Revanchist

Forumowicze
  • Zawartość

    842
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Revanchist

  • Tytuł
    Elf

Sposób kontaktu

  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Inne

Ostatnie wizyty

5882 wyświetleń profilu
  1. Przydarzyło mi się podczas niedawnego wyjazdu wakacyjnego, że pojawiła się sposobność ukończenia szanowanej przez wielu ostatniej części serii Uncharted, dostępnej na wiadomej konsoli. Pomimo niechęci, jaką od długiego już czasu darzę szeroko pojęte giercowanie, z przyjemnością chwyciłem pada w dłoń i postanowiłem na własnej skórze przekonać się, kto w sprawie Uncharted i szeroko pojętych gier akcji na filmową modłę ma rację. Moje zdanie na temat gier udających filmy, choć to dwa zupełnie różne światy, już znacie. Wiecie już, że gry te psa są niegodne, a co dopiero rozumnej, zaawansowanej emocjonalnie istoty, jaką jest człowiek. I Uncharted 4 oczywiście popełnia wszystkie grzechy nowoczesnego, na wskroś „kinematograficznego” projektowania gier wideo. I tak sam początek - pierwsze kilka rozdziałów! – okrutnie się dłuży, rozmywany sekwencjami bardziej przypominającymi symulatory spacerowiczów i Simsy. Miast wspinać się po gzymsach, szukać legendarnych skarbów i strzelać do złych (czyżby?) typów przynosimy znudzonej żonie żarcie z kuchni, przyglądamy się szarej, nudnej codzienności Nathana Drake’a (któremu niekoniecznie się takie życie uśmiecha, ale oczywiście wie, że musi o awanturnictwie zapomnieć, by uniknąć zabójczych dla małżeństwa awantur), a jedyny „skarb”, jaki udaje nam się znaleźć to zatopiona naczepa pełna miedzianego drutu. Oczywiście dobrze, że gra promuje zdrowe wartości małżeńskie, ale przyszedłem tutaj strzelać, wysadzać i grabić, a nie do kościoła na katechezę. Uncharted 4 cechuje się tym, że jest większe, ładniejsze i oferuje jakby nieco więcej możliwości niż poprzedniczki, niemniej jednak wcale nie udaje się mu ukrywać, że to jest nic więcej, jak tylko iluzja. Iluzja nieco bardziej otwartego świata. Iluzja życia na krawędzi, gdy niby wszystko wali się nam na głowę lub rozlatuje w kontakcie z dłońmi naszego protagonisty, ale *jakoś* udaje mu się ujść z życiem, całe zaś zajście kwituje li tylko lekkim westchnieniem. Bo wiecie, w takim Jedi Knight, jak już kiedyś pisałem, nie ma zbędnych ozdobników typu rozpadających się gzymsów i wyreżyserowanych scenek udających „zagrożenie” (najczęściej jest to po prostu zakamuflowana jako część gameplayu animacja). Tam, gdy coś takiego się dzieje wiemy, że zrobiliśmy coś nie tak i nie ma już dla Kyle’a ratunku. Gdy słyszymy, że zostało nam piętnaście minut, to faktycznie mamy tyle czasu i lepiej, żebyśmy się zabrali do roboty. W U4 czas mija zgodnie z wypełnianiem wytycznych scenariusza, a nie wskazówkami zegara. Wszelkie „leaps of faith” w JK i te niemożliwe skoki (a jest w tej grze sporo rzeczy, które potrafią przyprawić o niemały zawrót głowy) zależą wyłącznie od naszych umiejętności i wyczucia momentu, żadna magiczna dłoń nie popchnie naszego bohatera w stronę ściany, co by jednak złapał tę krawędź. Albo takie Heart of Darkness, do którego serii Uncharted bardzo blisko. Jest w tej grze bez miara adrenalinogennych momentów, w których protagonista cudownym zrządzeniem losu uchodzi z życiem, ale pomimo fantastycznego świata, w jakim odgrywa się akcja HoD całość jest znacznie bardziej autentyczna niż przypadki i wypadki w U4, którego twórcy zdaje się postanowili przebić i tak już przekombinowanego pod względem efekciarstwa Tomb Raidera 2013. Nate, Sully czy Sam przy pierwszym lepszym wypadku, w jakim biorą udział powinni wylądować na OIOM-ie, ale trwają dalej – zapewne zgodnie z maksymą, że co cię nie zabije.... Tylko zabawnym jest, że taki Samuel potrafi bez większego draśnięcia wyjść z nazbyt bliskich kontaktów z wybuchającymi dookoła granatami, zawalającymi się na głowy wielgachnymi katedrami, potężnymi wozami bojowymi taranującymi wszystko na swojej drodze i innymi tego typu przyjemnostkami, a na jego życie dybać tak na serio będzie Ale, ale! Okazuje się, że Uncharted 4 bardzo mi jednak przypadło do gustu! Co by nie mówić o całej tej filmowości, nie była ona wcale upierdliwa, jedynie momentami dość komiczna. Przyjemność z zabawy gwarantowały także dość przejrzyste etapy (w poprzednich częściach narzekano na ich nieczytelność) i przede wszystkim jeszcze bardziej rozbudowana walka. W przeciwieństwie do poprzedników nie ma tutaj już wojny pozycyjnej, odpustowych strzelnic i dość klaustrofobicznych terenów walki. Teraz mniej więcej każda potyczka odbywa się na otwartym terenie zachęcającym do testowania różnych