BlackMoon

Forumowicze
  • Zawartość

    710
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O BlackMoon

  • Tytuł
    Elf

Sposób kontaktu

  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    nie powiem
  • Skąd
    Kraina Gadających Lisów
  • Zainteresowania
    Jak przystało na mój typ osobowości (70: Chaos), zainteresowania zmieniam co chwila. Stałe pozostaje jedynie zamiłowanie do mang i pisania.

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Inne

Ostatnie wizyty

10173 wyświetleń profilu
  1. Bez sensu.

    Ostrzegam: to jest wpis z kategorii "BEZ SENSU", czyli coś, co jest kompletnie niepowiązane z tematyką bloga i powstaje tylko wtedy, gdy odbija mi. Od zawsze miałam słabość do tworzenia mnóstwa postaci... ... nie znaczy to chyba jednak, że posiadanie wszystkich w ilości łącznie około 30 i więcej jest normalne? Cóż. Niedługo pojemność mojej głowy zmniejszy się drastycznie i powstanie coś takiego, jak to niżej. Heh.
  2. Z upływem czasu, ja też nie czaję. A tak na serio - czego dokładnie? Mogę wytłumaczyć, bo mam zaiste ogromny talent do pisania w niezrozumiały sposób.
  3. Dwa - Pani Słowik, Pogromca Melonów

    Bach! Kij bejsbolowy uderzył w podrzucony owoc. Owoc - melon - poszybował naprzód, bezradny wobec nieuniknionego losu - śmierci od roztrzaskania się o zimną, betonową ścianę. Trzask! Kto wie? Może ów melon miał dom, rodzinę, teściową? Nie wiem. I już, zapewne, nigdy się nie dowiem. Roztrzaskana skorupa upadła na asfalt. Słodki sok spływał po ścianie. Siup! Obita w bezpalcową rękawiczkę ręka, zwinnym ruchem chwyciła kolejny owoc ze stosu. Podrzuciła go. Bach! Trzask! Siup... Ten cykl zdawał się nie mieć końca. Stos melonów malał z każdą chwilą, trzaski wrzynały się w uszy, ściana łapczywie spijała słodycz soku... -Hmm? Oprawca zamarł, z ręką wyciągniętą w stronę czekających na śmierć melonów. Nos poruszył się, badając obecne w powietrzu zapachy. -Hmm. Tej woni nie było tu wcześniej, ale oprawca znał ją doskonale. -Ech. Pełne dezaprobaty westchnienie. -Możesz wyjść, Dante, gdziekolwiek się schowałeś. Toteż wyszedł. Skoczył, właściwie. Dach starej chatki zatrząsł się, gdy opuścił go wadzący mu ciężar. Szpieg wylądował zgrabnie tuż przed oprawcą. Był to młodzieniec, od którego wręcz biła radość z życia. Każdy element tego człowieka - fioletowe loki, biały garnitur, ręce wyciągnięte w powitalnym geście - wszystko to emanowało ogromną energią, zaraźliwym entuzjazmem. W istocie, entuzjazm Dantego był zaraźliwy. Nawet największy ponurak nie mógł się nie uśmiechnąć z żartów, którymi ten showman sypał jak z rękawa. Istniał jednak jeden, jedyny wyjątek od Prawa Dantego. Oprawca. Miał on wiele imion i używał wszystkich, z wyjątkiem tego, które nadali mu rodzice. Czy też jej. Bowiem Oprawca był kobietą. W przeciwieństwie do swojego gościa, od Oprawcy (Oprawczyni?) płynęła aura depresyjnego ponuractwa, która wszystkich odstraszała. Rude włosy spływały po ramionach, lekko rozczochrane za sprawą złośliwej bryzy morskiej. Krótka, biała sukienka eksponowała długie nogi. Złote oczy mierzyły niechętnie przybysza. Ale on się tym nie zraził. -Aelin! - zawołał, próbując ją objąć. -Dawno Cię nie widziałem, kochanie! Przytulił powietrze, bo 'Aelin' szybko odsunęła się na bok. -Trzy zasady - warknęła, podnosząc kij. -Nie przytulaj mnie. Nie nazywaj mnie per 'kochanie'. NIE MÓW DO MNIE PO IMIENIU. -Rozumiem! - Dante skłonił się ironicznie. -Proszę mi wybaczyć, zapomniałem kompletnie o tym! -Nie zapomniałeś, po prostu próbowałeś mnie złamać. -To prawda, 3-D! 3-D prychnęła. -To imię jest tutaj niedostępne. -Hę? - Dante wyprostował się, zaskoczony. -Dlaczego? Rudowłosa przewróciła oczami. -Kou sobie umyśliła, że tutaj - wolną ręką pokazała na ich otoczenie - jestem Panią Słowik. -Pasuje do Ciebie to miano, Słowiku. -Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a roztrzaskam cię o ścianę. Podniosła wzrok, nie zwracając już uwagi na panicza o fioletowych włosach. -Znowu coś wymyśliła - mruknęła pod nosem. -Mam niejasne wrażenie, że cała ta sytuacja to tylko kawałek tekstu, który właśnie ktoś czyta...
  4. Dzień dobry! (dobry wieczór, właściwie)
  5. Jeden - Głowa Kou

