej oderwanych od rzeczywistości. Wydaje mi się to być fajną zabawą, ponieważ mogę być w pełni anonimowy i bez krępacji opowiedzieć co mnie boli, wkurza, a czasem wzrusza wink_prosty.gif Lecz główny powód dla którego tutaj piszę jest jeden. To pragnienie zostania dziennikarzem. Prowadzenie blogu zmotywuje mnie do częstszego pisania dłuższych form pisemnych. Paradoksalnie nie robiłem nic w tym kierunku, poza napisaniem jakiejś recenzji czy kilku dłuższych opowiadań na polski. Hm, wstyd co? Ale jeśli tylko nad czymś się zaczyna pracować i pracuje to już nie można mówić o wstydzie. Zabieram się zatem do roboty! smile_prosty.gif