rozwiązań i większej mobilności. Tę wymusza też fakt, że nasi wrogowie nie chowają się w miejscu, a nieustannie starają się wykurzyć nas z naszej nory granatami, nacierają na nas i aktywnie szukają, a na domiar złego wiele osłon jest mało wytrzymałych, toteż szybko rozpadają się pod ostrzałem. Strzelaniny są dość emocjonujące i przynajmniej po jednej z nich czułem się mocno wymęczony psychofizycznie – znaczy się, że dobra to wymiana ognia była. Nie mam oczywiście porównania z poprzednimi częściami, jednakże ich bohaterów znam i lubię, bowiem chętnie oglądałem filmy z ich przygodami na YT (na co mnie konsola?). W porównaniu jednak z poprzednikami Uncharted cztery ma taki sobie scenariusz, nieciekawych antagonistów i pełno dłużyzn. Nie jest to poziom dennego StarCrafta 2, ale po prostu dość nijaka opowiastka, chociaż bardzo dobrze zagrana i jak najbardziej wciągająca. Nie ukrywam też, że tego typu produkcje widziałbym na pececie. Na padzie po prostu gra się źle w strzelanki i tradycyjne combo klawiatura + mysz są na tym polu nie do przebicia. W miarę postępów jednak opanowałem obsługę na tyle, by spokojnie posyłać kulki w łebki nieprzyjaciół z niemałą precyzją oraz skakać po skałach niczym górska kozica, a to jeszcze na średnim poziomie trudności, co jak na początkującego w te klocki jest wynikiem całkiem przyzwoitym. Ostatecznie Uncharted 4 nie jest wcale takie super, ot, to dobra strzelanko-platformówka pełna niepotrzebnych dłużyzn, w którą lepiej grałoby się na pececie - z pewnością celowanie byłoby bardziej precyzyjne, a i dużo łatwiej przebiegałaby orientacja na polu walki. Niemniej jednak gra wciąga, wygląda świetnie (chociaż muzyka nadal słaba) i daje satysfakcję. Co prawda nie są to takie autentyczne, a niesamowite wrażenia jak w przypadku klasycznych Thiefów, Outcasta, Heart of Darkness czy Jedi Knighta, ale... Jest całkiem nieźle! Te wszystkie 10/10, GOTY i zachwyty to oczywiście gruba przesada, ale ubawiłem się wcale setnie. PS. Nawet osoby postronne, tylko przyglądające się jak gram, uznały, że U4 jest bardzo fajne. A widziały też Wiedźmina 3 i Beyond: Two Souls i stwierdziły, że słabe. W3 ze względów oczywistych nie nadaje się do oglądania, a Cage jezd gupi.
  2. Ostatni tydzień lub dwa upłynęły pod znakiem próby zniszczenia dzieciństwa i zdradliwego podkopywania ideałów obiektywnie lepszych seriali animowanych lat 90. Dopuścił się tego nie tylko Cross, jakiś czas temu Doug Walker vel Nostalgia Critic przygotował wideo-felieton, w którym stwierdził, że pomimo tego, że dawne filmy i seriale animowane (nie będę pisał o kreskówkach, bo chcę uwzględnić również CGI) jak najbardziej kocha, współczesne są dzisiaj dużo lepsze. Czyżby? Nie podejmę się raczej próby udowadniania wyższości jednego nad drugim (i tak każdy rozsądny człek wie, co jest obiektywnie lepsze), natomiast odniosę się do kilku poważnych braków w argumentacji zarówno u Crossa, jak i Nostalgia Critica. Bo mówią oni (w szczególności ten pierwszy) o klasyce, a z premedytacją lub z powodu zwykłej, zawinionej lub nie ignorancji pomijają całą masę znakomitych tytułów i nurty, które skierowałyby piłkę prosto do bramki współczesnych tzw. bajek. Cross najwyraźniej nie wie o istnieniu całej masy znakomitych seriali animowanych z lat 90. (i troszeczkę później), które są nie dość, że wyjątkowe, to jeszcze na dokładkę czasy współczesne czy tamtą dekadę poprzedzające najwyraźniej tytułów podobnej klasy i kalibru nie mają. Przeoczenie znakomitych Batmanów, klejnotu w koronie seriali animowanych (nie będę nazywał ich ?bajkami?, bo takie szufladki skazują je na okrutne niedocenienie) wręcz przekreśla całą tezę postawioną przez autora. Mamy tutaj bowiem do czynienia i ze świetną, stylową animacją, w pełni wykorzystującą wizualność medium, i ze znakomitymi scenariuszem, postaciami i klimatem. Twórcy serialu stworzyli niezapomniane postacie i postawili je w sytuacjach wyreżyserowanych po prostu rewelacyjnie. Całość aż ocieka charakterem i kipi klimatem. Jak już w komentarzach pod artykułem na głównej wspomniałem, aż żałość bierze, gdy widzi się takiego try-harda jak Nolan próbującego rozpaczliwie budować dramat (a wychodzi mu drama), co skutkuje straszliwą bufonadą, jakiej za cholerę nie da się traktować poważnie. Batmany Bruce?a Timma i Paula Diniego natomiast znakomicie łączą styl, humor i powagę, mrok i lżejsze, lekkostrawne momenty, tworząc rewelacyjnie wyważoną całość, która bawi, intryguje, nieraz smuci lub przeraża, a którą ogląda się przede wszystkim fantastycznie. Dalej Cross wypomina słabsze chwile w serialach, całe odcinki, czasem wręcz całe sezony, jakby w