Arry

Forumowicze
  • Zawartość

    146
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Arry

  • Tytuł
    Krasnolud
  • Urodziny 4 Październik

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Zainteresowania
    RPGi (p&p), gry komputerowe, książki

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    RPG

Ostatnie wizyty

2189 wyświetleń profilu
  1. Język wpisu: Bliżej niezdefiniowany - z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż jest to jakieś narzecze ludów pierwotnych regionów nadbałtyckich.
  2. przemyślenia

    Ja mam podobny problem z DLC do Resident Evil 5. Zagrałbym, ale to dziadostwo kosztuje więcej niż podstawka, a jak się pojawia na promocjach to są to jakieś śmiechu warte obniżki...
  3. przemyślenia

    Jak to do czego jest potrzebne? Jest potrzebne dla... miecia XD I tak w np. Baldurze 2: płonący topór gdyby spotkać trolla, topór +4 do zwykłej walki, topór +3 ale pozwalający rzucać czar, którego nigdy nie używam, ale gdyby jednak miał się kiedyś przydać... Poza tym cała masa mikstur, które coś dodają, ale nigdy nie pamiętam, że je mam i zasadniczo ich nie używam. itp. itd. Po prostu jako gracz a to nie wiem czy dany kawałek żelastwa mi się jeszcze przyda, albo zbieram absolutnie WSZYSTKO, bo chcę kupić coś fajnego, i trzeba kasy i na pewno ta 1SZ za krótki miecz bardzo mi pomoże w zebraniu tych 40k złota XD
  4. Jakiś czas temu pisałem o Baldur's Gate Enhanced Edition i delikatnie ujmując zachwycony nie byłem. Gra jest co prawda dobra, i odświeżona wersja trzyma poziom, ale ilość "Enhanced" rzeczy jakie otrzymujemy w stosunku do ceny, nie zachwycała. Dlatego do Icewind Dale EE (który swoją drogą kupiłem znacznie wcześniej niż remake Baldura) podchodziłem z dużo większą dozą ostrożności i sceptycyzmu. Fabularnie dostajemy zatem dokładnie to samo, co w przypadku podstawowej gry. Zło nawiedza Kuldahar, a z Easthaven Hrotgar organizuje ekspedycję, która ma się zorientować w sytuacji. Nadal mamy polską wersję z Henrykiem Talarem jako narratorem. I w przeciwieństwie do BG:EE nie doświadczyłem wielu fabularnych sytuacji, w których postacie mówiły po angielsku. Jedynie podczas bitew ogry krzyczały "I smash!" itp. Zabierzmy się za to, co nowego wprowadza "Edycja Rozszerzona". Przede wszystkim większą rozdzielczość. Tak jak i w Baldur's Gate można grać w HD i nie ma problemów z ramkami, czarnymi oknami itp (Ja grałem w rozdzielczości 1600x900). Podobnie jak i w poprzednim remake'u zmodyfikowano system na ten przypominający Baldur's Gate II, a co za tym idzie mamy nową rasę (półorka) oray sporo klas i podklas (nie ma szamana). I powiem szczerze, w przypadku Icewinda klasy takie jak mnich czy czarownik zaczynają mieć sens, bo można zdobyć znacznie więcej doświadczenia. Zwiększono także limit strzał w pęku, dorzucono kilka przydatnych informacji w oknie ekwipunku. To czego nie ma, a w BG:EE jest, to żółty filtr na portretach postaci, którym przyda się podniesiony w inwentarzu przedmiot oraz poprawiony dziennik - niestety w przypadku IWD:EE trzeba się przekopywać przez jego starą wersję. Na sloganach zachęcających do wydania 20 euro, bądź dolarów (w zależności od sklepu) można znaleźć informacje o przywróconych zadaniach pierwotnie wyciętych z podstawowej wersji gry, które zostały przywrócone i dokończone. Wyruszając zatem na wyprawę w stronę grzbietu świata można liczyć na więcej epickich walk, dodatkowy magiczny szmelc itd. Cóż. Ja w podstawce naliczyłem dwa nowe zadania (z czego jedno było rzeczywiście trochę bardziej rozbudowane), w dodatku Serce Zimy. Magicznych przedmiotów jakoś nowych nie znalazłem, ale w oryginalne wydanie grałem już dawno temu i w dodatku z modami, więc mogło mi coś umknąć. Zatem: dostajemy Icewind Dale z lepszą rozdziałką, zmodyfikowanym silnikiem, oraz "dodatkową zawartością" która sprawia, że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Wszystko to w cenie jedynie 19,99 euro/dolarów! Mam wrażenie, że jednak coś poszło nie tak, zważywszy na fakt, że do podstawowego Icewinda są darmowe mody zwiększające rozdziałkę, udogadniające rozgrywkę, konwertujące silnik na ten z Baldur's Gate II, czyli można osiągnąć prawie ten sam efekt bez wydatku dodatkowych środków. Enhanced Edition zbiera dość pochlebne recenzje, pojawia się jednak pytanie czy to ze względu na jakość remake'u czy może jednak wysoki poziom samego produktu pierwotnego? Osobiście skłaniałbym się ku tej drugiej tezie. Zatem: jeżeli już posiadasz IWD, to nie ma co kupować tego remake'u, oprócz zmian w silniku gra nie oferuje praktycznie nic nowego w stosunku do pierwowzoru. Jeżeli jednak nie posiadasz w ogóle IWD, to polecam skorzystać z ofety Good Old Games, którzy do IW:EE dodają też oryginalną grę.
