Blogs

Featured Entries

  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    By CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 comments
    • 711 views

Our community blogs

  1. Temat ten podejmę z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że denerwuje mnie sposób, w jaki ludzie w pracy przeżywają nagłówki tabloidów. Po drugie: dla celów edukacyjnych, gdyż wiele z tych technik może przydać się także innym autorom i bloggerom w ich działaniach, wspomagając ich podczas pisania tekstów.

    Podstawy copywritingu:

    Zaczniemy od podstaw czyli od copywritingu.

    Copywritterzy to ludzie, którzy piszą teksty reklamowe i opisują produkty w sklepach internetowych. Jest to ciężki, niewdzięczny, odpowiedzialny i często kiepsko płatny zawód. Niemniej jednak od jego przedstawicieli można wiele się nauczyć.

    Zadanie copywritera jest bardzo trudne: ma on wziąć do rąk jakiś produkt, najczęściej coś zupełnie prozaicznego np. rolkę papieru toaletowego lub puszkę groszku, a następnie napisać na jej temat coś, co przyciągnie klienta. Tak więc copywriter, zaczynając swoją pracę zastanawia się:

    • czego klient oczekuje od danego produktu (wiadomo, fakt, że „można nim gwoździe wbijać” jest istotną zaletą dla młotka, ale niekoniecznie dla pieczywa).
    • jakie są zastosowania produktu.
    • jakie, istotne zalety posiada dany produkt na tle innych, podobnych.
    • jakie posiada cechy wyróżniające na tle innych produktów?
    • jaki jest cel oferty?
    • do jakiej grupy docelowej jest kierowany tekst?

    Zacznijmy od tego, że jako blogger oczywiście wytwarzasz produkt. Jest nim twój tekst Część bloggerów utrzymuje się lub przynajmniej dorabia na swoich tekstach.

    Pierwszym, najważniejszym pytaniem jakie należy sobie zadać jest to „jaki efekt chcemy osiągnąć naszym artykułem”. Zazwyczaj chodzić będzie o proste „więcej klików dla naszego bloga”. W tym celu należy wzbudzić zaciekawienie czytelnika, pisać o rzeczach ważny lub ciekawych etc.

    Po drugie: należy zastanowić się, do kogo pisany jest tekst. Różne grupy czytelników mają różne potrzeby. Przykładowo: dajmy na to, że piszemy blog o prowadzeniu robót remontowych. Możemy pisać go pod takiego Piotra Muszyńskiego, który w zeszłym roku zbił dwie szafki z Ikei i na tym się jego budownictwo zakończyło, albo zawodowego majstra. Obydwaj będą potrzebować czegoś innego. Tekst kierowany do zawodowca ja uznam za beznadziejny, tekst kierowany do mnie: za beznadziejny uzna zawodowy majster. Obiektywnie obydwa będą zapewne równie dobre. Niemniej jednak należy skupić się w nich na odmiennym punkcie ciężkości.

    Trzecią rzeczą jest pytanie: czego klient oczekuje od danego typu produktu? W naszym wypadku produktem jest oczywiście tekst. Rzetelnej wiedzy? Rozrywki? Porad? Humoru? Ciekawostek?

    Od razu powiem, że tak zwani blogerzy kulturowi pod względem marketingowym należą do kategorii rozrywka.

    Jeśli chodzi o zalety produktu, to dziennikarz lub blogger nie jest oczywiście autorem reklam więc nie musi się martwić sprzedażą i wyłącznie wyliczeniem zalet. Z drugiej strony należy zwrócić uwagę na jedną rzecz: opisy badziewia odstraszają. Z tanukowego doświadczenia wiem, że recenzje opatrzone niską oceną mają o jakieś 20 do 40 procent mniej wyświetleń, niż produkty oceniane dobrze. Ludzie natomiast najchętniej czytają o rzeczach ocenianych bardzo wysoko (te mają 20 do 40 procent wyświetleń więcej). Wniosek z tego jest prosty: o badziewiu nie warto pisać.

    Czwarta rzecz: jaką wiedzą dysponuje twój klient? I jaką zdobywa po przeczytaniu twojego tekstu? Jak mówiłem pisać można do dwóch typów osób: ekspertów i początkujących oraz ludzi interesujących się tematem tylko pobocznie. Obydwa podejścia mają swoje zalety, pytaniem jest czy znajdziesz wystarczająco dużo chętnych, by czytać twoje teksty. Oczywiście blog o wysokim stopniu profesjonalizmu dużo trudniej jest prowadzić, jednak jak najbardziej może być on popularny. Przykładowo jeden z moich znajomych pisze o jakiejś zupełnie hermetycznej odmianie Linuxa, a mimo to jego blog generuje 50 tysięcy wyświetleń dziennie.

    Pytanie polega na tym: czy jesteście w stanie pisać taki blog, po angielsku i z poziomu programisty? I czy znajdziecie wystarczająco wiele osób, które ten temat na poziomie eksperckim interesuje?

    Blogi dla ekspertów oraz początkujących i niedzielniaków pisze się zupełnie inaczej. Ogólną zasadą jest jednak, że należy zakładać u czytelnika zupełną niewiedzę. Moim zdaniem nie ma co rozchodzić się nad tematami hermetycznymi i mało znaczącymi: jakimiś awanturami z przed dziesięcioleci, datami etc. ważna jest ogólna zgodność z faktografią, tak samo jak np. dzieje się to w szkolnych podręcznikach do historii. Te zgodne są z faktami tylko w najszerszym tego słowa znaczeniu, reszta jest po prostu bajką na potrzeby uczniów.

    Powód jest prosty: natłok szczegółów zwyczajnie czytelnika nudzi. Nikt tego nie czyta. Należy koncentrować się na rzeczach ważnych.

     

    Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

  2.  Muszę tutaj napisać normalnie posta, bo aż mnie trzęsie że nie mogę nigdzie się zachwycić naszym polskim produktem.

    Wiedzmin 3 : Krew i Wino
    TDlSt3H.jpg

    Właśnie skończyłem. Wow. 
    Przeszedłem Wieśka + Serca z kamienia wczesniej na GoGu. Teraz kupiłem za groszę STEAMową wersję, przyszły wakacje to zabrałem się za Wiedźmina od 0. Podstawka--->Serca--->Krew i Wino. Podstawka i Serca z Kamienia wiadomo, znałem, ale nie nudziłem się, bo mimo wszystko Wiedźmin ma całkiem spoko replayability. No ale do Wiedźmina wróciłem z innego powodu, otóż "Krew i Wino". Jako że zacząłem grać prawie miesiąc po premierze, to wiedziałem że dodatek zbiera genialne oceny, że jest świetny etc. Na szczęście uniknąłem spoilerów ;) Samo wejście do Toussaint, to wejście w baśń. Piękna kraina, rycerze, honor.. Zabrałem się za questy poboczne, one również iście baśniowe. Sporo czasu minęło zanim ukończyłem questy poboczne, no ale w końcu przyszedł czas na wątek główny, który już taki baśniowy nie był. Po genialnym klimacie z Serc z kamienia, brakowało mi tego mroku i tajemniczości, ale to wraca wraz z tym jak pchamy wątek główny. Nowe postaci, świetnie wykreowane. Historia ze zwrotami akcji, owiana tajemnicą. Możliwość rozwinięcia rynsztunku wiedźmińskiego do arcymistrzowskiego, willa (która jest trochę niewykorzystanym potencjałem), nowa talia Gwinta. Całkiem niedawno przeszedłem The Followinga, do Dying Lighta i powiedziałem że inni powinni uczyć się robić DODATKI do gier. Dziś mogę to powtórzyć. Oba dodatki stoją na wysokim poziomie, szkoda że CDP powiedziało że kończy historię Geralta. Aczkolwiek zakończenie jest takie, że daaaało by się spokojnie coś upchnąć

    Do tego, po zakończeniu polecam obejrzeć trailer The Witcher 3- Night to Remember. To co CDP zrobiło, oni to mieli zaplanowane.... Japa mi sie nie zamyka.

    Nie będę wypisywał plusów i minusów, bo w to trzeba zagrać, żeby samemu docenić to, co jest wartościowe. 

    Ocena: 10/10

  3.   Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z Martinem Collem - autorem "Adrii". Tych z was, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznania się z tym tytułem gorąco zachęcamy do nadrobienia zaległości. Aby nie przedłużać, oddajemy głos autorowi, który zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań.
     
    Adria_Martin_Coll_okladka.jpg

    1. Martin Coll to Pana prawdziwe imię i nazwisko, czy pseudonim? A jeżeli to drugie, dlaczego zdecydował się Pan pisać pod przykrywką?

    Martin Coll to pseudonim, który ma swoją historię. „Coll” jest to nazwa własna, którą określanych jest kilka miejsc na świecie, jak również jest to rzeczywiste nazwisko spotykane w krajach anglojęzycznych. Wybrałem ten pseudonim ze względu na osobisty sentyment do tych kilku miejsc na świecie.

    2. Jak zaczęła się Pana przygoda z książkami, a później z pisaniem? Co takiego odnalazł Pan w książkach, czego nie mogła Ci zaoferować żadna inna dziedzina?

    Przede wszystkim bardzo to lubię. Pisanie jest podobne do czytania: można się w tym zatracić i wniknąć całkowicie w kreowane na bieżąco światy, postacie i zdarzenia. Tym samym pisanie pozwala przekazać określoną ideę, którą, co zabawne, każdy może odczytać po swojemu. Na tym polega piękno wyobraźni, gdzie możemy pisać z określonym zamiarem, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak zinterpretują to czytelnicy. Dzięki temu pisanie i czytanie nieodmiennie pobudza zarówno wyobraźnię, jak i kreatywność.

    3.Skąd wziął się pomysł na "Adrię"?

    Z krótkich nowelek tworzonych pod wpływem nagłego pomysłu na określoną scenkę. Z czasem tych „scenek” przybywało, a tym samym kształtowała się postać głównej bohaterki i jej otoczenia. W końcu zadałem sobie pytanie, jak to jest że tacy ludzie mogą naprawdę funkcjonować w naszym świecie, tuż obok nas? I z tego pytania narodził się pomysł na podjęcie się próby udzielenia metaforycznej odpowiedzi. „Adria” to tak naprawdę podana w bajkowej oprawie historia, która mogłaby spotkać każdego, z katastrofalnym skutkiem. W naszym świecie mamy aż nadto przykładów jak proces kształtowania takich osobowości może być nie tylko rzeczywisty, ale również zatrważająco prosty.

    4. Czy rodzina i znajomi wpłynęli jakoś na zamierzoną koncepcję?

    Tylko o tyle, że utwierdzili mnie w przekonaniu, że warto coś takiego napisać i wydać pod osąd szerszej publiki.

    5. Czy mały kociak ukazany ze swoim odbiciem na okładce nawiązuje niejako do głównej bohaterki i metamorfozy jaką przechodzi?

    Dokładnie.

    6. Czym tak naprawdę jest Organizacja? Podczas lektury bardzo mnie zafascynowała, jednak poskąpił Pan o niej jakichkolwiek informacji. Czy możemy liczyć na rozwinięcie tego wątku w kolejnych tomach?
     
    Powiedzmy, że w drugim tomie pojawi się nieco więcej odpowiedzi.

     
    Adria.jpg


    7.Instruktorzy, którzy nauczają adeptów są niesamowici, jednak brak informacji na ich temat. Może zdradzi pan coś chociaż o jednym z nich, np. moim ulubieńcu Gortexie? A może przyjdzie nam ich lepiej poznać w kolejnych tomach?
     
    Instruktorzy to po prostu „mistrzowie” na swoistej „emeryturze”, jednak w każdej chwili gotowi do zmobilizowania. Natomiast historia każdego z nich jest na swój sposób inna, tak jak życiorys każdego człowieka będzie zawsze na swój sposób oryginalny. O Gortexie mogę powiedzieć jedynie tylko tyle, że dopuszczał się różnych czynów, o których niełatwo było mu później zapomnieć.
     
    Dalsza część wpisu dostępna jest na blogu zewnętrznym.
  4. Nowa recka na kanale. Nie wiem czy nie poleciałem za bardzo z szybkością mowy, ale tu już Wy oceńcie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Jeśli się spodoba, to będę wdzięczny za łapki i suby... a jak nie to krytykę też przyjmę. ;)
     

     

  5. Najnowsze jej dzieło na jej portalu jest reklamowane jako pierwszy film gdzie jest nago... Pomijając, że większa nagość występuje w reklamach Dove; a i kobiety są ta ładniejsze i nie chodzi mi wcale o zdzirowatość to wracając jak z youtuberki (bądź co bądź) kradnącej materiały czy to z Onetu czy z innych witryn można chcieć stać się dziwką? Tak w moim odczuciu jeżeli sprzedaje się swoją dupę za pieniedze to jest się dziwką. Aktorki Porno odchodza z porno branży i żyją na wysokim stopniu kultury co można zaobserwoać na gali rozdania nagród dla nich, ale youtuberzy to najgorszy sort ludzi, którzy wszystko zrobi za pieniądze.


     

    • Tajemnicze rytuały lorda Szatana

    Po śmierci nomen omen Dead'a, jak wiecie Euronymous nie był zbytnio przerażony. Za to przerażony był basista grupy Necrobutcher, który po oświadczeniu gitarzysty że: "Dead has done something really cool! He killed himself. Odszedł z zespołu. W Mayhem zostały dwie osoby, ale samobójstwo Dead'a jak i plotki rozsiane przez Euronymous'a, że wokalista popełnił samobójstwo bo black metal stał się komercyjny, skutecznie utrzymywało ludzi przy zespole. Do zespołu na krótką chwile dołączył Stian "Occultus" Johansen, który pełnił role wokalisty i basisty. Jednak długo nie zagrzał miejsca, bowiem w roku 1992 odszedł, a zespół zyskał aż trzech nowych muzyków! Był to: znany z jednoosobowego Burzum  Varg "Grishnackh" Vikernes, pełniący role basisty, drugi gitarzysta Snorre "Blackthorn" Ruch oraz Węgierski gardłowy Attila Csihar. W czerwcu 1993 r. Zespół wydał w hołdzie dla Dead'a Live in Leipzig.

     Mayhem-liveinleipzig.jpg
    Klimatu nie można odmówić

    Rozpoczęło się w końcu upragnione nagrywanie albumu. Chłopaki nie mieli większych problemów z nagrywaniem, bowiem kawałki mieli od dawna napisane i przećwiczone, także była to formalność.
    Gdy wydawało się już że wszystko idzie jak należy, śmierć ponownie odwiedziła Norwegów. W nocy z 10 na 11 sierpnia 1993 roku, gdy zespół przygotowywał się do wydania albumu, Varg wraz z Blackthornem wsiedli do samochodu, i przyjechali kilkadziesiąt kilometrów do mieszkania Euronumous'a. Varg wysiadł, Snorre został w samochodzie. Vikernes zapukał do drzwi, według jego wersji chcąc pogadać, ale podobno Euronymous od razu wdał się w bójkę. Szarpanina trochę trwała, w końcu przeniosła się na klatkę schodową. Wtedy Varg wyciągnął nóż i zadał ostateczny cios. Albo ciosy, bowiem Euronymous miał 23 rany cięte. Vikernes wsiadł do samochodu i wraz z Blackthornem(który prawdopodobnie tylko domyślał się morderstwa choć tego się nie dowiemy) odjechał.

    Death_y_Euronymous.jpg
    Od lewej: Dead, Euronymous

    Dlaczego Varg zamordował Euronymous'a? Według jego wyjaśnień, studio gitarzysty Mayhem(bowiem miał amatorskie studio które wydało tylko dziewięć albumów, w tym dwa Burzum) nie dotrzymało umowy i nie zapłaciło mu za albumy. Ponadto zarzeka się że słyszał od kilku osób że Euronymous planuje go obezwładnić, wywieść do lasu, i tam przed kamerą wykończyć. Jaka jest prawda nigdy się nie dowiemy. Premiera albumu kolejny raz się opóźniła, a Mayhem stracił swój główny filar. Vikernes został skazany za morderstwo i podpalenie sześciu kościołów(choć prawdopodobnie podpalił o wiele więcej, ale cała afera w Norwegii związana z black metalem to temat na kiedy indziej) na najwyższy wymiar kary w jego kraju, czyli 21 lat. 22 maja 2009 roku wyszedł za dobre sprawowanie.
     

    • Dalsze losy

    Blackthorn od wszystkiego się wymigał mówiąc, że pojechał tylko pokazać riffy i był "w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie", Mayhem się rozpadł a debiut ukazał się w końcu 24 maja 1994 roku. Oczywiście od razu stał się kultowy, riffy Euronymous'a zrewolucjonizowały black metal, teksty Dead'a plus wokal Atilli dodał wszystkiemu nieprawdopodobnego klimatu, no i oczywiście świadomość że to jedyny album gdzie gra koło siebie kat i ofiara tylko dodały temu albumowi kultu, czy raczej kvltu. Świetny album nawet dziś, polecam.

    Mayhem_demysteriisdomsathanas.jpg
    Po prostu kvlt

    Jednak w roku 1995 zespół postanowił wznowić działalność. Nowy Mayhem zasilili dobrze znani: Necrobutcher na basie, Hellhammer na garach, Maniac jako wokalista(mówiłem że wróci), oraz zastępujący Euronymous'a , gitarzysta Rune "Blasphemer" Eriksen. Wrócili do gry wspaniałą Epką "Wolf Lair Abyss".