jakikolwiek sposób rzutowało to na odbiór całości. Znakomity serial jest znakomitym serialem nawet w obliczu wad, nieraz całkiem sporych. Raz, że nie można być zaślepionym i nie widzieć uszczerbków, dwa ? jeżeli serial pomimo niedoróbek bądź nawet dość poważnych problemów nadal zachwyca i jesteśmy mu gotowi wystawić nasz odpowiednik 10/10, to znaczy, że jest naprawdę dobry i nie ma co na siłę mu pewnych rzeczy wypominać. Moje ukochane Beast Wars zestarzały się okrutnie, aktorzy mają szczególnie w pierwszym sezonie okropną manierę udawania odgłosów zwierząt, co wychodzi nieraz wręcz debilnie, choreografia walk woła nieraz o pomstę do nieba, a cały trzeci sezon zagubił zupełnie znakomity klimat poprzedników i choć jest przyzwoity, to do wybitnych poprzedników brakuje mu bardzo wiele i wolałbym, żeby się nigdy nie wydarzył. I co? I g**no! Nadal jest to 10/10, BW ze swoim oryginalnym podejściem do obsady, całą gamą świetnie napisanych i zagranych postaci, nietuzinkowymi pomysłami, świetnym scenariuszem oraz dość skomplikowaną polityczną intrygą w tle (rzadko kiedy ma się w serialu dla dzieci z czymś takim do czynienia) jest jednym z najlepszych seriali animowanych w historii, wszelkie inne serie Transformers zjada na śniadanie (w porównaniu z infantylnymi, głupiutkimi i uroczo naiwnymi TF-ami ?84 BW to zupełnie nowa jakość) i aż żal, że mało kto o takich arcydziełach mówi. Jasne, można zripostować, że dobrze rzeczy powinny bronić się same i z tej racji same przyciągać do siebie odbiorców, ale każdy rozsądny człowiek dobrze wie, że wysoka jakość to nie wszystko (zresztą czasami lepiej jest, gdy pewne rzeczy zostają w sferze elitarnej), poza tym to wina nie tych animacji, tylko ludzi, że potrafią przeciwstawić współczesnym tytułom wyłącznie jakieś krowy i kurczaki miast kapitalnego Batman Beyond. Z Walkerem mam większy problem, bo jest on fanem i Animaniaków i Batmana, ale dziwnym trafem zignorował ich istnienie w swoim filmiku. Animaniacy, reprezentujący podgatunek komedii jaki nazwałbym ?rogiem obfitości? oferują rozbudowany humor, na jaki składa się wiele różnych elementów jak slapstick, gagi wizualne, odniesienia do innych dzieł kultury i parodia. Jak to u Spielberga bywa często jest tego za dużo, żart goni żart, a i nie wszystko jest zabawne (dowcip-niewypał czy też po prostu nazbyt hermetyczny też się przecież zdarzają w dużej ilości), ale mimo tego stanowią wybitny przykład intertekstualności, którego złożonością spokojnie mogliby zająć się akademicy. Odniosłem wrażenie, że Cross i NC zarzucają jakoby, że bajki lat 90. nie były tak dobre dla dorosłych widzów jak te dzisiejsze. A niech ich kule biją, tak się mylą ? Batman, pod paroma względami jeszcze mroczniejszy i fajniejszy Batman Beyond (dam Rankinowi obie ręce uciąć, że każdy facet kiedyś chciał ? i pewnie po cichu nadal chce ? ten rewelacyjny futurystyczny kostium Batmana), wspomniane wcześniej Beast Wars, cholera, nawet taki z lekka zalatujący japońszczyzną Exo-Squad oferują dorosłym znacznie więcej niż dzieciom i docenić je w pełni można tylko jak się dorośnie! Wymienione przez Crossa i NC współczesne seriale na CN wyglądają mi na kolejną falę raczej jednowymiarowych, dziwacznych bajek z mojej ulubionej dekady, jakich w ramówce znanej amerykańskiej stacji było wtedy pełno. Nie jest to nic nowego, CN miał Johnny?ego Bravo, jakiegoś diabła- transwestytę czy resztę tej (nie)bożej menażerii, Nickelodeon miał (ma) Spongeboba. Są to dziwaczne (czasami aż nazbyt) animacje o specyficznym, dość abstrakcyjnym poczuciu humoru, które się lubi albo i nie lubi. Dzisiejsze bajki robią to samo, ale muszę im postawić czerwoną kartkę. Spongebob i reszta mieli pewnie całą masę momentów, w których myśleliśmy, że to wszystko jest jakieś chore, ale dla przeciwwagi były osadzone w konkretnym uniwersum z konkretną osią fabularną serie z nurtu produkcji mrocznych (wymieniałem przykłady wcześniej, więc będziecie wiedzieć, o co chodzi), które nieraz poruszały tematy zaskakująco ciężkie i mroczne (w tym przoduje dla mnie BB). Współczesne produkcje nie dość, że tego nie mają, to jeszcze często są mocno lewicujące. Kontrowersyjnych Simpsonów watykańscy teolodzy swego czasu chwalili jako świetną opowieść o zmaganiach katolickiej rodziny z otaczającą ją rzeczywistością (czy jakoś tak), a u tych nowych bajek Walker wychwala homopropagandę. Bajkoprawica jest obiektywnie lepsza, przynajmniej raczyła małych mężczyzn rzeczami świetnymi i imponującymi i uczyła ich rzeczy konkretnych, a nie czegoś, co zgubi zachodnią cywilizację jak niegdyś starożytny Rzym. I tym optymistycznym akcentem zakończmy.