  5. Baldur’s Gate to gra, którą przeszedłem nie raz, i nie dwa (a nawet i nie trzy razy). Dlatego, gdy udało mi się wyhaczyć Enhanced Edition za coś około 20 złotych, postanowiłem sprawdzić co takiego zmieniono i usprawniono w tej niemłodej już grze. Zaznaczę tutaj, że grałem w spatchowaną produkcję z GOGa, a co za tym idzie zapewne moje doświadczenia z gry mogą być różne od tych, które mieli okazję przeżyć ludzie zaraz po premierze remake’a. Przede wszystkim fabuła się nie zmieniła. Jesteśmy dzieckiem Goriona wychowanym w Candlekeep… następuje ucieczka… opancerzony niemilec… Gorion ginie… problemy z żelazem… itd. Główna oś fabularna jest nieruszona. W EE jest także zawarty dodatek Opowieści z Wybrzeża Mieczy, czyli wszystkie zadania związane z Brodą Ulgotha i także na tym polu nie zostały wprowadzone żadne zmiany. Zatem jakie zmiany wprowadzono? Przede wszystkim poprawiono interface, który przypomina ten z drugiej części Baldura. Przystosowano też grę do działania w większych rozdzielczościach. Wprowadzono także wszystkie rasy oraz klasy znane z Tronu Bhaala (w tym dzikiego maga) i dodano ponadto trzy nowe klasy. Szamana (taki czarownik rzucający czary druida), ucznia smoka (znacznie lepsze wydanie czarownika) oraz czarnego strażnika (zły paladyn). O ile co do szamana i czarnego strażnika nie mam zbytnich zastrzeżeń, to wydaje mi się, że uczeń smoka jest już znacznie przegięty (może rzucić dziennie jeden czar z każdego poziomu mnie niż czarownik, ale jego bonusy są tak duże, że nie ma nawet co się zastanawiać nad wyborem klasy podstawowej). Z mniej zauważalnych rzeczy. Zwiększono limit strzał w pęku do 80 (bardzo przydatne), wprowadzono usprawnienia związane z poziomem trudności (na niższych poziomach bohaterowie nie otrzymują mniej doświadczenia, i dodano tryb opowieści – bardzo łatwy poziom trudności, gdzie przeciwnicy są słabi jak muchy, a postacie otrzymują 2x więcej PDków) oraz w ekwipunku, gdy weźmie się przedmiot to na portrety postaci, którym może się ten przedmiot przydać są nałożone żółte filtry. Poprawiono także niektóre questy w których chodziło o utłuczenie pewnej ilości przeciwników (w oryginalnym Baldurze niekiedy gra nie zatrybiała, że któryś przeciwnik został zabity i trzeba było wczytywać grę, albo nie wypełnić questa). Teraz pojawia się pytanie: czy to wszystko było potrzebne? Z jednej strony tak, a z drugiej nie. Otóż takie rzeczy jak interface z BG2, większa rozdzielczość, większe kupki strzał i bełtów można było osiągnąć instalując odpowiednie modyfikacje. Oczywiście są jeszcze rzeczy takie jak poziom trudności czy trik z przydatnymi przedmiotami. Mówiąc szczerze, mi w jedynce interface z dwójki nie pasował. W tym sensie, że dawał za dużo opcji jak na tak niskopoziomową grę (maksymalny poziom to 9 w przypadku złodzieja oraz barda i 8 dla reszty klas). Mnich czy czarownik to klasy rozwijające swoje skrzydła dopiero powyżej pewnego poziomu, którego tutaj nie można osiągnąć. Tak samo z różnymi stylami walki oraz ilością rodzajów broni. W oryginalnym Baldurze nie było tych pierwszych, a drugich było znacznie mniej (np. miecze dzieliły się na dwie kategorie małe i wielkie). Można rzec, że się czepiam, ale jednak taka niby mała zmiana, ale dość mocno wpływa na sposób rozgrywki. No ale, twórcy dorzucili także co nieco od siebie. Cztery nowe postacie, które można przyłączyć do drużyny (z czego jedna jest swego rodzaju żartem) wraz z własnymi zadaniami. Dostajemy zatem Neerę – dziką maginię ściganą przez czerwonych czarodziejów z Thay, która jest równie nieprzewidywalna co jej magia – i to ją przyjąłem do drużyny – Dorna – półorczego czarnego strażnika – Rasaada – dobrego mnicha – oraz Baelotha – złego drowiego czarownika, którego można spotkać jeżeli ma się odpowiednio wysoki poziom. Oprócz tego w grze są dostępne dwie nowe lokacje dotyczące zadań Neery i Rasaada. Obydwie wyglądają trochę jakby wycięto je z innych gier. Obszar dotyczący dzikiej maginii jest trochę „dwójkowy”, a góry, w których rozgrywa się zadanie mnicha wyglądają jakby je wydarli z Icewind Dale Serce Zimy. Ponadto dodano osobną taktyczną mini kampanię o nazwie Kręgi Podmroku, w której to tworzy się drużynę, która następnie zostaje porwana przez Baelotha i zmuszona do walki na arenie ku uciesze gawiedzi. Pomiędzy poszczególnymi walkami jesteśmy w małych lochach, gdzie można pogadać z kupcami oraz wydać u nich „kieszonkowe”, które nam serwuje nasz gospodarz. Wszystko oczywiście zmierza do epickiej walki z właścicielem całego tego kramu, a co było dalej można się domyśleć… Gra miała także kilka wpadek. W Kręgach Podmroku coś mi się po jednej walce zacięło i nie pojawiał się dialog pozwalający kontynuować grę i musiałem wczytywać stan sprzed walki. Także w trakcie Samej kampanii kilka razy podczas dialogów