    Mimo, że głowa każdego człowieka w środku wygląda tak samo, to tak naprawdę wcale tak nie jest. Niektórzy wyobrażają sobie swoje głowy jako miejsca niezwykłe, w których rodzą się cudowne i niecudowne idee. Ale ja nic nie wiem. Może tylko ja wyobrażam sobie swoją głowę w ten sposób? To jest coś jak słynny Labirynt Dedala. Gdzieś tam krąży Minotaur, a wyjść można tylko za pomocą nici Ariadny. Osobiście, nie mam problemu z poruszaniem się po moim Labiryncie - znam na pamięć drogę powrotną, a Minotaurem jest mój kot, rudy Feliks, który nie dość, że nie jest groźny, to jeszcze wyłapie wszystkie zabłąkane szczury! Ot, dlaczego warto mieć kota. Pomieszczeń jest multum. Ogródek, w którym hoduję Kwiaty Weny - rośliny wyjątkowo kapryśne, gdyż nie sposób przewidzieć, kiedy zechcą zakwitnąć. Nie można opisać Kwiatu Weny, bo każdy z nich wygląda inaczej, każdy dzierży inny pomysł. Dawniej przechowywałam Wenę w specjalnych słoikach, ale było to niewygodne. Czasami słoiki po prostu nie chciały się otworzyć. Kwiatki są lepsze, bo wystarczy je podlać raz na jakiś czas. Przejście między Podświadomością a Świadomością to ciasny pokoik, który oświetla jedynie kolorowy neon, informujący o tożsamości tej ciasnoty. Pustkowie Niepamięci... to miejsce nie jest ani trochę przyjemne. Wygląda jak zwykła, wielka pustynia, ale złocisty piach bynajmniej nie służy do tworzenia piaskowych zamków. Tak naprawdę pochłania on wszystko, co miało nieszczęście znaleźć się na jego powierzchni - w tym istoty żyjące. Głównie postacie, dla których nie ma zastosowania w opowieściach. Szansa, by wydostać się stąd, jest niewielka. Otchłań Kreatywności zaś jest kanionem, na którego dnie płynie rzeka, a w rzece ryby. Wspominałam już o Kwiatach Weny - jaki jest więc sens posiadania Otchłani Kreatywności? Z kwiatów korzystam ja, z Otchłani - moje twory. W rzece pływają różne gatunki ryb, każdy zawiera pomysł. Im lepszy pomysł, tym trudniej złowić daną rybę - największy rarytas to ryby latające. Przy krawędzi kanionu można rozpalić ognisko, a tam upiec i zjeść swoją zdobycz. Zdobyta cecha złączy się wtedy z postacią. O licznych moich mieszkankach już nie wspomnę. Prawdę mówiąc, w głowie Kou jest wszystko. Ale przejście do Kouniwersum jest tylko jedno, w samym środku Labiryntu. Przejdź nim - wylądujesz w sklepie handlarki rupieciami, Tarantuli. Stamtąd droga do dwóch Wszechświatów jest już łatwa. Chyba, że spotkasz Panią Słowik po drodze, wtedy łatwo nie będzie.
  6. W takim razie przepraszam za ten wpis. I dzień dobry!
  7. Zaczynam bloga.