  3. O PANIE, TO TY NA MNIE SPOJRZAŁEŚ. Nic innego nie ciśnie mi się na usta i klawiaturę po kontakcie z fabrykatem tajemniczej korporacji MicroSol. Och tak, to MicroSol! Recenzowaną płytę można pobrać (za darmo) tutaj: https://nakrikal.ban...no-its-microsol MicroSol pokazuje środkowy palec mainstreamowi, współczesnym standardom produkcji muzycznej, ba, nie boi się go wystawić także oczekiwaniom słuchaczy, zwodząc ich obietnicami brzmienia niczym Boards of Canada, czyli ulubionego zespołu hipsterów elektroniki (słuchać tego to tak jakby na stwierdzenie ?Hej, słucham metalu? odpowiedzieć ?O, to fantastycznie! Metalliki może??) lub cokolwiek, co wypuszczają jadące na współczesnej retromanii (bo współczesność nie może wytworzyć własnych wartościowych dóbr kultury, więc wytwarza nędzne podróbki wartościowych dzieł kultury z dekad poprzednich) wytwórnie jak Telefuture czy Aphasia Records, po czym brzmi zupełnie inaczej. To nie kolejny Perturbator z głupkowatego Hotline Miami czy innych pseudozabawnych pastiszy lat 80, próbujących udowodnić, że to te czasy były głupsze niż obecnie, choć jest zupełnie odwrotnie, bo to dziś mamy do czynienia z intelektualnym holokaustem. MicroSol obdarza słuchacza synth popem o własnej osobowości, jakże odmiennej od współczesnego kiczu, jakże naturalnej i jakże miłej słuchaczowi! MicroSol ma za nic współczesne wytyczne realizatorów dźwiękowych i producentów muzycznych. Nie bierze udziału w żałosnych loudness wars. Wystawia faka wokalocentryzmowi. Ale nie, nie znaczy to, że ma tzw. dobre brzmienie w poważaniu. Nie, to nie kolejny internetowy chłam, którego miksem zajmują się ludzie, którzy w ogóle nie wiedzą, co w życiu dobre. MicroSol tworzy swoje własne, oryginalne brzmienie. Posłuchajcie choćby perkusji! Na świętości niezliczone, to nie metronom 4/4, jakby słuchacze byli idiotami, MicroSol podnosi kompozycje perkusyjne w popie do rangi sztuki, choćby wyczyniając prawdziwe cuda podwójną stopą! Przecież te czary kick drumem zawstydziłyby ogromną rzeszę zespołów metalowych! MicroSol nie boi się apoteozy tego, co w sekcji rytmicznej najważniejsze i czyni perkusję prominentną w miksie. To nie kolejny durnie posklejany metalowy utwór, w którym najgłośniejsze są czerstwe gitary i wokal najczęściej będący uosobieniem chłamu, a uczynienie perkusji ledwie słyszalną powoduje, że taki utwór traci jakikolwiek impet na dobre przed tym, jak się rozpocznie. Perkusja czarodziejów z MicroSol brzmi soczyście, basiście i wybija takie rytmy, że będziecie zachwyceni. Choć uważam retro-historycyzm w recenzjach muzycznych ("Najnowszy krążek Paradinas pławi się we wpływach italo disco, chillwave, piano house i innych, "Taikon" jest niczym southern hip hop na modłę Vangelisa, a całość, choć raczej grubo ciosana w stosunku do poprzedników płynie na fali odrodzonego gatunku house") i wywodzące się z YouTube?a idiotyczne ?Hej, ta płyta brzmi jak połączenie Muse, Deftones i The Beatles oraz elementami Crystal Castles i Radiohead! 7/10? za rzeczy kretyńskie i coś, co człowiekowi porządnemu nie przystoi, jedno mi przychodzi na myśl po spotkaniu z dziełem MicroSola. Ono aż krzyczy GODFLESH i zdaje się gloryfikować pionierów industrial metalu z Birmingham (jakże lepszych i ciekawszych od przeżutego przez hordy kucmentali Black Sabbath). Wszystko to poprzez rytmy perkusyjne, zapewnione przez świątobliwego, chwalebnego Alesisa. Jeżeli coś aspiruje do miana retro, a nie skorzysta z błogosławieństwa Alesisa to nie jest to retro, a kał. Od początku do końca MicroSol swoim pierwszym długogrającym krążkiem wręcz zalewa słuchacza wspaniałymi dźwiękami o niezwykłym klimacie czasów minionych przez trzydziestoma już laty, wspartymi przez wychwalone już potężne perkusyjne uderzenia. A wszystko to utrzymane w post-ironicznej atmosferze ? jakże inaczej można używać niewyszukanych lirycznie wokaliz o miłości i byłych kochankach jak tylko ironicznie? Inaczej można tylko miotać czupryną w tę i we w tę. Albo chociażby przedostatni utwór na płycie, nim zamknie się ona w finałowej feerii pejzaży dźwiękowych, chórów, organów i innych niechybnie niebiańskich instrumentów, owocu spotkania Captaina Noba z Rift Kingiem. ?The Concluding Rites?, nawiązując do czynności i rytuałów kończących katolicką Mszę, naigrawa się z oczekiwań słuchacza, który spodziewa się utworu mroczniejszego, mocno melancholijnego, ale klimat ten zupełnie zmienia ironiczna, tropikalno-relaksująca linia basu. MicroSol ma za nic oczekiwania słuchaczy! Ale to dobrze dla nich. Obyśmy otrzymywali więcej takich dzieł jak obiektywne dobro kulturowe wytworzone przez MicroSol. Nadszedł czas, żeby współcześni g(ł)ównonurtowi słuchacze przestali narzekać, że muzyka współczesna jest do niczego i skończyła się na Kill?em All ? jak można poważnie traktować kogoś, kto oficjalnie naśmiewa się z Justina Biebera, a nieoficjalnie na imprezach jakimś cudem zna teksty piosenek disco polo i śpiewa je bez żażenowania? Jak można poważnie traktować kogoś, kto skupia się na kilku ?klasycznych? wykonawcach podrzuconych mu przez tych samych ludzi, którzy tejże właśnie osobie wciskają w gardło Selenę Gomez i wybryki Miley Cyrus i narzeka, że współczesną muzykę charakteryzuje bieda, choć na pobożnego, wiernego wyznawcę czekają ukryte prawdziwe skarby, łaski i cnoty? Szukajcie, a znajdziecie! Wtedy przybędzie MicroSol i was sowicie obdarzy. Przyjmijcie dar MicroSola. A kto MicroSolowi sprzeciwi się i odmówi, to taki los go czeka i dobrze:
  4. Na cztery tygodnie przed premierą Jurassic Park ukazał się pewien całkiem interesujący film. Oparty na powieści śp. australijskiego pisarza Johna Brosnana Carnosaur ukazywał w roli szalonego naukowca Diane Ladd, która, co ciekawe, jest matką Laury Dern. Dlaczego o nim wspominam? Bo jak ujrzałem jeden z najnowszych zwiastunów Jurassic World jak nic przyszło mi do głowy, że to właśnie Carnosaur, tylko w wersji blockbuster. "InGenu Dzienniczek Polowy" jest do pobrania w tym miejscu. W książeczce materiały behind the scenes oraz cała masa interesujących, a szerzej nieznanych materiałów graficznych. Jurassic World nie miał łatwego życia, albowiem aż dziesięć lat musiało minąć, zanim kultowe dinozaury powróciły na ekrany kin ? i to jeszcze we wcale wielkiej chwale. Steven Spielberg oficjalnie ogłosił Jurassic Park IV ? jak jeszcze wtedy ten film był zatytułowany ­? w kwietniu 2002, a w międzyczasie Sam Neill raz potwierdzał, a raz zaprzeczał swojemu udziałowi w tym projekcie. Słychać było także o Jeffie Goldblumie, Keirze Knightley i Richardzie Attenborough, choć tradycyjnie wszyscy zdążyli na zmianę odejść i powrócić z tysiąc razy. Jednym z pomysłów było nagranie filmu o najemniku Nicku Harrisie, który na czele oddziału zmutowanych deinonychów do zadań specjalnych wyruszyłby na misję ratunkową. Brzmi znajomo? Żaden ze scenariuszy nie zadowalał jednak samego Spielberga, który nieustannie nakazywał kolejne rewizje. Nie działo się nic specjalnego poza zabawą w Whack-a-mole, jedynie Joe Johnston ogłosił w 2010, że Jurassic Park IV byłby rozpoczęciem zupełnie nowej trylogii. Reżyserem został Colin Trevorrow, znany z niezależnej komedii sci-fi Safety Not Guaranteed. Po jego obejrzeniu Kathleen Kennedy i Frank Marshall byli nim zachwyceni tak, że nie pozostało im nic innego jak tylko nająć go do tej roboty. Pomysły z poprzednich scenariuszy zostały wykorzystane, ale mocno ograniczone ? zostawiono ideę relacji między człowiekiem a raptorami oraz motyw krwiożerczej hybrydy, ale tym razem osadzono je na gruncie w pełni działającego Parku Jurajskiego. 10 czerwca 2015 Jurassic World wreszcie trafia do kin. Wyniki finansowe są naprawdę imponujące. Jako pierwszy film w historii zarobił na całym świecie 500 milionów zielonych przez jeden weekend, najszybciej zeszło mu uzbieranie jednego miliarda dolarów i okazał się być nie tylko najbardziej dochodową częścią serii Jurassic Park, ale także piątym najbardziej kasowym filmidłem w historii. Finanse finansami, te interesują księgowych, nas nurtuje inne pytanie ? czy Jurassic World jest dobry? Ladies and gentlemen... Welcome to Jurassic World Akcja Jurassic World rozgrywa się 22 lata po wydarzeniach z pierwszego filmu. Na Isla Nublar stoi w pełni funkcjonujące zoo z dinozaurami, którym włada obecnie Masrani Global Corporation na czele z Simonem Masranim (granym przez dobrze znanego w świecie Bollywoodu Irrfana Khana). Wszystko układa się bardzo dobrze, park żyje i przynosi zyski, dinozaury są nadspodziewanie spokojne, nic, tylko przeliczać szeleszczące banknoty. Ale... udomowione, łaskawie grzecznie się zachowujące gady są nudne! To przekłada się na coraz mniejszą liczbę odwiedzających i ciężki orzech do zgryzienia dla Claire Dearing (Dallas Bryce Howards), menedżer parku. Aby rozwiązać ten problem powstaje koncepcja stworzenia dinozaura-hybrydy ? większego, głośniejszego, groźniejszego i bardziej uzębionego. To niechybnie przełoży się na zwiększoną liczbę odwiedzin i atrakcyjność parku! Czy to nie jest czasem Hollywood w pigułce? Tradycyjnie w pewnym momencie guano trafia w przerębel, a wielka i niesamowicie groźna hybryda, ochrzczona mianem Indominus Rex, spektakularnie ucieka ze swojej klatki i jeszcze bardziej spektakularnie zaczyna obracać Świat Jurajski w perzynę. A wszystko to w atmosferze naigrawania się ze współczesności i naszego znudzenia tym, co rzeczywiste i co naprawdę urocze. A tyranozaurowi uroku odmówić nie sposób, prawda? Pierwszą ważną różnicą w stosunku do oryginału jest klimat. Wspaniałe lata 90. odeszły w niepamięć, niezwykle urokliwy Park Jurajski ustąpił nowej wizji, która wygląda co prawda niesamowicie (w szczególności wspaniałe Centrum Odwiedzających), ale też nie ma tego ?czegoś?. Turystów pełno, product placementu również ? zniknęła gdzieś ta ?intymność? znana z pierwszej części. Niekoniecznie jest to wada Jurassic World­ ? to w końcu element składowy komentarza na temat współczesności. Spójrzcie tylko na obsadę! Starlord Chris Pratt i Bryce Dallas Howard w niczym nie przypominają niesamowicie zwyczajnych Sama Neilla, Laurę Dern i Jeffa Goldbluma. Są dużo bardziej atrakcyjni fizycznie, a tego pierwszego nie sposób nie polubić ? to taki współczesny Indiana Jones łączący w odpowiednich proporcjach