wyrzuciło mnie do Windowsa. Jednakże największym minusem były problemy z lokalizacją. Wykorzystano oryginalną, zrobioną przez CD-Projekt, ale okazało się, że nie wszystko działa tak jak powinno, i niektóre kwestie, które w oryginale były wypowiadane w naszym języku, teraz są po angielsku, np. przemowa Goriona przed opuszczeniem Candlekeep czy (o zgrozo!) komunikat „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.” – brak Fronczewskiego naprawdę dał mi po nerach. Wrócę jeszcze do poziomu postaci w grze. Dodano nowe zadania i przeciwników, którzy słabi wcale nie są, ale co za tym idzie dają trochę doświadczenia. Okazało się jednak, że szybciej niż zwykle osiągnąłem maksymalny limit doświadczenia, a co za tym idzie ostatni rozdział (i pół dodatku Opowieści z Wybrzeża Mieczy) cały zebrany EXP szedł w eter. Zazwyczaj te 161000 pdków osiągałem dopiero po dodatku. Zatem tak: dostajemy szereg usprawnień. Cztery dodatkowe postaci, z czego trzy mają własne zadania. Dwa nowe obszary i osobną kampanię na kilka godzin. Osobiście nie wydaje mi się, żeby, jeżeli posiada się oryginalne Baldur’s Gate, taka ilość dodatkowej zawartości była warta wydania tych 20 dolarów czy euro w zależności od sklepu. Szczególnie, że dzięki modom takim jak Northern Tales of the Sword Coast można za darmo dodać naprawdę ogromną ilość dodatkowej zawartości do tej leciwej już produkcji. Jeżeli jednak nie ma się w posiadaniu starego Baldura, to polecam skorzystać z oferty GOGa, gdzie do Enhanced Edition dodają także oryginalną wersję BG. Jedynym ratunkiem BG:EE jest Siege of Dragonspear. Jak w końcu kupię i zagram, to podzielę się wrażeniami
  6. SzS #1 - Sony MDR-XB300

    Witam was pośród odmętów szafy. Blog ten zamierzam poświęcić różnego rodzaju urządzeniom, które miałem i będę mieć okazję używać. Właśnie, używać, a nie testować, bo tester ze mnie jak z koziego zadka trąba. Moje opinie są opiniami użytkownika. Gościa, który niekoniecznie wykorzystuje wszystkie możliwości sprzętu i niekoniecznie zwraca uwagę na pewne aspekty, na które zwróciłaby inna osoba. Ponadto przy kupnie czegokolwiek staram się kierować jakimiś opiniami. Opiniami które nie są "Bo to jest od XXX, więc musi być dobre!, chociaż przyznam się bez bicia, że czasem kupuję coś bo mi się spodobało. Najczęściej kwota wydana na taki produkt nie przekracza jednak 30 złotych, więc wydaje mi się, że jestem rozgrzeszony. Podsumowując: Wpisy na tym blogu będą NIEOBIEKTYWNE! Zostaliście ostrzeżeni Zasadniczo z słuchawkami miałem zawsze ten sam problem. Łączenie przewodu i wtyku. W końcu się okazywało, że przestawało łączyć i po kilku dniach słuchawki w najlepszym wypadku, żeby wszystko działało kabel musiał być cały czas pod odpowiednim (zazwyczaj dość dziwnym) kątem do wtyczki, aby było słychać dźwięk normalnie. Zazwyczaj jednak grała jedna słuchawka. Lutowanie zazwyczaj niewiele daje (wiem, próbowałem. Maksymalnie przedłużenie czasu życia słuchawek kosztem zmniejszenia długości kabla wynosiło niecały miesiąc). Zatem, gdy pewnego dnia idąc ulicą trafiłem do sklepu o dumnej nazwie SONY Centre, w którym prezentowano między innymi słuchawki, powiedziałem sprzedawcy czego oczekuję, czyli porządnego wtyku, który nie rozwali mi się po roku użytkowania. Facet co nieco pogłówkował i zaprezentował mi 3 modele, z których po zobaczeniu ile cyfr ma cena, wytypowałem dwa. Dalsze testy przeprowadzone przy pomocy odtwarzacza MP3, który miałem przy sobie sprawiły, że oczy me jednak przychylniej patrzyły na model MDR-XB300. Podziękowałem, poszedłem do domu, poszperałem po internetach i stwierdziłem, że w sumie kupię. Jak testowałem? Ano słuchając muzyki, grając w gry, oglądając filmy. Czyli normalnie używając. Seria XB to słuchawki ze wzmocnionym basem. Zdarza się co prawda, że bas czasem zagłusza wyższe tony, ale zdarza się to sporadycznie. Same basy nie są podbite ponad normę i nie ma efektu walącego, zbyt głośnego dźwięku. Zatem na jakość dźwięku nie mogłem narzekać. Konstrukcyjnie - pałąk jest plastikowy i dość cienki, co sprawiło, że po pewnym czasie użytkowania, trochę się rozgiął i nie dociskał tak dobrze poduszeczek do uszu jak na początku. Same poduszki okazały się bardzo miękkie i komfortowe. Noszę okulary, więc zazwyczaj po godzinie spędzonej w słuchawkach zakrywających całe uszy zaczynają mnie boleć małżowiny, w przypadku XB300 czas noszenia słuchawek bez dyskomfortu był znacznie dłuższy. Co do poduszek, po pewnym czasie okazało się, że zaczyna z nich odchodzić materiał, którymi je okryto, i później miałem do brody poprzyczepiane czarne paprochy. Proceder trwał, aż w końcu cały materiał nie odszedł a na słuchawkach została sama gąbka poduszek. Oprócz tego z elementów konstrukcyjnych warto wspomnieć o rozdzielającym się kablu. Zatem co z tym sprzętem z szafy? Ano ja mam pozytywne odczucia. Może nie idealny, ale dobry produkt ze średniej półki cenowej, który przetrwał wiele. Gdy w końcu jego żywot dobiegł końca, stwierdziłem, że warto dać szansę młodszemu bratu (XB450). Dodam, że sprzęt służył mi przez ponad 6 lat. PS: Połączenie kabel + wtyk działało poprawnie do samego końca