    Witam wszystkich na blogu o nazwie "Kouniwersum". Hmm. Nie mam pojęcia, o czym pisać w tym pierwszym wpisie. Pierwszy wpis jest ważny. Tak myślę. Może, w takim razie, opowiem coś o sobie? ... Nie. Od tego jest profil. Tak myślę. W takim razie powiem, co tutaj się będzie znajdować. "Kouniwersum" to nie tylko nazwa bloga. To też (chyba) oficjalna nazwa wymyślonego przeze mnie świata. Ten blog będzie zawierać moje opowiastki związane z tym uniwersum. Tak. Poniżej znajduje się mój własny rysunek jednej z moich głównych postaci - Trzy-De. (Fri-Di). Jak widać, nie umiem za bardzo rysować. To w sumie tyle... W takim razie, do napisania! (ach, zapomniałam. Chwast widoczny na rysunku to Flowey the Flower z gry "Undertale". Napis na koszulce Fridziocha jest również inspirowany tą grą. Do napisania!)
  8. Portal stał otworem. Przy portalu stała Uciekinierka. Była wychudzona, blada, słaba. Wielkich sił musiało od niej wymagać wyciągnięcie ręki w stronę 3-D. Nic nie mówiła, ale mówiła. 3-D ją słyszała. Mówiła o końcu, o śmiertelności, o utracie boskości... o powrocie. Wszystko się wymaże. Powrócą na Ziemię. Ona i ojciec. I Artysta. -Czy to oferta? Pojawiła się Nowa. Mówiła o ignorowaniu tamtej, o zachowaniu boskości, o potędze... -Po cóż mi potrzebna boskość? - zwróciła się 3-D do Nowej. Ta zamarła. Rudzielec wstał z fotela. -Tęskniłam - zwróciła się do Uciekinierki i podała jej rękę. ... Otwierając oczy, zdała sobie sprawę, że siedzi w fotelu w swoim salonie. Na jej kolanach spało smocze pisklę. Artysta. Promienie słońca wpadły przez okno. Rudzielec uśmiechnął się. Wrócił do domu. Smok obudził się, wspiął się na ramię towarzyszki. Wstała i podeszła do okna. Niebo było czyste, ale gdzieś tam, w oddali, coś znikło. -Żegnajcie - szepnęła spokojnie 3-D.
  9. -To jest szopa? - zdziwiła się 3-D, jeszcze raz rozglądając się po pomieszczeniu. Istotnie, nie wyglądało ono na szopę. Jak wygląda przeciętna szopa? Rudzielec spróbował sobie przypomnieć. Szopa powinna znajdować się na wsi, najlepiej niedaleko domu gospodarza, wykonana winna być z drewna, a zawierać powinna rupiecie lub rzeczy rupieciopodobne. Ewentualnie siano. Raczej mało która szopa ma różową tapetę w kwiatki, kuchenkę i znajduje się pod ziemią. Widać, każdy ma własny gust. -Tak - odpowiedź była krótka, ale wystarczająca. Bogini jeszcze chwilę siedziała w fotelu, nie wiedząc, co zrobić. Zagaić rozmowę? Pogłaskać kota? Kot nawinął się pod rękę, więc spróbowała. Podniósł głowę, rzucił jej pogardliwe spojrzenie i odszedł. To mój kot, przemknęło Wzgardzonej przez głowę. Nie zdążyła się otrząsnąć, bowiem stara kobieta wcisnęła jej coś w ręce. Przypominało podrapany kubek, w którym pływała zielona substancja. Gdzieś w oddali zabrzmiał gong i krzyki. Nagle cała pewność siebie Salazara zniknęła. Rozejrzał się, spłoszony. -Idą po ciebie - podpowiedział Salvador. -Na twoim miejscu radziłbym się schować. Nie trzeba było tego powtarzać. Salazar wziął głęboki oddech i z całej siły uderzył w drzewo. Został po nim tylko śluz, nerwowo wspinający się na gałęzie. -Obrzydliwe - mruknął Sal. Usłyszał kroki za sobą. Powoli się odwrócił. -W imieniu Jej Książęcej Mości, zostajesz aresztowany! -Pij - rozkazała kobieta. 