muskulaturę i sprawność fizyczną z pyskatą gębą rzucającą żarcikami i jednolinijkowcami na prawo i lewo. O tym trzeba wspomnieć koniecznie, bo humor w filmie jest obecny w dużych ilościach. To zdecydowanie najzabawniejsza część serii, choć może nie każdy z gagów wypala. W poprzednich częściach humor był nienachalny i bardzo łatwo było go przeoczyć, ale nie znaczy to, że z Jurassic World jest pod tym względem źle. Aktorstwo generalnie oceniam na plus, można czepiać się dzieciaków, szczególnie zblazowanego Zacha, ale ten aspekt filmu budzi emocje jak najbardziej pozytywne. Były pogłoski, że Jurassic World będzie kolejnym (zbędnym) rebootem i w pewnym sensie jest to prawda. Trevorrow i Spielberg chcieli stworzyć fantasy dla współczesnego pokolenia, składając jednocześnie hołd poprzedniej trylogii, czego efektem jest cała masa nawiązań, czy to w postaci przedmiotów z poprzedniego parku, ujęć czy wręcz struktury fabularnej. Początkowo planowałem poświęcenie oddzielnego rozdziału temu wątkowi, bo i byłoby o czym pisać ? niemniej jednak takie dyskusje są dla fanów i ich miejsce jest na forach. Efekty specjalne Jurassic World to temat kontrowersyjny, głównie z powodu nadużywania CGI. Nie łudźcie się ? animatroniki jest tutaj tyle, co kot napłakał, ot, jeden zdychający apatozaur. Mówiło się o raptorach, makietach innych dinozaurów, ale można to między bajki włożyć, bowiem wszystko i tak wygenerowano komputerowo, a Pratt i s-ka uciekali przed piłeczkami ping-pongowymi i wyimaginowanym zagrożeniem. Ściągnięto ekipę śp. Stana Winstona chyba w ramach fan service, choć trzeba przyznać, że przynajmniej nie kręcono wszystkiego na blue screenie i zbudowano chociażby spory wybieg dla raptorów, który wg słów aktorów był niesamowicie realistyczny i pełen szczegółów, z których wiele i tak w filmie nie widać. CGI natomiast... Wielbię IL&M i uważam ich za największych czarodziejów branży, ale film wcale nie wygląda rewelacyjnie. Poprzednie części do dzisiaj potrafią zrobić ogromne wrażenie, szczególnie trójka, ale to właśnie dzięki temu, że w dużej mierze posłużono się animatroniką, a nie efektami komputerowymi, za pomocą których generuje się dzisiaj nawet sok na stoliku. Kluczowym elementem jest muzyka, do skomponowania której zatrudniono Michaela Giacchino. Nie jest on bynajmniej nowicjuszem w tej franszyzie, odpowiada on za ilustrację muzyczną gier The Lost World: Jurassic Park oraz Warpath: Jurassic Park, nie wspominając już o Lost, trzech pierwszych częściach Medal of Honor czy też najnowszych Star Trekach lub Planet of the Apes. Podobnie jak w przypadku pozostałych aspektów filmu mam mieszane uczucia ? z jednej strony Giacchino skomponował świetne, mroczne, znakomicie budujące nastrój utwory, z drugiej rozrzedził całość kompozycjami, na które wyraźnie wpłynęły współczesne, a szkodliwe dla tzw. soundtracków trendy, czyli pseudoepickość i nieznośna hałaśliwość tychże rzeczy. Na kiego grzyba wygrywająca rytm perkusyja w jednym z nowych motywów skomponowanych dla parku Masraniego? Finałowy miks charakteryzuje się również brzydkim brzmieniem ? jest nazbyt głośny i przeładowany basem, zupełnie jakby odpowiadał za to Zimmer. Nie da się również ukryć faktu, że Maestro Williams jest prawdziwym mistrzem w swoim fachu i Giacchino tutaj mu na pewno nie dorówna. Posłuchajcie sobie niezwykle złożonego instrumentarium z pierwszego JP! Posłuchajcie sobie w jaki sposób użyto tam chórów! Nie oznacza to, że Jurassic World ma słabą muzykę, co to, to nie. Niestety jest ona nierównej jakości, chociaż na duży plus zapisuję motyw I-Rexa. Poltergeist otrzymał zupełnie bezsensownego, wypranego z czegokolwiek dobrego remake?a. Po co przerabiać coś, co jest świetne i niezwykle klimatyczne, a czego atmosfery po prostu nie da się podrobić współczesnymi środkami? Jurassic World na szczęście nie jest filmem słabym. Niestety nie jest też filmem świetnym. To po prostu sprawnie zrealizowane kino przygodowe z całkiem przyjemną atmosferą i świetną obsadą, któremu jednakże po prostu brakuje uroku przede wszystkim pierwszej części, do której najbardziej nawiązuje. Trevorrow nie ma też takiego oka do szczegółów jak Spielberg, choć kilka ujęć jak najbardziej mu wyszło, chociażby brutalna ? i, jak argumentuje Devin Faraci z Birth.Movies.Death, cokolwiek bezsensowna - scena z kobietą wrzuconą przez pterozaury do ?basenu? z mozazaurem. Toy Story 3 swego czasu pomimo OGROMNYCH uprzedzeń, jakie wobec tego tytułu miałem zaskoczyło mnie niesamowicie i zachwyciło niemożebnie. Ba, nawet nowi Avengersi, po których nie spodziewałem się niczego poza kasą zmarnowaną na bilet na film nudny i nieciekawy okazali się być bardzo fajni. Jurassic World natomiast, pomimo tego, że to film dobry i warty obejrzenia, zachwytu we mnie nie wzbudził. Ostatnie 10 minut, choć niezwykle efektowne i imponujące w pewnym momencie sprawiło, że się skrzywiłem z pewnym niesmakiem, bowiem JW ma kilka obrażających inteligencję chwil. Mimo to ? jest dobrze. Ale 2015 należeć będzie do Gwiezdnych wojen. PS. Nadal uważam, że gdyby Jurassic Park: The Game przerobić na film to byłoby to znakomite dzieło.