    Mayhem-Wolfslairabyss.JPG
    Cudo

    Nowe tysiąclecie Norwegowie powitali średniawym albumem "Grand Declaration of War". 

    • Zakończenie

    Mayhem gra do dziś. Czasem zmieniał skład, wydawał dobre albumy(polecam "Ordo Ad Chao" z 2007), w zespole nie działo już nic złego. W tym wpisie chciałem się skupić głównie na okresie "De Mysteriis Dom Sathanas", który jak widzicie był dość ciekawy. To wszystko na dziś. Mam nadzieje że dobrze się bawiliście czytając to i dowiedzieliście się czegoś nowego. Do następnego!



    Podczas pisania pomagały mi:

    Wikipedia

    Wujek Google

    Książka "Klątwa Rock and Rolla. Gwiazdy które odeszły za wcześnie Autorstwa Michelle Primi

     

  6. Microsoft postanowił udostępnić dziesiątki swoich ebooków za darmo. Pozycje są różne: od [aplikacja] keyboard shortcuts, przez [aplikacja] start guide aż do pozycji specjalistycznych jak konfiguracja sharepointa.

    Książki można znaleźć tu FREE! That’s Right, I’m Giving Away MILLIONS of FREE Microsoft eBooks again! Including: Windows 10, Office 365, Office 2016, Power BI, Azure, Windows 8.1, Office 2013, SharePoint 2016, SharePoint 2013, Dynamics CRM, PowerShell, Exchange Server, System Center, Cloud, SQL Server and more!

    Gdyby ktoś chciał pobrać wszystkie za jednym zamachem, to na stronie jest przycisk "Download all", który nawiguje na kolejną stronę. Tam jest link do pliku z listą adresów do ebooków. Mając dodatek typu "DownThemAll" do firefoxa (albo używając wget :P) można w prosty sposób zaciągnąć całą listę.

     

    Miłego czytania ;-)

  7. wWCXGKh.jpg

    Final Fantasy XIII stało się wizytówką tej serii na konsolach siódmej generacji. I o ile gra nie należy do najlepszych wśród FF, tak nie przeszkodziło to w dobrej sprzedaży oraz Square Enix w wydaniu dwóch kolejnych części, rozpisując historię zapoczątkowaną w "trzynastce" na trylogię. Nawet i na więcej, jeżeli doliczymy do tego gry bez Lightning, a dziejące się w wspólnym uniwersum Fabula Nova Crystallis

    Po skończeniu Final Fantasy XIII byłem zadowolony. Pewnie, ta gra robi kilka rzeczy źle, lecz przez większość czasu bawiłem się dobrze, nie żałowałem przeznaczonego czasu i pieniędzy. Od razu sięgnąłem po XIII-2, chciałem kontynuować przygodę i ukończyć całą trylogię. Gra pojawiła się na konsolach niemal dokładnie dwa lata po premierze pierwszej części. Zgodnie ze swoim tytułem, jest to kontynuacja wątku zapoczątkowanego w Final Fantasy XIII. Wiele się nie zmieniło, ale dokonane zmiany są warte opowiedzenia, ponieważ choć mamy grę podobną, to nadal inną – natomiast czy lepszą? 

    UpEZvwa.jpg

    Generalnie chodzi o to, że w zakończeniu (a dokładnie w ostatnim przerywniku filmowym) Final Fantasy XIII coś poszło nie tak. Lightning znika bez śladu i wychodzi na to, że pamięta ją tylko jej siostra – Serah, która jednocześnie jest jedną z głównych postaci w tej odsłonie. Wioska w której mieszka zostaje niespodziewanie zaatakowana przez potwory. Równie niespodziewanie pojawia się drugi z głównych bohaterów, wysłannik z przyszłości o imieniu Noel. Ten dołącza do Serah i wręcza jej podarunek od jej siostry, istotę nazywającą się Mog, mającą zdolność do przemieniania się w broń. W ten sposób nasza trójka wyrusza na uratowanie świata oraz odnalezienie Lightning. Wiecie, tak w dużym uproszczeniu. To idealny powód, by zacząć podróżować w czasie, spotkać kilku starych znajomych, rozwiązać problemy napotkanych ludzi i przeżyć kolejną przygodę. 

    Mimo faktu, że fabuła prezentuje w miarę podobny motyw, tak robi to zupełnie inaczej niż w Final Fantasy XIII. Głównie za sprawą zredukowanej liczby głównych bohaterów. Historia nie ma takiego rozmachu jak w FF XIII, jest znacznie mniejsza i spokojniejsza, bardziej wyważona. Serah, Noel i Mog tworzą sympatyczny zespół i nie powinno być problemów z polubieniem tych postaci, podobnie jak z kilkoma innymi ważnymi bohaterami gry. Lightning jest znacznie mniej i przez całą grę pełni rolę narratora. O ile historia przez cały czas prezentuje równy poziom, tak ostatnie godziny gry (w szczególności fragment historii Noela) i samo zakończenie wspominam bardzo pozytywnie. Byłem pod bardzo dużym wrażeniem przedstawionych wydarzeń, co w poprzedniczce w tak mocnym stopniu mi się nie przydarzyło. Za bardzo ciekawe rozwiązanie uznaję tzw. Paradox Endings. Podczas głównej historii jest kilka wydarzeń, które najczęściej po skończeniu gry możemy rozegrać raz jeszcze. I o ile ich przebieg wydarzeń jest podobny, tak skutki już zgoła inne. Bardzo to mi się spodobało, pokazując po prostu "co by było, gdyby...". Tym bardziej, że w większości przypadków mamy do czynienia ze smutnymi zakończeniami historii. 

    paNlKC0.jpg

    Rdzeń rozgrywki w XIII-2 stanowią podróże w czasie. Często będziemy odwiedzać te same tereny, ale w innym roku. Najwięcej korzystają na tym zadania poboczne, czyli nowość w stosunku do poprzedniczki. Odwiedzenie tej samej lokacji w innym przedziale czasowym najczęściej różni się pogodą, porą dnia, odblokowanym lub zablokowanym przejściem do danego obszaru. Questy o ile są, tak ich projekt stoi na na poziomie gier MMO. Nie ma tutaj nic ponad zabijanie poszukiwanych przeciwników i odnajdywanie przedmiotów. Nie mniej, naprawdę warto je wypełniać, zawsze to dodatkowy sposób na wzmocnienie naszego zespołu. Walka oparta na systemie ATB pozostała bez większych zmian, chociaż nareszcie mamy większą kontrolę nad poczynaniami naszej grupy, gdyż możemy ustalić czy chcemy skupić się na jednym przeciwniku czy na całej grupie. Jako, że Mog podczas walk zamienia się broń, zwalnia się miejsce na trzeciego członka grupy. Tutaj pojawia się kolejna nowość, czyli łapanie i szkolenie potworów. Tak, to "prawie" jak Pokemony. Po wygranej walce mamy szansę na otrzymanie kryształu duszy przeciwnika, pozwalając nam do woli z niego korzystać. Owszem, duża ilość przeciwników prezentuje się co najwyżej średnio pod względem użyteczności – nie mniej, warto szukać tych bardziej przydatnych. 

    Pod względem technicznym dostajemy to samo, chociaż czasami miałem wrażenie, że skóra głównych bohaterów jest mniej szczegółowa, co najbardziej przeszkadzało mi przy zbliżeniach na twarz. Dostajemy kilka lokacji z poprzedniczki, ale całe szczęście nowe krainy są niczego sobie. Ba, nawet postanowiono je zaludnić odpowiednią ilością NPCów, szkoda tylko, że pula dostępnych modeli jest stosunkowo mała. Mimo wszystko, w końcu miałem wrażenie, że twórcy starali się chociaż trochę uczynić świat żywszym. Niektóre lokacje i wydarzenia powodują spadek do około 20 klatek na sekundę, jednak taki już urok grania w 1080p.

    0G0jmCW.jpg

    Final Fantasy XIII-2 jest o wiele mniejsze od swojego poprzednika pod kilkoma względami. Mniej przerywników filmowych wykonanych w CGI. Mniej głównych bohaterów. Mniej czasu potrzebnego do ukończenia gry. Mniej liniowości. Czy to źle? Niekoniecznie, chociaż te kwestie zależą od gustu gracza. Z tego powodu ta część jest trudna w ocenie. Jeżeli ktoś rzeczywiście zechce dalej poznawać losy Lightning i jej przyjaciół, to może mieć z tym problem, ponieważ nowe – oraz zmienione – rozwiązania nie wszystkim muszą się spodobać. Najprościej można to określić tak – jeżeli masz ochotę na krótsze (27 godzin kontra 50) i mniejsze Final Fantasy XIII, ale z delikatnie lepszą fabułą i kilkoma nowymi rozwiązaniami, to warto spróbować.

  8. I kolejna już część Rzutu okiem na serię.. Might and Magic, czyli przeglądu zajmującego się tą ogromną serią, trafia właśnie na kanał. Tym razem na warsztat bierzemy Might and Magic VII: Za krew i honor, kultowe już Heroes of Might and Magic III oraz Crusaders of Might and Magic. Zapraszam :)

     

  9. Nowa recenzja na kanale. Tym razem prezentuję gre "Gra o Tron" od studia Telltale Games. Jeżeli ciekawi Cię moja opinia na temat tego tytułu zapraszam do oglądania ;)

     

  10. Team Fortress 2. Gra, która wyszła w 2007 roku dalej żyje. Zapewne sporo osób o niej słyszało. Jest to taki jeden z prekursorów dosyć popularnych dzisiaj tzw. hero shooterów. Czyli  można powiedzieć, że to dziadek bijącego dzisiejszą popularność blizzardowskiego Overwatcha. Team Fortress 2 zrobił wielkie boom, jednak potem o nim ucichło. Aż do pewnego momentu, to jest okolic roku 2011. Wtedy tytuł przeszedł na model free to play. Naprawdę masa graczy, niczym jakaś lawina zwaliła się na Steama żeby pograć w tę strzelankę od Valve, twórców serii Half-Life. I wtedy właśnie ja dołączyłem do gry. Przeszło 5 lat temu. Do dnia dzisiejszego mam przegrane jakieś 300 godzin. Można mówić, że z perspektywy osób mających tysiące godzin w League of Legends to mało, ale dla mnie jest to wystarczająca ilość czasu żeby powiedzieć, że coś o tej grze wiem.   

    No i właśnie, mamy rok 2016. Przez czas wejścia w model free to play sporo rzeczy się zmieniło. Team Fortress 2 stale cieszył się popularnością i był zapełniany masą aktualizacji. No ale rynek nie spał i przez ten czas ukazało się naprawdę sporo tytułów multiplayer. Również darmowych, dlatego społeczność TFa zaczęła się kruszyć. Tak, dalej jest jedną z najpopularniejszych gier na Steamie. Ale porównajcie sobie 400 tysięcy osób aktualnie będących w CSie do 60 tysięcy w Team Fortress 2. Kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. No i Valve postanowiło jakoby wskrzesić TFa. Przez lepsze lub gorsze zmiany. Ale co jest dzisiaj bardzo popularne w tytułach multi? Rankingi, rangi, mecze rankingowe, tryb competitive. Twórcy postanowili iść za ciosem i wprowadzić to do swojej gry. Bo dlaczegoż by nie? No i teraz mamy okazję potestować betę, bo chyba tak to można nazwać nowego rozszerzenia Meet Your Match. I żeby nie było. Wielu twierdzi, że Valve po prostu przestraszyło się Overwatcha od Blizzarda, który przecież reprezentuje ten sam gatunek. Może to jest prawda, ale osobiście nie sądzę. Tryb ten był w planach od dawna. Prace poruszały się w mniejszym lub większym stopniu i dopiero teraz możemy w niego zagrać. Tak się złożyło, chociaż strach przed nowym dziełem Blizzarda może jak najbardziej mieć swoje uzasadnienie.

    1.png

    W betę Meet Your Match zagrać mogą wszystkie osoby posiadające premium w Team Fortress 2. Dla osób niewiedzących mówię, że owe premium można bez problemu zdobyć kupując obojętnie jaki, nawet najtańszy przedmiot ze sklepu Mann Co. dostępnego grze. Oczywiście za prawdziwą walutę, ale kiedy ostatnio sprawdzałem, to najtańsze przedmioty wahały się w okolicy 30 eurocentów, więc chyba to nie jest jakaś wygórowana cena.

    Po wejściu do gry od razu widzimy, że zmieniło się menu.  Również od razu wita nas napis "Wojna!". O co chodzi? A no o to, że przy okazji Valve dało nam możliwość głosowania na jedną z dwóch klas. W tym przypadku na Pyro bądź Grubego (Heavy w oryginale). Jeśli wypowiemy się po jednej ze stron, a później tą klasą będziemy nabijać punkty w trybie competitive lub casualowej grze, to strona ta wygra i przy okazji następnej aktualizacji dostanie nowe bronie, nowe osiągnięcia i tak dalej.

    Ale mniejsza z tym, bo jest to tylko ciekawostka. Przejdźmy do najważniejszego dania. Trybu competitive, którego nazwa jeszcze nie doczekała się polskiego tłumaczenia. Z grubsza są to po prostu gry rankingowe. Nabijamy w nich swoje punkty żeby dostawać lepsze, nic nie znaczące odznaki i się nimi chlubić. No dobra... zaciekawiło nas to i chcemy zagrać. Valve chwaliło się nowym matchmakingiem, więc pełni zapału klikamy żeby wybrało nam grę. Czekamy. Mija minuta. Dalej czekamy. Druga minuta. Minimalizujemy grę. Idziemy obejrzeć jakiś krótki, śmieszny filmik na YouTube. Wracamy. Minęło 5 minut, gra dalej wyszukuje nam serwer. W podskokach udajemy się do łazienki. Ponownie wracamy. Myślicie, że możecie już pograć. Oj nie! Przyjdzie wam poczekać ponad 10 minut żeby wreszcie w to zagrać. Słownie: dziesięć. Tak, serio. Przy wybieraniu gier można czekać bite kilka minut. Słyszałem o osobach, którym po dwudziestu nawet się nie załadowało.

    2.png

    (Po panelu podsumowań gracze mogą rysować)

    No ale dobra, wybaczamy.  W końcu to beta, wymaga premium, mało graczy i tak dalej. Wreszcie przechodzimy do gry. A gra to nic nadzwyczajnego, jeśli ktoś już grał w Team Fortress 2. Ot zwyczajne tryby z wózkami i punktami kontrolnymi. Gramy, gramy, gramy. Co się dzieje? Nasza drużyna przegrywa. Okej, zdarza się. Gra ładowała się jakieś 10 minut, trwała 15 i nic z tego nie dostaliśmy. Wracamy do menu i... co? Zaliczyło tylko moje śmierci, a innych statystyk nie? Super. Fajny błąd. Klikamy żeby rozegrać kolejną partię. Znowu czekamy i co się teraz dzieje? Gra nie dochodzi do skutku, bo jakiś gracz wychodzi z rozgrywki jeszcze przed jej rozpoczęciem, czyli w takiej jakby rozgrzewce. Wyświetla się napis głoszący, że gracz oczywiście zostanie ukarany, a my możemy grać dalej lub bez żadnych przeszkód opuścić grę. Oczywiście wszyscy opuszczają grę, bo nie chcą grać w nierównym teamie. Znowu rozpoczyna się katorga w postaci oczekiwania.

    Gramy! Wybieramy jakąś klasę, którą lubiliśmy grać na zwykłych serwerach. I co? Ded. Zmieniamy klasę? Ded. W końcu się wkurzamy i gramy Grubym. Kosimy wszystko. Nasz team wygrywa, przychodzi rozdanie punktów. I nie dostajemy nic z uwagi, że byliśmy poza trzema pierwszymi miejscami. Tak przynajmniej mi się zdaje, bo od tak po wygranej nie dostaję żadnych punktów. A może to jakiś kolejny bug? Mniejsza. Wracamy, oczekiwanie wydaje się być krótsze, bo odkryliśmy, że można namiętnie klikać w odznakę. Trafia się tryb król wzgórza. Oczywiście przyzwyczajeni nie wybieramy jakiegoś Scouta lub Snajpera. Lecimy z grubej rury. Dosłownie. Rozkręcamy swój minigun i zabijamy wszystko, co żyje. Wygrywamy. Nawet na podium, punkty lecą. Cieszymy się, lecimy z jeszcze kolejną grą. Ale tym razem trafił nam się taki dobry team przeciwny, że nie możemy nic ugrać. Gra toczy się i toczy, próbujemy chyba wszystkiego. Kończymy jako piąci w rankingu. Tracimy wszystkie punkty. Nie wiemy o co chodzi, przecież tak nie powinno być. Może to bug? Rage quit...