  7. Rayman 2 The Great Escape

    Świat został zaatakowany przez piratów! A wręcz robo-piratów! Wszyscy mieszkańcy magicznej krainy są wyłapywani i zamykani w klatkach, zaś najwięksi pechowcy trafiają na latający statek więzienny. Pośród tych wszystkich nieboraków jest pozbawiony mocy i nadziei Rayman. W takiej oto sytuacji naszego protagonistę spotyka dopiero co schwytany i zawleczony na statek Globox. Wielki niebieski stwór ma jednak dla Raymana prezent - luma przywracającego bohaterowi część mocy i pozwalającego mu atakować. Dzięki nowym umiejętnościom przyjaciele uciekają ze statku piratów i Rayman musi ocalić świat przed najeźdźcami odnajdując wróżkę Ly. Kiedy byłem bajtlem, to zagrywałem się w Raymana 2. Wiedziony nostalgią i pewnym rodzajem ciekawości jak gra przetrwała próbę czasu postanowiłem się przekonać czy w to da się nadal grać. Historia opowiedziana w tytule może nie powala, ale ogólnie trzyma się kupy. O ile kupą nazwiemy coraz to dziwniejsze miejsca w jakie trafia Rayman wskakując do kolejnych portali. Mówiąc szczerze, poza poszukiwaniem sposobu na pokonanie piratów, to średnio jest wytłumaczone dlaczego akurat tam a nie gdzie indziej ląduje Rayman oraz to, że w nawet najdziwniejszych miejscach znajdują się już piraci. Pierwszym co rzuca się w oczy po uruchomieniu gry jest grafika. Dość kanciasta i mało szczegółowa, ale dzięki zastosowanej palecie barw i ogólnej konwencji gry nie przeszkadza to aż tak bardzo. Kolory i barwy dobrano do lokacji, które odwiedzimy. I tak na przykład w światach "trawiastych" będą dominować zielenie. Dźwięk jest w miarę ok. Muzyka może nie zachęca żeby dołączyć ją na playlistę, ale ładnie komponuje się z tłem. Gorzej jest z kwestiami "mówionymi". Otóż każda z postaci ma nagrane 3-4 "głosy", które raczej średnio się mają do dialogów w napisach. Jeszcze YEAH!, czy GO! pasuje, ale można zauważyć, ze przy użyciu tych samych zlepek dźwięków (bo kwestie mówione to raczej nie są) postaci wypowiadają naprawdę przeróżne zdania. A jak to wygląda od strony rozgrywki? Ano z jednej strony dość standardowo. Rayman biega. Strzela do wrogów, rozwiązuje zagadki środowiskowe, zbiera różnokolorowe lumy (czerwone dają zdrowie, żółte są potrzebne do popchnięcia fabuły, zielone to checkpointy), znajduje ukryte mniej lub bardziej klatki z uwięzionymi przez piratów mieszkańcami krainy itd. Z drugiej strony poza standardowym bieganiem i skakaniem po platformach są różne inne wyzwania. Np. zjeżdżanie po śliskich powierzchniach unikając przeszkód, szalony pęd z przeszkodami na żywym pocisku, czy... sterowanie pirackim statkiem w celu oswobodzenia dzieciaków więźniów. No normalnie platformówka idealna, czyż nie? No nie! Największym problemem jest kamera, która często z podążającej za bohaterem zmienia się w zawieszoną gdzieś w jakimś punkcie. Bardzo to utrudnia, bądź czasem wręcz uniemożliwia, znajdowanie sekretów, a w dodatku ma tendencje do zmiany kąta w najmniej odpowiednim momencie (np. w czasie skoku, co całkowicie zmienia sterowanie, bo to co do tej pory było przodem może się teraz stać tyłem). Powoduje to niemało frustracji oraz niepotrzebnych śmierci Raymana. Wystarczy powiedzieć, ze podczas rozgrywki częściej walczyłem z kamerą i sterowaniem niż z wrogami. Drugą rzeczą jest absurdalny wręcz poziom trudności bardziej zręcznościowych elementów rozgrywki. W szczególności dotyczy to wszystkich poziomów z żywymi pociskami. Dorzucając do tego trochę błędów (np polegających na tym, że przy przeskakiwaniu przez dziurę pomimo odpowiedniego lądowania pocisk wybuchał) mamy wręcz idealny sposób na to, żeby gracz sobie rwał włosy z głowy, a poziomy przeznaczone na kilkanaście minut pożarły dobre godziny. Jak zatem Rayman 2 przetrwał próbę czasu? Ciężko. O ile grafika i muzyka jeszcze ujdą. Na dość sztampową fabułę można przymknąć oko. To rozgrywka, nawet jeśli oferuje niemałą różnorodność, jest toporna, przesadzenie trudna, a zastosowane rozwiązania mechaniczne i ich brak zgrania z miejscami fatalną pracą kamery dają się mocno we znaki. Może jednak "drzewiej było lepiej", ale te wszystkie samoprzechodzące się gry skażualowiły mnie i nie potrafię sobie poradzić z tak wspaniałą produkcją jaką jest Rayman 2? Albo nostalgia wyparła niemiłe wspomnienia z kolejnych (dziesiątych czy setnych) prób przejścia jednego i tego samego odcinka gry? Tego nie wiem i się raczej już nie dowiem. W końcu już dawno temu przestałem być bajtlem, który zagrywał się w The Great Escape.