  5. Sklep GOG.com, któremu skądinąd kibicuję z całego serca wpienił mnie ostatnio całkiem mocno swoją hipokryzją. Nie jestem już specjalnie zainteresowany Hatred (choćby dlatego, że tu wcale nie chodzi wyłącznie o rzeź niewiniątek wymagania sprzętowe gra ma wysokie, bo to UE4), ale kibicuję jej, żeby wybroniła się jakością i utarła nosa wszelakim SJW. Dystrybucji Hatred z powodu kontrowersyjnych treści odmówił sklep, który w swoim katalogu ma takie produkcje jak: http://www.gog.com/game/postal_classic_and_uncut http://www.gog.com/game/postal_2 http://www.gog.com/game/carmageddon_max_pack http://www.gog.com/game/carmageddon_2_carpocalypse_now Ktoś mógłby wprawdzie bronić Postala: "ale to przecież gra ironiczna, przecież można dwójkę przejść bez zabijania nikogo (lol, bo komuś niby się chce)", czy też Carmageddona: "rozjeżdżanie przechodniów to tylko wesoła otoczka gry, która bez tego byłaby tak czy siak świetną samochodówką ze znakomitym modelem fizyki jazdy" i taka osoba miałaby rację, ale... Problem w tym, że Hatred też jest "normalną" grą ze ześwirowaną, brutalną otoczką. Zabijanie przechodniów szybko staje się tłem dla innych czynności, natomiast ponoć w połowie gry pojawia się jakaś naciągana motywacja. Szach mat, progresiści. Podejrzewam też, że jakość wykonania Hatred przebija żałosnego Postala, który nie powinien się w katalogu GOG w ogóle pojawić, żeby utrzymać wysoki poziom jakości oferowanych produkcji. To gra, która jest kultowa tylko z powodu kontrowersji, wszystko inne w niej jest do bani. W czym więc jest lepsza od Hatred?
  6. Obawiam się, że od polityki tak samo jak od ideologii uciec nie można.
  7. Gierki fajniejsze, nie?
  8. W czym dyskusje o polityce są gorsze od pytań typu "jaki jest twój ulubiony baton"?
  9. Zastanawia mnie i w gruncie rzeczy smuci nieco pewna rzecz, a mianowicie to, czego wielu graczy w grze szuka. A nie szuka obcowania z misternie skonstruowaną mechaniką, która radochą obdarza i grywalność zapewnia, ale zwraca uwagę na tak trywialne i nic nie znaczące rzeczy jak fabuła. Przede wszystkim zaś na to. Problemów z tym rozumowaniem jest bez liku, jakby zamienić to na jedzenie, to by niejedną afrykańską wioskę tym wyżywił. Rozważę ich tylko kilka, bo nie lubię mnożyć bytów bezzasadnie, a pierwszym tym problemem będzie wskazanie esencji gry. Gra w swej najprostszej postaci to koncept i mechanika wprowadzająca ów koncept w ruch i umożliwiająca nam interakcję z nim. Pamiętacie taką produkcję Demigod? W pierwotnym stadium rozwoju były to naparzające się proste, jednokolorowe ostrosłupy i graniastosłupy, a zespół pracujący nad tym tytułem spędzał na zabawie w to długie godziny, czerpiąc radochę niemałą. To jest pierwotna zupa. Dalszym stadium było dodanie różnych przypraw i elementów, dzięki czemu jednolite białe tło stało się uniwersum fantasy, sześciany dobrze wykonanymi i pełnymi szczegółów modelami potworów, a jedna z tych brył księciem, który miast naparzać sześciany i kulę bo tak naparza je, bo chce się pochwalić swoim e-penem księżniczce, z którą marzy mu się spółkować. W gruncie rzeczy to i tak wszystko sprowadza się do "bo tak". Liczy się rdzeń rozgrywki, wszystko inne to tylko dodatki, które mają nam dodatkowo umilić zabawę, ale też niekoniecznie. StarCrafta miłuję między innymi za uniwersum, ale Koreańcy miłują tę grę za rdzeń, a losy Raynora mają w rzyci. Druga rzecz - czy gry bez fabuły są mniej wartościowe? Ja tam wolę sobie pograć w dobrego arkanoida, który po prostu rządzi jako gra niż w takiego Mass Effecta 3, który męczy mnie jakąś głupią fabułą, której prezentacja sprowadza się wyłącznie do zabawy w film. Chcę film, to obejrzę go na telewizorze lub w kinie, jak gram, to chcę naciskać klawisze i myszem majstrować, a nie siedzieć bezczynnie i oglądać głupoty. Często ich zresztą przeklikać się nie da... No i problem trzeci - jak ktoś wam fabułę zdradzi, to co wtedy? Automatycznie gra traci na wartości, nie warto już się nią bawić, bo co z tego, że jest to na przykład wyśmienita strzelanina zmieniająca gatunek skoro wiemy, że mordercą jest ogrodnik? Badania pokazują, że wbrew pozorom spojlery są jednak zbawienne i paradoksalnie pomagają nam w cieszeniu się daną produkcją. I coś jest na rzeczy, bo np. zamiast z niecierpliwością przechodzić kolejne misje, byle tylko poznać szczegóły fabuły, by nikt