    3.png

    Tak, właśnie tak wyglądało moje testowanie tego trybu przez te cztery dni od jego wejścia w tryb bety. Wkurzałem się nieźle. Przyznaję, najlepiej nie grałem, bo ten rok przerwy od TF2 zrobił swoje. Ale później kolega, który nie ma premium zaprosił mnie do gry na jakimś losowym serwerze w typowym deathmeczu. I Boże... jakie to było dobre. Mogłem skakać na prawo i lewo Scoutem. Nie musiałem przejmować się tym, że zginę. Był instant respawn. Po prostu leciałem i prułem przed siebie. Nawet obojętnie jaką klasą, bo wybór niewiele znaczył. Szybko awansowałem na wysoką lokatę. I zobaczyłem, co tak naprawdę lubiłem kiedyś w Team Fortress 2. Właśnie to.  Zwyczajną grę, bez jakichś zobowiązań. Zginę tutaj? Pff, kogo to obchodzi. I tak za sekundę pojawisz się znowu na polu bitwy i będziesz cisnąć. Zginę w rankedzie? Team wyzywa cię od noobów, chociaż jeszcze dwa lata temu sam ich byś rozwalił. Czekasz te dwadzieścia sekund, wracasz mozolnie i giniesz znowu, bo nie było medyka, który zdążyłby cię wyleczyć.

    Dlatego brakuje mi w tym trybie rankingowym zwykłych deathmeczy. Gdzie gram przez te 30 minut i nie przejmuję się niczym. I jeśli uplasuję się odpowiednio wysoko w rankingu to dostanę odpowiednią liczbę punktów. I ich nie stracę jak przypadkiem zepsuję. A nie, że gram mozolnie w średnio lubianych trybach, pomimo wygranych nie dostaję punktów. No i potem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie był jakiś bug.

    No właśnie, nie wiem, co jest bugiem, a co nie. Jest to beta, więc błędy są zauważalne. Ale kompletnie tego nie rozumiem. System jest nieczytelny. Strasznie. Miałem sytuację, że mój team wygrał, ja na 3 miejscu. 0 punktów. No jak to? To za co oni dają te punkty? A może to kolejny błąd? No i czasem servery wywalają, więc to mogło mieć coś z tym wspólnego.

    Ale teraz nachodzi pytanie. Czy nie mogłoby to po prostu wyglądać tak, że za mecz zawsze dostajemy ileś punktów doświadczenia? Oczywiście odpowiednio mniej, jeśli nawet przegraliśmy lub zwyczajnie byliśmy niżej w tabeli. A teraz wygląda to bardzo średnio. Tak, po części zachęciłem się do grania w Team Fortress 2. Ale te gry rankingowe mnie denerwują. Najchętniej wszedłbym na dawny serwer, który był oblegany jeszcze 2 lata temu. Trudno było się na niego dostać, ale jeśli udało ci się wejść to wiedziałeś, że będziesz się doskonale bawić. A nie spinał o głupie, mało znaczące odznaki. Niestety tego serwera już nie ma, a Team Fortress się zmienia. Czy na gorsze, czy na lepsze pozostawiam innym do oceny.  

    4.png

    Te rozszerzenie, bądź też aktualizacja (jak zwał tak zwał) ma naprawdę spory potencjał i szansę na to, że Team Fortress 2 powróci do łask fanów multiplayerowych strzelanek. Jednakże Valve musi sporo nad tym posiedzieć, bo widać tu mnóstwo rzeczy do poprawy. Nachodzi pytanie, czy będzie to się dla nich w ogóle opłacać? Przecież mają maszynkę do robienia pieniędzy jaką jest Steam, mnóstwo, wręcz coraz więcej ludzi gra w Counter Strike Global Offensive. No i jest jeszcze również Dota 2 o największej popularności na Steamie. Parafrazując klasyka możemy zadać tylko jedno pytanie: czy będzie chciało im się chcieć? 

  11. Ważna notatka od autora w celu uniknięcia śmierci z nieznanych przyczyn: 

    Pamiętajcie: POWAGA ZABIJA POWOLI   

    Zróbmy sobie wyjątek i dla odmiany pomyślmy przez chwilę: jaki jest najbardziej znany symbol polskości, pierwsze, co przychodzi do głowy lwiej części ludu, gdy mają zidentyfikować swoją ojczyznę w jednym słowie? 
    Rzędy oddziałów husarskich pokazanych pod ekstremalnym kątem, przedstawianych jako wzór cnót wszelakich?(bicie Turków? Powodzenia z takim celem życiowym w dzisiejszych czasach.)


    Opasły szlachcic przepasany swoim kunsztownym pasem i z szablą przewieszoną u boku, która była jedynie na pokaz, ewentualnie do udzielania reprymendy chłopom, którzy pracowali na utrzymanie jego i całej jego rodziny jako niewolnicy?


    Dzielni powstańcy warszawscy, którzy narazili stolicę na ekstremalne represje ze strony rzeszy, tracąc przy tym 150 tysięcy cywili, niemających żadnego związku z ich patriotycznymi porywami, demolując wielowieczną stolicę po to, aby ich potomkowie mogli posłużyć za wzory na koszulkach sprzedawanych turystom za 35zł ze szczerzącym kły wilkiem i napisem "Żołnierze wyklęci - zawsze nieugięci"?


    Wybitne osobistości jak panicz Piłsudski, którego nazwiska nie potrafi poprawnie zapisać połowa społeczeństwa, a który w wielu zapamiętałych sentencjach szkalował nas jako naród?


    Kompot? Oczywiście ciepły i przez to niedobry?


    Mazurskie wzory ludowe, wyzierające zza meblościany każdego szanującego się domostwa, które miało szansę istnieć za czasów PRL-u?


    Ferdynand Kiepski? To po prawdzie byłaby całkiem dobra odpowiedź...


    Polski Hydraulik, będący istnie lustrzanym odbiciem charakteru pracy, którzy nasi rodacy podejmują za granicą?


    Papież Jan Paweł II, który parę lat po swojej śmierci otrzymał sporą dawkę "szacunku" od ludzi, o których walczył?


    Grupa młodych dżentelmenów wyglądających jak zebranie przed konkursem na sobowtóra Christiano Ronaldo, raczącym co dzień osiedle swoim wybitnym gustem muzycznym składającym się zwykle z playlisty, na której ilość piosenek była równa ilości palców roztargnionego drwala?


    Koneser trunków winopodobnych, chrapiący oparty o elewację świątyni monopolowej, z opadającym na oczy berecikiem tudzież czapką z daszkiem, pomrukujący swoje życiowe sentecje(panie pan daj pan piątkę panie daj pan piątkę panie...)?


    Odpowiedź przeleciała mi dziś przed oczami, i to całkiem dosłownie. Masywnemu kołtunowi piór z wystającym czerwonym dziobem ledwie udało się zmieścić pomiędzy dwoma przejeżdżającymi samochodami, po czym z gracją naćpanego hipopotama rzucił się na skoszoną łąkę, jakby zobaczył tam leżące samotnie pięćdziesiąt groszy. 
    Chwilka zamyślenia i moje wątpliwości zostały rozwiane: bocian to istnie boski symbol Polski i polaków. 

     

    MrUxsHn.jpg
    STORK IS LIFE
    THERE IS NOTHING BEYOND THE STORK


    Wystarczy na to popatrzeć tak: zwykle kiedy pierońskie lutowe mrozy ustaną, ludziska melancholijnie zaczynają wpatrywać się w okna, jakby miał przelatywać superman, samolot ze zrzutem ukraińskich papierosów albo paczka z allegro. Kręcić palcami w niebo zaczynają dopiero kiedy na horyzoncie ukaże się ON. Nasz symbol, wielki i potężny, wracający z ciężkiej tułaczki w północnej Afryce, gdzie korzystał z rozpasania sprzyjających dla niego warunków. 
    Nie daj pambuk jeżeli usiądzie taki na kominie! Wtedy euforia sięga zenitu: "Dzieci bedo!". Musi ktoś obowiązkowo wykrzyczeć.* Z tego co mnie uczyli, to kominem dostarcza się prezenty, a dzieci biorą się ze zgoła innego miejsca, ale o tym kiedy indziej. 


    Jeżeli Pan i Pani B. Ociek nie znajdą sobie odpowiedniego miejsca na gniazdko, państwo ochoczo dopomaga im w brakach roztropności i samowystarczalności finansowej fundując im mieszkanie dla młodych na słupach telekomunikacyjnych, wykonanymi specjalnie do tego celu metalowymi konstrukcjami.** Jeżeli drogą konsensusu państwo B. łaskawie zgodzą się skorzystać z dobroci demokracji i dofinansowań gminnych, zaczynają budować gniazdo. Zwykle cięższe i solidniejsze, niż się może wydawać. Tak więc niewielkim kosztem zatkanego przewodu kominowego mamy przywilej codziennego słuchania klekotania kilkudziesięciocentymetrowych dziobów. Śpiewać nie potrafią(może to i lepiej), ale zrobią co w swojej mocy, żeby wytworzyć naokoło siebie jak najwięcej hałasu. Takie to… swoje. 

    C. ciconia zjadają jaja ptaków i młode ptaki, ryby, mięczaki, skorupiaki i skorpiony. Polują głównie w ciągu dnia, połykając mniejszą zdobycz w całości, większą zabijają i rozdzielają przed połknięciem. - Źródło: Wikipedia


    Jeżeli miesięczna pensja wystarczy, a Panią B. nie trafi przez ten czas szlag, tanim kosztem możemy zafundować sobie wędzone bocianie jajka. Przez czas lęgu, Pan Ociek zapie**** w pocie czoła, żeby przynieść do domu 3k miesięcznie, czyli jakąś wszamę. O ile bajeczki i opowieści kochanej babuni nauczyły nas, że raczą się one tylko żabami, oczywiście podrzucając je i połykając w całości, mam ciekawy materiał do katharsis. Otóż w poszukiwaniu czegoś do wrzucenia na ruszt, Pan Ociek nie pogardzi w sumie niczym. Żaby, jeże, jeżozwierze, mięsne jeże zdrapane z asfaltu, małe ptaki, króliki, gumaki, zupki z biedronki... Byle przeżyć do pierwszego. Zawstydza nawet żaków gnieżdżących się w akademikach. 

    r0ynoeO.jpg
    Pan ociek podczas codziennego, zdrowego śniadania. 
    Jak mówił Minister Zdrowia: 5 porcji dziennie!


    Po kilku tygodniach Pani B. oświadcza, że mąż się jej nie słucha i zmienia nazwisko na panieńskie, każąc mówić na siebie B. Ocianieg mieszkając jednocześnie pod jednym dachem, bo kogo na to stać, do mamusi w Afryce za daleko. Nie mogą dokonać aborcji na nieurodzonych dzieciach, poza tym w Polsce jest to zdelegalizowane. W obawie przed tym, co ludzie powiedzą, uzgadniają między sobą, że dzielą dwa jaja między siebie, rzucając żabę i patrząc na którą stronę wywali jej wnętrzności.


    (Bociany są monogamiczne, ale nie łączą się w pary na całe życie(...) - Źródło: Wikipedia

     

    SPEQj7t.jpg
    Pan B. patrzy, jak jego żona opuszcza go na zawsze.
    W głębi siebie wie, że nigdy nie poradzi sobie sama i wróci na kolanach za jakiś tydzień.


    Po jakimś czasie życia w nowo nabytym pseudokonkubinacie, możemy doczekać się ładnej kolekcji oskubanych szkieletów nieznanego pochodzenia walających się po blachodachówce i dodających wodzie z rynny unikalnych wartości witaminowych, a znad krawędzi gniazda można raz na dzień dostrzec świeżo opierzone główki nowo wyklutego potomstwa. Ojcu trafił się pod opiekę mały B. Ociek Junior, a mamuśka troszczy się o córkę, nazywaną według tradycji B. Ocianiegówna. 


    W Zagórzu nad kawałkiem drogi od zawsze stał tajemniczy kawałek daszka, osłaniający chodnik. Z początku myślałem, że to do ochrony przed deszczem, bo stoi obok przystanku, chociaż od spodu był tak powyginany, jakby przeszedł nalot dywanowy. Olśnienie przyszło kiedy dostrzegłem pozostałości starego gniazda mieszczącego się na słupie obok. Ku mojemu przerażeniu, wcale nie był pobielany wapnem, lecz trochę mniej szlachetną substancją. Co prawda organiczną i ekologiczną, ale damn. 


    Miał ktoś kiedyś okazję siłować się z keczupem, oznakowanym jako "korek-niekapek"? Ode mnie zasłużył sobie na nazwę "korek-niedajek", i to całkiem słusznie. Wystarczy wyobrazić sobie pół kilo keczupu napierającego na ścianki kiepsko wyżłobionej gumowej membrany, aby w rezultacie zostać hojnie obdarowanym kawałkiem kanapki zanurzonej w keczupie. Mniej więcej tak to działa.

    Przez letnie gorące miesiące państwo Ociek/Ocianieg zostają obdarowywani datkami z programu "500 okruchów +" i programem unijnym "Ptasia sodomizacja w każdej gminie", będąc jednocześnie nękanymi przez zamiejscowych i trzaskami migawek.

    "Cały czas tylko te aparaty, palce wskazujące na nasze gniazdo... I jeszcze te głosy. "Patrz mamo, bocian, bocian!" Na oczach wszystkich... To było jak sztylet wbijany w serce naszej rodziny."  - Opowiada Beata O.(tożsamość do wiadomości redakcji).

    XukKeVo.jpg
    Na tym etapie sprzeczek małżeńskich doszło do niejednokrotnej przemocy.
    Miejsce pobytu dzieci pozostaje nieznane.

    Skutkiem protekcjonalnego dokarmiania przez rodziców do osiemnastego miesiąca życia, młode bocianie pokolenie zostaje zepsute do szpiku swoich lekkich, ptasich kości. Korzyści brane z programu pozwalają podbitemu B. Ociekowi na regularne wylatywanie z gniazda wieczorami i szukania wilczych jagód z kolegami dla nowych wrażeń w swoim monotonnym życiu. Jego była żona natomiast otacza natarczywą opieką swoją córkę, która coraz częściej stawia opór rodzicielskim radom.
    W niedzielny wieczór pani B. odkrywa straszliwą prawdę ukrytą pod kępką gałęzi w kącie ich gniazda. Świeżo złożone, bielutkie jajo leży tuż przed jej okrągłymi oczami. Początkowo zrozpaczona obwinia męża o zdradę, zanosi się łkaniem dopóki nie widzi swojej córki, która podchodzi do niej z opuszczonym dziobem...

    Bociany zazwyczaj osiągają dojrzałość płciową w okolicy czwartego roku życia, choć zdarzają się przypadki przystąpienia do pierwszego lęgu już po osiągnięciu drugiego roku oraz dopiero po osiągnięciu siódmego roku życia. - Źródło: Wikipedia

    Po szybkiej rozmowie z mężem, Beata podejmuje trudną dla wszystkich decyzję. Jako odpowiedzialni i wychowani na prawych normach moralnych rodzice robią to, co do nich należy: wypełniona gniewem Beata odlatuje w kierunku południowego wschodu, aby podrzucić jajo swojej matce. Podczas gdy pan Ociek wciąż uprawia swoje toksyczne hobby, rodzeństwo dalej hula po wsze czasy za nadwyżki datków. Podczas gdy młody Ociek trafia na intensywną terapię, prawdopodobnie po zażyciu dużej dawki tojadu, która została mu jako środek na usprawnienie szybkości lotu, Beata wraca, a na głowie przepasaną ma kruczoczarną, aksamitną chustę...

    Wyznawcy Islamu czczą bociany, ponieważ odbywają one według nich doroczną pielgrzymkę do Mekki podczas swojej wędrówki. - Źródło: You guessed it

    Skrzętnie rozkłada na powierzchni gniazda zagubiony fresk, który leżał w ubikacji męskiej w Izraelskim McDonaldzie przez setki lat. Podpisany przez niejakiego Carla Spitzwega, przedstawia idealnie plan na zemstę bocianiej nacji i wyeliminowanie rasy ludzkiej z powierzchni planety. Całość była zaszyfrowana tak, aby przedstawiać dzieło sztuki XVI w., ale światły umysł Beaty od razu rozkodował o co chodzi. Po szybkim sprawdzeniu w słowniku dowiedziała się, że Spitzweg znaczy "Spiczasta Droga". Młoda B. Ocianiegówna dodała też, że w średnioweczu "tajemnicza plaga" wybiła prawie połowę ludności europy. Przez niektórych nazywana też była "karą boską".

    - Jedynie połowę... - złowrogo dodała matka

    Nie trzeba było tłumaczyć nic więcej. Geniusz ruchu oporu zaprojektował zbrodnię idealną. Najpierw dzięki snajperskim zdolnościom B. Ocianiegówny przystrajają fartuchy lokalnych wieśniarek w mleczne fekaliowe wzory. Podczas gdy naiwne kobiety zajęte są suszeniem swoich tkanin, Ociek zakrada się do domostwa i wykrada pierworodnego. Kiedy nikt nie patrzy, puszcza go z dużej wysokości, skutecznie pozbawiając go żywota. Dzięki długotrwałej praktyce, nie ma dzieci, które by dorastały, więc ludzie nie mają się jak rozmnażać i po odpowiednim czasie mogą z ochotą patrzeć, jak ostatni przedstawiciel tych plugawych kreatur wije się w agonii po spękanej wieczną suszą skorupą ziemi, która kiedyś była jego domem. Biorąc kawałek kredy w swoje lewe skrzydło, szybko obrazuje swoją teorię profesjonalną symulacją sytuacji aerodynamicznej ukrytej przez Spitzwega:

     

    Spoiler

    cSWKu0D.jpg

    Jak na dłoni. Dobrze, że bocianie umysły są ponad ludzką naiwnością.