  8. Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy

    Odległa galaktyka to bardzo niespokojne miejsce. Wybijesz zakon Sithów, okazuje się, że dwóch przeżyło i knuje przeciw Jedi. Zaciukasz tych dwóch, to nagle jak grzyby po deszczu pojawiają się mroczni Jedi. Usuniesz małpojaszczurzego mrocznego Jedi... Jedi Academy to trzeci tytuł spod znaku Jedi Knight, czwarty, w którym mamy okazję śledzić poczynania Kyle Katarna i pierwszy, w którym nim nie sterujemy. Po pokonaniu Dessana bohater Jedi Outcast przyjął stanowisko mistrza w akademi Jedi aby uczyć nowych adeptów tajników mocy. A ci właśnie lecą na czwarty księżyc planety Yavin, aby zacząć szkolenie. Pośród nich wyróżnia się jedna postać: Jaden Korr (bez względu na rasę i płeć). Jest to bowiem jedyna jak do tej pory osoba, która bez przeszkolenia Jedi była w stanie sama skonstruować miecz świetlny. Pierwszym etapem jest stworzenie postaci. Wybieramy płeć oraz jedną z trzech ras do niej przyporządkowanych. Możemy wybrać kilka różnych facjat oraz strojów. A następnie budujemy miecz świetlny wybierając kolor (nie ma czerwonego...) oraz rączkę. Na pierwszy rzut oka gra wydaje się bardzo podobna do poprzedniczki. Mamy miecz świetlny. Możemy używać różnych borni dystansowych. Dość szybko uczymy się podstawowych mocy Jedi (pchnięcie, skok, przyciągnięcie, przyspieszenie i nowość wizja - odkrywająca sekrety). Są pojedynki na miecze świetlne, są etapy bardziej zręcznościowe itd. Fabularnie mamy do dyspozycji standardową historię o tym, że mroczni Jedi postanowili znów uderzyć i zyskać potęgę poprzez swe złe uczynki a jedyną siłą zdolną ich powstrzymać są Jedi - w domyśle postać gracza oraz student-rywal imieniem Rosh Penin (kto ich wszystkich nazywa?) oraz ich mistrz Kyle Katarn. Gra jest podzielona na szereg misji związanych z treningiem Jaden(a) oraz co pewien czas (co 4-5 misji dokładnie) bardziej rozbudowane zadanie wątku głównego. Podczas rozgrywki położono większy nacisk na aspekty treningu Jedi, co za tym idzie w mniejszym stopniu używa się broni palnej. Każda z mocy dostępnych w czasie gry ma trzy poziomy zaawansowania i o ile podstawowe umiejętności władania nią oraz mieczem świetlnym rozwijają się samoistnie wraz z postępem fabuły, to moce jasnej i ciemnej strony (po cztery) rozwija gracz przydzielając po jednym punkcie przed każdym zadaniem wątków pobocznych. Zważywszy na to, ze w każdym z trzech rozdziałów obowiązkowo trzeba zrobić 4 z 5 zadań (co nie znaczy, że nie można zrobić wszystkich!) to liczba punktów waha się od 12 do 15 - czyli 4 lub 5 w pełni rozwiniętych mocy. Grafika w produkcji wydaje się odrobinę lepsza niż w Jedi Outcast. Odwiedzamy także większą ilość planet, co pozwoli zobaczyć więcej różnorakich krajobrazów. Dźwięk jest dobry. Muzyka może nie powala i poza głównym motywem Gwiezdnych Wojen nie zapada w pamięć, ale udźwiękowienie jest raczej dobre i nie urywa uszu. Zresztą i tak większą część gry spędzi się słuchając jednostajnego buczenia miecza świetlnego Pod względem technicznym. Standardowe klawisze są co nieco niewygodne, i trzeba dostosować sterowanie do użytku mocy (te, których się nie używa można pominąć, a resztę przypisać w pobliże WASDa), niemniej ten sam problem miałem w Jedi Outcast. Odnoszę wrażenie, że w stosunku do poprzedniczki poprawiono także system walki na miecze świetlne. Nie jest on już tak chaotyczny. Miłymi dodatkiem są także fakt, że w pewnym momencie możemy wybrać pomiędzy zwykłym mieczem świetlnym z trzema stylami, dwoma egzemplarzami na raz, oraz podwójnym (takim walczył Darth Maul) oraz to, że można pod koniec gry wybrać czy stanie się po jasnej czy ciemnej stronie, co jednak trochę wpływa na końcówkę i samą rozgrywkę w finalnych etapach. Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy to całkiem udana produkcja. Pomimo lat, które upłynęły od jej premiery nadal ją czasem sobie odpalam, aby pociachać tych złych i pospychać wrogów z przepaści. Są gry lepsze tak graficznie jak i w kwestii rozgrywki, ale jakoś do akademii Jedi mam pewien sentyment. Osobiście polecam.