3-D spróbowała się sprzeciwić, ale Przeczucie ją powstrzymało. Przynajmniej wreszcie się zaczęło odzywać. Płyn był ohydny. Ohydny, to mało powiedziane. Sprawił, że rudy żołądek, znakomicie obeznany z najdziwniejszymi rzeczami, jakie musiał trawić, zaczął jęczeć i wykręcać się. Ręce się trzęsły, włosy podrygiwały nerwowo. Całe ciało poczuło niesamowitą ulgę, gdy kubek był wreszcie pusty. -Co to było? - zachrypiało dziewczę, oddając kubek. -Twoje lekarstwo - odparła krótko kobieta, wracając do kotła. Chwila zastanowienia. -Czy ja jestem chora? -Nie. Zapadło milczenie. -Przeszkadzam? -Nie. -To dobrze. Mam pytanie. -Już zadałaś. -Drugie pytanie. -Pytaj. -Szukam tak zwanej... Uciekinierki. -To szukaj. -Jak mam znaleźć? Nawet nie wiem, jak wygląda. W tymże momencie umysł podsunął obraz.
  10. W wyschniętej ziemi znajdowały się drzwi. -No proszę, odsłoniłeś tajemne przejście - 3-D zwróciła się zgryźliwie do łosia. Podeszła i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły bez trudu. Ba, wręcz z entuzjazmem - wyleciały z zawiasów. -Później to naprawię - wyrzuciła drzwi i zajrzała do ukrytego w ziemi miejsca. Ujrzała ciemność. Pociągnęła nosem. Truskawki. Mnóstwo truskawek. I cebula. Wytężając słuch, słyszała śpiew. -No, chyba gospodarz się nie obrazi, jak wpadnę na niezapowiedzianą wizytę, czyż nie? Łoś był zajęty żuciem drzewa, więc nie odpowiedział. -Pilnuj. Jeśli zjawi się Azrael, wykop go. - po tych słowach wskoczyła do środka. Leciała jakiś czas. Wylądowała w bujanym fotelu. Pokój, do którego trafiła, był przytulny. Podłoga z dębowych desek, ściany w różową tapetę, kuchenka, wieszak. Koty. Białe, czarne, szare, rude. Półki pełne podejrzanych specyfików. Wielki kocioł. A przy kotle stara kobieta, odmierzająca składniki na małym stoliku. Spojrzała na 3-D, Trwał pojedynek. Uważne, gniewne purpurowe oczy Salvadora spoglądały w pozbawione tęczówek, wręcz rozbawione oczy Salazara. -Wygrałeś - Sal machnął ręką. -Skąd to wiesz? -Widać, że coś się z tobą dzieje. Przybyłeś tu ze smokiem. -spojrzał ponad ramieniem młodszego brata. -Nigdy nie lubiłeś smoków. Musisz mieć naprawdę ważny cel, skoro użyłeś takowego... złotego na dodatek... tak z ciekawości: skąd go wziąłeś? -Nie twoja sprawa. -Czyli ukradłeś. -Pożyczyłem. -Ha! Widzisz? Tyle lat minęło, odkąd ostatni raz się widzieliśmy, a nadal potrafię z łatwością zdobyć od ciebie interesujące mnie rzeczy. -A ja w każdej chwili mogę zapoznać cię ze swoim chowańcem. Chcesz tego? Salazar przełknął ślinę. -Dobra, dobra... już, jestem cicho. -Nie masz być. -Ach, racja. Wracając do twojej podróży... Wieści mówią, iż Mika Złotousta wróciła. Uznałem więc, że zapewne chcesz ją odszukać. Sądzę, iż dla niewielu osób byłbyś w stanie zdecydować się na podróż ze smokiem. -Tak. -No właśnie.
  11. Trochę się już oddaliła, gdy usłyszała ryk łosia. Wróciwszy, ujrzała, jak zwierzę zrzuca z głowy czarną figurkę. Figurka uderzyła o drzewo i z hukiem spadła na ziemię. 3-D podeszła ostrożnie, nie za blisko, ale na tyle blisko, by określić, kim jest figurka. -Znowu TY?! - ryknęła. Chwyciła najbliższe, powalone drzewo i rzuciła je na nekromantę. -Rusz się, byle z dala od niego - rzuciła do łosia i razem odeszli. Gdy byli już wystarczająco daleko, rudzielec pociągnął nosem. Poczuł wodę, więc poszli w tą stronę. Ujrzeli mały strumyczek. 3-D spróbowała wody. -Jest czysta, możesz wypić - oznajmiła łosiowi. Za późno zdała sobie sprawę, że to zły pomysł. Nim się zorientowała, woda znikła. Niczego po sobie nie okazała.