     

    Wkłada zatrutą cierń na legowisko męża, układa dzieci do snu i zasypia, niecierpliwie czekając na kolejny dzień, w którym zacznie się wielka czystka...

    Tylko że wtedy wybił 12 października i cała rodzina odleciała z powrotem do Afryki, a cała miejscowa wieś wyszła im na pożegnanie, machając chustkami, cichutko łkając, a potem układając ckliwe piosenki na ten temat.

    Powaga mode on czyli "co autor miał k%&$# na myśli?"

    Jak to jest, że pewne stworzenia tego samego gatunku są traktowane zupełnie inaczej niż inne? Że słucham? A, tradycja. Tradycja czego, dokładnie? Czczenia bocianów, bo są większość jej populacji zamieszkuje przez kilka miesięcy w Polsce? Czyli naszą tradycją jest cieszenie się z czegoś, na co mamy niewielki wpływ, ale i tak nam się należy. Jakieś 10 lat temu widziałem, jak pewna babinka leje podwórkowego czarnego kota kijem. I to nie jakimiś lekkimi pacnięciami, wrzask był nie do zniesienia. Jeszcze jako grzdyl zainterweniowałem, a usłyszałem tylko, że "I tak nic nie czuje, bo nie ma duszy."
    Coś mi się wydaje, że rzeczywiście, komuś duszy wtedy brakowało.

    Sugestia to wielka moc. Bociany zawsze przedstawiane są w bajkach i podaniach jako coś boskiego, fruwającego przez niebiańskie obłoki, niosąc w dziobie gładkiego i ślicznego potomka, najczęściej zawiniętego w pieluszki Pampers© Active Baby™. Natomiast w średniowieczu koty palono na stosie razem z czarownicami. Trochę mnie to irytuje, bo sam przeżyłem 15 lat ze swoim czarnym kotem i był to najbardziej prawilny sierściuch, jakiego miałem szansę mieć. A wystarczy rozprzestrzenianie opinii przez popkulturę i można odwrócić kota ogonem(excuse the pun).

    PwKtiYl.jpg



    Skoro już tacy jesteśmy tradycyjni, dlaczego mamy ograniczać się jedynie do natychmiastowej erekcji z ekscytacji na widok przelatującego bociana? Co stało się z tradycją nakazującą otwieranie nowych sklepów jedynie w środy lub soboty? Gdzie w menu są serca dziecka, które dają niewidzialność? Dlaczego w katalogu Diora Polska nie ma sznurków, które służyły do egzekucji wisielców, które emannują ochronną energią(jak zawsze bez konserwantów)?

    Nie mam wielkiego urazu do bocianów, poza powodami wymienionymi powyżej. Nie widzę po prostu powodu, dlaczego koniecznie musimy aż tak je gratyfikować. Bo zasługują na nalepkę "tylko u nas" czy "dobre, bo polskie"? Spoko, to znaczy, że będę je często widywał na co dzień i nie będzie to dla mnie wielki zachwyt.

    Powaga mode off

    Pewnie na zawsze została mi już przyszyta przez niektórych łatka antypolaka, a kółko różańcowe plecie już dla mnie stryczek, ale chyba wiem, dlaczego tak bardzo utożsamiamy się z tym ptaszydłem. Oczyści łąki z wszelkiego życia, napychając się przy tym po sam korek, zrobi dzieci i odleci z powrotem tam, gdzie jest mu wygodniej kiedy tylko warunki zaczną być dla niego niesprzyjające, cały czas pozostając alegorią patriotyzmu.

    Parafrazując klasyka: "W takich chwilach, wszyscy jesteśmy bocianami." Każdy jest inny, nierozerwalnie związany ze swoim krajem ojczystym, w którym się urodził i wychował. No chyba, że jest czarny. Wtedy gwarantowane jest, że entuzjaści będą podglądać go przez lornetki i robić mu setki zdjęć, "bo to rzadki okaz".


    *Te dwa zdania wyrwane z kontekstu brzmią o wiele gorzej niż planowałem. Mea Culpa, poczuciu dobrego smaku. 

    ** To akurat dobry koncept. Ale pamiętacie, co mówiłem o powadze, prawda?

  12. Powyższy tytuł może sugerować odcinek poradnika pisarskiego, dlatego z góry uprzedzam, że to nie będzie wpis tego typu. W pisaniu jestem zbyt cienki, żeby mówić innym, jak mają się za to zabierać (chociaż jeśli ktoś też coś pisze i chciałby mi pokazać – z chęcią porobię za betę!). Tu chcę poruszyć sprawę, która mnie kiedyś nurtowała, a którą przypomniałem sobie tydzień temu po rozmowie z kolegą.

    Trzeba Wam wiedzieć, że ów kolega i ja jesteśmy fanami twórczości Sapkowskiego, a zwłaszcza (w moim przypadku „tylko”) cyklu wiedźmińskiego. W pewnym momencie dyskusja zeszła się właśnie na styl AS-a, a konkretniej na elementy jego stylu, które mogą być uznane za kontrowersyjne.

    Otóż – jeśli sami coś piszecie i pokazaliście swoje teksty ludziom, którzy mają na ten temat choć blade pojęcie, z pewnością zdajecie sobie sprawę, że stylistyka polska zawiera swoje reguły. Ich łamanie może nie dyskwalifikuje pisarza z miejsca, ale za to utrudnia płynność czytania tekstu, a w związku z tym może stanowić podstawę do zwrócenia takiemu amatorowi uwagi. Na pewno do reguł stylistycznych można zaliczyć unikanie powtórzeń (zwłaszcza jeśli wynikają z ubogiego języka autora), stosowanie zaimków osobowych najlepiej tylko tam, gdzie faktycznie są potrzebne, czy konsekwentne stylizowanie narracji/dialogów. Jeśli pisarz amator się do nich nie stosuje, zdaniem wyrobionych czytelników to znaczy, że nie zna podstaw pisania i że pewnie w takim wypadku jego tekst reprezentuje niski poziom.

    To co powiecie na to, że Sapkowski i co poniektórzy inni pisarze łamią niektóre lub nawet wszystkie wyżej wymienione zasady? A mimo to czytelnicy często nie tylko tego nie punktują, ale, odnoszę wrażenie, wręcz w ogóle tego nie widzą.

    Stwierdzenie to jest odważne jak na kogoś, kto nie ma wielkiego doświadczenia w pisaniu, ale spokojnie – nie chcę wycierać sobie gęby zawodowcami. To jak najbardziej można wyjaśnić. Otóż między takimi jak ja i zawodowcami jest jedna zasadnicza różnica: reprezentowany poziom. Po prostu.

    Ale na czym ten poziom polega?

    W tym momencie trzeba powiedzieć, że pisanie nie jest jedną umiejętnością, lecz całym ich zestawem. Gdybym miał proponować podział umiejętności, bez których pisarz nie może być uznany za dobrego, to bym wypisał:
    – znajomość języka, w którym pisze się utwór, i poszczególnych rodzajów stylu;
    – zdolność do (ciekawego) opowiadania historii;
    – obycie kulturowe;
    – doświadczenie życiowe;
    – wiedza ogólna, zwłaszcza dotycząca tematu i realiów, które „dotyka” się w trakcie pisania;
    – znajomość psychologii ludzkiej (jakoś przecież trzeba tworzyć wiarygodne postacie!).

    Jeśli o czymś zapomniałem, jak najbardziej możecie dopisywać swoje propozycje.

    Ale o co chodzi: przede wszystkim pisanie jest przedmiotem dziedzin nauk humanistycznych. Nie mówimy zatem o czymś, co łatwo uchwycić szkiełkiem i okiem, choć oczywiście nie jest to niemożliwe (gdyby było, to wszystkie zasady pisania należałoby hurtem wyrzucić do kosza). Jeśli czytamy prozę dla przyjemności, przede wszystkim szukamy opowieści, która nas wciągnie, a jeszcze lepiej – wywoła w nas określone emocje. Szukamy przeżycia. Zaryzykuję stwierdzenie, że dobre opanowanie wypisanych przeze mnie umiejętności sprawi, iż napisanie dobrej – i to dobrej przez duże „d” – prozy będzie gwarantowane.

    Ich opanowanie oczywiście nie będzie łatwe. Ale nikt nie powiedział, że ma być.

    Dobrzy pisarze zatem po prostu posiadają to nieuchwytne, abstrakcyjne „coś”, które sprawia, że potrafią przyciągnąć do swoich dzieł rzesze czytelników. To nie oznacza jednak, że nie należy do tego dążyć. Bo mimo wszystko owo nieuchwytne „coś” też jest wynikiem pewnych zmiennych, jak najbardziej możliwych do uchwycenia dla wytrwałego pisarza amatora.

    Czy więc stosować się do reguł stylistycznych? W tym momencie zaprzeczę sobie nieco i stwierdzę, że warto, przynajmniej na początku drogi twórczej. Potem, kiedy już nabierze się doświadczenia, można kombinować. Bo wtedy pisarz ma większą pewność, że swoim dziełem zainteresuje czytelnika tak czy inaczej, tak że ten wybaczy mu pewne „niedociągnięcia”.

    Zawodowcy przecież też jakoś zaczynali.

    *  *  *

    Osoby niechętne tutejszej blogosferze zapraszam do lektury wpisu na stronie Eskapizm stosowany. Tam zresztą następny wpis ukaże się 23 lipca (tu może być różnie).

  13. chagall+dead+souls.jpg

    Gdyby nie ślepy przypadek, nikt na świecie „Martwych Dusz” by dziś nie znał, krzyczy slogan z tylu okładki. Co jest nieprawdą, bo chociaż tekst rzeczywiście został ocalony od spłonięcia, to jednak jak na swoją wartość, jest obecnie stanowczo zbyt mało popularny. I właśnie celem zdobycia mu kolejnych kilku dusz, ów tekst publikuję.

     

    Mikołaj Gogol ciekawą postacią był… Z jednej strony nie przepadał – delikatnie mówiąc – za narodowym charakterem Rosji pierwszej połowy wieku XIX, sprzeciwiał się biurokracji, korupcji, upadkowi obyczajów, z drugiej zaś nie chciał pozostać w oczach rodaków obiektem nienawiści po premierze pierwszego tomu „Martwych Dusz”. Pod wpływem głosów krytyki zgodził się kłamać, siadł do drugiego tomu, który wbrew początkowym założeniom miał stanowić wycofanie się z poglądów przedstawionych we wstępie. Konflikt pomiędzy tym nowym kierunkiem twórczości, a sumieniem artysty, stanowił u zwieńczenia jego krótkiego życia (zaledwie 43 letniego) naczelny motyw – wiązał się z depresją i rozterkami.

    Próbując wymyślić odpowiedni klimat dla tomu drugiego – to jest odwrócić nieco obraz świata z części pierwszej, pozostawiając jednak gdzieś w tle delikatne napomnienie – Gogol niejeden rękopis wrzucił do kominka. Śmierć artysty przyszła nagle i niespodziewanie, jej okoliczności swoją drogą były dość niecodzienne, plotka głosi bowiem, że pisarz został pochowany… żywcem. Teoria wzięła się stąd, że po otwarciu trumny, ciało leżało twarzą w dół oraz inne argumenty, jak mawiają nauczycielki polskiego, potwierdzające tezę. Z ostatecznie zaplanowanych trzech części ocalała wyłącznie ta pierwsza oraz cztery (niepełne) rozdziały kontynuacji i żadnego ogólnego planu, co powinno wydarzyć się dalej.

    Ani gruby, ani chudy, może Cziczikowem być

     

    Przejdźmy jednak do początku, do głównego bohatera, to jest Pawła Iwanowicza Cziczikowa. Od pierwszych stron owiany tajemnicą, a jedyne co na jego temat wiemy to tyle, że podróżuje sobie przez Rosję w interesach. Nie jest ani gruby ani chudy, ani taki ani taki – i tyle. Człowiek, na którego najpewniej w tamtych czasach prawie nikt nie zwróciłby uwagi idąc ulicami. Idealnie pasuje to do oszusta? Oczywiście… zwłaszcza jeżeli posiadacz takiej charakterystyki, zajmuje się skupowaniem wspomnianych Martwych Dusz.

    Ów tajemniczy obiekt zainteresowań Cziczikowa jest, mówiąc krótko, całkiem dosłownie potraktowany. Trochę teorii – swego czasu, kiedy inwigilacja komórkowo-facebookowa nie była tak powszechna, władza prowadziła wśród gospodarzy spis ludności, kontrolując liczbę służących, pracujących w gospodarstwach. Na tej podstawie decydowano kto jest bogaty i ile musi płacić podatku. Częstotliwość takich spisów była oczywiście niepowalająca, skutkiem czego między kolejnymi wielu służących zdążyło po prostu umrzeć, stając się aż do następnego spisu źródłem dochodu jedynie dla państwa – i to są właśnie owe, tytułowe martwe dusze.

    Autostopem przez Rosję?

     

    Główny bohater jeździ więc po Rosji, skupuje od co bogatszych właścicieli ziemskich martwą część populacji – i wychodzi nawet na to, że to on jest stratny, bo przejmuje w ten sposób na siebie zobowiązanie podatkowe do czasu kolejnego spisu. A gospodarz? Ładna urzędowa transakcja, tak jakby wszyscy żyli, od tej chwili już nie musi on za tych chłopów płacić podatku, ba, sam jeszcze pieniądze za fikcyjną sprzedaż dostaje. Szaleństwo…

    O planach Cziczikowa dość, bo choć nie jest to książka, w której fabuła odgrywa niezwykle istotną rolę, nie chcę odzierać jej z ostatniego cienia tajemniczości. Samo wyjaśnienie będzie jednak rozczarowujące dla wszystkich, którzy spodziewają się: a) motywów nekromancji, b) wielkiego szturmu umarłej armii jak we Władcy Pierścieni, c) innych fantasy-bzdur. To powieść utrzymana w klimatach naturalizmu, realizmu i nie ma tu miejsca nic, co rzeczywiście nie mogłoby wydarzyć się w XIX-wiecznej Rosji.

    Gdyby napisał ją Dante, to nie tak by to szło…

     

    Jak wspomniałem, w temacie akcji nic tu przesadnie nie zaskakuje. Prawie cały pierwszy tom to opisane po kolei wizyty u kolejnych właścicieli ziemskich, różniące się między sobą tym, że jeden mimo wizji spowodowanego nałogowym hazardem bankructwa, zaproponuje jeszcze drogi obiad i karty, a inny wyciągnie suchego sucharka z kredensu dopiero gdy usłyszy o pieniądzach (i jeszcze dyskretnie każe służbie oskrobać go z pleśni). Jeszcze inny będzie próbował sprzedawanych nieboszczyków zachwalać i podbijać cenę, skoro panu tak na nich zależy. Każda postać, z którą spotyka się Cziczikow, stanowi ucieleśnienie ludzkich wad: pijaństwa, skąpstwa, chciwości i tak dalej.

    Ważniejszą od kolejnych zwrotów akcji jest dla Gogola realizowana w ten sposób charakterystyka społeczeństwa. Obraz może nieco szokować, bo naprawdę ciężko znaleźć tu typowe dla literatów „ale przecież człowiek jest dobry”. Sam Mikołaj Gogol po zatytułowaniu swojego tekstu umieścił jeszcze pod spodem słowo Poemat. Nieprzypadkowo, bo choć pisana prozą, jego książka cały czas nawiązuje do Boskiej Komedii Dantego. Na kolejnych stronach autor serwuje nam coś na wzór dantejskiej podróży przez piekło i po przeczytaniu całości mam nawet poczucie, że układ kolejnych odwiedzanych gospodarstw nie jest przypadkowy i lekko nawiązuje do zanurzania się w kolejne kręgi, aż do tego najważniejszego. Od tych właściwie niewinnych, po najgorsze wyobrażenia na temat człowieka.

    Niemęczący klasyk

     

    Gogol naprawdę potrafił pisać dialogi – naturalne, pozbawione nadmiaru myśli filozoficznej, a jednak celnie uwypuklające to, o co autorowi chodziło. Znajdziecie w nich akurat tyle, ile potrzeba, a do tego dość spore pokłady humoru, podobnie zresztą jak w opisach, z których aż kipi ironią. Ciekawe zderzenie swoją drogą, bo już z kolei piętnowanie smutnego pejzażu wsi rosyjskiej pozwala książkę wrzucić nawet do worka z napisem „naturalizm”. Wylewający się z kartek bród, smród i pomylenie w jednym. Okazyjne zwroty do adresata sprawiają zaś, że „Martwe Dusze” miło się czyta nawet na głos – co w zasadzie dość mocno wyróżnia je na tle powszechnie szanowanych arcydzieł literackich.