nam ich przedwcześnie nie zdradził (jak w HotS) mogę się cieszyć pyszną zabawą, bo choć znam fabułę i scenariusz, to radości mi to z gry nie odebrało i mogę się na niej skupić (Outcast). Pomijam milczeniem kurioza jak Heavy Rain, gra niegdyś za grube pieniądze, a tu jeszcze twórca każe nam zagrać tylko raz i tyle. Na co to komu? Podobnie jest zresztą z tekstami piosenek w muzyce. To nie one stanowią istotę muzyki! Czy przez to, że w jakimś utworze symfonicznym nie ma tekstu oznacza, że jest on mniej wartościowy pomimo swego piękna i kunsztu muzycznego? Czy tylko dlatego, że jakiś raper coś tam plecie w trakcie bitu (dumnie tzw. "przekaz") ta jego "muzyka" od razu musi być gloryfikowana, a ucho przymykane na oczywiste uchybienia jak ogólne jazgotanie, karygodna produkcja i mierna dykcja? Otóż nie! Hip-hop to muzyka, więc tzw. podkład powinien dawać przyjemność z odbioru, a nie liczy się to, co ktoś przekazuje, ale JAK to przekazuje, tj. jak brzmi jego wokal. Nie wspominając już o tym, że nieraz odczuwałem straszny ból, gdy muzyka radowała me uszy, ale przekaz jaki niosła... Dość powiedzieć, że Kurpśowi nie uśmiechałoby się słuchanie muzyczki wprawdzie pysznej, ale w której niefajny pan mówi, że cerkiew jest głupia, bo kawki kiedyś muzułmanom świninę sprzedały (i słusznie). Co z tymi nieszczęsnymi recenzjami? Trzeba pamiętać, że nie wolno przesadzać z długością i zabawą w wymienianie. Fakty bez interpretacji są bezużyteczne, a w grze liczy się nie to, jakie ma mechanizmy, ale jak one się sprawują, działają czy też nie? Smuggler i ME3 to jest najlepszy (najgorszy?) przykład, jak recenzji NIE pisać. "Znakomita" część tego tekstu to rozwodzenie się nad tym, jak bardzo Jerzy przeżywał wydarzenia na ekranie. A co mnie to obchodzi! To, że Mandarynowi spodobało się wzdychanie do wirtualnej Kerrigan nie uzasadnia np. wystawienie HotS-owi 10/10. Druga sprawa - jak np. ma na katolicyzm nawrócić się ktoś, kto nigdy wcześniej w rodzinie nie zaznał łaski obcowania z tą wspaniałą religią, a jedyne, z czym ma do czynienia to gadki szmatki o "przekazywaniu wiary z dziada pradziada"? Jak ma się zatem do katolicyzmu odnieść, który jest uniwersalny, a sponiewierany subiektywizmem i fałszywym postrzeganiem? Na zakończenie powiem, że nie jest prawdą, że liczy się to jak gra się zaczyna, a jak kończy. Bogu jest ogromnie miłe, gdy zbrodniarz nawraca się pod koniec żywota swego i Pan nasz miłościwie go przyjmie, o ile ów człek tego zechce, ale gra to jest zabawka! Czy Slave Zero musi dostać ode mnie 1/10 tylko dlatego, że finałowy boss jest beznadziejny, choć cała reszta gry naprawdę mnie wciągnęła i dobrze się bawiłem? Owszem, końcówka słabiutka i trochę całości obraz zepsuła, ale w sumie rzadko kiedy mam ochotę kończyć daną grę. Rzadko kiedy też mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku po ukończeniu kampanii, a nawet i np. losowej bitwy w jakimś RTS-ie. Końcówka takiej bitwy w Total Annihilation to wyszukiwanie i eliminowanie niedobitków, co jest nudne i parszywe (a C&C Tiberian Sun w tym już w ogóle przoduje, 20 minut spędzamy na szukaniu ostatniego stanowiska SAM ukrytego gdzieś w lesie), a najlepsze ruchawki już dawno za mną! Nie cel podróży się liczy, ale podróż, jak to Kreia mawiała, ! Nie chodzi o to, by grę skończyć (zaliczyć? fe, jak to brzmi), lecz by z nią obcować przede wszystkim. Dixi.
  10. Budyń czy bigos i co sądzisz o wygranej budyniu? (Podejrzewam: Gralem w Wiedzmina i to byla dobra decyzja.) Zero dyskusji o polityce. Ojej, nie czerwień się tak.
  11. GTA V szczytowym osiągnięciem branży? Niby z jakiej paki? Jak to dobrze, że macie w redakcji Crossa i Berlina.
  12. Dorabiasz po godzinach jako proktolog? A jeśli nie to jak inaczej wyjaśnić tę twoją dziwaczną fascynację cudzymi rzyciami, jaką ostatnio przejawiasz? Jestem gejem. Zadowolony? A takze lesbijka i masonem. Drugie pytanko: co sądzisz o wczorajszej debacie? (choć podejrzewam, że nie oglądałeś i masz to w d...) Gralem w Wiedzmina i to byla dobra decyzja.
  13. Mój pierwszy mixtape zawierający muzykę drum and bass wszelakiej maści - od mroczego, pokręconego łojenia poprzez drumfunk po przyjemne, relaksujące utwory z gatunku atmospheric drum and bass. Uwzględniłem w nim takich tuzów jak Ibunshi czy Kid Kryptic. Zapraszam do słuchania! Część przyjemno-melodyjna zaczyna się w 43:55.