  12. Postać poruszyła się nerwowo w kokonie. Płyn zafalował w środku, na krótką chwilę ukazując postać dokładniej. Była dorosłym mężczyzną z ciemnozielonymi włosami i zielonymi płomieniami wokół oczu. Skórę miał białą jak kreda, jego strój wisiał w strzępach. Nagły ruch spowodował pęknięcie kokonu. Mężczyzna wyleciał z niego i z wrzaskiem wylądował w bagnie, razem z podejrzanym płynem, w którym wcześniej spoczywał. -Zajęli ci lepsze miejscówki? - spytał Salvador, gdy mężczyna wygrzebał się z bagna. -Nie - odparł. -Po prostu... sytuacja wyjątkowa. -Pobili cię. - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie. -Nie. -Ścigają cię. -Tak. -Salazarze, cóż się z tobą stało? Uciekać? To do ciebie niepodobne. -Gdybyś ICH widział, zrozumiałbyś, dlaczego nie walczę. -Dlatego skryłeś się w kokonie? -Gwarancja bezpieczeństwa. -Jaka tam gwarancja. Raz się poruszyłeś i poleciałeś. -Twoja wina, obudziłeś mnie. Skończmy. Czego ode mnie chcesz? -Niczego. Po prostu wpadłem zobaczyć, jak się miewasz. -Bardzo dobrze. Nie widać? -Niezbyt, szczerze mówiąc... -Czuję się znakomicie. A ty... znów gonisz za babą?
  13. Łoś w końcu się zmęczył. 3-D próbowała go zachęcić do dalszej podróży. Nic z tego, zwierzę położyło się na trawie i odmawiało wstania. -Nie to nie. Sama pójdę. Rozejrzała się. Wokół dzicz i ani śladu konstrukcji z drewna czy czegokolwiek, co mogło służyć za dom. Słońce prześwitywało przez korony drzew. Było gorąco. A co za tym idzie, rudzielec poczuł pragnienie. Śladu wody też nie było. -Znajdę, zobaczysz! - wrzasnęła, wygrażając pięścią w korony drzew. Nie chciała zostawiać łosia, ale czas pędził nieubłaganie. Co mogła robić Nowa? A Uciekinierka? Nie było żadnej wskazówki co do tej drugiej... 3-D pogłaskała łosia i ruszyła w drogę. Wybrała stronę na chybił trafił. Szukała wody. Potem zajdzie do starej babki, o której mówił Matthew.
  14. Szybko wylecieli poza teren posiadłości. Droga do dżungli była na początku całkiem przyjemna. Potem zaczęły się pojawiać kilkumetrowe chwasty, wśród których wyrastały jeszcze większe kwiaty, ogromne drzewa, ogromne drzewa leżące na ziemi, strumyki wielkości rzek i rzeki wielkości mórz. Łoś dzielnie pokonywał przeszkody, a 3-D wypatrywała innej, szybkiej, ze szmaragdową skórą. Jednakże Nowa albo musiała się dobrze ukrywać, albo jej nie było, gdyż rudzielec jej nie zobaczył. Miał nadzieję, że z tych dwóch opcji prawdziwa okaże się ta druga. Ile czasu to już minęło? Sporo. Wystarczająco sporo, by Horambar dorósł i Bianca ukończyła uniwersytet. Za mało, by Cinnabar zmądrzał. Profesja Łowcy Światła była bardzo ciekawa. Zasada była prosta: łapać światło, które uciekało od swojego punktu. Bianca była najlepsza w tym zawodzie. Przyczyniał się do tego sam fakt, iż była powierniczką mocy światła, przez co to łaknęło do niej. Zamieszkała w dogodnym miejscu. Takim, z którego mogła kontrolować jasność i Cinnabara. Cinnabar kończył ostatni rok nauki na Uniwersytecie Marvarrka. Cudem zdał egzaminy końcowe. Cudem był sam fakt, iż zdał wszystkie egzaminy w ciągu tych 5 lat nauki. Bez poprawek. Nie uczył się w ogóle. Zdumiewało to Biancę. Ten dzień miała wyjątkowo wolny. Siedziała przed domem i piła herbatę. Wysoko na niebie widoczne były dwa kształty: biały i czerwony. Horambar wyrósł na majestatycznego smoka... i na chodzącą powagę. To nie mogło być możliwe, biorąc pod uwagę, czyim był on smokiem. Ale Artysta również nie był wesołkiem, a jego towarzyszką była ruda wariatka. Uriel za to była piękną smoczycą, mądrą, ale jednocześnie niesamowicie próżną. Całe ranki spędzała na czyszczeniu łusek. W pewnym momencie Bianca poczuła dziwną energię.