    Na to wszystko natkniecie się w części pierwszej, liczącej sobie około 300 stron. Prosta fabularnie, niepozbawiona filozoficznego wydźwięku, pomijając realia całkiem aktualna powiastka o tym, jaki jest człowiek w pewnych warunkach. Osobny temat stanowi cała reszta, to jest wspomniane na początku, ocalałe od zagłady cztery rozdziały części drugiej. Warto tu wspomnieć, że nie każde wydanie (zwłaszcza te starsze) będą ów dodatek posiadać. Sam polując na własny egzemplarz, bardzo chciałem do nich dotrzeć…

    Co artysta powie, rzecz to święta

     

    Na publikowanie książek nieukończonych, patrzę osobiście dość nieprzychylnie – wystarczy wspomnieć, co stało się w przypadku „Pierwszego Człowieka” Camusa, który okazał się żenadą z wielu powodów. Nie było kiedyś komputerów, a na maszynę rękopisy raczej się przepisywało niż zaczynało od niej proces twórczy. Logiczny wyłącznie dla autora charakter pisma wprowadził do tamtego tekstu wiele przekłamań i znaków „niewyraźne pismo” zamiast gotowego tekstu. Trudno było wreszcie mówić o jakiejś gruntownej korekcie, skoro pisarz nie mógł już w żaden sposób interweniować w przypadku gdy sprawdzający coś mu zburzył, a szacunek do zmarłego przecież trzeba zachować – lepiej więc wypchnąć nieprzeznaczony do druku blok tekstu. Nie mówiąc już o tym, że zbyt niekompletne „pośmiertne” kończą się często wypychaczami w rodzaju prywatnych listów i tak dalej, co uważam za zwyczajnie obrzydliwe.

    Szczerze powiedziawszy, czytanie tych czterech dodatkowych rozdziałów można sobie w przypadku Martwych Dusz podarować, bo są może i bardzo ładnie napisane, ale równie dobrze można otworzyć dowolną inną wybornie napisaną książkę i przeczytać z niej parę dłuższych fragmentów oddzielonych od siebie ścianami tekstu, których nieznajomość utrudnia zrozumienie czegokolwiek – nie jest to wszystko razem ani spójne, ani przesadnie wzbogacające tom pierwszy, u którego zwieńczenia Gogol wyjaśnia, o co w całej hecy jak dotąd chodziło. Nie jest też tak, że mamy tu cztery pierwsze rozdziały kontynuacji – poprzedzielane są wydarzeniami, o których pojęcie ma wyłącznie ogień, który strawił brakujące kartki. Pierwszy tom to w zasadzie jazda obowiązkowa, ale już dodatek tylko dla ludzi mających do „Martwych Dusz”, Gogola czy chociaż rosyjskiej literatury jakiś wyjątkowy sentyment.

    ______________________________

    I na koniec, tak o przypominam poprzednie, mające na karku już z 2 lata teksty. Nic w nich od tamtej pory nie zmieniałem, poprawiłem tylko styl edycji na taki, jaki stosuję od czasu tego tragicznego "nowego skryptu" - a widziałem, że Ulissesa dopadła klątwa cudzysłowu. Jak za rok przypomni mi się, że warto napisać część czwartą, to może będzie dobra okazja to poprawić :). Tu też by się co nieco przydało, bo odstępy w ostatnim akapicie uporczywie nie chcą być takie jak w poprzednich...

    #1: Ulysses

    #2: Atlas Zbuntowany

    No dobra, nie za rok, jedna dość hardkorowa rzecz już się tworzy.

  14. Seria Wolfenstein jest serią starą i zasłużoną dla gatunku; Wolfenstein 3D był prawdziwym przełomem w gatunku FPS, Return to Castle Wolfenstein zrodził sławne Enemy Territory. Mimo to po porażce sprzed paru lat zwanej po prostu Wolfenstein niektórzy postawili krzyżyk na serii - jak się okazało, bardzo przedwcześnie.
     

    Wszystko zaczęło się w 2009 roku, gdy ze studia Starbreeze urwało się kilku gości odpowiedzialnych m.in. za pierwszego Riddicka. Jako Machinegames trafili oni pod skrzydła molocha zwanego Zenimax, który mniej więcej w tym samym czasie nabył prawa do IP id Software. Rozglądając się za IP do potencjalnych projektów wpadli w końcu na Wolfenstein, brainstorming i jedną wizytę w siedzibie id później pracowali nad nową grą w tym uniwersum. Prace te zajęły ładne kilka latek, ale ostatecznie w 2014 roku produkt Machinegames ujrzał światło dzienne jako Wolfenstein: the New Order.

    rwTSPOg.jpg

    Czym jest The New Order? Przede wszystkim to jest dynamiczna, nieskrępowana strzelanka, kolejny udany powrót do korzeni gatunku. Niby jest system osłon, ale jest on zupełnie opcjonalny (a większość osłon można przestrzelić). Niby jest regenerujące się zdrowie, ale regeneruje się ono tylko w niewielkim stopniu, a resztę trzeba odnowić porozrzucanymi po poziomach apteczkami, cygarami, a nawet sławną psią karmą z misek. Zgodnie z nowoczesnymi wymogami jest stealth, ale ten stealth nie tylko się nie narzuca, ale przede wszystkim działa i nie wymaga jakich cudacznych gimnastyk skradankowych. To jednak tylko urozmaicenia, bo w TNO przede wszystkim się strzela, strzela i więcej strzela. Są automatyczne karabiny, automatyczne pistolety, automatyczne strzelby, automatyczne karabiny laserowe, a wszystko, od noża po snajperkę, można wyciągnąć dwuręcznie i zalewać pole bitwy ścianami ołowiu podwójnej gęstości. Wybijanie mięsa armatniego od czasu do czasu urozmaici twardsze paskudztwo, czy to wredni opancerzeni żołnierze ze strzelbami, czy to potężni "Ubersoldaten", albo w ogóle ogromne roboty bojowe, a czasem pojawi się też ciekawa odskocznia typu walka z bossem albo sekcja, z braku innego słowa, "pojazdowa". Same poziomy również są miłą niespodzianką, może nie są jakieś ultra gigantyczne, ale posiadają solidną ilość rozgałęzień, znajdziek i sekretów premiujących różne podejścia i kreatywność odkrywcy... Generalnie od czasu Painkillera nie było gry która by dawała tyle frajdy z niczym nie ograniczonego biegania po korytarzach i koszenia wrogów - brak tu frustracji jakie były plagą takiego Serious Sama.

    bFHSdCI.jpg

    Właśnie, wrogowie. Ponieważ to Wolfenstein, wrogami są oczywiście Naziści i nikomu nie potrzeba specjalnej motywacji żeby do nich strzelać (już na pewno nie w naszym kraju), ale twórcy The New Order dołożyli wszelkich starań żeby nawet najbardziej spokojnemu, przyjacielskiemu osobnikowi zawrzała krew, a palec nie przestawał zwalniać spustu karabinu. Nie musieli specjalnych cudów wymyślać, po prostu przedstawili świat po zwycięstwie Nazistów, ze wszystkimi tego konsekwencjami i na podstawie tego, co oni sami zapowiadali; obozy pracy, Lebensraum, eutanazje, brak miejsca dla osób kalekich i nieprzystosowanych, wielki brat zawsze patrzy (a sąsiedzi donoszą)... Nic nie jest upiększone, ani zatuszowane, a sam BJ od niemal samego początku gry przejdzie dosłownie przez piekło i chyba jedynie jego fizys protagonisty FPSowego chroni go przed wypatroszeniem po ledwo paru etapach. Zresztą Blazkowicz też wpasował się w ponury ton gry i wykazuje objawy zrozumiałego w jego sytuacji, ciężkiego PTSD. Twórcy zresztą zdają sobie sprawę z bagażu emocjonalnego gry i od czasu do czasu zdarzy się im mrugnąć w stronę gracza wypowiedzianymi z absolutną powagą tekstami typu "[beeep] you, moon", albo polkową aranżacją The House of the Rising Sun. Główna obsada również jest zrealizowana po prostu świetnie, sojusznicy Blazko są żywymi postaciami z własnymi celami i problemami, a czarne charaktery - szczególnie główne, Wilhelm "Totenkopf" Strasse i Frau Engel, są poprowadzeni tak, że wystarczy jeden przerywnik z ich udziałem by gracz z niecierpliwością czekał aż nadejdzie pora rewanżu.

    mSScjq1.jpg

    Oprawa gry jest od strony technicznej jest całkiem solidna, a sam projekt i styl jest fascynujący, widać że twórcy odrobili zadanie domowe i to co pokazali ma sens i jest wiarygodne, o ile można wiarygodnym nazwać 10-piętrowego robota patrolującego ulice Londynu zasilanego przez nazi magic. Voice acting też jest dobry, zarówno po angielsku, niemiecku, jak i w innych językach (trochę polskiego i trochę jidysz).

    fkWrqwp.jpg

    Wady?... Cóż, mogę przez chwilkę pomarudzić, całe trzy rzeczy się uzbierają. Po pierwsze, Laserkraftwerk jest super fajną bronią, ale konkretnie ją paraliżuje ciężko ograniczony zapas amunicji, z pełnej baterii czasem nie idzie nawet jednego Ubersoldata ubić. Po drugie, po timeskipie granaty są w znacznym stopniu bezużyteczne i nadają się jedynie do chwilowego ogłuszania robotów. Po trzecie wreszcie, seria finałowych bossów jest odrobinę zbyt gimmickowa jak na mój gust, nawet jak można puścić w ruch karabiny, trzeba uważać żeby nie urżnął gracza jakiś bullshit zza pleców.

    PwQb4dC.jpg

    Poza tym jednak gorąco polecam Wolfenstein The New Order wszelkim fanom strzelania, czy to starym, czy młodym i zalecam nie przeskakiwać cutscenek bo naprawdę warto doznać tej gry, zarówno od strony strzelania, jak i (o dziwo?) fabularnej.

    PwxiEQ6.jpg wLwQrsL.jpg

    etZ3aZB.jpg Yfms6b1.jpg

    4YmPsJY.jpg tMs4O5p.jpg

  15. FAKK3Blog

    • 1
      entry
    • 2
      comments
    • 2553
      views

    Recent Entries

    Kolekcja rozrasta się z każdym tygodniem. Zbieram głównie gry na PC i w mniejszym stopniu na ps1, snesa, famicoma, n64, gameboya i inne. W mojej kolekcji prócz gier i konsol znajduje się także pokaźna liczba magazynów o tematyce gier. Moimi ulubionymi gatunkami gier są FPSy, cRPG i strategie. W nowe gry prawie kompletnie nie gram, bo nie stanowią dla mnie rozrywki jakie serwowały tytuły z lat 90. Tylko czasami kupuje naprawdę solidne nowe tytuły, które są kontynuacjami klasyków lub stylistyką nawiązują do przeszłości. Nie jestem zwolennikiem wydań cyfrowych, bo przez to gry stają się tylko nienamacalnym strumieniem danych. Spodziewajcie się częstych aktualizacji tematu. Dla lepszego klimatu w trakcie przeglądania mojego zbioru polecam kawałek Helicalin - Space Dope, który przynajmniej mi przywołuje w myślach stare dobre czasy. Pod linkiem tytuły, które aktualnie poszukuję.

    Kolekcja Final Fantasy na PC i PSX.

    bgr71l.jpg 

    Kolekcja serii Thief na PC.
    Jedna z moich ulubionych serii gier studia Looking Glass.

    8yvrs2.jpg

    Kolekcja gier na SNES.

    s2to9z.jpg

    Kolekcja gier na Nintendo 64.

    2m50wzk.jpg

    Kolekcja Resident Evil.
    Jedna z moich ulubionych serii. Ostatnie części to kaszanka, ale jako fan łyknę wszystko. Brakuje mi jeszcze Resident Evil Zero, ale to zakup na przyszłość ;)

    105s3h3.jpg

    Wybrane gry na PSX.
    Mam jeszcze sporo innych, ale to innym razem ;)

    2isv6uu.jpg

    Kolekcja Might & Magic
    Brakuje mi jeszcze premierowych wydań kronik (pojedynczych lub antologii)

    2m4y6w0.jpg

    Kolekcja Diablo

    29bimxg.jpg

    Kolekcja Silent Hill
    Pierwsze polskie wydania w dużych boxach, wersja na psx, amerykańskie wydanie the room, SH 3 w folii, SH 2 wydanie UK i homecoming.

    97ibub.jpg

    Seria Unreal, Quake i System Shock 2.
    Na samej górze amerykańskie wydanie Unreal z pudełkiem typu "okienko". Mam jeszcze Totally Unreal w dużym boxie zafoliowany, ale zapomniałem o nim robiąc zdjęcia.

    2lsb778.jpg

    Wybrane FPSy
    Dodatek Master Levels for Doom, Polskie premierowe wydanie Descent 3 i Forsaken. Niżej Amerykańskie wydanie Deus Ex z metaliczną okładka w folii. Jeszcze niżej zafoliowany Blood Group (Blood 2 + Dodatek). 

    2cxdtvk.jpg

    Wybrane strategie
    Dune2000 i edycja kolekcjonerska Emperor: Battle for Dune, Oba polskie wydania Dungeon Keeper i dwie części Z od Bitmap Brothers (jedna zafoliowana).

    2r3w3fs.jpg

    Kolekcja Settlers
    Pierwsze polskie wydanie Settlers 3 z koszulką, Złota Edycja 3 i 4. Mam jeszcze samą 4, ale umknęła mi przy robieniu zdjęć.

    2rxwih3.jpg

    Wybrane przygodówki
    Phantasmagoria 2, Harvester i Blade Runner od IPS. Niżej Black Dahlia i Wehikuł Czasu.

    25p5n3n.jpg

    Kolekcja Tomb Raider
    Premierowe Wydania Polskie 3 i 4 oraz premierowe wydania brytyjskie 1-5. Dodatkowo polskie wydania Legend, edycja Ultimate, Angel of Darkness i kolekcjonerska wersja Anniversary. Z boku wersje na psx 1-5. 

    2zj046e.jpg

    Wybrane cRPG
    Gry od Bethesdy. Premierowe wydanie Morrowinda, Bloodmoona (brakuje mi jeszcze Tribunal...) oraz edycja kolekcjonerska serii Morrowind, Premierowy Daggerfall, Antologia i Oblivion. Mam jeszcze Goty Obliviona, ale pominąłem go. Dodatkowo The Ultimate Wizardry Archives i polska premierówka 8. Zafoliowany Demise oraz zafoliowana kolekcja Ultimy od części 0 do 8. 

    s6lu2c.jpg

    Wybrane strategie
    Pierwsze polskie wydanie Starcrafta (brakuje mi jeszcze Brood War), Dark Colony, Warhammer: Shadow of the Horned Rat od IPS. Pierwsze brytyjskie wydanie Warcraft 2 oraz rodzynek pierwsze polskie wydanie UFO: Enemy Unknown w dużym boxie na dyskietkach od IPS.

    2d7tswi.jpg

    Inne, które  akurat miałem pod ręką.
    Polskie premierowe wydania Reloaded, Die Hard Trilogy, The Thing i ciężki do zdobycia Heavy Metal F.A.K.K.2 w dużym boxie.

    wbrrz5.jpg

    Wybrane mało znane cRPG
    Zafoliowane premierowe wydanie Dink Smallwood oraz zafoliowany Silver od Infogrames. Dodatkowo pierwsze wydanie Dark Stone i Septerra Core.

    slh4e1.jpg

    Parę wybranych platformówek, które miałem pod ręką.
    Pierwsze polskie wydanie Jazz Jackrabbit 2: The Secret Files oraz 3 gry w ktorych maczał palce Éric Chahi - brytyjskie wydanie Heart of Darkness z okularami 3D, Another World: 20th Anniversary Edition i perełka - druga część Another World czyli Heart of the Alien, która została wydana tylko w USA i tylko na konsolę SegaCD.

    309k0h3.jpg

    Kolekcja gier i przenośnych konsol firmy Nintendo
    Full boxy Gameboy Pocket, Advance, DS Lite. Gameboy Color, dwa Gameboye Classic - jeden Made in Japan (szary), drugi Made in China (czarny). Gry w boxach - Wario Land 1, 2, Donkey Kong Land 2, Super Mario Bros Deluxe i Doom na Gameboy Advance. Do tego luzem Pokemony - Blue, Red, Yellow, Silver. Super Mario Land 1 i 2, Mole Mania, Donkey Kong, Donkey Kong Land 1 i 3, Wario Land 4 i 3 i 3 japońskie gry na gameboya z serii Kunio Kun.

    4udr2a.jpg
    2zsmn7p.jpg
    2qwd548.jpg

    Kolekcja Fallout
    Na samej górze perełki - pierwsze angielskie wydania Fallout 1 i 2. Poniżej reedycje 1 i 2 w języku polskim (tzw.wydania biedronkowe - niewiele warte, ale ładnie wyglądają). Z boku premierowe polskie wydanie Fallout Tactics. Na dole Saga Fallout, Fallout Game of The Year, Fallout New Vegas Complete Edition i pierwsze dwa Fallouty z Extra klasyki po raz pierwszy przetłumaczone na język polski.

    k3t26b.jpg

    Wybrane cRPG część 2
    Kolekcja gier cRPG, które trzeba znać. Na górze premierowe wydania Icewind Dale 1, Heart of Winter, Icewind Dale 2 i Planescape Torment. Niżej Złota Edycja Baldurs Gate 1 oraz Premierowe wydania Baldurs gate 2 i Tron Bhaala. Jeszcze z boku Złota Edycja Baldurs Gate 2. Na dole premierowe wydanie Throne of Darkness w dużym boxie z soundtrackiem i bandamką, premierowe wydanie Arcanum i wydanie kolekcjonerskie Arcanum. Na końcu Świątynia Pierwotnego Zła.