  9. Mam na myśli takie kuriozalne sytuacje, gdy stoję na przeciw wroga, on macha, ja macham i nikt nie trafia.
  10. Tak się składa, że jestem umiarkowanym fanem Star Warsów. Oglądałem filmy, grałem w kilka gier, czytałem kilka książek, ale żeby wiedzieć co i jak się działo w expanded universe, to nie mam pojęcia. Niemniej nie przeszkadza mi to posiadać tytułów, do których lubię wracać, nawet pomijając fakt, że nie znam fabuły dwóch poprzednich części cyklu o Kyle Katarnie. Głównym bohaterem gdy jest najemnik Kyle Katarn, walczący dla nowej republiki z pozostałościami galaktycznego imperium. Oczywiście, protagonista nie jest zwykłym blasterem do wynajęcia, bo był kiedyś Jedi, ale wyrzekł się mocy i teraz musi biegać z wszelakiego rodzaju bronią palną i strzelać do wszystkiego co jest białe i ma odwrócony do góry dnem kubeł założony na głowę. Główną osią fabuły są zmagania bohatera z pozostałościami imperium, które okazuje się mieć wsparcie ze strony mrocznego Jedi. Jak zatem można się domyślić, szybko okazuje się, że Kyle odłoży blaster do kabury a sięgnie po miecz świetlny. Gra jest skonstruowana na zasadzie kolejnych misji, pomiędzy którymi zyskujemy nowe moce dla naszej postaci (m. in. pchnięcie, przyciągnięcie, skok czy rażenie błyskawicami). Rozgrywka oferuje widok TPP jak i FPP, z czego gdy używa się broni palnej, to wygodniej jest obserwować świat z pierwszej osoby, a w przypadku machania mieczem lepiej gra się patrząc z za pleców bohatera. Oczywiście, gdy już się dorwie miecz świetlny, to tylko kwestią czasu jest, aż pojawi się ktoś inny kto będzie władać taką bronią. I o ile w założeniu pojedynki miały być epickie itp. to jednak w rzeczywistości jest to wesoła bieganina dookoła siebie i machanie mieczem, aż ktoś dostanie tyle razy, ze padnie, bądź nie zostanie np. zepchnięty z klifu. Grafika... no piękna już nie jest. W oczy może nie kole, ale też nie ma nic do zaoferowania w dzisiejszych czasach. Wszystko jest kanciaste, a efekty też nie powalają na ziemię. Niemniej nie przeszkadza w dobrej zabawie i to się liczy. Oprawa dźwiękowa jest na średnim poziomi. Głosy czasem brzmią trochę zbyt sztucznie, a i w przypadku muzyki, poza znanymi z filmów kilku kawałków, nie ma nic co by przykuło uwagę. Zatem: biegamy, strzelamy, walczymy na miecze, jest standardowa fabuła. Star Wars Jedi Knight II Jedi Outcast to produkcja zaledwie dobra. Może nawet poprawna. Niemniej ja lubię czasem do niej wrócić i pociachać czy zastrzelić kogoś. Zwłaszcza, że produkcja nie jest długa i starcza na dwa-trzy wieczory. Plusem jest też to, że demo gry ma całkowicie inną lokację niż te zaprezentowane w pełnej wersji.
  11. Tak jak napisał Shaker podałeś raczej słabe przykłady. Sytuacje, w których AI oszukuje to taki np. Medal of Honor Alied Assault, gdzie snajper siedzący na dachu pół planszy od gracza, schowany za trzema drzewami, dwoma zawalonymi budynkami, i którego nie da się zobaczyć strzela do gracza i trafia, pomimo, że jakby się tak zastanowić, to te 3 drzewa powinny mu uniemożliwić skuteczne namierzenie gracza kryjącegoo się za murkiem i wychylającego się, to jednak trafia. Swoją drogą jest to problem dużej ilości FPSów. Gracz chowa się za murkiem przed ostrzałem. Pod osłoną tegoż murku zachodzi strzelającego z flanki, a tu przeciwnik stoi do niego przodem i seria... Należy też wspomnieć wszystkie gry typu CoD, gdzie dziwnym trafem przeciwnicy koncentrują w 80% swój ogień na postaci gracza. To są oszustwa AI, a nie fakt, że komp wie jaki zasięg ataku ma jaka postać w MK.