    2pt0vmf.jpg

    Wybrane cRPG część 3
    Premierowe wydanie Gothic 2, 3 i Zmierzch Bogów, Risen i Risen 2. Gothic 1 w dużym Boxie reedycja, Arcania Złota Edycja, Noc Kruka premierowa, Gothic Universe. Dodatkowo seria Dungeon Siege od 1 do 3 premierowe wydania, Dark Souls Edycja Specjalna, premierowe wydanie Lionheart, Two Worlds Velvet Edition i Standard. Seria Sacred od 1 do 2 z dodatkami premierowe, Antologia Divinity i Beyond. Na dole premierowy Titan Quest z dodatkiem. Na samej górze perełka premierowy Arx Fatalis - bardzo dobry klimatyczny cRPG, trochę niedoceniony moim zdaniem.

    2hnuljm.jpg

    Wybrane FPSy część 2
    Od góry premierowe angielskie wydanie Aliens vs Predator, polskie wydanie Requiem: Avenging Angel w folii, perełka pierwsze amerykańskie wydanie System Shock 2 z lakierowanym odblaskowym frontem boxa i ornamentacją twarzy Shodan (nie widać tego niestety na zdjęciu), amerykański zafoliowany dodatek Cryptic Passage do Blood. Niżej angielskie premierowe wydanie Sin, zafoliowany Doom 2 z serii replay, mało znany i zapomniany Klingon Honor Guard na silniku Unreal oraz zafoliowane polskie wydanie Totally Unreal. Na dole premierowy Kiss Psycho Circus (zawiera dyskietkę 1,44 z patchem od Take2), polskie wydanie System Shock 1 w wersji enhanced od IPS i polskie wydanie Star Wars Jedi Knight: Dark Forces II z dodatkiem Star Wars Jedi Knight: Mysteries of the Sith.

    2rrat09.jpg

    Różne wybrane tytuły
    Polskie premierowe wydanie świetnej gry Omikron z muzyką Davida Bowiego, premierowe angielskie wydanie gry Outcast, zafoliowane polskie wydanie kultowej w niektórych kręgach Original War. Niżej The X-Files: Unrestricted Access od IPS, polskie premierowe wydanie Evil Island oraz Polanie 2 w duzym premierowym boxie. Na dole zafoliowany Giants: Obywatel Kabuto oraz polskie wydanie rtsa Total Annihilation: Kingdoms.

    209sv0j.jpg

    Różne zakręcone tytuły
    Tytuły od Shiny Entertainment - polskie wydanie Sacrifice oraz MDK 2. Dodatkowo polskie premierowe wydanie Worms Armageddon i na końcu dosyć obskurny tytuł - Wyścig Wykrętów, premierowe wydanie od Manty. Gra była dobrze oceniana przez pisma i miała ciekawą oprawę graficzną, ale została szybko zapomniana.   

    a1ldf9.jpg

    Kolekcja CD-Action cały rocznik 96.
    Skompletowany pierwszy rocznik Cd-Action od 1 numeru.

    1z5mbdh.jpg

    Różne tytuły
    Od góry pierwsze angielskie wydanie Crusader: No Remorse oraz pierwsze wydanie The Settlers 1 na dyskietkach. Niżej polskie wydanie Pool of Radiance, rzadkie polskie wydanie Command & Conqueror; Renegade w dużym boxie oraz premierowe polskie wydanie Colin Mcrae Rally 2.0.

    2cbvph.jpg

    Kolekcja Pegasus
    Dwa Pegasusy IQ502. Ten na górze fabrycznie nowy, a ten niżej używany z czasów postkomunijnych. Dodatkowo pistolet i mnóstwo kartów w tym oryginalne famicomy.

    2jb2paa.jpg

    Różne tytuły
    Od góry z lewej zapomniany koreański crpg Icarus w premierowym polskim wydaniu, polskie wydanie Ultimy IX oraz Dungeon Siege w dużym boxie. Niżej kolekcjonerski zestaw The Settlers i Age of Empires. Na dole polskie wydania Neverwinter nights z dodatkami, Two Worlds Royal Edition z kartami, Spellforce Złota Edycja w folii i Saga Gniew Wikingów.

    jqly8j.jpg

    Różne tytuły
    Od góry 3 amerykańskie wydania gier. Od lewej Heretic: Shadow of the Serpent Riders w folii, Blood oraz Ultimate Doom. Niżej polskie wydania GTA 3, Złota Edycja Soldier of Fortune 2 oraz Max Payne. Na samym dole zafoliowany Jagged Alliance 2 i rzadki do zdobycia Gorky 17.

    11mc35s.jpg

    Różne tytuły

    Od góry z lewej polskie zafoliowane wydanie gry Abomination: The Nemesis Project, polski zafoliowany Alien Trilogy i pierwsze wydanie The Lost Vikings na PC. Niżej zafoliowane polskie wydanie Codename: Outbreak twórców STALKERA, a obok nie otwierany The Settlers II Gold w wersji amerykańskiej w ciekawym boxie i na końcu amerykańskie wydanie Hexena II.

    2keg5z.jpg

    Kolekcja PSX Część 2

    Od góry Mortal Kombat Mythologies: Sub-Zero, Quake 2, Diablo, Blood Omen: Legacy of Kain, Z

    29ntk0j.jpg

    Skompletowana seria Dungeon Keeper w polskich premierowych wydaniach
    9qhc48.jpg

    Różne tytuły na PC

    Od góry z lewej jedyna niemiecka gra jaką posiadam czyli "Die Siedler: Hiebe für Diebe!" Można ją było ściągnąć za darmo z internetu lub była dołączana do pism jako "The Settlers: Smack a Thief!". Wydana w wersji pudełkowej tylko w Niemczech. Dalej polskie wydanie Brood War - dodatku do Starcrafta oraz kultowe pierwsze wydanie System Shock na 9 3,5 calowych dyskietkach. Niżej świetna przygodówka Sanitarium oraz kompilacja Might and Magic Millenium Edition zawierająca 4 części serii od 4 do 6. Na końcu pierwsze amerykańskie wydanie Heroes of Might and Magic: A Strategic Quest.

    nq64i0.jpg

    Aktualna kolekcja gier z serii Kunio Kun na Famicoma.

    1fuwd3.jpg

    Kolekcja Heavy Metal

    Premierowe polskie wydanie Heavy Metal F.A.K.K.2 w dużym boxie, a niżej polskie wydania filmów Heavy Metal 2000 na DVD plus reedycja Heavy Metal F.A.K.K.2.

    igxo5k.jpg

    2 Symulatory

    Polskie wydania Wing Commander i X-Wing vs. TIE Fighter z dodatkiem Balance of Power

    2h8ai46.jpg

    Zaktualizowana kolekcja Worms w dużych boxach

    Na samej górze pierwsze wydanie Worms z 1995 roku, a niżej polskie perełki w postaci Worms Armageddon i Worms World Party.

    aakcxc.jpg

    Zaktualizowana kolekcja Neverhood

    Pierwsze amerykańskie wydanie w dużym boxie oraz wydanie OEM z certyfikatem Microsoftu. Dodatkowo dwa tytuły na PSX: Klaymen Klaymen czyli Neverhood wydany na tą konsolę tylko w Japonii oraz Skullmonkeys, czyli kontynuacja Neverhooda w formie platformówki.

    2csdt88.jpg

    3 tytuły ze świata Gwiezdnych Wojen

    Zafoliowane pierwsze polskie wydania Jedi Knight II: Jedi Outcast, Jedi Academy oraz Knights of the Old Republic

    2agrno6.jpg

    Seria Dark Colony i polski Tridonis

    Na dole pierwsze angielskie wydanie Dark Colony z dodatkiem Council Wars. Na górze polskie wydanie Dark Colony oraz zafoliowana bardzo mało znana polska strategia czasu rzeczywistego Tridonis w premierowym wydaniu specjalnym (bardzo podobna pod wieloma względami do Dark Colony).

    2wm3rqh.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydania Serious Sam 1 i 2 oraz poniżej polskie wydanie Fighting Force, Get Medieval oraz Dreams to Reality.

    30t6fid.jpg

    FPS'y

    Od góry angielska premierówka Shadow Warrior, a obok polskie wydanie Cyber Mage od IPSu. Na dole parę fajnych mało znanych shooterów. Wydanie amerykanskie Chasm:The Rift i Powerslave (znane w europie jako Exhumed). Na końcu polskie wydanie gry Tenka. Na samym dole angielskie premierówki Hexena, Blooda oraz Terminator Future Shock z sequelem SkyNET.

    9qkx80.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydanie Dungeon Master, Virtua Cop 2 od Marksoft, NOXa, Darkstone (folia), Lands of Lore (folia) od IPS, angielskie Rocky Horror Show, amerykański Aliens: Comic Book w folii, oraz polskie wydanie Prisoner of Ice.

    2uz3u53.jpg

    Kolekcja Blood

    Amerykańskie wydanie Blood, dodatek Cryptic Passages, dodatek Plasma Pak. Niżej europejskie wydanie Blood i zafoliowana edycja The Blood Group (Blood 2 + Nightmares Levels).

    30b2vet.jpg

    Kolekcja Kunio-Kun

    Wszystkie 11 gier z serii Kunio-Kun jakie wyszły na konsolę Famicom.

    k21bft.jpg

    Różne tytuły na PC

    Polskie wydanie Hokus Pokus Różowa Pantera, Ace Ventura, amerykańska nówka Oddworld Abe's Exodus. Niżej amerykański Jagged Alliance 1 w folii, polskie wydanie generacji Half Life z kubkiem, polskie wydanie gry Pył w dużym boxie. Jeszcze niżej amerykańskie wydanie Alice Mcgee z drugą wersją okładki, polskie wydanie gry Tzar: Ciężar Korony i na końcu amerykańskie bardzo praktyczne wydanie wszystkich staro szkolnych gier z serii M&M od części 1 do 5.

    21aebsy.jpg

    Różne tytuły na PC

    Od góry polskie wydanie Medal of Honor, amerykański Claw czyli "Kapitan Pazur", a obok polskie wydanie Croc 2. Niżej europejskie wydanie gry Exhumed, która w Ameryce nazywała się Powerslave i nawiązywała tytułem do albumu Iron Maiden. Na prawo polskie wydanie Resident Evil, Total Annihilation, Shogo z polskim dubbingiem. Na samym dole pierwsze wydanie Lwa Leona z plakatem, Gruntz, edycja specjalna Realms of the Haunting i polskie wydanie X-Files: The Game.

    wlujap.jpg

    Famiklony

    Moje dwa Pegasusy IQ-502 można zobaczyć na zdjęciach powyżej. Natomiast tutaj pozostałe klony:

    Micro Genius IQ-501 Fabrycznie nowy

    2vj1sn8.jpg

    Micro Genius IQ-1000 Fabrycznie nowy

    x56ucn.jpg

    Micro Genius Super King II

    xkzm9l.jpg

    Family Computer (Fenix)

    25p4ewp.jpg

    Mortal Kombat 3

    14l4w8g.jpg

     

    Kolejne aktualizacje będą dodawane w tym samym poście.

  16. 7724774.3.jpg

     Tytuł: Zwierzogród
    Gatunek: Animowany/Kryminał/Komedia
    Reżyseria: Byron Howard, Rich Moore
    Scenariusz: Jared Bush, Phil Johnston
    Zdjęcia: Kiko de la Rica
    Muzyka: Michael Giacchino
    Kraj/Rok produkcji: USA2016
    Czas: 108 min.

     

    Zwierzogród to animacja specyficzna. Na pierwszy rzut oka (zwłaszcza gdy się zerknie na polski tytuł i plakat) to „baja” dla dzieci. W trakcie seansu okazuje się jednak, że dzieci może niekoniecznie są głównymi adresatami filmu Disneya, zwłaszcza jeśli zna się pewne smaczki dotyczące pierwotnego scenariusza (o tym później).

    Oto mamy bowiem świat bez ludzi, w którym ssaki wyewoluowały intelektualnie do poziomu ludzi, porzucając dawne, pierwotne, dzikie instynkty. Stworzyły więc zaawansowaną cywilizację taką jak nasza. Jednak pewne rzeczy wciąż tkwią w tradycji, czy też raczej genach. Więc lisy to w głównej mierze oszuści, krętacze i złodzieje, króliki zaś zajmują się handlem warzywami i owocami, głównie marchewką :) Jednak Judy Hopps, młoda króliczka, neizbyt interesuje się handlem. Chce zostać policjantką i to pomimo tego że rodzina patrz na to z przerażeniem, gdyż żaden królik do tej pory się tym nie zajmował. Judy jest uparta i pomimo początkowych niepowidzeń dostaje się do Policji. W wyniku pewnych perypetii z początku służby, związuje swoje losy z przypadkowo napotkanym lisem, Nickiem Bajerem, drobnym cwaniaczkiem. Razem z nim musi rozwiązać kryminalną zagadkę, jeśli chce „zagrzać” miejsce w Policji na dłużej.

    maxresdefault.jpg

    Od początku widać że film garściami czerpie z klasyków gatunku kina sensacyjnego i gangsterskiego (np. „Ojciec chrzestny” czy „48 godzin”), ale robi to albo w sposób subtelny, albo całkowicie jawny, jednak w sposób arcymistrzowski. Nie obraża inteligencji widza, nie pozwalając rozwikłać zagadki nawet dorosłemu widzowi w zasadzie do samego końca filmu, biorąc miejscami co najlepsze z thrillera jak i filmów noir. Oczywiście, film ma sporo komediowych sytuacji, w wyniku czego traci dużo ze swej powagi, przypominając tu takie filmy jak wspomniane wyżej „48 godzin”. Jednak początkowy scenariusz filmu zakładał film typowo dla dorosłych (pomimo że animowany), z mroczną fabułą i zdegenerowanym, niebezpiecznym miastem w świecie anty-utopii. Z tego zrezygnowano na rzecz bardziej rodzinnej rozrywki, co uważam za ogromny minus, bo chciałbym zobaczyć ten film w wersji pierwotnej, jednak nie wszystko z początkowych założeń zniknęło. Jest kilka sytuacji, miejsc czy też postaci, które mogą wystraszyć, zwłaszcza młodszego widza (oglądanie tego filmu przez dzieci kilkuletnie uważam za nieporozumienie – jest zbyt straszny, a poza tym nic z niego nie zrozumieją).

    Można się doczepić, że w w bodajże dwóch sytuacjach bohaterowie ratują życie poprzez ogromne zbiegi okoliczności, swoiste deus ex machina, jednak w perspektywie całej historii, wypada na to przymknąć oko.

    Zwierzogród uważam za najlepszą animację jaką oglądałem od czasów Króla Lwa. Wszystkim, którzy nie oglądali gorąco polecam, bo to jest praw dziwa filmowa uczta.

    zwierzogr%C3%B3d-3.jpeg

     

     

  17. Najbardziej oddany fan zawsze znajdzie czas na swoją największą pasję. Jeśli więc kocha puzzle, będzie je układać bez względu na zaistniałe okoliczności. I to nawet wtedy, gdy stanie w obliczu inwazji zombie. Bez pardonu rozwali żywe trupy, jak tylko zaczną się nastręczać. A potem szybko wróci do ustawiania klocuchów, nie tracąc przy tym czujności. Bo przecież grunt to mieć podzielną uwagę!

     

    Seria Pixel Puzzles, w skład której wchodzi kilka pozycji, nie jest mi obca. Swego czasu zaliczyłam bowiem przygodę z niezłym, acz nie wolnym od mankamentów Pixel Puzzles: Japan. Ostatnio miałam zaś kolejne bliskie spotkanie z cyklem, nad którym pieczę sprawuje niezależne studio Decaying Logic. Tym razem na moim twardym dysku zagościła odsłona o podtytule UndeadZ. Przyznam, że spodziewałam się produkcji bliźniaczo podobnej do obrazków rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten sam deweloper i gatunek, a na dokładkę krótki odstęp czasu dzielący premiery poszczególnych gier – Japan zadebiutowało 14 kwietnia 2014 roku, natomiast UndeadZ niecałe dwa miesiące później (6 czerwca). Ot, następny zestaw obrazków do ułożenia, tyle że z innym motywem przewodnim. Poniekąd moje przewidywania okazały się trafne, gdyż w puzzlach o tematyce zombie odnajdziemy zarówno zalety, jak i wady japońskiego poprzednika. Niemniej twórcy postarali się o nowe patenty, choć tu również powielono model wcześniejszego projektu. Mianowicie było nawet fajnie, lecz nie wszystko poszło cacy.

     

    Widzę zombie! Wszędzie!

     

    Pierwszą nowość w stosunku do mechaniki Japan zauważyłam tuż po odpaleniu produkcji. Otóż większość ekranu w menu głównym zajmuje plansza, po której zaczynają łazić zombie. Co w tym takiego zaskakującego, skoro motyw żywych trupów odgrywa kardynalną rolę? Ano bynajmniej nie jest to zwykła, nieinteraktywna animacja, lecz zręcznościowa minigierka typu top-down shooter. Na planszy znajduje się także koleś z giwerą, a my, jeśli mamy ochotę, możemy pomóc facetowi przetrwać jak najdłużej. Zasady, które zresztą wyświetlają się odbiorcom na dzień dobry, są proste do ogarnięcia nawet dla laików takiej zabawy. Klawisze WSAD służą do przemieszczania bohatera, spacja odpowiada za strzelanie, a pod Q przypisano pieszczoty z wykorzystaniem granatów. Stopień trudności nie trąci jednak banałem, bo nieumarłych ciągle przybywa. Wiadomo – świeże mięsko kusi. Na szczęście kto nie chce zaprzątać tym sobie głowy, może od razu przejść do właściwej rozgrywki, czyli układania puzzli.

     

    pixel_puzzles_undeadz_s001.jpg

    Łap, kładź…

     

    Jeśli chodzi o układanki, autorzy ponownie sięgnęli po ideę pływających elementów. Rozsypane kawałki dryfują w zbiorniku wodnym, który okala planszę przeznaczoną na tworzenie obrazka. Po raz kolejny otrzymujemy też do dyspozycji ilustracje, liczące sobie od 60 do 350 części. Osobiście cieszę się, że nikt nie wpadł na pomysł, aby wprowadzić jeszcze bardziej pofragmentowane grafiki. Po pierwsze, nadal nie ma możliwości zapisania rozgrywki w trakcie bieżącego zadania. Po drugie, łapanie kolejnych elementów, które pływają sobie niczym rybki w wodzie, zwyczajnie nie nadaje się do bardziej skomplikowanych puzzli. Już przy poprzedniej produkcji studia kręciłam trochę nosem na ścisk wśród rozrzuconych komponentów, co dawało się we znaki zwłaszcza na dalszych etapach. UndeadZ funduje niestety powtórkę w tej materii, a zatem często złapiemy inny kawałek niż ten, który akurat wpadł nam w oczy.

     

    …i nie daj się zjeść

     

    No dobrze, ale jak na razie wygląda na to, że puzzlowy aspekt gry jest kserokopią atrakcji, oferowanych przez jej starszą siostrę. A wszak wcześniej wspomniałam, iż nie należy nastawiać się na stuprocentowego klona. Co wobec tego odróżnia UndeadZ od Japan? O tzw. rys indywidualności zadbał tutaj survivalowy akcent, który przypomina opcjonalną zabawę z menu. Znowu dostajemy strzelankę z perspektywy lotu ptaka, lecz w nieco zmodyfikowanej formie. Podczas układania musimy jednocześnie obserwować dolną część ekranu, którą zarezerwowano dla naszego podopiecznego, odpierającego ataki zombie. Za wstawianie elementów puzzli we właściwe miejsca nagradzani jesteśmy walutą, dzięki czemu zakupimy niezbędne do obrony środki: naboje, granaty, miny oraz barykady. W sklepie nabędziemy ponadto parosekundowy podgląd gotowego obrazka, ale radziłabym nie trwonić na to zbyt dużo pieniędzy. Lepiej skoncentrować wydatki na rzeczach potrzebnych do przetrwania, tym bardziej że zgon bohatera jest równoznaczny z końcem układania i rozpoczęciem danego poziomu od nowa.

     

    pixel_puzzles_undeadz_s002.jpg

    O ile na początkowych levelach ten nietypowy survival zdaje egzamin, tak w późniejszej fazie rozgrywki bywa frustrujący. Owszem, Pixel Puzzles: UndeadZ potrafi wciągnąć, ale im dalej w las, tym częściej możemy odczuć zmęczenie. A to trzeba w porę ubić truposza, a to z kolei złapiemy niepożądany kawałek układanki, a to trudniej coś w ogóle wypatrzyć, jeżeli w niezbyt czystej wodzie pływa wiele małych i zbliżonych kolorystycznie fragmentów. Przypominam też, że wskazane jest sprawne kompletowanie obrazka, gwarantujące napływ gotówki. Swoją drogą, można zaryzykować stwierdzenie, iż tego rodzaju gameplay kłóci się z ideą niespiesznego i spokojnego składania puzzli. Dlatego nie każdy sympatyk układanek zaakceptuje obecność zombiaków, które nie pozwalają mu skupić się na tym, co lubi. Mimo wszystko taka osoba nie powinna totalnie przekreślać produkcji od Decaying Logic, ponieważ twórcy przygotowali również alternatywę w postaci dodatkowego trybu zabawy. Ten dla odmiany stawia na czysty relaks – znikają agresywne zombie wraz z ich potencjalną ofiarą, a ściągawka z całym obrazkiem dostępna jest w dowolnym momencie.

     

    Ilustracje, jakie przyjdzie nam układać, trudno nazwać pięknymi. Nie da się ukryć, iż przedstawiają brudny świat, który został zainfekowany plagą zombie. Słodkie obrazeczki nie miałyby w UndeadZ racji bytu, aczkolwiek muszę wtrącić małe „ale”. Odniosłam wrażenie, że czasami za bardzo skupiono się na makabrze zamiast na lepszym dopracowaniu danej grafiki. Co do muzyki, nie jest jakoś szczególnie odrzucająca, lecz nie zachwyca – takie tam brzdąkanie w sumie. Szkoda tylko, że każdorazowe uruchomienie gry przywraca domyślne ustawienia dźwięku, wymuszając ponowną regulację głośności.

     

    Summa summarum

     

    Połączenie casualowych puzzli z survivalowym top-down shooterem to oryginalny koktajl. W przypadku Pixel Puzzles: UndeadZ owa mikstura wypada dosyć strawnie, choć z ideałem jej nie po drodze. Tak więc w ogólnym rozrachunku oceniam grę podobnie jak utrzymaną w japońskim tonie poprzedniczkę, radząc zainteresować się tym tytułem dopiero przy okazji promocji. Doceniam jednak fakt, że deweloper urozmaicił swoją układankową formułę, a zarazem pozostał jej wiernym.

    --------------------------------------------------------------

    Wpis dostępny również na blogu zewnętrznym.

  18. W ostatnim przed wakacjami wpisie postanowiłem zająć się dwoma niezbyt długimi artykułami zamieszonymi na stronie „Edukacji medialnej”.

     

    Wszystkie cytaty są kopiowane – żadnej ingerencji z mojej strony (poza formatowaniem :D). Gotowi?

     

    Na rozgrzewkę - Maria Braun-Gałkowska „Gry komputerowe a psychika dziecka” datowany na listopad 2008 roku:

     

    Cytat

    Oddziaływanie telewizji na psychikę dzieci jest ostatnio przedmiotem licznych konferencji, wypowiedzi specjalistów i publikacji prasowych. Pewne, choć niewystarczające, próby działania podejmuje w tej sprawie także Krajowa Rada ds. Radiofonii i Telewizji. Jednocześnie problem oddziaływania gier komputerowych jest jeszcze prawie nieznany, a ich treść, rozpowszechnianie, reklamowanie i tym podobne zagadnienia stanowią ziemię niczyją. Jak się wydaje, żadna instytucja nie czuje się kompetentna do kierowania tymi sprawami ani odpowiedzialna za to, co się w tym zakresie dzieje, a w każdym razie żadne takie działanie jest widoczne.

     

    Ten fragment niby nie jest głupi, ale w 2008 roku PEGI istniało już w Polsce (choć dopiero od 2009 oficjalnie). Ale o tym przecież nie warto pisać (powtórzę się, ale MSS :wink:).

     

    Cytat

    Literatura, a także wizyta w dowolnym punkcie sprzedaży gier pokazują, że treścią około 95% gier jest agresja.

     

    No, skoro jest literatura to chyba problem jest już „znany”. Tylko biorą się za niego partacze ;). Wątpię też, by było to 95% - w każdym razie nie aż tyle.

     

    Cytat

    Zabawa polega na walce z różnymi istotami - ludźmi, zwierzętami lub ze stworzeniami fantastycznymi. Do walki używa się rozmaitego typu uzbrojenia: dzid, rewolwerów, pił tarczowych, maczug, broni laserowej. Gry są tak skonstruowane, że w polu widzenia uczestnika znajdują się przeciwnicy, a także jego ręka z bronią, np. rewolwerem, widłami. W zależności od możliwości technicznych sprzętu i rodzaju gry, animacja jest zróżnicowana - od prostej, jak w filmach rysunkowych, do realistycznej z udziałem aktorów włącznie. W takim przypadku możliwe jest włączenie różnorodnych dodatkowych opcji, na przykład pozwalających na ponowne obejrzenie zabitego przeciwnika z różnych punktów widzenia, spojrzenie mu w oczy, podeptanie zwłok nogami i zostawienie krwawych śladów przy odchodzeniu od ofiary. Seans uzupełnia odpowiednio dobrany dźwięk: muzyka, krzyki, jęki, odgłosy wybuchów itp.

     

    Ten "seans" mnie trochę rozbawił, nie wiem jak Was ;). Te "dodatkowe opcje" też są ciekawe, bo nigdy nie widziałem takowych – co najwyżej możliwość wyłączenia gore. Ale teza > fakty :D.

     

    Cytat

    W kształtowaniu zachowań dziecka, prócz podawania wzorów i ich naśladowania, duże znaczenie ma trening, czyli powtarzanie samodzielnie wykonywanych zachowań. Na skutek wielokrotnego powtarzania jakiejś czynności staje się ona łatwiejsza, jest wykonywana bardziej sprawnie, niemal automatycznie. Przy korzystaniu z telewizji, trening ogranicza się do wielokrotnego oglądania podobnych obrazów. W grach komputerowych gracz sam dokonuje czynów agresji. Mimo że jest to agresja symulowana, a nie dokonywana w rzeczywistości, gracz oswaja się z nią i nabiera w niej wprawy. Żeby grać i wygrywać, musi się identyfikować z agresorem, czyli osobą dokonującą czynów przemocy.

     

    Dobra, to ile powinienem mieć trupów na koncie, jeśli gram od 1999 roku, a jedną z moich pierwszych gier był Soldier of Fortune (demo)? Miliard wystarczy, droga Autorko? :smile:

     

    Wielokrotnie też zarządzałem całymi imperiami – czy to oznacza, że moje zdolności przywódcze są wysokie? Przecież trenowałem tyle w Tropico i Total Warach…

     

    Cytat

    Przemoc przejawiana w grach nie jest karana, ale przeciwnie - nagradzana punktami, poczuciem sukcesu. Często jest usprawiedliwiana tym, że walka toczy się w "słusznej sprawie", chociaż są i takie gry, w których uczestnik może wybierać, czy będzie walczyć po stronie dobra, czy zła. W tym ostatnim przypadku musi dochodzić do identyfikacji ze "złymi mocami".

     

    Punkty… Grrr! Reszta tego fragmentu była już wałkowana w innych postach, ale zastanawia mnie ostatnie zdanie. Czy to, że Gothic 3 przeszedłem kiedyś ścieżką orków (kto mnie właśnie znienawidził – przyznać się? :D) oznacza, że się z nimi identyfikuję? Hmm…

     

    Cytat

    Ponieważ jak dotąd nie było w Polsce badań nad skutkami oddziaływania gier komputerowych na psychikę dzieci, ich przeprowadzenie było szczególnie ważne. Poniżej przedstawię pokrótce wyniki badań na ten temat, które przeprowadziłam wraz z zespołem współpracowników. Badania te nie odpowiadają, oczywiście, na wszystkie nasuwające się - w związku z omawianym problemem - pytania, jednak ich rezultaty potwierdzają jego znaczenie.

     

    Czyżby Autorka nie czytała książek Iwony Ulfik-Jaworskiej? Interesujące, zważywszy, że była współautorką jednej z nich.

     

    Cytat

    Celem badań było stwierdzenie, czy dzieci korzystające z "agresywnych" gier komputerowych, różnią się - w stosunku do dzieci takich gier nie używających - pod względem agresywności i wrażliwości moralnej.

     

    Teraz się wszyscy skupmy – czas na rzetelne badania naukowe :smile:. Najpierw krótko o samym badaniu:

     

    Cytat

     

    Przypuszczaliśmy, że ponieważ stwierdzono już wpływ oglądania obrazów agresji w telewizji na wzrost agresywności dzieci, to podobny będzie wpływ takich scen oglądanych w grze komputerowej. Ponieważ jednak korzystające z gier komputerowych dziecko jest nie tylko widzem, ale i sprawcą oglądanej przemocy, więc częste powtarzanie tego zachowania będzie nie tylko wpływać na wzrost jego agresywności, ale także obniżać jego wrażliwość moralną, czyli uwrażliwienie na dobro i zło.
    Badaniami objęto chłopców (ponieważ częściej niż dziewczynki zajmują się grami) w wieku 12-15 lat. Zbadano dwie grupy: pierwsza - "komputerowa" - składała się z chłopców zajmujących się grami komputerowymi o agresywnej treści co najmniej przez 10 godzin w tygodniu, druga - "niekomputerowa" - obejmowała chłopców nie mających w domu komputera i nie grających w gry.

    Grupy do badań wyodrębniono za pomocą specjalnie skonstruowanego wywiadu, a badania przeprowadzono z użyciem testów psychologicznych. Wyniki badań wykazały, że rezultaty uzyskane przez chłopców z porównywanych grup we wszystkich użytych metodach różniły się między sobą w sposób statystycznie istotny.

     

     

    Przydałyby się jakieś werble – o są :D:

     

     

    Cytat

    Chłopcy "komputerowi" okazali się bardziej agresywni i dotyczyło to zarówno wyniku ogólnego, jak i wszystkich wskaźników testu, a mianowicie: napastliwości fizycznej i słownej oraz napastliwości pośredniej, negatywizmu, podejrzliwości, wrażliwości i drażliwości. Charakteryzowali się też większym napięciem emocjonalnym i mniejszym uwrażliwieniem na dobro i zło. Można więc powiedzieć, że dzieci poświęcające dużo czasu na "agresywne" gry komputerowe cechują się większą agresywnością, natomiast ich wrażliwość moralna jest niższa.

     

    Chyba nie spodziewaliście się szczegółowych wyników – pfff… Amatorzy z was, nie znacie się na badaniach naukowych. Tak wyglądają prawdziwe badania, a nie tam jakieś procenty czy konkretne przykłady obu stron. A podawanie takich bzdetów jak ilość badanych, miejsce i czas przeprowadzania badań itp. jest dla mięczaków i amatorów.

     

    Odnośnie samych wyników chyba nie ma zaskoczenia, nie?

     

    Cytat

    Przez wrażliwość moralną rozumie się zdolność do reagowania na przejawy dobra i zła w konkretnych sytuacjach, dostrzeganie dobra i zła oraz umiejętności oceniania zachowań z moralnego punktu widzenia. Istnieją różne stopnie wrażliwości moralnej. Prawdopodobnie wielokrotne dokonywanie czynów agresywnych bez poczucia winy za nie - gdyż wykonywane są na niby - powoduje zatarcie granic między dobrem a złem i przez to zmniejszenie wrażliwości moralnej.

     

    Ach, no tak. Przecież wszyscy wiedzą, że gry są winne całemu złu świata – przed nimi nie było wojen, bójek ani innych takich plugastw. Patrz MSS :D.

     

    Czas na drugi artykuł – „Wojna o dusze” autorstwa Przemysława Pucha z 2010 roku.

     

    Cytat

    Przemysł gier komputerowych przełamuje kolejne tabu. Ociekające krwią produkcje już spowszedniały. Przyszedł więc czas na szokowanie scenariuszem.

     

    Autor zaczyna swój tekst w stylu Hitchcocka - brawo :brawa:.

     

    Cytat

    W ostatnich latach nastąpił nieprawdopodobny rozwój przemysłu gier wideo. Dzięki doskonałym technicznie platformom trzeciej generacji, odtwarzającym rzeczywistość tak wiernie jak telewizja, kilkaset milionów osób na całym świecie oddaje się codziennie wędrówkom po wirtualnych zaświatach.

     

    Za… zaświatach? Erm…

     

    Cytat

    Nie jest to jednak niewinna rozrywka. Gra toczy się o duszę gracza. Niemające żadnych zahamowań koncerny odkryły, że mogą dobrze zarobić na promowaniu zła. Szybko i łatwo angażuje ono bowiem emocje gracza, a bez nich żadna produkcja odnieść sukcesu nie może. Samo epatowanie przemocą już jednak nieco spowszedniało. Teraz terenem walki stał się scenariusz, którego zadaniem jest uczenie gracza „prawdziwej”, stojącej w sprzeczności z oficjalnie głoszoną, historii świata. Społeczne konsekwencje obu procederów są coraz bardziej opłakane. Co chwilę opinia publiczna poruszana jest przypadkami ataku młodych ludzi na szkoły czy zadawaniem śmierci najbliższym.

     

    A co ma działanie zwyrodnialców do scenariuszy? I co z filmami, serialami i książkami, w których już od dawna pokazuje się alternatywną rzeczywistość?

     

    Odnośnie ostatniego zdania – opinia publiczna jest sztucznie poruszana historyjkami jak to morderca grał w gry i zaczął zabijać. Wszystkie inne kwestie są z góry pomijane (vide Erfurt). Autor dołącza do tego „zacnego grona”, które całe zło widzi tylko w grach, świadomie przemilczając inne, o wiele ważniejsze, kwestie (np. brak wychowania, problemy psychiczne itp.)