  12. Poszukuję jakiegoś mobilnego sprzętu służącego głównie do pisania, korzystania z internetu i odtwarzania muzyki. To te najbardziej podstawowe funkcje. Dobrze byłoby też, gdyby dało się uruchomić i wygodnie korzystać z Adobe CS 6 na tym sprzęcie. (Miłoby było też raz na jakiś czas uruchomić jakąś grę typu Heroes 3 czy Disciples, ale bez tego się obejdzie). Jestem w stanie zapłacić do 2000 zł. Jak już napisałem, zależy mi na mobilności. Myślałem trochę nad sprzętem z rodzaju 2w1 ale w ogóle się na tym nie znam i nie wiem jak do tego podejść. Czy na takim tableto-laptopie da się zainstalować programy pod windowsa? Chciałbym, żeby sprzęt nie ważył więcej jak 2 kg. Drugą ważną rzeczą jest rozmiar ekranu: Więcej niż 10 cali. Przerabiałem 10 calowego netbooka Asus Eee PC 1005 PX i o ile z mobilnością było bardzo dobrze, to czasem z pracą i przeglądaniem stron internetowych już tak fajnie nie było. Zatem coś co pozwala na w miarę wygodne korzystanie z komputera bez sytuacji "wyskoczyło okienko, a przycisk OK znajduje się poza ekranem". Może coś 13 calowego? Dobrze by taż było, gdyby laptop ten wytrzymał dłużej niż dwa lata. Na razie to wszystko co mi przychodzi do głowy, ale całkiem możliwe, że wasze rady nasuną mi jakieś jeszcze pytania, bądź też będziecie chcieli żebym coś wyjaśnił, aby lepiej mi doradzić.
  13. Wygląda na to, iż moja wewnętrzna bestia bierze górę. Zatem przechodzę gry, stwierdzam, że muszę je zrecenzować i w tym momencie leniwiec zaczyna działać Pewnego razu trójka braci Broody wyruszyła ze znajomymi na eskapadę. Jeździli na skuterach, bujali się na quadach i w końcu skakali ze spadochronu. No i spadli, a nawet wpadli, jak śliwki w kompot. Cała grupka została pojmana przez piratów i są przetrzymywani dla okupu. Jason oraz jego starszy brat Grant, podejmują jednak śmiałą próbę ucieczki z rąk bezlitosnych oprawców, i pozostaje tylko uwolnić przyjaciół z opresji. Fabuła jest typowym from zero to hero. Jason, główny bohater tytułu, trafia do wioski Amanaki, gdzie żyją ludzie z plemienia Rakyat i toczą coraz rozpaczliwszą wojnę z piratami. Dzięki pomocy Denisa, lokalnego imigranta, który wkręcił się w społeczność, nasz protagonista dostaje tatau (taki tatuaż Rakyat symbolizujący drzewko umiejętności) oraz kasę na pierwszą giwerę. To co zrobimy dalej już zależy tylko od nas. Gra oferuje otwarty świat i sporą liczbę zadań oraz aktywności pobocznych. Zatem można, a nawet trzeba włazić na maszty radiowe, aby odkrywać mapę, co pozwala wykonywać zadania zrzutu zasobów,, polegające na przebyciu za pomocą podstawionego pojazdu oznaczonego flarami odcinka. Należy uwalniać posterunki spod opresji wroga, co umożliwia bezpieczniejsze podróżowanie i odblokowuje zadania polowań oraz poszukiwany martwy. Można też wykonywać poboczne zadania fabularne, próby Rakyat czy... grać w pokera, brać udział w wyścigach z czasem, strzelać ze snajperki do ptaków bądź rzucać nożami. Oprócz tego są znajdźki w postaci posążków oraz listów z okresu II wojny światowej i skrzynki ze skarbami. Robić zatem jest co. I mówiąc szczerze na początku zatonąłem w klimacie wyspy, wszystkich dodatkowych akcjach. Grafika jest jedną z mocniejszych stron gry, może modele postaci nie są jakieś cudowne i widać, że mogłyby być lepsze oraz bardziej zróżnicowane, ale za to otoczenie zapiera dech w piersiach. Nie raz łażąc po wyspie rozglądałem się z zachwytem na to co zostało nam zaserwowane. W przypadku muzyki... nie przeszkadzała mi. Ładnie komponowała się z tłem i podkreślała to, co dzieje się na ekranie, ale poza kilkoma momentami (palenie pola trawy do rytmów reggae czy rozróba z pokładu śmigłowca, gdy w tle słychać lot walkirii) to nie zapadła mi szczególnie w pamięć. Pod względem rozgrywki, tak jak napisałem jest sporo do roboty. Oprócz wrogo nastawionych piratów, wyspa pełna jest drapieżników i roślinożerców, które dostarczą nam skór, do wykonania dodatkowych sakw na ekwipunek. Można też mieszać różne rośliny i wytwarzać z nich mikstury pomagające w walce, polowaniu i eksploracji. Poboczne zadania fabularne to krótkie questy polegające na zebraniu czegoś, pogadaniu z kimś bądź zabiciu kogoś. Zadania polowania są o tyle trudniejsze od zwykłej aktywności, że trzeba ubić zwierza przy pomocy podstawionej broni. Np. łuku czy pistoletu maszynowego. Swoją drogą gdy przyszło mi polować na niedźwiedzie z najsłabszym pistoletem, to doszedłem do wniosku, iż tego akurat questa wymyślał jakiś