     

    Cytat

    W toku śledztwa okazuje się często, że sprawca był namiętnym fanem sieciowych „strzelanek” i próbował sprawdzić w realu, czy prawdziwa rzeczywistość jest równie „ciekawa” jak ta wirtualna. Całkiem niedawno francuska opinia publiczna zbulwersowana została informacją o ataku, jakiego dokonał 20-letni Francuz Julien Barreaux. Nie mógł znieść porażki w internetowej grze „Counter-Strike”. Wytropił i zaatakował nożem swojego wirtualnego przeciwnika. Ofiara cudem przeżyła. Ostrze noża tylko o kilka centymetrów ominęło serce. Konsekwencje duchowe są równie opłakane. – Trudno nie zauważyć, że gry mogą mieć ogromny udział w postępującej, szczególnie na zachodzie Europy, laicyzacji – uważa ks. Radosław Broniek z Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach. Warto dodać, że wiele tego typu produkcji ociera się o satanizm.

     

    To już nawet nie jest głupota… Brakuje mi słów, by obwiniać gry za laicyzację Europy. Gdzie są dowody? I co będzie kolejne? Trąd, koklusz, trzęsienia ziemi i głód to też wina gier?

     

    Cytat

    (…) Gry to w dużej części wysokobudżetowe symulatory dewiacyjnych lub przynajmniej dwuznacznych moralnie zachowań, dzięki którym gracz może się wcielić w seryjnego mordercę – mściciela, ćwiartującego „z lubością” zwłoki swoich przeciwników („Hitman”, „Kane&Lynch”), czy rosyjskiego bandziora niepotrafiącego nic poza zabijaniem i kradzieżą („Grand Theft Auto 4”).

     

    O, to gry dzielą się tylko na dwa gatunki od dzisiaj :D. Ponadto, myślę też, że nazwanie Niko Bellica Rosjaninem jest rasizmem – przecież jest Serbem. Ciekawe czy Autor byłby zadowolony, gdybym go nazwał np. Ukraińcem czy Czechem (bez urazy). Bo czemu nie?

     

    Nie jestem pewny K&L, ale gdzie w Hitmanie dało się ćwiartować zwłoki? Czyżby Autor dotarł do jakiejś ukrytej lokacji, nieznanej graczom?

     

    Przed kolejnym fragmentem chciałbym pozdrowić Drangira – pamiętasz naszą kłótnię w komentarzach o AC II? :DJeśli ktoś nie wie, to tu jest link .

     

    Cytat

    W najnowszej produkcji paryskiego studia Ubisoft {paryskiego? Czy raczej francuskiego? Niby niewielka różnica, ale jednak. Pomijam już, że tu akurat chodzi o kanadyjską filię…} głównym celem gracza jest zamordowanie papieża. Cała opowieść rozgrywa się w czasach renesansu. Realia epoki zostały oddane z niezwykłą, graniczącą z perfekcjonizmem, starannością. Po kilkudziesięciu minutach pozostawania w tym otoczeniu gracz odczuwa je wszystkimi zmysłami. Zapomina, gdzie jest naprawdę i wchodzi w materię „elektronicznej rzeczywistości”, chłonąc przy okazji, jak sucha gąbka wodę, scenariusz.

     

    To źle? Czy Autor ogląda tylko filmy, w których nie da się wyczuć klimatu?

     

    Cytat

    A ten, mimo zapewnień producenta, że gra została stworzona przez „wielokulturowy zespół wyznający różne wierzenia i religie”, jest czystej wody antychrześcijańskim manifestem. Opiera się na kilku elementach historycznej prawdy, całym szeregu półprawd oraz setkach megabajtów prymitywnych uproszczeń skierowanych przeciwko Kościołowi. Osobą, w którą wciela się grający, jest niejaki Ezio Auditore Da Firenze {„da” jest określeniem miejsca urodzenia (por. Zbyszko z Bogdańca), nie częścią nazwiska! Powinien być pisany małą literą!}. Jest on członkiem, istniejącej w historii naprawdę, tajemniczej sekty Asasynów, wyznającej zasadę „cel uświęca środki”. Przez całą „elektroniczną opowieść”, obliczaną na ok. 20–22 godziny, toczy on zaciętą walkę przeciwko zakonowi templariuszy, eliminując kolejnych jego przedstawicieli, oskarżanych o całe zło, jakie ma miejsce w świecie. Wreszcie dociera do samego papieża Aleksandra VI, Rodriga de Borgii. Ostatnim zadaniem bohatera jest zabicie tego najwyższego dostojnika Kościoła katolickiego w scenerii doskonale zrekonstruowanej Bazyliki św. Piotra.

     

    Nie wiem czy Autor zna historię, ale Aleksander VI nie był przykładem cnót papieskich. Liczne romanse, bękarty i morderstwa (głównie polityczne) oraz kupienie sobie głosów kardynalskich. Ale jeśli Autor lubi takie postacie, to czas beatyfikować papieża Stefana VI ;).

     

    Dodatkowo – Zakon Templariuszy jest różnie przedstawiany w rozmaitych fikcjach. Czemu w grach ma być inaczej? Ubisoft zwyczajnie bazuje na rozmaitych teoriach spiskowych. Autorowi polecam zagrać najpierw w część pierwszą – może wówczas zrozumie scenariusz?

     

    Jeszcze jedno – Autor podejrzanie dobrze zna treść gry. Czyżby był jak ci rozmaici panowie, którzy katują się pornosami? Podziękujmy w komentarzach temu Panu za poświęcenie :icon_biggrin:.

     

    Dalej jest o MW2, ale się nie wypowiem, bo nie znam gry – jak przeczytacie to dajcie znać :smile:.

     

    Cytat

    Częściową winę za pozostawienie obszaru gier wideo w rękach osób pozbawionych skrupułów i wyczucia moralnego ponoszą same środowiska chrześcijańskie. Nie znalazło się bowiem dotąd zbyt wielu twórców przyznających się do takiej inspiracji, którzy stworzyliby grę wideo angażującą emocje na podobnym poziomie, ale niestojącą przeciwko nakazom Ewangelii. Nie musiałaby to koniecznie być opowieść traktująca bezpośrednio o epizodach z Pisma Świętego. Wystarczyłoby stworzenie historii, w której dobro jest nagradzane, a zło – ostatecznie przegrywa.

     

    Chwila, chwila! Czyżby pokonanie Diabła w Diablo było… ach, zły przykład. Może Catechumen (polecam obejrzenie filmu Youtubera NRGeeka o tej grze)?

     

    Ok, to może niech Autor napisze na czym miałaby polegać porażka zła? Może ktoś z Was ma jakiś pomysł i przedstawi go w komentarzu? :smile:

     

    Mój pomysł (wymyślony „na szybko”): gracz kieruje Dobrą Dziewczynką. Jej siostra jest Zła. Zadaniem gracza jest opluć większą ilość osób. W nagrodę za to matka łoi skórę tej Złej.

     

     

    Kończąc, życzę Wam gorących i udanych wakacji AD 2016! Do zobaczenia we wrześniu :D.

  19. Witojcie!

    Trochę wody w rzece upłynęło... będzie ze 1500 dm3. Czyli na nasze jakieś 3 miesiące. [ jak ktoś chce to obliczyć to informuje, że kluczowy czynnik jest niewiadomą, nie podałem jaka to rzeka... ani w którym miejscu koryta nastąpił pomiar... :P ]

    Właśnie 3 miesiące temu postanowiłem odpuścić sobie Akademię CDA. Powodów było wiele - główny to brak czasu. Ale nie, nie, nie, ...  nie mojego. Redakcji.

    Zajrzałem do Akademii po 3 miechach pewien, że semestr się skończył. I że wybrano nowych współpracowników. A tu zonk... nie sprawdzono nawet ostatnich zadań czy prac...

    Inicjatywa Akademii wydawała mi się projektem idealnym. Oto bez wątpienia najlepsze czasopismo o grach - otwiera swoje progi dla nowych, świeżych, pełnych pomysłów. Będzie uczyć, wspierać, wychowywać. Będzie... no dobra takie były założenia.

    A przynajmniej ja tak to zrozumiałem czytając zapowiedź tego projektu.

    Widać źle to zrozumiałem. Przepraszam, wcale tego nie zrozumiałem. Nadal nie rozumiem.

    Oto garść moich domysłów na temat dlaczego jest jak jest i kto z kim:

    - Redakcja przeceniła swoje siły - nie przeprowadziła wstępnej selekcji i pozwoliła dostać się do Akademii każdemu. Dosłownie została zalana przez uczestników. To był pierwszy gwóźdź do trumny.

    - Redakcja skłamała świadomie / nieświadomie - zapowiedziała, że Akademia będzie miejscem selekcji nowych współpracowników - co podwoiło pewnie liczbę chętnych. Nie twierdzę, że nikt nie zostanie przyjęty na nowego współpracownika, ale szczerze w to wątpię. Czas pokaże.

    - Redakcja w obliczu liczby uczestników i braku sił własnych zdecydowała się - na kontynuowanie przedsięwzięcia. Byle do przodu.

    - Redakcja oceniała prace w tempie coraz wolniejszym - obecnie prace egzaminacyjne sprawdzane są 3 miesiąc.

    - Redakcja miała drukować prace. Wydrukowano kilka z pierwszego zadania - które miało maksymalnie obcięty limit znaków. Ale wiadomo - znaki = kasa dla redakcji. Poprawcie mnie jeśli się mylę - ale nie kupuję nowych nr CDA więc nie wiem czy wydrukowano coś jeszcze. Szczerze w to wątpie.

    Podsumowując:

    Akademia miała bawić - no i bawiła - np. Smuggler piszący, że tekst o grze jest słaby - bo limit znaków był 250 - a gra ogromna i w limicie zmieścić rozsądnej recenzji się nie da. Piszący to, w czasie, kiedy w CDA ten sam tytuł zrecenzowano w 260 znakach. Mowa o grze mobilnej.

    Akademia miała uczyć - no i uczyła - głównie tego, że brakiem czasu można wytłumaczyć wszystko.

    Akademia miała rozwijać - no i rozwijała - ale zamiast zdolności pisarsko/recenzenckich - cierpliwość.

    Na koniec szokująca prawda:

    CDA to zamknięty hermetycznie twór i żadna Akademia tego nie zmieni.

    Zapatrzony w siebie - głównie z powodu braku rozsądnej konkurencji na rynku.

    Doceniam starania CDA.

    Ale moim zdaniem jak coś robić to robić to z sensem.

    Jeśli traktować Akademię jako typowy FUN - no to ok. Jeśli traktować ja poważniej - no cóż... ciężko ją traktować poważniej.

    [wyrażone poglądy to osobiste zdanie autora - z którym można się nie zgadzać i nawet powinno się nie zgadzać - tak dla idei... :) ]

  20. Witajcie!

    Troszkę czasu zleciało od ostatniego wpisu co nie :P, na akurat mam coś w tematyce mojego bloga i do tego na czasie...no prawie.

    No i mamy euro nasi są w formie BRAWO, i tak sobie myślałem o wpisie jakiejś nietypowej grze gdzie piłka nożna ma swoją rolę, Po 2 minutach już wiedziałem co dodam

    Hooligans:Europerjska Zadyma

    rx1bUoH.png

    Pamiętam jednego wieczora w 2002r śmigałem po kanałach w telewizji i tam była omawiana ta gra, Nim do tego dojdziemy przyznam się zbytnio nie przepadam za chuligaństwem bo przez takich kozaków mecz traci na oglądalności ale cóż robić taka tradycja tego barbarzyńskiego ludu która lubi demolkę i uważa że to co robi jest cool a zarazem w imię honoru swojej drużyny.

    fUqcYSI.jpg

    Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę ;D

    W grze niestety nie będziemy tłumić takich pamperków lecz dowodzić, Brzmi ciekawie zwłaszcza że każdy z typków ma swoją jakąś specjalizację, Lider jako jedyny strzelać z broni palnej i budować zapał do walki innym naszym ludzikom, a taki na przykład szczurek(rat) do walki za bardzo nie rwie ale doskonale dokonuje rabunku który nie uruchamia alarmu.

    No właśnie rabunki, poza walk na stadionach będąc naszym daniem głównym zawsze siejemy zamęt w okolicy niszcząc pobliskie sklepy i przy okazji obijemy przechodniom co nieco, Warto wiedzieć że naszymi wrogami nie tylko jest przeciwna ekipa takich koksów jak my, ale i kordony policji z tymi nie ma żartów i są nas zdziesiątkować jak nie będziemy ostrożni.

    Mimo 11 misji co głównie polegają na tym samym to jakoś nad nim nie zrażam, Zwłaszcza co misja to inny kraj w którym się znajdujemy :) W końcu gra nosi podtytuł Storm Over Europe nie?

    Grafika nieco trąci obecnie ale nie jest zła i można to jej wybaczyć, sprawa Audio jest OK choć nic co mi zapadło w pamięć.

    No to co? robimy zamęt na euro tzn w europie :D eee nie ważne.

  21. Nie jestem w żadnym razie ekonomistą. Nie znam się na logistyce, mam blade pojęcie o problemach związanych z przemieszczaniem masy towarów i ludzi. Mam jednak kolegę, który zajmuje się tym zawodowo. Oto, co mi kiedyś przy piwie opowiedział.

    Gdy Unia Europejska weźmie i padnie na pysk po tym, jak Wielka Brytania z niej wyjdzie, to pewnie pociągnie za sobą szereg nieprzewidywalnych wydarzeń. Ale znajomy stwierdził, że dla niego oznacza to przede wszystkim jedno: będzie szukał nowej roboty. Pracuje w firmie spedycyjnej i to właśnie tu potencjalny rozpad Unii Europejskiej, który stanie się dużo bardziej realny po tym, jak opuści ją jedno z największych państw, przyniesie największe szkody.

    Przede wszystkim - szlag trafi wszystkie utarte już od lat ścieżki spedycyjne. Przerzucenie towarów z regionu A, powiedzmy w Niemczech, do regionu B, powiedzmy w Polsce lub Francji, zajmuje kilkanaście godzin. Gdy z powrotem pojawią się kontrole graniczne i konieczność oczekiwania na odprawy na  granicach narodowych, czas  ten się wydłuży, w ekstremalnych przypadkach nawet do kilku dni. To nie jest wymysł: tyle to trwało w czasach, gdy byliśmy poza UE.

    Powiecie - niewygoda. Niestety nie. By zapewnić dystrybucję dóbr na tym samym poziomie, należałoby zrobić dwie rzeczy. Pierwsza to znaczne powiększenie floty transportowej, co przełoży się na większe zakorkowanie dróg, większe zatrudnienie, a przede wszystkim - mnóstwo kasy, którą firmy transportowe będą musiały wyłożyć niemal z dnia na dzień. Nie jest to możliwe - a przynajmniej nie w stopniu, w którym deficyt zostanie zasypany. Trzeba mordernizować dalej - magazyny i centra dystrybucyjne. Teraz rotacja towaru jest wysoka, rezerwy muszą być stosunkowo niewielkie. W przypadku, gdy ciągłe dostawy rozciągną się w czasie, trzeba będzie się na to przygotować. Konieczne będzie zwiększenie powierzchni magazynowej, budowa nowej lub zaadoptowanie starej infrastruktury. Kasa, mnóstwo kasy, której konieczność wydania pojawi się z dnia na dzień. To wszystko zostanie przerzucone na konsumentów. Tym, co odczujemy niemal natychmiast po tym, jak Unia pójdzie w piach, będzie wzrost cen praktycznie wszystkiego. Powód macie powyżej, ale zmniejszy się też konkurencyjność: dostawcy będą musieli spróbować zastępować zagranicznych dostawców tym, co jest pod ręką, a to niekoniecznie oznacza, że będzie tanio.

    Znienawidzone niegdyś słowo „cło” pojawia się teraz najczęściej w kontekście zakupów przez aliexpress w Chinach. Po tym, jak z powrotem pojawią się granice, może wrócić - w jakiej postaci i co obemujące, nie wiadomo. Ale szansa, że poszczególni byli członkowie UE zaczną chronić swoje wewnętrzne rynki przed zakusami sąsiadów, jest bardzo dużo. Skończy się np. sprzedawanie okien przez Polaków na Niemieckich rynkach. Pojawią się pewnie ograniczenia, o których dziś nikt nie słyszy, choćby opłaty na niemieckich autostradach dla obcokrajowców.  No właśnie - ale by z nich korzystać, trzeba w ogóle w naszym przypadku tam najpierw pojechać, nie? Znów pojawi się konieczność załatwienia sobie paszportu, by pojechać do sąsiadów. Trzeba będzie odstać swoje w kolejce przed granicą. Dziś to nie do pomyślenia. A to przecież pierdoła, nie? Takich zagadnień jest całe mnóstwo. Jak człowiek sobie pomyśli, ile się może zmienić przez referendalną głupotę jednego narodu, to aż zimny dreszcz przebiega przez ciało.

    Jak mówiłem - specjalistą nie jestem. Ale z faktu, że jesteśmy w Unii korzystam codziennie. Można narzekać na pełzający socjalizm, na paraliż w kwestii ochrony zewnętrznych granic UE i fakt, że teraz praktycznie każdy może sobie do Europy wejść ot tak. Można się wkurzać na biurokratyzm, tony bzdurnych dyrektyw czy prawnych rozstrzygnięć. Ale można to też próbować przezwyciężyć w ramach istniejących ram ustrojowych. Chciałbym, żeby UE właśnie w ten sposób radziła sobie ze swoimi problemami. Bo to, co może przynieść przyszłość, gdy motłoch zdecyduje, że jednak osobno jest lepiej, będzie jedynie świadectwem, że motłoch nie docenia tego, co ma. I jako kontynent stracimy bezpowrotnie globalną inicjatywę.