sadysta. Niedźwiedź bynajmniej nie wyglądał po tym zachęcająco i mi się po prostu żal zrobiło zwierzaka. W zadaniach z domeny poszukiwany martwy należy usunąć jednego, bądź dwóch osobników (otoczonych obstawą) z tego świata za pomocą noża. Na szczęście przydupasów można zwyczajnie wystrzelać. Próby Rakyat to standardowa rozwałka na czas, za pomocą zdefiniowanej broni. Za każde zabójstwo otrzymuje się punkty i przy przekraczaniu kolejnych z trzech progów można dostać kasę i doświadczenie. Ano właśnie: pdki. Dostaje się je również za wyzwalanie posterunków (im mniej hałasu tym więcej ekspa). Celne strzelanie (strzał w głowę jest wyżej punktowany) oraz eliminację ? czyli typowy stealth kill przy pomocy noża. Plusem są zadania z głównego wątku fabularnego, bowiem nie są powtarzalne, a wykonując coraz to kolejne miałem niezły ubaw. Minusem są tu mistyczne zadania w ?innym wymiarze?, bo zasadniczo ich klimat był trochę z czapy, ale jest ich na tyle mało, że można je przeboleć. Kiedy zdobędzie się już odpowiednią ilość doświadczenia, czy to za zadania czy w bardziej bezpośredni sposób, można wykupić sobie jedną z umiejętności pogrupowanych w trzy grupy. Większość z nich jest przydatna i trzeba nie raz się zastanawiać w co wpakować. Wraz z postępem fabuły pojawiają się nowe skille, które da się wykupić. I jedynym moim zarzutem co do tej części gry jest to, że niektóre umiejętności pojawiają się zbyt późno. Np. taką umiejkę zyskiwania dwukrotnie więcej skór przy oprawianiu zwierząt mogłem wykupić w momencie kiedy już jej nie potrzebowałem. Zadania, zadaniami, pdki, pdkami ale co ze strzelaniem ktoś się zapyta? Ano spokojnie. Do wyboru mamy kilkadziesiąt giwer, a do większości z nich można dokoptować różne dodatki typu tłumik, większy magazynek czy kolorowy wzór (im lepsza broń tym więcej akcesoriów można na niej zainstalować). Ponadto wykonując zadania poboczne, wspinając się na maszty radiowe, odbijając posterunki i kolekcjonując znajdźki uzyskuje się dostęp do specjalnych modyfikowanych typów giwer, które co prawda trzeba kupić osobno, ale niejednokrotnie mają więcej dodatków niż da się zainstalować w zwyczajnym typie spluwy. W grze zawarto również swego rodzaju encyklopedię prowadzoną przez... a zresztą, warto samemu odkryć przez kogo. Z pewnością mocnym aspektem tytuły są postacie. Charyzmatyczny i mocno walnięty przywódca piratów Vaas, ciągle naćpany doktor Ernhard czy spotykany w późniejszym etapie gry przyjazny nam Sam, sprawiły, że główny wątek fabularny poznawałem z niemałą satysfakcją. Zatem gra marzenie! Ano nie do końca. Jak już napisałem najpierw zanurzyłem się w świecie i autentycznie mnie wciągnął. Główny wątek fabularny trzyma poziom do samego końca. Problemem stały się misje poboczne. Do bólu powtarzalne zadania, których jest multum sprawiły, iż w późniejszych etapach gry musiałem się trochę zmuszać, żeby zdobyć jeszcze jeden posterunek czy wspiąć się na kolejny maszt. Wszystkie ulepszenia ekwipunku można bez problemu zdobyć w pierwszej części gry, a tak po przejściu 2/3 miałem wymaksowane wszystkie skille i już nawet nie było sensu, żeby udawać iż się skradam. Inną rzeczą, nad którą się zastanawiałem przez całą grę jest logika świata. Otóż nasi sojusznicy Rakyat, to ostania, ledwie broniąca się mała osada. Ale jak przejmuje się posterunki to w każdym pojawia się obsada z kilku wojowników i w ostateczności okazuje się, że na wyspie jest więcej sojuszników, niż to teoretycznie możliwe. No dobra, czepiam się już? Podsumowując. Far Cry 3, mimo wad i dość pewnego zmęczenia materiału w drugiej części gry, jest porządnym tytułem, w który warto zagrać.
  14. Smuggler, ja tak miałem z BioShockiem. Najpierw dowiedziałem się o plot-twiście. Zasadniczo na własne życzenie, bo był spoiler alert, a dopiero później grałem w grę i jakoś mi to nie przeszkadzało. I w sumie trochę nie rozumiem ludzi, którzy przeglądają fora tematyczne n.t. gry, w momencie, w którym po prostu wiadomo, że spoilery będą, a później narzekają, że na nie trafili.
  15. Cóż nie od dziś wiadomo, że jak pojawia się jakiś hit, to każdy w niego gra i każdy się tym chwali. Moja rada? Nie ogląda, nie czytać, nie wchodzić na fora. Spoilery murowane, więc takie zachowanie to trochę jak strzelanie sobie w stopę. To, że ludzie nie oznaczają spoilerów to jedno. Ale o to, że Ty sam wszedłeś i przyjmowałeś wiadomości, o których wiedziałeś, że są spoilerami, możesz mieć pretensje tylko do siebie.